Maciej Pinkwart
Kalendarz adwentowy
Trochę się zdziwił, że przyjechała po niego Elżbieta, a nie Marek, jak się
umówili. Ale potem się ucieszył – widywali się rzadko, a jeszcze mniej mieli
okazji, żeby przy ich spotkaniach nie było świadków. Rzeczy, jakie miał do
zabrania w zasadzie ograniczały się do komputera, telefonu i przyborów
toaletowych. Ubrania i torbę z prezentami zabrał wczoraj jego syn, Marek. Jedyny
kłopot sprawiał wózek, co prawda składany, ale i tak dość spory jak na samochód
Elżbiety – citroen c-1 był raczej czymś w rodzaju większej torby na zakupy. Ale
była zawodową pielęgniarką i umiała sobie radzić w takich sytuacjach. Wyjęła z
bagażnika małe składane krzesełko i kiedy podjechał do niej wózkiem, najpierw
wzięła od niego bagaże i ułożyła na tylnym siedzeniu, potem fachowo przesadziła
go z wózka na krzesełko, złożyła najpierw siedzenie pasażera, potem wózek i
umieściwszy go z tyłu – ulokowała Henryka na przednim siedzeniu.
- Nie chcesz się pożegnać, złożyć życzeń?
- Nie mam z kim, nie mam komu, nie mam po co. Zresztą, tu wszyscy są albo
chorzy, albo nienormalni, albo jedno i drugie. Siostra przełożona od wczoraj
jest w szpitalu, czy w klasztorze, podobno się czymś zatruła, ale nie wiem
dokładnie, nam przecież nic nie mówią, przynajmniej mnie. A poza tym – mam
nadzieję, że już tu nie wrócę.
- I bardzo dobrze – powiedziała, przekręciła kluczyk w stacyjce i wyjechali za
bramę.
Niewiele rozmawiali. Ocenił z wyglądu, że jest po nocnym dyżurze, ale dbała o
to, żeby dalej się podobać. Makijaż, efektowny, choć równocześnie stonowany
strój, miły uśmiech – wiedział, że to na pokaz, ale przecież wszystko powinno
być na pokaz, nawet jak jesteś sam w czterech ścianach, powinieneś choćby dla
siebie wyglądać fajnie. Gdy to odpuścisz – odpuszczą i ciebie. Wiedział to
teoretycznie, ale sam już odpuszczał. Nie warto było.
Siedział teraz w swoim dawnym pokoju, przy swoim biurku, na swoim fotelu i nie
był to wózek inwalidzki, który po prawdzie służył mu tylko na dłuższe trasy,
kiedy stenoza kręgosłupa zaczynała blokować mięśnie nóg, no i do kamuflażu.
Faceta na wózku raczej nie należy poganiać, żeby coś robił szybciej czy w sposób
bardziej skomplikowany.
Te trzy lata w Ośrodku ciągnęły się jak flaki z olejem, ale wiedział, że tak
będzie i nie był tym zaskoczony. Spodziewał się jednak raczej czegoś w rodzaju
szacunku, wynikającego z wieku, pozycji społecznej i koniec końców sumy, jaką
przelewano w jego imieniu co miesiąc na konto opiekunów. Ale to spoufalenie,
którego nie przewidział, irytowało go tylko na początku: potem uznał, że to
element niezbędny tutejszego życia, taki sam jak zakładanie pieluchomajtek,
których na szczęście wciąż nie potrzebował, ale siostry robiły to na wszelki
wypadek z jakąś perwersyjną regularnością, tak samo jak niedobre śniadania
składające się z kleików, obiady zróżnicowane w zależności nie tylko od diety,
ale i od finansów i nadmiernie kaloryczne kolacje, których nikt nie powinien
jadać – i wiele mądrzejszych osób nie jadało. On sobie nie odmawiał. W jego
wieku i w jego sytuacji niestrawność czy nadwaga były czymś, co na pewno nie
przyspieszyłoby procesu destrukcji, jaki w jego organizmie odbywał się i tak.
Nie wiedział, jakiego rodzaju rak go wykańcza, ale postanowił, że nie da mu
szansy. To on do końca będzie kontrolował sytuację. Jednocześnie wmawiał sobie,
że jest po prostu na długich wczasach, w niedobrym sanatorium, z którego
korzystał do spodu, tak jak pacjenci na zusowskich zleceniach. Kamuflaż był
potrzebny, żeby przetrwać: w końcu, to nie były wczasy, ktoś tam do tego pobytu
i tak dokładał z państwowej czy kościelnej kasy, a na miejsce czekało się
miesiącami, może latami.
