Maciej Pinkwart

Kalendarz adwentowy, odc. 9

 

Ø Odc. 1

Ø Odc. 2

Ø Odc. 3

Ø Odc. 4

Ø Odc. 5

Ø Odc. 6

Ø Odc. 7

Ø Odc. 8

Ø Odc. 9

Ø   Odc. 10

 

 

 

W rolę niedorozwiniętego kretyna wchodzi się bardzo łatwo, ale czasem trudno jest z niej wyjść. Henryk nieraz miał kłopoty z tym, żeby wobec rodziny przestać grać sklerotycznego dziadka, a zacząć udawać dobrotliwego staruszka. No i nie daj Boże, nie ujawnić, jaki był naprawdę – choć po prawdzie tego sam już nie wiedział. Jednej osoby tylko nigdy nie zdołał oszukać – Elżbiety. Nic zresztą dziwnego – znała go jak nikt z rodziny, żaden z kolegów z pracy czy tym bardziej żadna osoba z Ośrodka.

Jeszcze rozstawiały z Krystyną talerze na wigilijnym obrusie, kiedy wyjechał ze swego pokoju, ogolony, w garniturze i wypastowanych czarnych butach. Wieszający bombki na choince Marek i Wojtek spojrzeli na niego ze zdziwieniem, bo zwykle w bardziej skomplikowanych czynnościach musiało mu się pomagać. Nie tym razem. Henryk wstał z wózka, podszedł do choinki i przewiesił jedną z bombek w nowe miejsce.

- Tam za gęsto było – wytłumaczył.

Zapadła cisza.

- Tato, ty możesz sam chodzić? – spytała Krystyna.

- Nie, ale w Wigilię dzieją się różne cuda…

Uśmiechnął się i Elżbieta przypomniała sobie wszystkie te momenty, w których prosiła go, żeby pamiętał o uśmiechu, żeby nie odlatywał myślami w krainę tragedii, bo ona sama do nas przyjdzie, nie trzeba tego przyspieszać. „Jacy oni są podobni, jak trzy wydania tej samej książki” – pomyślała, patrząc na Marka, jego ojca i jej syna, stojących koło choinki. Henryk z powrotem usiadł na fotelu i podjechał do stołu.

- O której goście mają być? – zapytał, patrząc na czerwony zegarek na lewym przegubie.

„Ciekawe, skąd on ma smartwatcha?” – zastanowiła się - „I kto go nauczył obsługi? Na pewno nie zakonnice”.

Przez chwilę pomyślała, że jednak domowa atmosfera i inne towarzystwo – jej towarzystwo może? – zmieniły bieg czasu i Henryk odmłodniał co najmniej o dziesięć lat. Po chwili jednak fachowym okiem dostrzegła sine wargi, blade paznokcie i kropelki potu, pokrywające czoło. No tak, długo nie da się płynąć pod prąd czasu. Postanowiła jednak, że dopiero po świętach powie im o swojej decyzji, kiedy Henryk już wróci do Ośrodka. Ojciec Wojtka w końcu i tak jest od tylu lat za granicą, że spokojnie można o nim nie myśleć jeszcze przez kilka dni. A przeprawę z synem, który nawet przez chwilę nie brał poważnie wyjazdu z Polski na stałe, też odłoży na później.

- Pojadę – powiedział jej kiedyś – ale dopiero wtedy, kiedy będzie wstyd dalej tu mieszkać, na pięć minut przed tym, zanim zamkną granice.

„Skąd, ty biedaku urodzony w wolnej Polsce, będziesz wiedział, że to jest pięć minut przed, a nie pięć minut po? Granicę zawsze zamykają bez ostrzeżenia” – miała mniej lat niż Wojtek teraz, kiedy generał ukradł teleranek. Ale pamiętała to świetnie.

 

*

 

Nie było życzeń, bo nie było opłatka. W szale przedświątecznych przygotowań zapomnieli o nim wszyscy. To znaczy, wszyscy mieli to w nosie, a zapomniała Krystyna. Dokładniej – myślała, że weźmie go z kościoła w ostatnią niedzielę, ale mieli wtedy mszę za ojczyznę w Olsztynie i opłatki wyszły jej z głowy, zresztą zawsze przed Wigilią pukał do nich sąsiad z rady parafialnej od Brata Alberta, który sprzedawał opłatki za co łaska, czyli co najmniej 20 złotych. U niej, w parafii Chrystusa Króla było drożej, więc uważała, że kupując u siebie lepiej wspiera kościół. Elżbieta mogła wziąć opłatki u Świętego Krzyża, bo pracowała niedaleko, ale w ogóle nie chodziła do kościoła. Marek miał gabinet obok kościoła ewangelickiego i z tamtej okolicy było najwięcej pacjentów, ale nigdy w kościele nie był. Zresztą Krystyna nie była pewna, czy kupiony u luteran opłatek byłby ważny w czasie Wigilii katolickiej. I czy oni w ogóle dzielą się opłatkiem.

