Krzyż Langwedocji

Krzyż langwedocki
Krzyż celtycki

Krzyż celtycki
Krzyż hugenotów

Krzyż hugenotów
Krzyż krucjat

Krzyż krucjat
Krzyż Camargue

Krzyż Camargue


Maciej Pinkwart

Krzyże Południa

 

Odcinek III – Bóg rozpozna swoich

 

8 Odcinek I

8 Odcinek II

(Większość zdjęć po kliknięciu powinna się powiększyć)

Mapa trasy 30 czerwca 2014

 

MP

Po tamtej stronie Rodanu krajobraz Camargue w ogóle się nie zmienia: nadal jest płasko, pusto, mokradła, étangs, czyli płytkie stawy, wąskie kanały, po których leniwie suną barki turystyczne. Ale jednak jesteśmy już w Langwedocji, więc niebawem na pewno będzie inaczej, bo Langwedocja jest zupełnie inna niż cała reszta świata.

 

Dygresja dla wykształciuchów: Langwedocja

 

 Zacznijmy od określenia tego, o czym mówimy; słusznie pisał Witkacy w artykule Demonizm Zakopanego: Iluż nieporozumień nie byłoby wcale, gdyby ludzie piszący zadawali sobie trud definiowania pojęć, którymi się posługują! No tak, tyle, że ogólna wiedza ludzi, nawet tych czytających wydaje się tak skąpa, że definiować by trzeba wszystko, a wtedy każda książka musiałaby być encyklopedią.

A poza tym zdefiniować pojęcie „Langwedocja” nie jest łatwo. Obecnie oficjalnie jest to część obszaru administracyjnego (région) Langwedocja-Roussillon, ze stolicą w Montpellier, obejmujący cztery departamenty: Gard (przez który teraz jedziemy), ze stolicą w Nîmes, Hérault, którego głównym miastem jest Montpellier, Aude (Carcassonne) i Lozère (Mende). Formalnie, także w nazwie, z Langwedocją połączona jest prowincja Rousillon, będąca częścią geograficzno-historycznej Katalonii. Obejmuje ona departament Pyrénées-Orientale, w skład którego poza Roussillon wchodzi jeszcze langwedocka kraina Fenouillèdes. Głównym miastem departamentu, stanowiącego najbardziej wysuniętą na południe część kontynentalnej Francji, jest Perpignan.

No dobrze, a gdzie Albi, stanowiące przecież symboliczne miejsce dla tak ważnego fragmentu historii Langwedocji, jakim była krucjata przeciw Albigensom? Gdzie Tuluza, stanowiąca przez stulecia siedzibę niezależnych od Francji i walczących w obronie tej niezależności władców Langwedocji hrabiów St. Giles? Gdzie cały departament Ariège, z tak ważnymi dla regionu miejscowościami, jak Foix, Tarascon, Mirepoix? Z najważniejszym zamkiem katarskim w Montségur? I Albi, i Tuluza, i Ariège są w regionie Midi-Pyrénées, który dopiero teraz francuskie władze centralne chcą połączyć w jedną jednostkę administracyjną z regionem Langwedocja-Rousillon. Przeciwko czemu, jak łatwo się domyślFrancjaić, głośno protestowały władze w Montpellier. Z ostatniej chwili: ostatecznie 17 lipca 2014 francuskie Zgromadzenie Narodowe uchwaliło zmniejszenie liczby regionów z 22 do 13. Langwedocja połączyła się z Midi-Pirenées.

