Krzyż Camargue
Krzyż Camargue
Krzyż krucjat

Krzyż krucjat
Krzyż hugenotów

Krzyż hugenotów
Krzyż celtycki

Krzyż celtycki


Krzyż katarski
Krzyż Tuluzki

Krzyż z Tuluzy
Krzyż katarów

Krzyż hańby
Krzyż katarski

Krzyż
katarski 

Krzyż templariuszy
Krzyż Langwedocji

Krzyż langwedocki


Krzyż diabła
Krzyż Sernina

Krzyż Św. Saturnina
Krzyż Albi

Krzyż z Albii
Krzyż Fanjeaux

Krzyż z Fanjeaux
Prouille

Krzyż z Prouille
krzyż z Laure

Krzyż z Laure-Minervois
Krzyż z Perpignan

Krzyż z Perpignan


Maciej Pinkwart

Krzyże Południa

 

Odcinek IX – Katalońskie jajeczka drugiej świeżości

 

8 Odcinek I

8 Odcinek II

8 Odcinek III

8 Odcinek IV

8 Odcinek V

8 Odcinek VI

8 Odcinek VII

8 Odcinek VIII

(Większość zdjęć po kliknięciu powinna się powiększyć. Warto to robić, bo

można tam znaleźć więcej informacji i dodatkowych ilustracji,

które nie zmieściły się w tekście głównym)

Mapa trasy 

Kiedy cała sala śpiewała z Jerzym Połomskim, a on był symbolem nowych trendów w muzyce, w jednym z przebojów była mowa o Hiszpanii, leżącej gdzieś za górami. Wiadomo, że wszystko jest względne i jeśli coś dla kogoś leży za górami, to dla kogoś innego będzie leżeć przed górami… Tu, gdzie wędrujemy w niedzielę, 6 lipca 2014 względność obejmuje nawet samo usytuowanie Hiszpanii: względność ma wymiar czasowy. Patrząc z perspektywy Paryża, a nawet i Carcassonne, Hiszpania za górami znalazła się dopiero po podpisaniu Traktatu Pirenejskiego w 1659 r., który zakończył trwające przez 24 lata walki na pograniczu pirenejskim, skutkiem których było odsunięcie dziedziny króla Filipa IV z północnego przedpola Pirenejów aż na główny grzbiet tego pasma i odstąpienie królowi Ludwikowi XIV terenów, nazywanych przez Francuzów krainą Roussillon.

Ale tak naprawdę król Hiszpanii oddawał, a król Francji przyjmował 33 wioski regionu Cerdanii trochę prawem takiej geografii, jaką kierował się imć Onufry Zagłoba, ofiarowując królowi szwedzkiemu Niderlandy, bowiem Cerdania była częścią Katalonii, z dawien dawna będącej regionem samodzielnym, z czasem połączonym z innymi częściami półwyspu Iberyjskiego uniami personalnymi, ale zawsze posiadającym jeśli nie formalną, to przynajmniej kulturową odrębność. Ta po południowej stronie Pirenejów ma od lat autonomię, eksponowaną zresztą bardzo wyraźnie, ma też tradycję własnej samodzielnej państwowości, o odzyskanie której dość hałaśliwie zabiega. Ma poza tym piękną stolicę, no i jeden z najlepszych klubów piłkarskich na świecie.

KatalońskośćFrancuska część Katalonii nie ma prawie nic. Owszem, eksponuje swoja katalońskość na każdym kroku, wszędzie widać flagi w pomarańczowo-czerwone pasy i żądania autonomii, albo zgoła połączenia z Barceloną. Ale nawet nazwę ma zupełnie tutaj obcą – Roussillon jest bardzo francuskie, bardzo ładnie brzmiące, ale jakby zupełnie nie adekwatne do terenu, który określa.Pech-Loubat

Roussillon znam, byłem tam, nawet parę razy. Ale nie tutaj, tylko w miejscowości Roussillon w Prowansji – tam rzeczywiście zgodnie z nazwą ziemia jest czerwona, od wielkich pokładów ochry, znajdujących się w okolicy. Tutaj nic takiego nie zauważyłem. Inna rzecz, że nazw o tym brzmieniu jest we Francji więcej.

Dzień wstaje dość pogodny. Pakujemy swój skromny dobytek, który z biegiem dni ma tendencję do rozrastania się, w przeciwieństwie do samochodowego bagażnika i żegnamy naszą dziuplę w carcassońskim hotelu „Premiere classe”. Tydzień minął nie wiedzieć kiedy. Jest niedziela, 6 lipca 2014. Jedziemy Autostradą Dwóch Mórz (A-61) na wschód, w stronę morza, początkowo tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Tuż przed Narboną mijamy widoczny po naszej lewej stronie dziwaczny pomnik, usytuowany w obrębie punktu wypoczynkowego Aire de Pech-Loubat. Pech to po oksytańsku to samo co francuskie Pique, szczyt. Wznoszący się nad parkingiem Pech ma jakieś 60 metrów, ale i tak patrzy się na coś innego. W pierwszej chwili wygląda to na wielkie wywietrzniki, potem na trzy betonowe gwizdki piłkarskie… W założeniu artystycznym jest to jednak pomnik Rycerze katarscy, autorstwa Jacquesa Tissiniera, ustawiony w tym miejscu w 1982 r. O 13-metrowe figury oparte są betonowe kółka, zapewne tarcze, a poniżej leżą betonowe kule – pewno wyrzucone z katapult pociski, które chybiły, poniżej jakby porzucone krzyże katarskie, kilka innych elementów... W sumie bardzo ciekawa, nowoczesna i przemawiająca do wyobraźni instalacja, nie wiem czemu okropnie krytykowana, może z powodu tych kosmicznych rycerzy. Dla wjeżdżających do Kraju Katarów jest to powitanie, dla nas – ostatnie pożegnanie z betonowymi tym razem dobrymi ludźmi.

Narbonne

Dygresja dla wykształciuchów - Narbona:

 

Narbona to wielkie miasto (ponad 50 tys. mieszkańców), założone przez Rzymian w -118 r. i nazwane początkowo Colonia Narbo Martius, gdzie słowo narbo wywodzi się z języka celtyckiego i oznacza miejscowość, położoną blisko morza. Dedykacja dla Marsa oznaczała zapewne, że zamieszkiwali ową kolonię weterani wojenni, o czym wiemy na pewno z czasów Juliusza Cezara, który tu osadził kombatantów X legii. Cezar August był Narbonie w -27 r. i ustanowił tu stolicę prowincji, nazwanej Galią Narbońską.

NarbonneSzybkiej karierze miasta sprzyjało jego dogodne położenie – na trasie kluczowej drogi via Domita, łączącej Italię z Iberią oraz nad morzem, co pozwoliło tu urządzić drugi (po Ostii, usytuowanej koło Rzymu) port cesarski nad Morzem Śródziemnym. Dziś, co prawda, Narbona ma do morza ponad 10 km, ale przedtem było bliżej.

W V w. wcielona do wizygockiego królestwa straciła swą stołeczność na rzecz Tuluzy, potem ją odzyskała po podboju arabskim, kiedy to Umajjadowie z Hiszpanii zajęli te tereny i przekształcili Arbunę (jak nazwali Narbonę) w jedną ze stolic prowincji, równorzędną z Andaluzją, Toledo czy Saragossą.  Jeszcze jedno nieszczęście spotkało miasto w 859 r., kiedy to najechał je i spalił okrutny wódz Wikingów, Hasting.

Chrześcijańscy biskupi byli tu już od IV w., a w V w. Narbona weszła w skład Septymanii – terenu obejmującego siedem biskupstw wschodniej Langwedocji. Pod koniec IX w. miasto odzyskało dawną świetność i wkrótce stało się ważnym centrum religijnym, zwłaszcza kiedy w 1145 r. w pobliskim Frontfroide powstało opactwo cystersów, jedno z największych na południu Francji. W Narbonie ulokowano arcybiskupstwo, a w czasie krucjaty przeciw Albigensom było tu główne centrum duchowe i materialne sił katolickich. Po krucjacie jednym z arcybiskupów był słynny legat papieski, cysters Arnold Amaury. Do dziś Brzoskwiniejednym z najpiękniejszych budynków Francji jest narboński pałac arcybiskupi z XIII-XIV w. Pod koniec XIX w. Narbona stała się jednym z głównych centrów produkcji i sprzedaży wina, teraz eksploatuje pobliskie porty, ma przedsiębiorstwa tworzące infrastrukturę drogową i kolejową, produkuje też materiały budowlane i… energię atomową.

