Maciej Pinkwart
Kalendarz adwentowy
Dziekan rozłożył bezradnie ręce.
- Panie kolego, ja na to nic nie poradzę. Teraz narzucili nam takie procedury i
już. Jeśli jest oskarżenie, to wstępnie się przyjmuje, że oskarżony jest winny i
nie może dłużej pracować. Przynajmniej na razie, dopóki…
- Dopóki nie udowodni swojej niewinności?
Dziekan roześmiał się, ale jakby z politowaniem.
- Nie, panie kolego. Dopóki jego wina nie zostanie wybaczona przez władze i
media.
Donos do rektora – z odpisem do wiadomości TVP Info i TVN 24 – był jasny i
prosty: profesor Mateusz taki-a-taki, lat tyle i tyle, urodzony tu i tu –
wszystko przepisane z Wikipedii – w piątek, 8 grudnia na zajęciach przy Gołębiej
na UJ żądał ode mnie seksu w zamian za wpisanie pozytywnej oceny z egzaminu.
Jestem porządną kobietą, katoliczką i dziewicą, więc z oburzeniem odrzuciłam to
żądanie, na co profesor stwierdził, że tego pożałuję (w liście było napisane:
porzałóję), bo on jest fajny facet, i
jakbym się namyśliła, to żeby do niego zadzwonić. Oczywiście nie zadzwoniłam,
zresztą nie dał mi numeru swojej komórki.
Potem podpis, nr indeksu, data.
8 grudnia miał przez cały dzień wykłady w Nowym Targu, na co miał przynajmniej
dwie setki świadków. Kobieta o takim nazwisku nie studiowała na polonistyce,
zresztą na jego wykładach z filozofii egzamin był dopiero
na zakończenie całego rocznego cyklu. A
zajęcia odbywały się nie na Gołębiej, tylko na św. Anny.
- Panie dziekanie, to przecież jakaś kompletna bzdura. Nie studiuje u mnie żadna
Magda, w ogóle nie ma takiej osoby na naszym wydziale, nie było takiego miejsca
i czasu, nie było takiego zdarzenia. Nawet nic podobnego nie zaistniało.
Dziekan zamknął i zawiązał teczkę, w której znajdował się tylko donos i jego
kserokopia. Drugą dostał do ręki Mateusz. Wstał, wyszedł z zza biurka, podał mu
rękę.
- Jako filozof, doskonale pan wie, że istnienie czy nieistnienie jest kwestią
interpretacji. Z tego co wiem, bo przecież sam tego nigdy nie oglądam, już
wczoraj było coś na ten temat na pasku w telewizji. Jeśli mogę coś poradzić –
niech pan teraz nie odbiera telefonów od nieznajomych, zajęcia na szczęście już
się skończyły przed świąteczną przerwą, a po świętach chce pana widzieć rektor.
Będzie pana namawiał, żeby się pan przyznał, przeprosił, tu można trochę iść w
uczucia – samotny mężczyzna, piękna kobieta, może zbyt obcesowo wyrażona
fascynacja, i że to nie miało żadnego związku z egzaminem, tylko było
spontaniczne, i nie na uczelni tylko na plantach… Ludzie panu wybaczą, bo lubią
romantyków, studenci się trochę pośmieją, a telewizja odpuści, jak zobaczy, że
to nienośny temat.
- Ale to bzdura przecież, żebym się przyznawał do czegoś, co nie tylko nie
miało, ale nie mogło mieć miejsca.
Dziekan odprowadził go do drzwi, ale zanim je otworzył, zapytał przyciszonym
głosem:
- A tak, między nami harcerzami…
Przerwał mu:
- Nie, panie dziekanie, nie mam się do czego przyznawać nawet między nami.
- Nie o to pytam. Nie podpisywał pan ostatnio jakiegoś protestu? Nie brał pan
udziału w jakiejś demonstracji? No, wie pan: Konstytucja, Trybunał, Puszcza,
wolne sądy, wolne media, ordynacja wyborcza może?
Pokręcił głową. W ogóle nie angażował się w politykę.
Dopiero wsiadając do samochodu na parkingu na Karmelickiej przypomniał sobie
historię sprzed miesiąca: na jakimś popularnym portalu informacyjnym, w artykule
rzeczywiście dotyczącym bieżącej polityki, przeczytał wypowiedź jednego z
wiceministrów, który dwukrotnie odwoływał się do filozofii, a raczej –
filozofów. Powołując się na Arystotelesa – nawet nie na Platona - twierdził, że
najlepszym ustrojem cechowała się Atlantyda, bo rządzili nią kapłani, a
uzasadniając żądania finansowe wobec Niemców zażartował:
No, ale czego można się spodziewać po narodzie, który wydał filozofa
nazwiskiem Kant? Nie wytrzymał wtedy i palnął komentarz, w którym
sformułowanie „arogancki ignorant” należało do najłagodniejszych. I, brzydząc
się anonimowymi hejterami, podpisał się pełnym imieniem, nazwiskiem, tytułem
naukowym i miejscem pracy. Wszystko było jasne.