Więc opłatka nie było, co wywołało konsternację u wszystkich, którzy już wcześniej wstali, żeby wysłuchać Ewangelii, którą z emfazą odczytał Wojtek. Odłożył biblię na stolik z ciastami, sięgnął po talerzyk z siankiem i wtedy się okazało, że na sianku jest pusto. Wszyscy dalej stali wokół stołu bez słowa. Z wyjątkiem Sadiqa, który co chwilę półgłosem pytał Natalię:

- What are they thinking about?  What has happened? I do understand nothing

Irena, też półgłosem, powiedziała, że tu jest Polska, więc trzeba mówić po polsku, albo milczeć, jak się już tu, niestety, jest. Natalia skwapliwie przetłumaczyła, po czym oświadczyła, że ona takiego polskiego też nie rozumie. Andrzej zaproponował, żeby bez opłatka wszyscy wszystkim życzyli wszystkiego najlepszego, ale gdy Henryk powiedział:

- Coś słabo słyszę. Powiedziałeś wszyscy wszystkim?

Jakoś nikt tematu nie podjął.

Mateusz zaproponował, żeby zamiast opłatka łamać się chlebem, jak starożytni chrześcijanie, ale okazało się, że zamiast chleba są bułki, niewygodne do łamania. Marek powiedział, żeby wobec tego podzielić się tym, co jest i podsunął na środek stołu półmisek ze śledzikami pokrojonymi na dzwonka, nabite na wykałaczki, Stanisław wziął pierwszy, położył na talerzyk, usiadł, sięgnął po bułeczkę, przekroił rybkę, włożył do ust i stwierdził.

- Pyszne, jak zwykle. Brawo, Marek.

I już było po życzeniach.

Przy makowcu, serniku i kompocie Krystyna włączyła telewizor. Podobnie jak cały jej klub, nie miała najlepszego zdania o obecnym prymasie i jego zwierzchniku – papieżu, uważała że to jedna z nielicznych pomyłek świętego konklawe, ale co prymas to prymas, więc niech tam sobie szemrze w tle, a oni tymczasem zajmą się prezentami.

Elżbieta jako sierotka stawiała przed każdym mniejsze i większe paczuszki, Henryk poprosił, żeby na razie nie odpakowywać, tylko potem zrobić to po kolei, żeby przedłużyć przyjemność i podzielić się niż ze wszystkimi.

Prymas mówił:

Trzymając w wigilijny wieczór w naszych dłoniach biały opłatek myślimy o tym wszystkim, co domaga się naszego nawrócenia, a więc również pojednania i przebaczenia sobie nawzajem, czy to w sytuacjach jak najbardziej osobistych i rodzinnych, czy też społecznych i ogólnonarodowych. Wszyscy wiemy, jak bardzo potrzeba nam nawrócenia, a więc - jak nas usilnie prosił papież Franciszek - „nie pozostawiania rzeczy w takim stanie, w jakim są”. Dlatego z wiarą zwracamy się ku Nowonarodzonemu i mówimy do siebie nawzajem, tak jak uczynili to pasterze w dzisiejszej Ewangelii: „pójdźmy do Betlejem”. Idźmy do Betlejem, to znaczy idźmy na spotkanie z Jezusem Chrystusem. „Pójdźmy wszyscy do stajenki - jak śpiewamy w naszych kolędach - do Jezusa, do Panienki, powitajmy Maleńkiego i Maryję, Matkę Jego”. Tak, pójdźmy wszyscy, bo naprawdę „nie ma racji, dla której ktoś mógłby uważać, że to zaproszenie nie jest skierowane do niego”. Bóg nikogo z tego spotkania nie wyklucza. 

Krystyna pomyślała, że może i dobrze, że tego opłatka nie było, bo orędzie jest skierowane najwyraźniej do tych, którzy trzymają w dłoniach opłatek, a więc oni nie muszą z nikim się pojednywać i nikomu przebaczać. Oczywiście, przebaczyć trzeba, ale najpierw ukarać. A potem można się będzie za nich, za tych którzy ukradli Polskę prawdziwym Polakom, upokorzyli Kościół, który musiał zejść do podziemia i zabili prezydenta, pomodlić.

Po końcowym „amen” zabrzmiała muzyka Chopina, a oni zaczęli odpakowywać prezenty. Między książkami, wodami toaletowymi, krawatami, skarpetkami, zegarkami do fitnesu i butelkami wódki złowrogo połyskiwało pięć myśliwskich noży, pejcz, cztery pistolety i granat odłamkowy. Do każdego z tych gadżetów przyczepiona była kartka z napisem: Pamiętaj, że masz przyjaciela. Weź sprawy w swoje ręce. Zapadła cisza. W telewizji skończył się Chopin i pojawiła się ciemno ubrana spikerka, która jeszcze przed orędziem prymasa była w srebrnej wieczorowej sukni.