Na przedmieściach Narbony skręcamy na południe i autostradą A-9 jedziemy do Perpignan, gdzie znów nie wjeżdżając do centrum skręcamy na zachód (skomplikowane, przez kilka rond, nadmiar oznaczeń, trzeba wypatrywać nazwy „Prades”) w drogę krajową N-116. Przez wiele kilometrów ciągnie się miejscowe zagłębie sadownicze, tutejszy Grójec. Fascynujące są wielkie sady brzoskwiniowe i morelowe. Mijamy Prades i parkujemy przed dworcem kolejowym w miejscowości Villefranche-de-Conflent. Tutaj zmienimy na jakiś czas środek komunikacji…

Cały nasz dobytek, dość szczelnie wypełniający bagażnik i ¾ tylnego siedzenia toyoty zostawiamy pod drzewem na łasce losu na niestrzeżonym, niemal pustym teraz parkingu i idziemy do kasy. Tutaj, w Villefranche-de-Conflent rozpoczyna się trasa słynnego Żółtego Pociągu, Le Train Jaune. O tym, że jest słynny dowiedziałem się niedawno; dotychczas jedynym słynnym środkiem komunikacji w żółtym kolorze była dla mnie żółta łódź podwodna…

Trasa prowadzi z Villefranche-de-Conflent do La Tour de Carol i ma w całości 62,5 km. Linię wybudowano na początku XX w. (trochę później niż słowacką elektriczkę w Wysokich Tatrach) jako główną atrakcję turystyczną regionu. Śmiało poprowadzona górami wiedzie wzdłuż rzeki Têt przez wyżynę Cerdagne – a więc dawny teren sporny między Francją a Hiszpanią.

W kasie nie idzie się dogadać. Na pytanie, o której jest najbliższy odjazd pociągu pani odpowiada nam po katalońsku, a widząc nasze miny przechodzi na franŻółty pociągcuVillefrancheski, upewniając się, że chodzi nam o… rozkład jazdy. Dobre i to, może być rozkład, ale nie jesteśmy na tyle dobrze przygotowani, żeby wiedzieć do jakiej stacji mamy jechać i jak będzie z powrotem. Jakoś to pokonujemy i po dłuższych negocjacjach kupujemy powrotne bilety nie do końcowej stacji, tylko do środkowej, która się ładnie nazywa Font Romeu. Font to po kataloński źródło, wiadomo, a Romeu to nie może być nic innego jak Romeo, Romeu i Julieta, jasne. Kataloński jest jednym z licznych języków, których nie znam, ale z widzenia rozpoznaję. Do Romea oblecimy w dwie godzinki, z powrotem tyleż, a pociąg do końcowej stacji  La Tour de Carol jest dopiero przed szóstą, więc nie ma wyboru.

Tymczasem mamy dwie godziny do odjazdu, więc idziemy do centrumu miasteczka powłóczyć się trochę po średniowieczu. Początkowe wrażenie dość przygnębiające: nad miastem pochylają się z obu stron strome góry masywu Canigou, o agresywnym czerwono brązowym kolorze. Z miejscowego kamienia zbudowana jest większość budynków. Tutaj widać, że Roussillon jest rzeczywiście czerwone. Na zboczu La Tartère nad miastem wznosi się dumnie Fort Libéria, wybudowany pod koniec XVII w. dla militarnego wsparcia podpisanego niedawno traktatu pirenejskiego, według projektów słynnego królewskiego architekta Sébastiena Le Prestre, markiza de Vauban. Idziemy trochę w górę rzeki Têt, przechodzimy przez dwa mostki i cofamy zegarki o kilkaset lat.

Villefranche

 

7 Villefranche z lotu ptaka (strona merostwa)

 

Według tradycji, pierwszą osadę założyli tu uciekinierzy z terenów zajętych przez Maurów, tworząc miasteczko obronne, otoczone murami. Karol Wielki, odbijając okolicę z rąk Saracenów, podarował ten teren rodzinie Wilhelmów, przyszłych hrabiów Cerdanii. Z końca IX w. pochodzą pierwsze większe fortyfikacje. W 1092 r. formalnie powstaje - za sprawą hrabiego Wilhelma Rajmunda – miasto, któremu założyciel nadał nazwę Villa Libera, wolne miasto. W XII w. miasto, już dawniej będące głównym miastem regionu Conflent, stało się stolicą Cerdanii, pod nazwą Villafranca, co bynajmniej nie oznacza, że panowała tu Francja, tylko jest dosłownym tłumaczeniem na starofrancuski nazwy Villa Libera. Potem, jako skutek kolejnych konfliktów na styku Katalonii, Hiszpanii i Francji (która zdobyła Villefranche w 1654 r.) ciągle umacniana była infrastruktura obronna miasteczka, czego kulminacją był budowany od 1669 r. Vaubanowski fort Libéria.

Miasteczko jest małe (ok. 240 mieszkańców), ma dwie główne ulice – św. Jana i św. Jakuba i ogólnie przypomina mi Aigues-Mortes w Camargue. Ale jest jeszcze bardziej malownicze i bardziej kompaktowe. Pierwsze przygnębiające wrażenie znika zupełnie i robi się bardzo sympatycznie. Turystów niespodziewanie dużo i chyba to jest główne źródło utrzymania mieszkańców: sporo sklepów, niewielkich restauracji i stoisk z pamiątkami. Głównym motywem pamiątkarskim są… czarownice. A bierze się to stąd, że według tutejszej legendy, w okolicznych górach rejonu Conflent jest mnóstwo grot, w których zimowały czarownice. Gdy zima się kończyła, czarownice wsiadały na miotły i zlatywały się do miasteczka, żeby razem z mieszkańcami świętować odrodzenie, wiosnę i życie. Czarownica jest więc symbolem radości, szczęścia i powodzenia w życiu.

Wiedźmy mają różne kolory i zajmują się różnymi rzeczami: czerwone przynoszą uśmiech i radość, żółte potrafią ukoić smutek i poprawić finanse, niebieskie i zielone uspokajają gniew, oddalają lęki, pomagają w egzaminach, białe chronią od alergii i melancholii, czarne dodają odwagi i energii życiowej, jasnofioletowe i różowe dodają słodyczy nocom…

Włóczymy się najpierw po ulicy św. Jakuba. Villefranche była przystankiem na drugorzędnej trasie pielgrzymki do Compostelli, dlatego też tutejszy kościół ma również św. Jakuba za patrona. Wybudowany w XII w. w stylu romańskim, w miejscu wcześniejszej świątyni, później został rozbudowany i w XIII w. wyposażony w gotycką dzwonnicę. Świetny jest – skromny na pierwszy rzut oka – portal wejściowy z XII w., wspierany przez kolumny z romańskimi kapitelami, które zdobią rzeźby fantastycznych potworów. We wnętrzu ciekawe dzieła gotyckie, renesansowe i barokowe. Obok skromne merostwo, a między nimi sympatyczny placyk, zachęcający do odpoczynku. Wracamy uliczką świętego Jana, również pełną czarownic oraz butików z dziełami sztuki. Ciekawe są też doskonale zachowane mury miejskie, niewiele zmienione od XI w., kiedy je zaczęto budować.

 

Villefranche Villefranche Villefranche Villefranche

 

Wracamy na dworzec. Żółty pociąg już podstawiony, przed nim niewielka grupka turystów, konduktor sprawdza bilety. Żółty pociąg nie jest wcale całkiem żółty, tylko ma kolory katalońskie: wagony są ciemnożółte z czerwonym obramowaniem. Zrobiło się słonecznie i całkiem ciepło, więc wsiadamy do odkrytego wagonu. Prędkość nie będzie zbyt imponująca, jeśli na pokonanie około 30 km nasza luxtorpeda będzie potrzebowała godziny i pięćdziesięciu minut, więc zapewne ciepłe kurtki nie będą potrzebne, choć oczywiście mamy je ze sobą.

Ruszamy, najpierw powoli jak żółw ociężale przejeżdżamy między miasteczkiem a unoszącą się jakby w powietrzu fortecą Vaubana, potem pociąg zaczyna jechać szybciej i wznosić się coraz wyżej. Pierwsza stacja, Serdinyia, jest całkiem blisko i w okolicy dość cywilizowanej, ale już trochę dalej wjeżdżamy w góry. Dziwne trochę, bo sąsiadują obok siebie stoki zalesione i raczej kopulaste oraz strome i nagie turnie – czyli, krótko mówiąc, trochę jak w Pieninach. Daleko pod wiaduktami, po których jedzie nasz pociąg, płynie rzeka, obok której po szalonych agrafkach szosy jadą samochody osobowe, a nawet autokary.