Waldi jak zwykle powitał go tak, jakby nie widzieli się tydzień, machając całym
sobą, a nie tylko kilkutkiem ogona. Pamiętał go malutkiego, mieścił się cały na
jego dłoni, a ojciec, gdy go zobaczył, powiedział, że jeśli z niego rzeczywiście
wyrośnie jamnik, to będzie to strasznie śmieszny Puzonek. Mateusz nie skojarzył
i dopiero stary wytłumaczył mu, że w jego czasach najsłynniejszy jamnik należał
do walczącego o wykupienie Atmy redaktora Jerzego Waldorffa i wabił się Puzon. I
od tego Waldorffa szczeniak został Waldim. Poszedł z nim na spacer na obrzeża
osiedla, po powrocie dał psu jeść i dopiero wtedy uznał, że większość obowiązków
tego dnia ma już za sobą, więc pora na przyjemności. Stojąc pod prysznicem
wrócił myślą do rozmowy z dziekanem i uznał, że logicznie rzecz biorąc, starszy
i bardziej doświadczony profesor miał rację, a w każdym razie trzeba z tego
wyciągnąć wnioski.
Prawda, rzecz jasna, jest prosta i dla niego, Mateusza, widoczna jak na dłoni –
jak mały i śmieszny jamniczek, tylko o wiele mniej przyjemna. Natomiast dla
wszystkich ludzi poza nim prawdą będzie nie to, co on im opowie, tylko to, w co
uwierzą – tak, z grubsza mogłoby to wyglądać z filozoficznego punktu widzenia.
Teraz najważniejsze są te wnioski, czyli to, co powinien zrobić z tym wszystkim.
A więc, przede wszystkim, zadanie trzeba podzielić na małe odcinki, bo pokonanie
każdego z nich będzie przez mózg uznane za sukces, premiowany małą dawką
endorfiny.
Oscypek dla ojca, kupiony w Nowym Targu, udzielał się zapachowo na balkonie.
Trzeba go przed wyjazdem zapakować w mnóstwo reklamówek. Zmiany wymaga wybór
środka transportu, z pociągu na samochód. Nie ze względu na oscypek. Sięgnął po
telefon. Pomyślał, że na pewno już ma założony podsłuch, maile są czytane, sms-y
też. Nieważne, wykorzysta to przeciwko tym, co chcą to wykorzystać przeciw
niemu.
Ojciec odebrał dopiero po kilkunastu sygnałach. Nie lubił komórek, mówił, że
wywiercają mu dziury w mózgu, więc trzymał z daleka od siebie, a często nie
wiedział, gdzie.
- Zdrowiście? – zapytał standardowo, i nie czekając na odpowiedź mówił dalej –
mam dwa pytania, mogę chwilkę?
- Śmiało. Zdrowiśmy. Coś się stało u ciebie? Mama widziała coś w telewizji o
twojej uczelni, o jakimś profesorze Mateuszu coś tam, jakiś skandal, pewno nam
opowiesz, jak przyjedziesz.
- Tak, to o mnie, musiałem trochę zadbać o popularność, bo w tym roku zapisało
się do mnie mało osób, więc zorganizowałem mały skandal, ale to nieistotne,
opowiem jak przyjadę, a teraz dwie ważne sprawy. Mogę wziąć psa?
Ojciec nie odpowiadał przez chwilę, było słychać jak zasłoniwszy słuchawkę ręką
konsultuje się z matką. Zasłonięcie komórki przyłożonej do ucha bywa kłopotliwe,
więc konsultacje było wyraźnie słychać.
- Tak, oboje z mamą się bardzo cieszymy. Nie wiemy tylko, jak Waldi zareaguje na
dziadka i jego wózek, trzeba będzie uważać. A drugie pytanie?
- Jaka pogoda?
- Aha, czyli chcesz przyjechać samochodem – domyślił się – U nas śnieg, ale
mokry, pada dzisiaj, jutro ma przestać, więc pojutrze, w Wigilię może być
różnie. Ale mamy nadzieję na White Christmas. Po drodze może być ślisko.
- Będę uważał. Dziadek już jest?
- Jutro przywozimy. Uściskaj Waldiego i uważaj na siebie. Czekamy.
Mateusz chciał jeszcze o coś pytać, ale ojciec już się rozłączył. Dochodziła
siódma, więc musiał włączyć „Fakty”. Pół godziny później przełączał na TVN 24, a
matka w tym czasie w kuchni oglądała „Wiadomości”. Zawsze się zastanawiał, jak
oni mogą to wszystko oglądać i jak wytrzymali ze sobą tyle lat, mając tak
diametralnie różne poglądy. Może dlatego, że z tej całej sieczki wyławiali tylko
to, co ich oboje interesowało i tylko o tym rozmawiali, nie zwracając uwagi na
komentarze i opinie dziennikarzy – mieli własne.