Jeszcze trudniej byłoby ustalić granice Langwedocji historycznej. Tu trzeba wyjaśnić wreszcie znaczenie tej dziwnej, skomplikowanej dla reszty Europy nazwy. Etymologia jednak jest dość prosta: otóż w przeszłości Langwedocją nazywano obszar, gdzie na potwierdzenie - na tak -  używano słowa oc. Była to dzisiejsza południowa Francja, mniej więcej od Lyonu, kawałki dzisiejszych Włoch, Katalonia, Nawarra… Na północ od Lyonu na „tak” mówiono oil, z czego poszło późniejsze oui. Rozróżnienie to dokumentuje nawet Dante Alighieri w swoim eseju De vulgari eloquentia (O mowie potocznej), pisząc: nam alii oc, alii si, alii vero dicunt oil – tak więc jedni mówią oc, inni si, inni zaś oil…. Owo oc wywodzi się najprawdopodobniej z łacińskiego hoc, co oznacza „to”, potem przekształciło się w partykułę potwierdzającą. Coś jak nasze góralskie hej, w zdaniu: Wrócicie wartko, hej? Język zatem, który odróżniał mieszkańców tej części Europy od innych nazywano langue d’Oc. Z czego zrobiła się Langwedocja.

Langue d’Oc nazwano potem occitan, językiem oksytańskim. Należy on oczywiście do grupy języków romańskich, ale nie jest to żaden dialekt francuskiego – jest samodzielną jednostką językową, najbliżej mu do katalońskiego i sam ma sześć dialektów: langwedocki, prowansalski, gaskoński, limuzyński, owerniacki i vivaroalpejski. Z nich najpopularniejszy jest może prowansalski, jak już wiemy posiadający własną literaturę i rzeczywiście używany jeszcze gdzieniegdzie na co dzień. Po oksytańsku mówią też jeszcze w kilkunastu gminach Piemontu i Ligurii (i w jednej gminie w Kalabrii) we Włoszech, w jednej z dolin po południowej stronie Pirenejów na terenie Katalonii oraz sporadycznie w Monako.

 

No, tośmy się zakałapućkali… Przyjmujemy zatem punkt widzenia władz francuskich, choć nowa, większa Langwedocja-Roussillon (ciekawe, czy Pireneje włączą też do nazwy?) będzie obowiązywać dopiero od 2015 r. zatem ta nasza Langwedocja będzie mieć kształt nieregularnego rombu, którego wierzchołki wyznaczają Pont-du-Gard, Albi, Niaux i Cerbère. Kto chętny, odszuka sobie na mapie.

 

Mapa z przewodnika

 

Trochę niespodziewanie, wśród pustaci Petite Camargue, jak nazywa się obszar delty na zachód od Petite Rhône wyrasta duże, zatłoczone i gęsto zabudowane miasto – Aigues-Mortes. NazKrupówkiwa – Martwe Wody, pojawia się w Parkingłacińskiej wersji już w połowie XIII w. jako  Aquae Mortuae, skąd powstało oksytańskie Aigas Mòrtas. Bierze się z otaczających je stawów i mokradeł, trzeba więc ją rozumieć jako „wody stojące”. Popularna w całej Francji, podobnie zresztą jak stanowiące jej przeciwieństwo Aigues-Vives, Żywe Wody.

Z trudem znajdujemy miejsce na automatycznym (szlaban otwiera się tylko wtedy, gdy są wolne miejsca, płaci się tylko do dziurki, bez człowieka) parkingu pod murami miejskimi i przez bramę Porte de la Gardette wchodzimy na starówkę. Przeciskając się między stoiskami tutejszych Krupówek i z trudem nakłaniając jedną osobę z naszej ekipy do odłożenia zakupów na później dochodzimy do kościoła pod wezwaniem Matki Bożej z Piasków (Notre-Dame-des-Sablons). Przy wejściu znajduje się raczej współczesna tablica poświęcona pamięci świętego Ludwika i jego rycerzy, którzy w tym właśnie kościele z rąk legatów papieskich otrzymali krzyż na rozpoczęcie VII (1248) i VIII (1270) krucjaty. W naszej historiografii krucjaty te noszą numery VI i VII, bowiem wyprawa cesarza niemieckiego Fryderyka II z lat 1228-1229 nie była misją wojskową, a raczej dyplomatyczną. Podpis jest znów nieprzetłumaczalny: na wieczną pamięć swemu królewskiemu fundatorowi wdzięczni Aiguesmortes. „Martwowodzianie”?