 

Żółty pociąg Żółty Pociąg Żółty Pociąg Żółty Pociąg

 

Na stacji Bolquère Eyne osiągamy najwyższy punkt trasy – 1592 m n.p.m., czyli jesteśmy o prawie 1200 m wyżej, niż na stacji początkowej. Z gór zaczynają schodzić mgły, zmieniające się w chmury, robi się chłodnawo. Okolica alpejska – szałasy, sporadycznie niewielkie pensjonaty z dość ograniczonym dojazdem, turyści na górskich ścieżkach, pasące się owce i krowy. Pociąg zatrzymuje się na stacji Font Romeu i dalej nie jedzie. Wszyscy wysiadają. Część osób podejmuje dalszą wędrówkę piechotą, inni – tak jak my – czekają na powrót. 15 minut przerwy wykorzystujemy na spacer po peronie i niektórych urządzeniach stacyjnych.

Wsiadamy po chwili wahania ponownie do odkrytego wagonu, ale gdy spadają pierwsze krople deszczu – decyduję się na przejście pod dach. Renatka z Michałem i kilkoma jeszcze osobami dzielnie trwają na coraz bardziej mokrym stanowisku, ale przychodzi konduktor i wypędza wszystkich do krytych wagonów. Ruszamy w deszczu, po chwili przychodzi gwałtowna burza, góry pojawiają się tylko czasem między ciężkimi chmurami. Po godzinie wraca piękna pogoda. W Villefranche wysiadamy w słońcu.

Klimatyzacja na full, ruszamy z powrotem tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Na przedmieściach Perpignan trochę błądzimy, ale w końcu udaje się nam wywikłać z pułapek bezustannych rond i ślimaków oraz drogowskazów, z których – jak mi się wydaje – wszystkie usiłują skierować nas do Barcelony. Wreszcie łapiemy wiatr w żagle, a satelitę w nawigację i trafiamy na właściwą drogę. W Argeles-sur-Mer po przeszło tygodniu widzimy znowu Morze Śródziemne, a od Banyuls-sur-Mer jedziemy już nadmorskim cornichem, cały czas na południe. I wreszcie ostatnia miejscowość francuska przed granicą z Hiszpanią – Cerbère. Odnajdujemy hotel La Vigie (czy u nas mógłby być hotel o nazwie „Wachta”?), rozpakowujemy się. Będziemy tu dwa dni.

CerbereJest ładnie. Hotel wygodny, taras z widokiem na morze, do którego mamy spory kawałek – w pionie: La Vigie położona jest na wysokim klifie, na plażę zresztą się na razie nie wybieramy. Zbliża się wieczór, ale przebieramy się i idziemy na spacer do portu i na molo.Cerbere

 

Dygresja dla wykształciuchów - Cerbère:

 

Cerbère to najdalej na południe położona miejscowość Francji. Dość spora – ma ponad półtora tysiąca mieszkańców, lokujących się w willach i osiedlach mieszkaniowych położonych wzdłuż morza i nieco dalej, po dwóch stronach ogromnego dworca kolejowego (port przeładunkowy towarów wyjeżdżających do Hiszpanii). Drugim ważnym miejscem jest marina, ze 150 stanowiskami dla jachtów. No i, naturalnie, są góry dość wysokie jak na miejscowość nadmorską: najwyższy punkt, należący administracyjnie do Cerbère wznosi się na 642 nad poziom morza, czyli tak jak ze dwie Gubałówki nad Zakopanem…

Nazwa kojarzy się dość mitologicznie i niemiło, bo z imieniem Cerbera (po francusku właśnie Cerbère) – piekielnego psa z trzema głowami, będącego strażnikiem krainy zmarłych – Hadesu. Zwierzątko znane z mitologii greckiej jednakże z naszym dzisiejszym miejscem pobytu nie ma nic wspólnego – nazwa prawdopodobnie pochodzi od indoeuropejskiego rdzenia kar, oznaczającego skałę i ibero-baskijskiego erri – miejsce. Czyli to by jak najbardziej do Cerbère pasowało. Niektórzy francuscy badacze chcieliby widzieć jako źródłosłów nazwy słowo cerf, jeleń, co wydaje się mało prawdopodobne.

Okolica musiała być atrakcyjna już dla ludności praceltyckiej, o czym mogą świadczyć zabytki – menhir i trzy dolmeny. W I w. pierwszy geograf rzymski Pomponius Mela zapisał, że  Cervaria locus finis Galliae, czyli osiedle Cerbère kończy Galię (zdanie to notabene stało się ważnym argumentem w XVII-wiecznych sporach o przebieg granicy francusko-hiszpańskiej). Od X do XIV w. miejscowość była lennem królewskim, którego realizatorami byli m.in. książę Gausfred i Dominik Isern. Potem, do II połowy XIX w. Cerbère było tylko dzielnicą sąsiedniego Banyuls-sur-Mer a usamodzielniło się z momentem wybudowania tu wielkiej kolejowej stacji granicznej połączonej w 1876 r. tunelem z analogiczną stacją przeładunkową w hiszpańskim Portbou. Współcześnie coraz większe znaczenie ma tu ruch turystyczny.

 

Ale ruchu – jak na ostatnią miejscowość przed granicą – specjalnie nie widać. Prawda, że turyści, chcący szybko dostać się samochodem z Francji do Hiszpanii i odwrotnie, raczej wybierają gładkie jak stół autostradowe połączenie A-9 z Perpignan do Figueres przez Le Boulou, odległe od Cerbère o 25 km, za wysokimi górami. Jachtów przy marinie także niewiele, no ale jeszcze nie ma pełnego sezonu wakacyjnego. Molo brzydkie, betonowe, stanowi jednak miejsce przechadzek turystów i miejscowej młodzieży, a także miejsce snu bezdomnych kloszardów…

Przy księżycu wracamy do hotelu i zasypiamy, ukołysani szumem morza.

 

*

 

Salvador DaliSalvadora Dali poznałem – dowiedziałem się o nim i jego twórczości – już jako bardzo młody człowiek, z lektury „Przekroju”. Oczywiście, krakowskiego „Przekroju”, tego redagowanego przez Mariana Eile, który namiętnie czytywałem i tego wychodzącego pod kierunkiem Mieczysława Czumy, w którym pisywałem. Poznałem – to na pewno za dużo powiedziane. Fascynował mnie swoją – by tak rzec – kontrastowością. Surrealista – ale precyzyjny w swym malarstwie jak mistrzowie Renesansu. Ikona nowoczesności – ale konserwatysta, zwolennik monarchii. Indywidualista i ekscentryk – i przeciwnik anarchii. Niezwykle nowatorski w sztuce – i bardzo tradycyjny w jej promowaniu. Elitarysta – popularny jak świeże bułeczki. Jeden z tych twórców, którzy dzieła – jak to się pisze w kiepskich recenzjach – nikogo nie pozostawiają obojętnym.

Potem tę sztukę poznałem „twarzą w twarz” – w doskonale urządzonym i bardzo estetycznym muzeum Espace Dali na paryskim Montmartrze. Wydawała mi się wszechstronna, niezwykle intelektualna i wyrafinowana w swej pomysłowości. I ogromnie wysublimowana estetycznie. Ale potem pojechałem do katalońskiego Figueres i zwiedziwszy urządzone przez niego samego muzeum w wielkim pałacu w centrum miasta wyszedłem z tzw. mieszanymi uczuciami, bo nie zmieniając dotychczasowych poglądów na te jego dzieła, które znałem już wcześniej – tutaj walczyłem ogromnie z przychodzącym mi na myśl określeniem „tandeciarz”.

Teraz, po kilku latach od tamtej pierwszej wizyty, jadę do Figueres ponownie.

Jest poniedziałek, 7 lipca 2014. Wstajemy wcześnie i z żalem stwierdzamy, że jak na wyprawę do Hiszpanii, pogoda zdecydowanie nam nie dopisuje: jest zimno, pochmurno i mglisto. Do granicy w linii prostej mamy 800 metrów, ale droga meandruje zakosami tak, że do Katalonii wjeżdżamy po czterech kilometrach rajdowej jazdy. Oczywiście nie ma żadnej kontroli, nawet nie bardzo wiadomo, gdzie ta granica jest. A poprzednim razem – co prawda na autostradowym przejściu w Perthus – też nas nie kontrolowano, ale na posterunku stali żołnierze z bronią i trzeba było jechać 20 km na godzinę.

Tutaj też jedziemy niewiele więcej, choć Michał lubi ostrą jazdę w górach i ma w tym spore doświadczenie po Rodos, Prowansji, Krecie i Korfu, aleFigueres Renatka skrupulatnie patrzy na licznik i dość radykalnie wypowiada swoją opinię na temat i drogi, i jazdy. No i pogody. Po stronie hiszpańskiej jest jeszcze gorzej: widać mniej, a zakrętów więcej. Mijamy kilka niewielkich miejscowości, w tym przygraniczne Portbou, będące niejako lustrzanym odbiciem „naszego” Cerbère, z identycznym wielkim dworcem kolejowym i podobnym portem jachtowym oraz miasteczko, słusznie zwane Colera, za którym szosa staje się trochę bardziej ustatkowana i już po mniej więcej prostej drodze dojeżdżamy do rodzinnego miasta Salvadora Dali.