Tylko czy nie mógł tego samego mieć we własnym domu? No, już nie własnym – Marek
zadbał o to, żeby w kilka tygodni po oddaniu ojca do Ośrodka przyjechał z nim na
wizytę notariusz. W ciągu kwadransa podpisał wszystkie dokumenty i stał się
wolny – nie miał już nic, poza osobistymi rzeczami, które kontrolowały siostry
opiekunki. Ale miał wciąż własną wolę – której realizacja bywała nieco
utrudniona, co zmuszało go do większego wysiłku intelektualnego, miał swoje
poglądy, z którymi się nie obnosił, i własne metody osiągania założonych celów.
I te cele, które na dobrą sprawę zaczęły się formować na końcu, kiedy miał już w
ręku wszystkie narzędzia do ich osiągnięcia.
Czemu więc się na to zdecydował? Spojrzał na nie domknięte drzwi, za którymi
słychać było rozmowę Elżbiety i Krystyny, ustawiających stół wigilijny. Te
kilkanaście lat temu wszystko było przecież już jasne, zdeterminowane: wiedział
doskonale, że za jakiś czas – na pewno za krótki dla niego, może za długi dla
niej – ich drogi się rozejdą. A raczej – że powrócą do początku, do spraw czysto
zawodowych. Trwało dłużej niż myślał. Ale czas zrobił swoją destrukcyjną robotę.
I od kiedy nie mógł być z nią, nie chciał być obok niej, więc wybrał Ośrodek.
Życie jednak pokazało, że standardy są w nim potrzebne, ale realizują się zawsze
wariantowo. I tak było w tym przypadku. Wojtek na pewno nie zastąpił w jego
sercu matki, ale w umyśle – tak. W końcu pogodził się z upływem czasu i zmianami
ról, które w tym czasie mają się realizować. Z jednego nie chciał zrezygnować: z
tego, że jeśli już nawet nie może reżyserować swojego życia, to przynajmniej
będzie pisał dla niego scenariusz.
Awantura w Ośrodku wybuchła, jak to często bywa, o drobiazg. Parę miesięcy temu
w ramach oszczędności wprowadzono zasadę, że w godzinach ciszy nocnej w pokojach
pensjonariuszy wyłączany jest prąd. Zostają tylko fioletowe światełka awaryjne,
pozwalając na dojście do łazienki i trafienie z powrotem do łóżka. Naturalnie,
wyłączano też boczne gniazdka, więc Henrykowi skończyło się korzystanie z
komputera, oglądanie filmów internetowych, czytanie książek i nocne ładowanie
telefonu. To, naturalnie, irytowało go bardzo, bo utrudniało mu życie i było
niezgodne z umową. Ale najbardziej wkurzało go to, że w tym samym czasie, nocą,
paliły się wszystkie lampy na korytarzach, przed domem, na parkingu. Więc
oszczędzano, jak zwykle, na przysłowiowych spinaczach. Podjechał wtedy wózkiem
do dyrekcji i zrobił takie piekło, że omal sam nie dostał zawału, a siostrę
dyrektorkę trzeba było niemal reanimować. Wezwani pielęgniarze zapakowali go w
kaftan bezpieczeństwa i dali zastrzyk uspokajający, naurągali mu od starych
ubeków, a przełożona wezwała Marka i złożyła mu na piśmie skargę na ojca. Na
początku wyglądało śmiesznie, ale trzeba było dopiero interwencji w kurii, żeby
wieczorny prąd w jego pokoju pojawił się znowu. Pomogła Krystyna i jej Klub
Gazety Polskiej, w którym poznała kiedyś biskupa i ten obiecał interwencję.
Niezależność jest wtedy, kiedy się ma dostęp do pieniędzy. Własnych pieniędzy.
Nie miał wielkich potrzeb, na ponadstandardowe sprawy zdrowotne, jedzenie i
książki bez kłopotów wyciągał jakieś grosze od Marka, który zresztą za każdym
pobytem zostawiał mu parę stówek, które potem Wojtek wpłacał na założone dla
Henryka specjalne konto. Tam też wpływały niewielkie honoraria, jakie dostawał
za pisane i publikowane pod pseudonimem w internecie i rozmaitych pismach
recenzje książkowe. Ponieważ na mieszkanie i jedzenie szła jego emerytura,
wspierana przez dotacje od drugiego z synów, Staszka – jej do dochodów nie
wliczał. Tym bardziej, że we wrześniu dostał pismo z ZUS-u, iż w ramach
dezubekizacji jego dość spora emerytura profesorska zostanie zmniejszona do 800
złotych. Na odwołanie, w którym napisał, że nigdy nie pracował w UB, a wysokość
jego emerytury wynika z pracy wykładowcy i naukowca, nie dostał nawet
odpowiedzi. Zatelefonował wtedy do Staszka, który powiedział mu, że to nie ma
znaczenia, że da radę wszystko mu sfinansować, bo teraz dostał świetny kontrakt
na produkcję papieskich kalendarzy adwentowych z pysznymi czekoladkami,
produkowanymi tanimi metodami na miejscu, więc wydatki niewielkie, zysk duży i
wszystko będzie dobrze.