Świątynia, zbudowana w stylu wczesnogotyckim w II połowie XIII w. na miejscu wcześniejszej romańskiej kaplicy, była kilkakrotnie niszczona przez pożar, przebudowana w obecnym neo-barokowym kształcie w 1741 r., w Kościół Sablonsczasie Rewolucji używana jako koszary, magazyn zboża i wreszcie skład soli, została przywrócona na cele kultowe z początkiem XIX w., ale odrestaurowano ją dopiero w latach Witraż1964-67. Nazwa bierze się z dużych pokładów piasku, naniesionego wokół miasta przez morze. W 1991 r. wyposażono kościół w nieco szokujące swoją nowoczesnością witraże, zaprojektowane przez langwedockiego malarza z Nîmes, Claude Viallata i wykonane w marsylskiej pracowni mistrza szklarskiego Bernarda Dhonneur. Także nowoczesne jest popiersie króla Ludwika, autorstwa katalońskiego rzeźbiarza Josepa Marii Subirachsa i Sitjara, znanego przede wszystkim jako autora wielu detali we wnętrzu katedry Sagrada Familia w Barcelonie.

Zupełnie inne wrażenie robi złocona figura św. Ludwika, stylizowana na dzieło gotyckie, choć w rzeczywistości pochodzi z XIX w. W kaplicy tej znajduje się także relikwiarz ze szczątkami króla – który jak wiadomo sam był wielkim kolekcjonerem relikwii: to z jego rozkazu wybudowano w Paryżu słynną Sainte-Chapelle, w której przechowywana była m.in. kupiona przez Ludwika cierniowa korona Chrystusa (dziś jej pozostałości są w skarbcu paryskiej katedry Notre Dame). Opodal zauważam znany mi już medalion, przedstawiający trzy kobiety w łodzi – identyczny jak w Saintes-Maries-de-la-Mer. I zapewne najstarszy obiekt w kościele (poza relikwiami króla) – pozostałości gotyckiego krucyfiksu, z którego pozostał tylko korpus Chrystusa, bez rąk i bez krzyża. Wstrząsające – jakby Zbawiciela najpierw zabito, a potem pozbawiono jedynego wsparcia i najważniejszego symbolu – krzyża. To mogliby wymyślić katarzy, odrzucający kult rzeczy materialnych, w tym i krzyża…

Inny, już pełny krucyfiks z XIV lub XV w. znajduje się nad ołtarzem głównym, zbudowanym w XII-XIII w. w miejscu dawnego pogańskiego ołtarza gallo-romańskiego. Resztki takiego ołtarza, prawdopodobnie z przełomu er, znajdują się po prawej stronie ołtarza głównego. Spore wrażenie robi też figura świętej Anny, z wyraźnym ciążowym brzuszkiem…

 

Krucyfiks Ludwik Louis Anna Krucjata ŚmierćLudwika

 

Kościół Notre-Dame-des-Sablons, najstarszy istniejący do dziś zabytek miasta, zbudowany jeszcze zanim powstały mury, otaczające Aigues-Mortes stoi obok placu św. Ludwika, ozdobionego brązowym pomnikiem króla z 1849 r. autorstwa słynnego rzeźbiarza Jeana-Jacquesa Pradiera. Ludwik IX stoi wsparty na mieczu, z tyłu jako podporę mając solidną kotwicę, a z czerech stron u podstawy dość pokraczne delfiny, będące częścią fontanny, nad którą stoi pomnik. Delfiny i fontannę dodano do cokołu dopiero w 1886 r., kiedy to do prowadzono do miasta wodociąg – przedtem w centrum Aigues-Mortes nie było dostępu do słodkiej wody. Na piedestale widnieje kolejna tablica pamiątkowa, wyrażająca wdzięczność mieszkańców miasta dla króla – jego założyciela.