Figueres wygląda na większe niż jest: niespełna 40 tys. mieszkańców na powierzchni dwukrotnie mniejszej od Nowego Targu daje ogromną gęstość zaludnienia: prawie 2,5 tysiąca osób na kilometr kwadratowy. Do tego trzeba doliczyć ogromną liczbę turystów, samochodów osobowych, autokarów, ciasne i wąskie uliczki (z wyjątkiem Rambla, bulwaru – szerokiej, dwujezdniowej alei obsadzonej platanami), mniej czy bardziej stylowa zabudowa.

Po kilku rundkach wokół muzeum znajdujemy wreszcie wjazd na centralny, podziemny oczywiście, parking: początkowo nie wpadliśmy na to, że aby się tam dostać, trzeba wjechać w ulicę z zakazem wjazdu… Parkujemy, i w coraz gęstszej mżawce (nie wiadomo: włożyć pelerynę, czy jeszcze nie, otworzyć parasol, czy może nie warto…) dochodzimy do charakterystycznego, pomalowanego na różowo gmachu, ozdobionego (?) tworzącymi attykę wielkimi jajami w kolorze naturalnym i dziwacznymi złotymi figurami nagich kobiet w pozycjach przypominających znaki telegrafu optycznego. Na ścianach umocowane są dziesiątki gipsowych modeli katalońskich bułeczek…

Figueres99% turystów przyjeżdża tu – tak jak my – wyłącznie po to, żeby zwiedzić Muzeum Salvadora Dali. I wszyscy oni stoją teraz w gigantycznej kolejce przed nami. Tłum wielojęzyczny, ale przeważają Rosjanie, być może dlatego, że żona Salvadora Dali, Gala, była ich rodaczką i to jej dedykowane jest muzeum, urządzone osobiście przez malarza w XIX-wiecznym pałacu, gdzie w latach międzywojennych znajdował się Teatr Miejski. Właśnie tam odbyła się jedna z pierwszych wystaw prac młodego wówczas malarza. W czasie hiszpańskiej wojny domowej (1936-1939) budynek został spalony i prawie całkowicie zniszczony, pozostając w stanie ruiny do 1960 r., kiedy to Dali wspólnie z władzami miasta postanowili gmach odbudować z przeznaczeniem na muzeum jego twórczości. Prace zaczęły się jednak dopiero w 1969 r., pod kierunkiem architektów Joaquima de Ros i Ramisa oraz Alexandra Bonaterry. Muzeum otwarto 28 września 1974 roku, a więc niemal dokładnie 40 lat temu.

Stosownie do dawnego przeznaczenie budynku Salvador Dali nazwał go Teatrem-Muzeum, zgodnie z następującym przesłaniem: Chcę, żeby moje muzeum było jednym wielkim blokiem, labiryntem, wielkim obiektem surrealistycznym. Będzie ono całkowicie teatralnym muzeum. Ludzie, którzy przyjdą je obejrzeć, będą wychodzić z przeświadczeniem, że przeżyli teatralny sen.

Podstawą ekspozycji stały się własne zbiory Dalego – podobnie jak Picasso był on największym kolekcjonerem własnej twórczości. Jest też nieco prac innych artystów z jego zbiorów. Z czasem muzeum rozrosło się tak, że wchłonęło kilka sąsiednich budynków (w tym w 1984 r. sąsiednią wieżę, którą połączono z muzeum i na cześć zmarłej żony Dalego nazwano Torre Galatea – co stanowi także nawiązanie do słynnej legendy o królu Cypru, rzeźbiarzu Pigmalionie, który zakochał się we własnej rzeźbie imieniem Galatea: Gala była główną modelką Dalego…) i spory dziedziniec, również nasycony dziełami, inspirowanymi przez najbardziej znanego obywatela miasta. Zresztą reklama związana z Dalim pojawia się w różnych miejscach Figueres nie pozwalając nam zapomnieć o tym, po co żeśmy tu przyjechali.

Kolejka posuwa się bardzo powoli, deszcz to gęstnieje, to rzednie, na zmianę opuszczamy zajmowane miejsce, żeby jakoś dotrwać do momentuFigueres, kiedy przekroczymy progi owego sanktuarium sztuki. Renata wchodzi fotografować sąsiedni kościół Świętego Piotra (gdzie Dali był chrzczony, miał pierwszą komunię i gdzie odprawiono nabożeństwo po jego śmierci), Michał rozgląda się po sklepach, ja odnajduję logo Banku Katalońskiego La Caixa, projektowane przez Joana Miró i przedstawiające podobno małą dziewczynkę grającą w piłkę. A może to peseta (za czasów Miró nie było euro…), wrzucana do skarbonki? Podobało mi się za poprzedniego pobytu w Katalonii, ale jakoś nie sfotografowałem.

 

Dygresja dla wykształciuchów - Salvador Dali:

 

Dali i GalaSalvador Dali (powinienem pisać Dalí, ale język polski to upraszcza) urodził się tu, w Figueres, 11 maja 1904 r. jako syn wziętego notariusza, typowego przedstawiciela katalońskiej klasy średniej. Ale zarówno ambicje, jak i poglądy Salvadora skłoniły go do tego, by oficjalnie się przedstawiać jako Salvador Domingo Felipe Jacinto Dalí i Domènech, markiz Dalí i Pubol … Snobizm? Mania wielkości? Jakieś kompleksy? Dali i LorcaPewno wszystko… Ale tytuł jest prawdziwy. W 1982 r. w uznaniu jego wielkich zasług dla Hiszpanii (a zapewne także w dowód wdzięczności dla jego monarchistycznych poglądów) król Juan Carlos nadał mu szlachectwo i tytuł markiza z Pubol.

Pubol to miejscowość niedaleko Figueres, gdzie w 1968 r. malarz kupił średniowieczny zamek i podarował go swojej żonie, która tam za mieszkała, pozwalając mężowi odwiedzać ją tylko na pisemne zaproszenie… Zmarła w 1982 r. w tej samej miejscowości na Costa Brava, gdzie się poznała z Dalim – w Cadaqués, gdzie także mieli dom. Dziś również jest tam muzeum. Po jej śmierci malarz zamieszkał w zamku Pubol i tam właśnie prawdopodobnie na skutek spowodowanego przez niego samego spięcia elektrycznego spowodował pożar, w którym odniósł poważne obrażenia. Niektórzy uważają, że była to próba samobójstwa po śmierci ukochanej Gali. Po powrocie ze szpitala w Barcelonie, w 1984 r. zamieszkał w Wieży Galatea. Zmarł w szpitalu w Figueres 23 stycznia 1989 r. i został pochowany w krypcie pod dawną sceną teatralną na terenie własnego muzeum.

Talent kilkunastoletniego syna notariusza dostrzeżono dość szybko, a w 1919 r. gdy miał 15 lat – w teatrze, przed którym teraz stoimy, Salvador miał swoją pierwszą publiczną wystawę. Trzy lata później podjął studia w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Madrycie, gdzie dość szybko zwrócił na siebie uwagę tak talentem, jak i ekscentrycznością. Wśród jego studenckich przyjaciół znaleźli się m.in. Luis Buñel – z którym później robił filmy Pies andaluzyjski i Złoty wiek (będąc współautorem scenariusza) i Federico Garcia Lorca, którego zbyt daleko idące homoseksualne awanse podobno zdecydowanie Figueresodrzucał, ale przyjaźnił się bardzo. Jego talent dostrzegł starszy o 11 lat, sławny już Katalończyk Joan Miró. W 1926 r. Dali został wyrzucony z Akademii za lekceważący stosunek do nauki i profesorów i zaraz wyjechał do Paryża, gdzie Miró zapoznał go z ważnymi postaciami tamtejszej bohemy, m.in. z Picassem. Wtedy też Salvador zapuścił słynne, podkręcane do góry wąsy, które wkrótce stały się jego znakiem firmowym, a on sam był uznawany za czołową postać grupy paryskich surrealistów.

W 1929 r. w katalońskim uzdrowisku Cadaques poznał Galę – rosyjską imigrantkę Helenę Iwanowną Diakonową, starszą od siebie o 10 lat, będącą wówczas żoną poety Paula Éluarda, jednego z przyjaciół z suFigueresrrealistycznej drużyny. Wkrótce zamieszkali razem, Gala rozwiodła się z Eluardem, porzucając też ich jedyną córkę Cecile i w 1934 r. wzięła cichy ślub cywilny z Dalim. Była jego największą, pewno jedyną miłością, nieomal platoniczną zresztą, muzą, inspiracją, modelką, menadżerką i najważniejszym życiowym punktem odniesienia. Kilka lat po śmierci Éluarda, w 1958 r. wzięli ślub kościelny. Nie mieli dzieci. Gala miała posturę i charakter kobietona, ale fascynowała mężczyzn, choć jej z kolei fascynacje były przeważnie dość przelotne, głównie skierowane do znacznie od niej młodszych partnerów, których miewała na pęczki. Z Dalim – podobno – kochali się tylko raz i to kiepsko: mistrz był całkowicie nieczuły na erotykę. Galę traktował jak matkę – i pracodawcę, a dokładniej – jak ekonoma, pędzącego go do roboty. Kochał ją zawsze – nawet wtedy, gdy pozornie się nienawidzili, bili, nawet ciężko raniąc. Nawet wtedy, gdy zdradzała go na jego oczach, wydając na kochanków miliony, zarobione przez niego dzięki twórczości, coraz bardziej rozmieniającej się na drobne.