- Drodzy telewidzowie – mówiła grobowym głosem – musimy odwołać zapowiedzianą na dziś transmisję Pasterki z Watykanu. Dziś po południu Ojciec Święty Jan…, to jest, przepraszam, Franciszek, stracił przytomność i został przewieziony do kliniki Gemelli w Rzymie.  Był reanimowany i na razie nie oddycha samodzielnie. Jego stan jest jednak stabilny i przy silnym organizmie w ciągu doby powinien odzyskać przytomność. Lekarze podejrzewają ostrą niewydolność mięśnia sercowego.

Zmieniła kartkę, a na monitorze za nią ukazało się zdjęcie uśmiechniętego Franciszka.

- Papież Franciszek kilka dni temu skończył 87 lat. Urodził się w argentyńskim Buenos Aires jako Jorge Mario Bergoglio w rodzinie włoskich imigrantów. Papieżem został 13 marca 2013 roku, po niespodziewanej abdykacji Benedykta XVI. Słynie z poczucia humoru i niekonwencjonalnego postępowania. Jeszcze dziś przed południem przyjmował na audiencji prywatnej dowódcę swojej gwardii szwajcarskiej, żartował, a nawet częstował gościa czekoladkami z kalendarza adwentowego, otrzymanego z Polski.

Na przebitce pokazano Franciszka z przystojnym mężczyzną w średnim wieku. Między nimi dokładnie widać było kalendarz ze zdjęciem papieża. Stanisław głęboko wciągnął powietrze. Na zbliżeniu widać było wyraźnie autograf. Irena krzyknęła i chwyciła męża za rękę.

- W Watykanie uważa się, że choroba Ojca Świętego może być wynikiem długotrwałego postu, jaki papież zawsze stosował w czasie adwentu. Nawet czekoladki adwentowe rozdawał swoim współpracownikom, a sam przez cały grudzień jadł tylko postne dania i tylko raz dziennie. Kościół prosi wiernych o modlitwę za zdrowie Franciszka. A teraz polskie kolędy zaśpiewa zespół „Mazowsze”.

Krystyna wyłączyła telewizor i zaczęła odmawiać Ojcze nasz. Sadiq dopytywał się, czy dobrze zrozumiał, że katolicki papież umarł. Marek odkręcił zakrętkę z jednego ze swoich prezentów, nalał sobie, po czym zreflektował się i przekazał butelkę bratu, który wbity w fotel siedział, zakrywając twarz rękami.

- No, Staszek, wielki szacun – powiedział - Taka promocja na cały świat. Ty to się umiesz urządzić. Nawet nie zjadł twoich czekoladek, a już załatwiony. Dostałeś zlecenie z Torunia? A może to Klubik Krysi podesłał pomysł?

- Przestań!

- Przestań! Mógłbyś chociaż w Wigilię zachowywać się jak człowiek!

- No co ty, to obowiązuje dopiero od północy, takie zwierzęta jak ty i ja zaczynają mówić ludzkim głosem. Jak sobie popiją… Zawsze możesz mnie zastrzelić, masz czym. Mam nadzieję, że to wszystko jest naładowane? – wziął do ręki walthera i przesunął bezpiecznik.

 - Jasne, że tak – pokiwał głową Henryk – inaczej nie byłoby zabawy. Elu, czy możesz mi nalać jeszcze kompociku? Bo jakoś whisky nie dostałem. A sam nie dam rady, bo jak widzicie, jedną rękę mam zajętą.

Podniósł do góry niewielki granat.

- A w drugiej trzymam zawleczkę. Mogę ją odłożyć, oczywiście, na chwilę, ale jedną ręką sobie nie naleję – ten dzbanek jest taki ciężki. W ogóle, wszystko nagle stało się dla mnie za ciężkie. Dla was, zdaje się, też.

Zapadła cisza. Marek podał ojcu whisky, Elżbieta szklankę kompotu.

- Osiołkowi w żłoby dano… No nic, wezmę oba.

Położył na stole zawleczkę, sięgnął lewą ręką, upił trochę whisky.

- Świetna! Dzięki, tego mi brakowało. I teraz kompocik. Wesołych świąt.

Smartwatch na jego ręku zaczął wibrować, spojrzał z zainteresowaniem.

- Oho, ciekawe kto to mi przysyła życzenia. Przepraszam, jedzcie i pijcie, ja tylko sprawdzę.

Odłożył granat, który potoczył się po stole i zatrzymał przy tacy z sernikiem.

 

*

 

Cdn.