PomnikLudwikaPlac jest zacieniony platanami, można siąść i odpocząć. Biedny Ludwik! Całe życie gonił za marzeniami, w których chciał zostać największym rycerzem Europy, obrońcą chrześcijaństwa i osobistym wybawcą Pana Boga. Został królem za wcześnie i w nieodpowiedniej rodzinie. Ojciec, także Ludwik, z numerem VIII, zmarł w 1223 r., kiedy następca tronu miał lat 12 – i był wtedy najstarszym w rodzinie. Regencję przejęła jego matka, najdzielniejsza ponoć kobieta w historii Francji, Blanka Kastylijska. To ona doprowadziła do uładzenia stosunków wśród buntujących się przeciw królowi wielmożów, ona też zakończyła 20-letnią wojnę w Langwedocji, rozpoczętą przez ojca Ludwika VII – Filipa Augusta pod pretekstem krucjaty przeciw albigensom. Za czasów Ludwika IX Tuluza straciła niezależność, król stał się posiadaczem Carcassonne, hrabstwo Prowansji związało się z Francją. Co więcej, król ożenił się z Małgorzatą Prowansalską, córką hrabiego Prowansji Rajmunda Berengera IV.

W 1235 r. Ludwik objął samodzielne rządy, odnosząc kolejne, pokojowe już sukcesy w kraju i poprawiając kiepskie wcześniej stosunki z Aragonią i Anglią. Ustanowił sądy królewskie, nazywane parlamentami, wprowadził też możliwość odwoływania się od decyzji urzędników, nad którymi ustanowił kontrolę… zakonników.

W 1248 roku zorganizował i sfinansował wyprawę krzyżową, w której wzięli udział prawie wyłącznie Francuzi. Wypłynął z Aigues-Mortes z flotą, liczącą 38 statków, dowodził krucjatą osobiście, chciał podbić – bagatela! – Egipt, ale skończyło się na zdobyciu miasta Damietta, po czym krzyżowcy zostali pokonani przez wojska Turanszacha. Ludwik dostał się do niewoli, z której wykupiono go za równowartość dwuletnich podatków z całej Francji, na co zgodzili się nowi władcy Egiptu – Mamelucy. Wrócił do Paryża w 1254 roku, ale miał nadzieję zmyć plamę na honorze i w 1270 r. wyprawił się na kolejną krucjatę, tym razem wspólnie z władcą Anglii – Edwardem I. Anglicy popłynęli do ostatniego bastionu chrześcijan w Ziemi Świętej – Akki, zaś Francuzi postanowili zaatakować Egipcjan od zachodu. Wylądowali w Tunisie – i tam zostali pokonani, tym razem nie przez wojska Mameluków, ale przez zarazę, dżumę, albo dyzenterię. 25 sierpnia 1270 r. Ludwik IX zmarł w Tunisie, a wojsko poszło w rozsypkę i w panice wróciło do Francji.

Obydwie krucjaty Ludwika jako punkt startowy miały Aigues-Mortes: tutaj właśnie rycerze wsiadali na statki i stąd odpływali na wschód. Wcześniej francuscy krzyżowcy musieli korzystać z usług transportowych Genui, Pizy czy Wenecji – drogo i daleko. Nad Morzem Śródziemnym Francja nie miała żadnego portu: Marsylia należała do króla Neapolu, Agde do hrabiów Tuluzy, Montpellier do króla Aragonii, Tulon i Nicea do Prowansji. Ludwik dogadał się z zakonnikami z opactwa benedyktyńskiego, którzy od VIII w. korzystali z  okolicznych terenów z nadania Karola Wielkiego i w 1240 r. w drodze wymiany gruntów wszedł w posiadanie niewielkiego portu rybackiego, nad którym górowała mocno już wtedy zniszczona wieża Matafère, wzniesiona w 790 r. dla ochrony wybrzeża. Zaczął, oczywiście, od budowy kościoła i systemu obronnego, składającego się z potężnych murów z basztami, strzeżonymi bramami i wieżami obserwacyjnymi. No i od unowocześnienia przystani. Aigues-Mortes (ta nazwa musiała istnieć już wcześniej) stały się w ten sposób pierwszym portem francuskim nad Morzem Śródziemnym, a samo miasto – pierwszym miastem na tym terenie, podległym bezpośrednio Paryżowi.