Jego ustabilizowane życie prywatne, konserwatywne poglądy i ogromna pracowitość zadziwiająco kontrastowały z ekscentrycznością ubioru, zachowania i autoreklamy, czyli tego co dziś jest oczywiste w zachowaniach celebrytów, poprzez starannie dobrane public relations kreujących modę na siebie i popyt na swoje dzieła. Dali i pod tym względem był szalenie nowoczesny. Warto dodać, że fascynował się także nowoczesną techniką i naukami ścisłymi, psychoanalizą i genetyką.

 

Mamy już niedaleko, kolejka się ożywia, Japończycy składają parasole i robią miliony zdjęć, Rosjanie strofują dzieci, Francuzi dopijają kawę w tekturowych kubkach, siedzący pod ścianą przy wejściu do muzeum skrzypek wycina od ucha, zbierając eurosy do futerału… Ale jeszcze ciągle jesteśmy na dziedzińcu zewnętrznym. Nareszcie wchodzimy – po blisko półtorej godzinie stania w kolejce. W zasadzie nie wiem, czemu nas to tak irytowało: dwie godziny czekaliśmy wczoraj na Żółty Pociąg i nam to nie przeszkadzało, podobnie jak wcześniej na wejście do jaskini Niaux. Ale pewno samo słowo kolejka już tak nam obrzydło po czasach PRL, że ma wartość o wiele bardziej negatywną niż sam czas oczekiwania.

Muzeum Salvadora Dali w Figueres to przede wszystkim wielka fabryka pieniędzy. Czynne w sezonie codziennie, świątek i piątek 9.00-20.00, poza tym w sierpniu ma wejścia nocne, od 22.00 do 0.30. W poniedziałki zamknięte od października do maja, poza tym 1 stycznia i 25 grudnia. Bilet wstępu kosztuje 12 €, ulgowe (9 €) przysługują studentom, emerytom i bezrobotnym, za darmo mogą wejść dzieci poniżej 8 roku życia, członkowie stowarzyszeń muzealnych Katalonii, członkowie ICOM i dziennikarze. Skwapliwie korzystam.

We wnętrzu pierwszym wrażeniem jest chaos. I tłok. Także chaos spowodowany tłokiem – i ludzi, i eksponatów. Moda na surrealizm, jako dość łatwą w odbiorze formę sztuki, poprzez jej anegdotyzm, trwa od kilkudziesięciu lat, a im bardziej nowoczesna twórczość plastyczna odchodzi od pojęcia sztuki w stronę wyłącznie happeningowego wywoływania wrażeń, tym bardziej cenimy to, co leżało na początku drogi, która wielu artystów (a także widzów, a co najgorsze – krytyków) zaprowadziła na manowce. Dodatkowo cały ten piar, o który Salvador Dali tak bardzo dbał i który pamięta mu się przede wszystkim – nadal działa i przyciąga ludzi. Wreszcie – jest to jeden z największych artystów XX wieku i nie można mieć do ludzi pretensji o to, że chcą mieć bezpośredni kontakt z jego sztuką.

 

Figueres Figueres Figueres Figueres Figueres

 

Ale żeby mieć ten kontakt – powinno się mieć możliwość obejrzenia dzieł tak jak się chce i w warunkach, umożliwiających choćby minimum spokoju, potrzebnego dla zebrania myśli. Tymczasem Figueresw muzeum w Figueres idziesz nie tam, gdzie chcesz (pomijając już to, że jest to rzeczywiście labirynt i w zasadzie błąkasz się nieco przypadkowo), tylko tam, gdzie cię wepchnie tłum. Do niektórych eksponatów, które trzeba oglądać z konkretnego miejsca, żeby zobaczyć ten efekt, o jaki chodziło artyście – ustawiają się następne kolejki. Jest hałas, głośne rozmowy, krzyki i piski dzieci, bezustanny trzask migawek aparatów fotograficznych, błyski fleszu mimo zakazu. Wielka sztuka zamienia się w wielki jarmark.

Jest jeszcze kwestia ekspozycji. Zdaję sobie sprawę, że większość wnętrza została zakomponowana przez samego Dalego i powinniśmy to respektować. Ale coś, co się dobrze sprawdzało w początku lat 80-tych, gdy nie było strefy Schengen i liczba zwiedzających szła może w setki, a nie tysiące – nie koniecznie sprawdza się teraz. Powiem więcej – przez te siedem lat, które minęły od mojej poprzedniej wizyty w tym miejscu – warunki oglądania i percepcji sztuki pogorszyły się drastycznie. Już wtedy nie podobało mi się to chaotyczne bieganie tam i sam, więc po jakiejś godzinie poddałem się i poszedłem na ulicę św. Piotra na wino. Ale wtedy byłem sam (no, nie sam, ale innymi uczestnikami wycieczki zajmowały się inne osoby) i mogłem sobie na taką samowolkę pozwolić. Tutaj chciałem odpracować tamtą niedoróbkę i trochę żałuję.

Jak to robi Paryż, że tam jest miło, kulturalnie i można dzieła podziwiać w atmosferze sztuki, a nie jarmarcznych sztuczek? Bilet do Espace Dali na Montmartrze kosztuje 11,50, czyli prawie tyle samo co w Figueres. Paryż jest, zdaje mi się, nieco większym centrum turystycznym i kulturalnym niż miasteczko w Katalonii i chętnych do zwiedzania tamtejszych muzeów nigdy nie brakuje. Problem chyba polega na tym, że dostęp do Espace jest reglamentowany: jeśli najdzie więcej turystów przed tobą – musisz poczekać, aż zrobią ci miejsce…

No i jeszcze jedno: w Figueres jest wszystko: szwarc, mydło i powidło, dzieła małe i duże, dobre i kiepskie, pokazane starannie i byle jak, oby więcej. W Paryżu nie mają tego dużo, ale za to mają rzeczy naprawdę ważne i istotne. Gdy chcemy powiedzieć – pokazać – przedstawić wszystko, najczęściej nie przedstawiamy nic. Może to dlatego, że nazwa miasta pochodzi od pewnego drzewa, które tu w okolicy rośnie często, a jego listek jest uważany za synonim pruderii? A owoc, skądinąd bardzo smaczny, jest symbolem nicości?

Gdybym powiedział, że z Muzeum Salvadora Dali wychodzimy ze sprzecznymi odczuciami – skłamałbym. Nasze odczucia są zupełnie jednoznaczne.

Wracamy do słodkiej Francji. Spacer na molo i wieczorne posiady na tarasie nad zatoką Cerbère trochę łagodzą stargane w Hiszpanii nerwy. Portowe światła i oświetlone sylwetki przepływających daleko statków mają zawsze zbawienny wpływ na nastroje. Na nas troje również.

 

*

 Perpignan

CerbereRano uświadamiamy sobie, że oto spędziliśmy ostatnią noc najdalej od domu podczas tej wyprawy. Jesteśmy 2200 km od chałupy. Teraz już będziemy powoli wracać.

Na razie jednak na przedpołudnie zaplanowaliśmy etap krótki: niespełna 50 km do stolicy Roussillon – Perpignan. Zostawiamy samochód w podziemnym parkingu Dalle Arago i wychodzimy na ulicę Ludwika Zamenhoffa. Dziwne, że ten polski Żyd, wynalazca pięknego, choć niepraktycznego języka esperanto, ma ulicę nawet w Perpignan, podobnie jak we wszystkich większych miastach Europy (a nawet Polski!) – a stosowanie jego wynalazku ogranicza się do garstki hobbystów…

Idziemy zacienionymi bulwarami nad rzeką Têt, co jest dość praktyczne, bo dzień się zrobił – dla odmiany po wczorajszym – ciepły i słoneczny. Nabrzeże Sadi Carnot i leżące po drugiej stronie rzeki nabrzeże Vaubana to ulice, poprowadzone w XIX w. przez prefekta miasta, barona Lassusa de Saint-Geniès, który wykonał podobne działania, co jego paryski kolega, prefekt baron Georges Hausmann: wyburzył dawne zewnętrzne fortyfikacje miejskie i otworzył dla Perpignan drogę do nowoczesności. Kolejne zmiany zaszły tutaj w 1999 r., kiedy to zmodernizowano – ale nie przesadnie – nabrzeże Vaubana, przekształcając je w elegancki i ładnie zabudowany bulwar.