Zachrobotał klucz w zamku. Magda spóźniła się kwadrans, ale widać było, że się
spieszyła, czego dowodem był rumieniec na policzkach i przyspieszony oddech.
Płaszcz poleciał w jedną stronę, plecak w drugą, czapka w trzecią. Zrzucone buty
Waldi odniósł jak zwykle do przedpokoju. Mateusz nie wiedział, kiedy Magda
nauczyła psa tej sztuczki, ale wszyscy troje bardzo się nią cieszyli.
Siadła pod lampą, przesunęła klosz tak, żeby nie świeciło jej w oczy i spojrzała
na niego uważnie. Jak na drugi rok studiów wyglądała bardzo poważnie. Jak na
studentkę dziennikarstwa, była wyjątkowo wyczulona na zmienne nastroje, własne i
cudze.
- Coś się stało – bardziej stwierdziła, niż spytała – coś złego na uczelni?
- Nie, nic się złego nie stało. Parę drobiazgów, nic osobistego. Ale powiedz mi…
- Tak – przerwała – bez zmian. Tylko smutno, że nie mogę jechać z tobą.
- To jedź – widział, że nie pojedzie, mógł proponować bez ryzyka: jej matka po
rozwodzie mieszkała sama, stale chorowała, wpadała w depresję i ożywiała się
tylko wtedy, jak Magda przyjeżdżała do Tarnowa. Nie było mowy, żeby zostawiła
matkę samą na święta.
Pokręciła głową.
- Niestety, nie tym razem. Ale przecież nie chciałeś mnie pytać o jakieś zwykłe
rzeczy, typu czy cię kocham. Ja cię na przykład o to nie pytam, a ty mi tego sam
z siebie nie mówisz. Tylko Waldi mówi mi to cały czas.
Rzeczywiście, jamnik ułożył się tuż przy nogach dziewczyny i co chwilę podnosił
głowę, żeby na nią popatrzeć. Mówił to, tak wyraźnie jak człowiek.
Mateusz uśmiechnął się.
- On mówi w moim imieniu. A ja chciałbym cię zapytać, jak byś zareagowała, gdyby
profesor ci zaproponował seks w zamian za zaliczony egzamin.
- Coś to modne jest ostatnio, zdaje się nawet u nas w Krakowie, w telewizji
mówili. No dobrze, ale jaki to miałby być egzamin? Z czego? Trudny?
Nie pomyślał, że to może mieć jakieś znaczenie. I że to podlega jakiejś
negocjacji.
- Wszystko jedno. Z filozofii na przykład.
- Nie zgodziłabym się. U nas filozofię wykłada kobieta. A co, chcesz mi
zaproponować seks w zamian za egzamin z filozofii? Muszę pomyśleć…
Rano pomogła mu się spakować, przypomniała o rzeczach dla Waldiego, Mateusz
zapukał do sąsiadów, żeby powiedzieć o tym, że psa jednak bierze ze sobą i
samochód też, więc nie będzie trzeba się jamnikiem zajmować, a na stan samochodu
uważać. Odwiózł Magdę na dworzec, a żegnając się, powiedział.
- Aha, zapomniałbym. Jakbyś miała czas i ochotę, to wyszłabyś może za mnie za
mąż?
- Nie, dziękuję – potrząsnęła głową i włosy opadły jej na twarz – ale miło że
pytasz. Teraz nie mam ochoty ani czasu. Jestem w ciąży.
Objął ją.
- Nasze dziecko będzie najfajniejsze na świecie. Bardzo cię kocham. Co mogę
teraz zrobić, żeby pomóc? Od kiedy wiesz? Strasznie się cieszę… Kiedy jest
termin? Czemu nie mówiłaś… I w ogóle, jak to się stało, przecież brałaś pigułki,
no i uważaliśmy?
Poprawiła włosy, uśmiechnęła się, zawiązała mocniej pasek płaszczyka. Sięgnęła
do kieszeni i podała mu klucze od jego mieszkania.
- Tak, jasne. My uważaliśmy. Jedź ostrożnie. Dziękuję za zaufanie, klucze już mi
nie będą potrzebne. Wesołych Świąt.
Jeszcze stał w korku przy Cmentarzu Rakowickim, kiedy zabrzęczał SMS.
Za ten list przepraszam, musiałam go napisać, ale przecież tam nic się nie zgadza, wiec na pewno nic Ci nie zrobią. A w telewizji strasznie ciężko jest dostać się na czerwony pasek.
*
Cdn.