KonstancjaAle dziś Aigues-Mortes są oddalone od morza o prawie sześć kilometrów! Tu bezustannie trwa walka wody z ziemią, a nawet – wody morskiej z wodami rzeki. Rodan nanosi osady i odpycha morze na południe, podczas gdy morze falami niesionymi przez wiatry stara się wtargnąć w głąb lądu. Na przestrzeni czasów historycznych linia brzegowa zmieniła się znacznie: Saintes-Maries-de-la-Mer było niegdyś wioską rybacką, potem znajdowało się kilka kilometrów w głębi lądu, dziś jest miejscowością portową. Odwrotnie Aigues-Mortes: kiedyś były portem, dziś łączy je z morzem system kanałów.Solanki

Płytkie, zazwyczaj ciepłe morze, naniesiony przez rzekę piasek, wysokie nasłonecznienie i ciepły klimat – wszystko to sprawia, że woda szybko paruje, osadzając na piasku kryształki soli. To było powodem, że z osadów solnych korzystano tu już w czasach neolitycznych, zawijali tu po sól Grecy, a pewien Rzymianin imieniem Peccius w początkach naszej ery urządził tu pierwszy zakład, produkujący sól. Wokół zaczęli się osiedlać ludzie, pracujący przy solankach i rybacy, którzy zbudowali pierwszą redę na dość grząskim terenie. Potem – jak już wiemy - formalnie w okolicy panowali benedyktyni, a Karol Wielki osadził tu swoją załogę w nadbrzeżnej stanicy. Ten chaotyczny rozwój opanował dopiero Ludwik IX, słusznie uważany za prawdziwego twórcę Aigues-Mortes.

Idziemy wzdłuż murów miejskich. Z góry widok jest dość rozległy, morze majaczy daleko na horyzoncie, bliżej widać  wielkie, białe hałdy soli, otrzymywanej przez odparowywanie na słońcu wody morskiej. Dziś świeci piękne słońce, ale w Camargue często pada i to dość intensywnie… Co się dzieje z tą solą w czasie intensywnego deszczu: nie rozpuszcza się aby i nie spływa z powrotem do morza? To byłaby taka syzyfowa praca, czyli robota głupiego... Ale pewno jakoś sobie z tym radzą, bo sól z Camargue spotyka się tu  na każdym straganie i wiele osób ją kupuje, choć tania nie jest. Charakterystycznym akcentem pejzażu miasta w jego nowszej części są lśniące w słońcu połączone z morzem kanały i stawy, przy których cumują liczne łodzie rybackie i turystyczne, a nawet eleganckie jachty.

 

Dygresja dla wykształciuchów: Marie Durand

 