Przez most Magenta i plac Verdun dochodzimy dawnej bramy miejskiej, noszącej imię Marii Panny (Notre Dame), która otwiera się na starówkę, nazywaną tutaj cellera, otaczającą średniowieczny kościół św. Jana. Ta brama to część Castillet, zameczku, gdzie w dawnych czasach mieściło się strzeżone wejście do miasta i więzienie, nazywane Bastylią. Cała okolica ma proweniencję XII-wieczną, choć oczywiście mocno unowocześnioną. Ale atmosfery nie tworzą ekskluzywne butiki, sympatyczne restauracyjki, ze stolikami wystawionymi na ulicę, nowoczesne fontanny czy dyskretnie wpasowane w ściany domów bankomaty, tylko wąskie uliczki z rynsztokami przez środek, kolorowe, ceglane domy czy stylizowane na średniowieczne szyldy sklepów i zakładów usługowych. Dochodzimy do monumentalnej katedry św. Jana, widocznej z daleka dzięki dziwacznej, ażurowej wieży zegarowej z pojedynczym dzwonem, utworzonej przez metalową kratownicę, przywodzącą na myśl parkową pergolę…

Najpierw oglądamy interesującą, nowoczesną instalację Guy Ferrera, umieszczoną na obszernym klasztornym dziedzińcu. Zatytułowana T.O.L.E.R.A.N.C.E., składa się z dziewięciu rzeźb, odpowiadających poszczególnym literom słowa tolerancja. Ładne objaśnienie artysty: Słowo zyskuje znaczenie dzięki każdej ze swoich liter, z których każda jest niezbędna i równie ważna, by mu nadać sens; tak samo różne kultury i idee świata mogą żyć razem i się szanować, w pełnym braterstwie. Czyli coś jakby nowoczesna wariacja na temat Liberté – Égalité – Fraternité…

 

 

Perpignan Perpignan Perpignan Perpignan Perpignan

 

 

Pierwszy kościół w tym miejscu powstał w 1025 r., a niecałe 100 lat później dobudowano do niego zabudowania klasztoru augustianów. W 1230 r. kapelania stała się współgospodarzem siedzibPerpignany diecezji, wspólnie z sąsiednim Perpignanmiastem Elne. W 1324 r., gdy Perpignan stało się stolicą Królestwa Majorki, władca tego kraju, obejmującego Baleary (Majorka, Minorka i Ibiza), Roussillon i Cerdanię, król Sanchez postanowił rozbudować kościół. Ostateczny kształt jednak nadano katedrze (ten status świątynia otrzymała dopiero w 1601 r.) w wieku XV. Jest to obecnie jednolity stylistycznie kościół w stylu gotyku południowego, zbudowany z cegły, jednonawowy, długi na 80 metrów, ma 18 m szerokości i 26 m wysokości. Wejście i wieża zegarowa pochodzą z XVIII w. Bogate wyposażenie wnętrza w dużej mierze pochodzi z XIV-XVI w., część neogotycka z wieku XIX. Obecna katedra jest przybudowana do starego, wczesno-średniowiecznego, noszącego nazwę Saint Jean-Le-Vieux. W dzwonnicy, umieszczonej w wieży starego kościoła św. Jana znajduje się XIX-wieczny carillon, składający się z 46 dzwonów. Dzwon burdonowy waży przeszło półtorej tony, ma prawie 140 cm średnicy i gra nutę d3.

Minęło południe, pora na kawę czy coś w tym rodzaju. Siadamy przy stoliku na ulicy, nie jest wykwintnie, ale za to wygodnie. Patrzymy na Perpignan i ludzi, przechodzących po jego ulicach, siedzących w kawiarniach, zatrzymujących się przed sklepami. Jest ładnie, miasto jest ładne i ludzie są sympatyczni.

Zastanawiam się przez moment, co to znaczy, że miasto jest ładne, bo zdaje się często tak mówiłem tam, w Langwedocji, i tutaj, w Roussillon. Chyba najbardziej mi się podoba jednolitość stylistyczna, łatwa do osiągnięcia w miejscowościach liczących kilkuset mieszkańców, nawet miastach, mających ponad tysiąc obywateli. Ale Perpignan ma prawie 120 tysięcy i jest sporą metropolią. Jednak przejścia między nowoczesnymi przedmieściami a stylowym centrum są dość łagodne i świadczą, że miasto rozwijało się harmonijnie, po prostu obrastając nowościami w miarę jak z upływem czasu się rozwijało. Po drugie – miasta zwiedzanego przez nas regionu są czyste, ruch samochodowy jest rozsądnie rozprowadzany poza centrum, mają dużo zieleni i jakiegoś takiego prowincjonalnego spokoju. Paryż, który przecież uwielbiam i tęsknię za nim, jak tylko opuszczę obwodnicę Périphéerique, jest brudny, hałaśliwy i agresywny. Czy jest ładny? Naturalnie, ale jest ładny swoją własną ładnością, którą znam i cenię, szczególnie tę kosmopolityczną anonimowość, która pozwala mi kompletnie się nie przejmować tym, jak wyglądam w oczach innych – bo te oczy kompletnie na mnie nie patrzą.Perpignan

PerpignanAle nie lubię Paryża w zewnętrznych arrondissements, gdzie ze swoją europejską kulturą, językiem i wyglądem czuję się obco, a to przecież oni – ci, którzy okupują Paryż i jego banlieu, a właściwie całą Île-de-France – są tu bardziej obcy niż ja, bo chcą być obcy i chcą się czuć osobno. Tutaj, w Midi tego nie ma. Oczywiście nie mówię o Marsylii, która w pewien sposób jest powtórką z Paryża.

Imigranci są naturalnie i tu. I kompletnie mi nie przeszkadzają, ani piękne dziewczyny w chustach, ani dostojne matrony w dżelabach, ani czarnowłosy chłopcy na motorach, ani seniorzy z szumagami na głowach. Mieszkają tu, pracują, żyją normalnie, nawet mają meczet w północnej części miasta. Są obywatelami tego kraju – a nie wyłącznie konsumentami socjalu

Perpignan pewno nie jest typowy, przez swoją wielkość i przez wyraźną i podkreślaną na każdym kroku katalońską odrębność. Co prawda, nad merostwem wiszą dwie flagi: większa, francuska i mniejsza katalońska, ale to raczej wyjątek – w całym mieście jest właściwie pomarańczowo-czerwono, nawet (co uważam za przesadę) – w ołtarzu głównym katedry św. Jana tłem dla postaci patrona jest wypełniająca wnękę pomarańczowo-czerwona flaga. Po drodze w całym Roussillon wszędzie widzimy transparenty z hasłami, nawołującymi do autonomii, albo wręcz do połączenia z „macierzą”, to jest zapirenejską Katalonią i utworzenia państwa ze stolicą w Barcelonie. Interesująco to współgra z wszechobecnymi reklamami miejscowego dziennika „Midi Libre”, Wolne Południe… Wiem, oczywiście, że owo „libre” wywodzi się z 1944 r. i odnosi się do wyzwolenia Langwedocji przez wojska alianckie, które usunęły okupacyjne władze niemieckie, a obecnie dziennik wchodzi w skład paryskiego koncernu „Le Monde”, ale nieźle to harmonizuje z obecnymi trendami.

 

Dygresja dla wykształciuchów - Perpignan:

 

Perpignan – w tym miejscu i pod tą nazwą – wywodzi się z X wieku, kiedy to (w r. 927) po raz pierwszy zapisano jego nazwę, w postaci Perpinianum. Ta forma łacińska wskazuje na to, że była to własność jakiegoś Perpiniusa, a znana jest rzymska rodzina Perpenna, z której pochodził oficer, walczący w -72 na terenach dzisiejszej północnej Hiszpanii. Czy rodzina osiedliła się w tych okolicach i założyła pierwszą osadę? Nie wiadomo.

PerpignanStarszą osadą w okolicy było położone na wschód od Perpignan oppidum Ruscino, późniejszy Château Roussillon. Czy pierwotna nazwa – od której później wzięła swoje miano cała prowincja – wywodzi się od łacińskiego słowa russus, czerwony? Jego historia datuje się z -600 roku, kiedy to pierwszą osadę założyli tu Sordonowie, lud iberyjskiego pochodzenia. Potem przyszli Rzymianie i przekształcili Ruscino w twiPerpignanerdzę, panującą nad okolicznym terenem. Z biegiem czasu oppidum straciło na znaczeniu, a głównym miastem stało się rzymskie Illiberis, potem znane jako Elne. W V w. tereny te zajęli Wizygoci, po nich przyszli Arabowie, w IX w. Karolingowie i to im zawdzięcza swe początki nasze Perpignan.