Nie wiedział, skąd Wojtek zdobył te adresy z darknetu i nie chciał
wiedzieć. Pytał tylko jak, bo przecież wiadomo, że w sieci każde kliknięcie
pozostawia ślad, którym czujne psy mogą pójść i chwycić każdego za tyłek.
Chłopak zdaje się wiedział o tym jeszcze lepiej, bo jak się okazało – raz
grzebał w sieci z komputera szkolnej pracowni, ale poza własnymi zajęciami, a
drugim razem – z rady parafialnej, gdzie przyszedł wypożyczyć książkę na
nazwisko kolegi z innego miasta. On sam wygenerował sobie fałszywe IP i po kilku
podejściach załatwił wszystko, co chciał. Pod jednym adresem znalazł producenta
substancji, której dawki kumulują się w ciele i po pewnym czasie powodują
paraliż, a potem zatrzymanie akcji serca. Zlecił, by wyprodukowano taką, która
działa po zażyciu co najmniej 20 dawek w ciągu miesiąca. Drugi ze
zleceniodawców, po skontaktowaniu się z pierwszym miał dostarczyć towar pod
wskazany adres. Na paczce miało być napisane jako nadawca
Milka Co. Ingredients for Pope Calendar. Pod trzecim linkiem znalazł
sklep z militariami. Wydał wszystkie pieniądze, jakie miał. Podjął za niego z
banku na upoważnienie jeden z dozorców, za kilka groszy. Drugi nadał przekazy
jak za komuny, na poczcie.
Najtrudniej było załatwić sprawę z pozoru najłatwiejszą: Staszek za nic nie
chciał się zgodzić na przysłanie gratisowych kalendarzy dla ośrodka. Jeden, dwa
– nie ma sprawy, ale dwadzieścia pięć?
- Słuchaj, tato – tłumaczył - to nie chodzi o pieniądze. To są straty
wizerunkowe. Wydawca rozdaje za darmo swój towar, jeśli nikt go nie chce
kupować. A ten dopiero wchodzi na rynek. To antyreklama. Poza tym od każdego
egzemplarza muszę płacić podatek, czy go sprzeda, czy rozdam – to skarbówki nie
obchodzi. Dlaczego dwadzieścia pięć?
Tłumaczył, że jest dwadzieścioro pensjonariuszy i pięć osób personelu. Że ma z
nimi na pieńku, i jak ich czymś nie przekupi, to mu tak zatrują życie, że będzie
musiał wyskoczyć oknem…
- No dobra, przyślę, tylko nie mów od kogo to, niech pomyślą, że od biskupa.
Albo od papieża. A na którym piętrze ty mieszkasz?
Podziękował. Mieszkał na parterze, zresztą tu był tylko parter, ale jak
Staszkowi nie chciało się nawet obejrzeć ośrodka w Internecie, to nie będzie mu
tłumaczył takiej metafory.
Pakę z prezentem przywiózł kurier pod koniec listopada, zachwycając wszystkich
papieskim herbem w miejscu nadawcy. Po odpakowaniu siostry zachwyciły się
zdjęciem i autografem:
- Patrzcie, mamy tu autografy dwóch papieży, bo jest podpis i Franciszka, i
Benedykta. Będziemy się do tego modlić, a w adwencie zjadać co dzień jedną
czekoladkę. Tylko w piątki nie. Za to w niedziele po dwie…
Nie chciało mu się tłumaczyć, że benedico nie oznacza Benedykta, tylko słowo
błogosławię. Kalendarza nie dostał, ani on, ani nikt z
pensjonariuszy – wydzielano im same czekoladki pod wieczór przy kolacji.
- Henio nie dostanie takiego pięknego kalendarza do pokoju, bo w pokoju Henio ma
brudno, a to jest święty kalendarz. I jakby go Henio miał w pokoju, to by Henio
zeżarł wszystko naraz i by Henia brzuszek rozbolał i kaku byłoby be.
- Be be be be – powtórzył i najechał na opiekunkę wózkiem – Sama jesteś kaku i jus.
*
Cdn.