Mury miejskie pochodzą z czasów przed VI krucjatą, pobudowano je w czworobok,  mają 10 bram i 20 wież obronnych. Największą z nich jest blisko 30-metrowa Tour de Constance, wybudowana na miejscu dawnej warowni Karola Wielkiego przez Ludwika jako garnizon wojskowy i zarazem latarnia morska, jednakże po jego śmierci i upadku znaczenia miasta służąca głównie jako więzienie. Najpierw nazywała się La Pointue, Spiczasta, a obecną nazwę nadano twierdzy dopiero w XV w., nie do końca wiadomo dlaczego: naukowcy spierają się, czy jej nazwa to rzeczownik pospolity, oznaczający stałość, wytrwałość, czy jest to imię, jakie nosiła m.in. Konstancja Francuska, córka Ludwika VI i żona Rajmunda V, hrabiego Tuluzy. Czemu ciocia-babcia Ludwika IX z czasów przed krucjatą katarską miałaby patronować wieży – nie wiadomo. Trzymano tu między innymi templariuszyMarie Durand z rozkazu króla Filipa Pięknego w XIV w. i hugenotów w XVI i XVII w., ale największą sławę spośród więźniów zdobyła niejaka Marie Durand z okolic Pranles, 200 km na północ od Aigues-Mortes, siostra pastora, którą uwięziono tu w 1730 r. w wieku niespełna 19 lat, wśród 20 innych kobiet-protestantek. Góralka spod Alp nie dała się złamać i przymusić do zmiany wyznania – cierpiąc głód, chłód, nędzę i beznadzieję. Spędziła w Tour de Constance 38 lat i została w końcu uwolniona po interwencji gubernatora Langwedocji. Do legendy twierdzy w Aigues-Mortes przeszedł fakt, iż na cembrowinie studni w sali, gdzie była więziona pozostało wydrapane przez nią słowo Register! co po okcytańsku znaczy: przetrwać... Napis jest widRegisteroczny do dzisiaj. Marie Durand w 1776 r. powróciła do swej wioski rodzinnej Bouchet-de-Pranles w regionie Rhône-Alpes i w 8 lat po uwolnieniu z więzienia zmarła we własnym łóżku w domu, gdzie się urodziła. Dziś jest tam muzeum protestantyzmu. A jedna z ulic Aigues-Mortes nosi imię Marii Durand.

Dla ścisłości historycznej jeszcze dodam, że w tym samym czasie co Marie Durand, zwolniono z Tour de Constance inną kobietę, Marie Robert, która siedziała za niewinność w tym samym pudle 41 lat. No, ale ona niczego nie wydrapała w więzieniu i tak nie przeszła do legendy, co dowodzi ważności słowa pisanego.

Na wieżę Konstancji można wejść piechotą, po drodze zwiedzając salę straży na parterze, salę rycerską na piętrze (tam więziono XVIII-wiecznych protestantów) oraz w szczytowej części taras, z pięknym widokiem na okolicę. Na taras można też wjechać windą. Pewno się domyślacie, którędy dostałem się na taras?

Tablica hugenotówZ tarasu dobrze widać także pozostałe warte zwiedzenia zabytki starówki – XVII-wieczne kaplice Konfraterni Pokutników Szarych i Pokutników Białych. Poza murami od południa można obejrzeć niezbyt piękne, pochodzące z końca XIX w. areny (oficjalna nazwa: Plan des Théâtres d’Aigues-Mortes, przestrzeń teatralna A-M…). Ale gdybyśmy byli tu nocą, zwłaszcza bezksiężycową…

Lepiej, żebyśmy byli wtedy dorośli. A dzieci żeby były zamknięte w domach. Bo w bezksiężycowe noce wokół murów Aigues-MortesLou Drape bezdźwięcznie przechadza się koń-widmo, postrach Camargue. Miejscowi nazywają go Lou Drapé, co pochodzi od słowa dracon, smok albo demon.  Szczególnie interesują go niegrzeczne i pozostawione bez opieki dzieci. Jeśli jakieś znajdzie się na jego trasie, podchodzi, pochyla się, dziecko wchodzi na jego grzbiet i jadą dalej, do następnego dzieciaka, które znów umieszcza się na jego grzbiecie. I tak aż do 50 lub stu dzieci. Grzbiet Lou Drapé wydłuuuuża się, lub skrrrraca, w zależności od potrzeby…

Gdy zaś wokół murów nie ma żadnego dziecka, widmowy koń galopuje, a jego kopyta wygrywają tak wdzięczną melodię, że dzieci się budzą, wychodzą z domów, wchodzą na jego grzbiet, który znów się wydłuuuża…. A gdy zbierze się już cały transport, Lou Drapé znika, a dzieci już nigdy nie wracają do domów. Jedni mówią, że widzieli, jak ze swym ładunkiem wskakiwał do Grau du Roi, kanału królewskiego. Inni – że odwozi dzieci do dziecięcej krainy szczęśliwości, takiego małego Avalonu, gdzie są same maluchy i rządzi nimi ich mały król. Jak sądzę – król Maciuś Pierwszy.