W tamtym czasie wiadomo o nim tylko tyle, że istnieje, bo jest wymieniane w korespondencji na inne zupełnie tematy. Ale już w 991 r. hrabstwo Roussillon otrzymuje w spadku Guilabert I i swoją stolicę zakłada właśnie w Perpignan, które od tego momentu zaczyna się szybko rozwijać. Powstaje zamek, kościół św. Jana (poświęcony w 1025 r.), a przy nim szpital, także pod wezwaniem św. Jana. W 1172 r. hrabia Girard II de Roussillon zapisuje swoje ziemie królowi Alfonsowi II i w ten sposób Roussillon staje się częścią królestwa Aragonii. Pod rządami Aragończyków w XII-XIV w. Perpignan przeżywa swoje złote lata, szczególnie kiedy Jakub I „Zdobywca”, wydziela ze swego królestwa tereny dla ukochanego młodszego syna, także Jakuba, tworząc z Balearów, Roussillon, Cerdanii i seniorii Montpellier Królestwo Majorki. W latach 1276-1344 zarówno liczba ludności, jak powierzchnia Perpignan powiększają się czterokrotnie, a ono samo staje się kontynentalną stolicą nowego królestwa.

Kontakty z Francją owszem, trwają, i to nawet na wysokim szczeblu, choć ich charakter jest niejednoznaczny: król Filip III Śmiały, jeszcze jako następca tronu ożenił się w 1262 r. z Izabelą Aragońską, córką Jakuba Zdobywcy i siostrą Jakuba – Króla Majorki. Izabela 9 lat później zmarła wskutek nieszczęśliwego wypadku, Filip odebrał jej bratu Montpelllier, a w 1285 r. wyruszył przeciwko Aragonii, co zakończyło się klęską armii francuskiej i szybkim odwrotem. Sam Filip zachorował na febrę i zmarł w Perpignan w tym samym 1285 r. Jego synem, z małżeństwa z królewną aragońską, był kolejny król Francji, który niezbyt chlubnie zapisał się w historii m.in. jako likwidator zakonu templariuszy – Filip IV Piękny.

Swoją stołeczność Perpignan straciło w 1344 r., kiedy królestwo Majorki zostało ponownie wcielone do Aragonii. Pierwszą próbę odzyskania miasta dla Francji podjął w 1463 r. król Ludwik XI, ale po 10 latach okupacji mieszkańcy wywołali powstanie i po dwuletnich walkach wygnali Francuzów. Perpignan pozostało w obrębie królestwa hiszpańskiego do 1642 r., kiedy to zostało zdobyte przez wojska Ludwika XIII. W 1659 r. Roussillon i prawie całe północne pogórze pirenejskie znalazło się w obrębie królestwa francuskiego na mocy traktatu pirenejskiego. Francuzi zajęli się budową nowych fortyfikacji miejskich (pod kierunkiem Vaubana), nastąpił też szybki rozwój kulturalny, naukowy i intelektualny, do czego przyczyniła się także mocna pozycja masonerii i rozwój liberalizmu, które to tendencje uosabiał XVIII-wieczny gubernator prowincji, przyszły marszałek Francji Augustin-Joseph de Mailly. Harmonijnego i estetycznego rozwoju Perpignan nie powstrzymały nawet wydarzenia rewolucyjnie ani obie wojny światowe.

 

PerpignanCzeka nas teraz spacerek przez środek miasta do kolejnego ważnego zabytku Perpignan. Bardzo ładny jest centralny plac miasta, nazywający się –Perpignan jak często we Francji – Place de la Republique. Jego prawdziwą ozdobą jest gustowna fasada kamienicy Maison Fontano, nie zmieniająca się już od półtora wieku, przed którą jest oczywiście fontanna. Na placu jest też kawiarnia, pod placem podziemny parking, a dawną funkcję miejskiego targowiska przypominają odbywające się tu jarmarki.

Ciekawa jest historia tego miejsca, bardzo charakterystyczna dla Francji. Od wieków istniała tu tradycja targowa, a pierwsza nazwa placu – Coronell d’En Vila – zdaje się też do tego się odnosiła. W 1600 r. osiedlili się tu jezuici, którzy wybudowali klasztor, szkołę i kościół św. Wawrzyńca. Półtora wieku później zakon został z Francji wygnany, klasztor przekształcono w teatr miejski, a w okresie po Rewolucji nadano rynkowi nazwę Plac Wolności. Dodatkowym akcentem stały się tu groby dwóch generałów, bohaterów wojny z Hiszpanią w 1793 r. Pochowano ich z honorami na placu w 1800 roku, ale w 1826 po cichu ekshumowano i przeniesiono na pobliski cmentarz św. Marcina. Podczas Pierwszego Cesarstwa plac otrzymał imię Napoleona, a po jego upadku nazwę zmieniono na Plac Królewski, ale mimo tej dostojnej nazwy powrócono do jego pierwotnej funkcji miejskiego targowiska. W 1888 r. wybudowano na nim wielką żelazną halę w stylu Baltarda, a wkrótce potem nazwano go Placem Republiki. Halę zburzono w 1974 r. i umieszczono w jej miejscu modernistyczny pięciopiętrowy parking, co oczywiście wyglądało koszmarnie i nazywano go – excusez le mot – pryszczem na tyłku Perpignan… Ale zburzono go dopiero w 2006 r., przenosząc parking pod ziemię. Dziś plac jest miejscem spacerów, zabaw, wysiadywania w kawiarenkach i barach, no i oczywiście handlu, który jak zwykle trzyma się najmocniej.Perpignan

PerpignanPojawiają się drogowskazy, kierujące nas w stronę Pałacu Królów Majorki, który będzie naszym ostatnim celem w Perpignan. Idziemy najpierw przez starą dzielnicę o miło dla mnie brzmiącej nazwie Saint Mathieu, czyli mniej więcej Świętego Macieja, potem coraz mniej zadbanymi i coraz bardziej nowoczesnymi uliczkami nieco pod górę, wchodzimy w ulicę Trubadurów, mijamy gotycki kościół Panny Marii Królewskiej (Notre-Dame-La-Real) i nagle się pojawia wręcz monumentalna twierdza, ogromnie kontrastująca z otoczeniem. Pałac jest budowlą jednolicie gotycką, ale bez typowej dla gotyckich kościołów strzelistości: ceglany oczywiście, ale zarazem masywny, wręcz przysadzisty, remontowany co prawda przez kilka ostatnich lat, ale z wyczuwalnym piętnem swoich siedmiu wieków istnienia.

Wybudowano go w ostatniej ćwierci XIII w., a jego pierwszym lokatorem był nowo mianowany władca Królestwa Majorki – Jakub II, który osiadł w Perpignan w 1276 r. Pałac wznosi się w południowej części miasta na niewielkim wzgórzu, nazywanym Pagórkiem Królewskim. Całe założenie, oglądane z bliska, jest niezbyt wielkie: pałac mieści się na wyrównanym terenie kwadratu o boku 60 m. Otoczony jest fosą i masywnym barbakanem z krenelażami. Wejście jest od strony zachodniej. Wnętrze miało przestrzeń publiczną – z wielkim dziedzińcem, z którego przechodzi się do dwóch małych dziedzińców, otoczonych pomieszczeniami prywatnej rezydencji. Nad całością dominuje wewnętrzna kaplica, bardzo przypominająca dwupoziomową konstrukcją i misternym wystrojem paryską Sainte Chapelle, pochodzącą mniej więcej z tego samego okresu. Dolna część, służąca prawdopodobnie królowej, nazywana jest kaplicą Marii Magdaleny, górna – bardziej repPerpignanrezentacyjna – to królewska kaplica Świętego Krzyża. Niewątpliwie wpływem kultury mauretańskiej jest to, że postacie i figury świętych i aniołów zastąpione zostały dekoracjami w postaci kwiatów, liści i owoców. Za kaplicą znajduje się reprezentacyjna wielka sala, sala tronowa i kancelaria królewska. W dawnych apartamentach królewskich znajduje się dziś… butik winiarski, w innych częściach zachowane są oryginalne wnętrza. Niektóre pomieszczenia wykorzystywane są na czasowe wystawy sztuki, na dziedzińcach organizowane są koncerty.Perpignan

Pałac jako rezydencja królewska przetrwał tak długo, jak królestwo. Przypomnę, że powstało ono w XIII w., kiedy Jakub I (Jaume) „Zdobywca” odbił Baleary z rąk Saracenów i przyłączył do królestwa Aragonii. W swoim testamencie z 1262 r., (na 14 lat przed śmiercią) zadysponował, że państwo ma być podzielone między synów: pierworodny Piotr III jako następca tronu miał otrzymać ziemię iberyjską, zachowując tytuł króla Aragonii i Walencji oraz hrabiego Barcelony, zaś dla młodszego (wówczas 9-letniego), Jakuba II, utworzono Królestwo Majorki, w skład którego wchodziły Majorka, Minorka, Ibiza, Roussillon, Cerdania i Montpellier.