Pora jechać dalej. Parę euro znika w paszczy automatu, na nasze miejsce czyha już kilka następnych aut. Za chwilę opuścimy Camargue na kilkanaście dni, by zająć się bliżej Langwedocją i jej okolicami. Tymczasem jednak chwila nieuwagi przy ustawianiu trasy, a może nieprecyzyjność GPS-u powodują, że miły głos Krzysztofa Hołowczyca doprowadza nas do stolicy prowincji, jednego z największych miast Francji – Montpellier. Zupełnie to nam nie po drodze, w dodatku wrąbujemy się niemal w środek miasta, gdzie utykamy w koszmarnym korku. Nie powinno go być, bo jest dopiero południe, ale jest.

MontpellierZniosło nas do północnych dzielnic miasta, gdzie usytuowane jest centrum akademickie. Pod względem liczby mieszkańców Montpellier ze swoim przeszło ćwierć milionem mieszkańców zajmuje ósme miejsce we Francji i wydaje się nam, że wszyscy Montpelieżanie właśnie wsiedli do samochodów i stoją przed nami. A jak nie do samochodów, to do tramwajów, które w czterech liniach przecinają miasto. Dzielnica uniwersytecka jest wielka i nowoczesna, choć tradycja akademicka jest tu bardzo szacowna: w 1160 roku powstała tutejsza szkoła prawnicza, przekształcona 20 lat później w uniwersytet. Akademia Medyczna – druga w Europie (po włoskim Salerno) powstała w 1221 r. Już w wieku XII opisywano Montpellier jako jedno z najbardziej międzynarodowych miast ówczesnego świata, gdzie w zgodzie i pokoju żyli obok siebie, handlowali i uczyli się chrześcijańscy Langwedocjanie, Aragończycy, Prowansalczycy i Francuzi, mahometanie z Andaluzji, Maghrebu i Egiptu, Żydzi z Palestyny…

Nazwa miasta pojawia się po raz pierwszy w 985 r., w łacińskiej formie Monte pestellario i jest niewątpliwie mieszanką łacińsko-oksytańską. Monte to oczywiście góraSete, konkretna zresztą – usytuowana między dawnymi miejscowościami Lez i Mosson, zaś druga część podobno pochodzi od oksytańskiego pestel, co oznacza zamek. Ale pewno nie chodzi o zamek w znaczeniu rygiel, co upodobniałoby Montpellier do naszych Regli, tylko o twierdzę na wzgórzu. Jest ich tutaj dość sporo.

Jak na tutejsze stosunki jest to miasto dość młode, założone w 737 roku, które rozwinęło się szczególnie w średniowieczu, stanowiąc od X wieku ważny etap w pielgrzymce do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. Dziś pielgrzymują tu drogą lotniczą przede wszystkim studenci z różnych krajów oraz turyści, wybierający się do Langwedocji i w Pireneje.

Obiad w SeteWyplątujemy się wreszcie w dziesiątków rond oraz rozjazdów i wpadamy na drogę do Sète, stanowiącego kolejny cel dzisiejszej podróży. Jedziemy wzdłuż morza, a raczej między morzem a kolejnymi étangami i to właśnie stawy są głównymi elementami krajobrazu. Do centrum Sète wjeżdżamy równolegle do bardzo ważnego komunikacyjnie i transportowo blisko 100-kilometrowego kanału Rodan-Sète, łączącego Beaucaire nad Rodanem (15 km na północ od Arles) z jeziorem Étang de Thau w Sète, gdzie łączy się ze słynnym Canal du Midi, o którym jeszcze później napiszę więcej. Parkujemy pod ziemią (podejrzewam, że pod kanałem, ale nie mówię tego głośno) i włóczymy się trochę po mieście, stanowiącym dziwną mieszankę kilku portów, wciśniętego między morzem, jeziorem i kanałem. Jest niewielkie, ale strasznie zatłoczone: na powierzchni 24 km2 gnieździ się przeszło 40 tysięcy mieszkańców, prawie 1800 osób na kilometr (dla porównania – Nowy Targ 650, Zakopane 315).