Od początku było wiadomo, że to był kiepski pomysł, generujący najpierw kłótnie, potem krwawe wojny w rodzinie aragońskiej. Piotr III prawie natychmiast po śmierci ojca usiłował zająć ziemie brata, co mu się częściowo udało w 1286 r., kiedy to zdobył Perpignan i wygonił Jakuba na wyspy. Królestwo Majorki odzyskało całość terenu jeszcze przed końcem XIII w. dzięki interwencji Francji, a w 1311 r. królem został syn Jakuba – Sancho I, który dzieciństwo spędził w niewoli u stryja, skąd uciekł na dwór francuski. Jego władza była słaba i tylko formalna, bo praktycznie rządy sprawowała Aragonia, której zwierzchnictwo uznawali sami królowie Majorki, uznając się za lenników władców hiszpańskich Jakuba II Sprawiedliwego i Alfonsa IV. Sancho zmarł nie mając legalnego potomka, wobec czego władza nad Majorką miała przejść w ręce Aragonii, jednak układ nie został dotrzymany i na Perpignantron wstąpił Jakub III, bratanek Sancha. Cała ta kołomyjka skończyła się tak, jak można się było spodziewać od początku: marionetkowe królestwo zostało zlikwidowane w 1344 r., wraz ze śmiercią króla na polu bitwy, z rąk rycerzy swego kuzyna Piotra IV. Zatem królestwo, którego stolicą było Perpignan, istniało zaledwie 82 lata.

Rezydencja w Perpignan, piękna i kosztowna, była zresztą jedynie formalną siedzibą Królów Majorki, którzy przeważnie przebywali na BaleaSeterach, rządy nad Roussillon powierzając swoim palatynom. Po upadku Majorki interesującym momentem w dziejach zamku był rok 1415, kiedy to właśnie tutaj toczyły się ważne rokowania między znanym dobrze Polakom królem (a późniejszym cesarzem) niemieckim i węgierskim Zygmuntem Luksemburskim a antypapieżem Benedyktem XIII z Awinionu, mające na celu zakończenie tzw. Wielkiej Schizmy Zachodniej, co dokonało się na soborze w niemieckiej Konstancji. Rokowania były trudne, bowiem z początkach XV wieku władzę nad kościołem katolickim sprawowało równocześnie trzech zwalczających się papieży i antypapieży: Benedykt XIII w Awinionie, Jan XXIII w Pizie i Grzegorz XII w Rzymie. Jak wiadomo, sobór wezwał wszystkich trzech do abdykacji, po czym miano wybrać nowego władcę kościoła. Jan się podporządkował, Grzegorz umarł, a Benedykt trwał na tronie nad Rodanem, w efekcie został ekskomunikowany. Nowym papieżem został Marcin V. Niejako na marginesie soboru dokonano efektownego spalenia heretyka Jana Husa, który przybył na sobór w celu dyskusji, zaopatrzony w list żelazny króla Zygmunta, który jednak został zlekceważony przez biskupów – z wyjątkiem większości delegacji polskiej, gorąco przeciw temu protestującej.

Pałac Królów Majorki jednak jest ładnym i interesującym do zwiedzania (4 €) miejscem, odbywają się tu także liczne koncerty i festiwale muzyczne.

SeteWracamy do samochodu i pomykamy na północ, przez Narbonę w stronę Béziers, gdzie skręcamy w kierunku Sète, wjeżdżamy na mierzeję między Étang du Thau a morzem i znów lokujemy się na plaży, gdzie przeszło tydzień temu zbieraliśmy muszle. Jest po czwartej, doskonała pora na kąpiel i złapanie opalenizny, na którą nie mogliśmy specjalnie liczyć, włócząc się po górach i dolinach Langwedocji.

Ale plany należy tworzyć przy uwzględnieniu realnych okoliczności. Morze Śródziemne w tym roku jest z pewnością zimniejsze niż Bałtyk. Jak szybko wskakuję do wody, tak szybko z niej wyskakuję, dbając starannie o to, by nie zamoczyć się wyżej kolan. Pięknych muszli też już nie ma – albo zostały wyzbierane, albo większa fala zmyła je z powrotem do morza. Pozostaje nam kontemplowanie widoków pięknych chmur, nasłuchiwanie przejeżdżających pociągów TGV i podziwianie dzieci, które nie przejmując się temperaturą bez problemów taplajSeteą się w wodzie. Maluchy mają chyba obniżony stopień wrażliwości na zimno…

Można też, oczywiście, przymknąć oczy i uruchomić wyobraźnię. Kawałek piasku, na którym siedzimy, razem z całą mierzeją to oczywiście dorobek ostatnich stuleci, efekt ciężkiej pracy wiatru i morskich fal. Ale kiedyś – jeszcze w średniowieczu – jezioro Thau nie istniało, była tu tylko zatoka morska. A dalej na północ od Sète znajdowała się – dziś już nie istniejąca – wyspa La Madeleine. Kolejny Magdaleński ślad na naszej trasie. Za naszymi plecami, po drugiej stronie jeziora Thau znajduje się spora miejscowość Mèze, gdzie podobno w jednym z kościołów znajduje się rzeźba Trzech Marii z Morza. Niby nic takiego – Camargue niedaleko, do miasta Saintes Maries de la Mer jest stąd zaledwie jakieś 60 km…

Ale tych śladów jest więcej. Między Perpignan a morzem jest portowe miasto nazywające się Sainte Marie la Mer, Święta Maria Morska. Prawdopodobnie na cześć Maryi, patronki rybaków. A w tamtejszym romańskim kościele św. Marii jest kaplica świętej Marty – domniemanej siostry Marii Magdaleny – raczej dość rzadko spotykane miano. Pomiędzy Sainte Marie a Mapa trasy MMPerpignan znajduje się do dziś miejsce, nazywane Mas de la Madeleine, dom Magdaleny. A trochę dalej na północny zachód, już w obrębie dawnej rzymskiej miejscowości Ruscino znajduje się posiadłość Domaine de la Madeleine.

Z tego oczywiście nic bezpośrednio nie wynika – śladów Marii Magdaleny, a raczej jej kultu w rejonie południowej Francji jest bardzo wiele, a jej obecność w tutejszej tradycji jest mocno ugruntowana. Tylko dla uzupełnienia obrazu Midi i jego spraw przywołam w tym miejscu ezoteryczny portal Société Périllos (Périllos to opuszczona dziś wioska w górach Corbières, 20 km na północny zachód od Perpignan). W rozdziale, poświęconym związkom Marii Magdaleny z Rennes-le-Château i regionem Corbières anonimowy autor (André Douzet?) sugeruje, że być może wcale nie wysiadła ona na ląd w Prowansji (w Marsylii lub w Saintes Maries de la Mer - Marie w liczbie mnogiej), tylko właśnie w Sainte Marie la Mer - Maria w liczbie pojedynczej - i udała się przez góry do jednej z grot, jakich sporo jest w okolicach Rennes-les-Bains czy Bugarach. No i tam dokonała żywota i została pochowana w okolicach Arques (patrz odcinek IV, Magdalena i diabeł).

Nie muszę dodawać, jak bardzo ta koncepcja wydaje mi się naciągana. Ale będzie okazja do tego jeszcze wrócić, na razie zaczyna wiać, robi się całkiem chłodno, więc i my wiejemy z tego miejsca. Jedziemy teraz nad morzem, albo nad mniejszymi czy większymi étangami, jeziorami, by zakotwiczyć w najdalej na wschód położonym nadmorskim ośrodku Langwedocji - kurorcie Le Grau du Roi, Ujście Królewskie. Zajeżdżamy do sympatycznego hotelu Miramar, gdzie mamy wszystko: sympatyczny pokój, taras z widokiem na morze, port jachtowy, oświetlone statki pływające gdzieś w oddali, mewy, wysiadujące na dachach i latarniach, promenadę nadmorską przed oknami. Żadnych płonących katarów, zrujnowanych zamków, żadnych tajemniczych kościołów Marii Magdaleny (przeciwnie – jest tu odbudowany niedawno kościółek Świętego Piotra…). Restauracja hotelowa nazywa się sympatycznie Bouillabaise, jest wściekle droga i będziemy ją omijać szerokim łukiem. Zostaniemy tu przez trzy dni. Rozpakowujemy się i korzystając z tego, że wieczór jeszcze młody – idziemy na miasto.

Grau_du_Roi Grau-du-Roi Grau-du-Roi Grau-du-Roi
       

8 Odcinek X

8 Powrót do spisu treści