Trasa z Aigues-Mortes do Sète to trasa szlakiem Świętego Ludwika, który przez jakiś czas był patronem kanału, a od 1666 r. jest już „obecny” w mieścMichał w Seteie. Wtedy to rozpoczęto budowę kamiennego mola w porcie, który otrzymał imię króla. W 1703 r. konsekrowano najważniejszy kościół Sète, także pod wezwaniem Świętego Ludwika. Wtedy też Ludwik IX został oficjalnym patronem całego miasta i od tej pory co roku 25 sierpnia obchodzi się tu jego święto.

Idziemy na obiad do niewielkiej knajpki przy promenadzie Jeana-Baptiste Marty, niemal naprzeciw wejścia na molo św. Ludwika. Tutaj właśnie do morza dochodzi krótki kanał, łączący étang Thau z morzem. Niestety, od kanału, zastawionego cumującymi przy brzegu łodziami, dzielą nas dwie nitki zakorkowanej samochodami ulicy. Za plecami mamy całe, niewielkie zresztą centrum miasta (poza centrum są właściwie tylko porty i drogi dojazdowe), tworzące niemal idealne koło o promieniu 3 km. Łatwo byłoby to obejść w godzinkę, gdyby nie to, że owo centrum to ciasno zabudowana… góra Saint-Clair, wznosząca się na 175 m nad poziom morza. Zapewne to ona dała początek nazwie miasta – etymolodzy przypuszczają, że Sete - wyspanazwa Sète wywodzi się z praindoeuropejskiego słowa set, oznaczającego po prostu górę. Mnie jednak bardziej trafia do wyobraźni inna hipoteza. Ponieważ początkowo, do 1928 r. miasto oficjalnie nazywało się Cette – niektórzy uczeni wiążą to z łacińskim słowem cetus, oznaczającym… wieloryba. Bo tak podobno wygląda góra Saint-Clair, oglądana z morza. Gwoli rzetelności dodajmy, że zarówno geograf Ptolemeusz z II w., jak i poeta Avenius z IV w., piszą nazwę przez „s”: Σήτιον oρος i Setius mons – góra Sete.

Na samym szczycie Saint Clair znajduje się niewielka kaplica Notre-Dame-de-la-Salette, wybudowana w 1861 r. w miejscu istniejącej tu wcześniej fortecy Montmorencette wzniesionej w XVII w. z polecenia Ludwika XIII. Jej ozdobą są interesujące freski z 1952 r., autorstwa współczesnej malarki francuskiej Nicole Bringuier. Niemal u podnóża góry zauważamy ulicę o śmiesznie brzmiącej nazwie rue des 3 Journées, ulica Trzech Dni. Znajduje się tu najstarszy w mieście kościół Św. Ludwika, wybudowany w końcu XVII w. przez architekta Augustina-ChaSaletterlesa d’Avilera. Wieńcząca kościół wieża z dzwonnicą, nad którą znajduje się otwarta na cztery strony latarnia, a wyżej widoczna z daleka miedziana (niegdyś pokryta złotem) figura Marii Panny Królowej Morza z 1869 r. Kościół ma jedną nawę z dwiema kaplicami bocznymi, pod którymi znajdują się katakumby, gdzie w XVIII w. chowano mieszkańców Sète.

Po drugiej stronie miasta, na płaskim terenie między étangiem a górą, mieści się bardzo interesująca szkoła, oficjalnie nosząca nazwę Konserwatorium Muzyki i Sztuki Dramatycznej. Szkoła muzyczna rozpoczyna się dwuletnim kursem przygotowawczym dla dzieci w wieku od 5 lat (to jest we Francji ostatni rok przedszkola). Od piątego roku życia dzieci mogą też uczyć się śpiewu chóralnego. Są jeszcze osobne chóry dla dzieci od 7 do 10 roku i od 11 do 17, no i oczywiście chór dla dorosłych. Od 7 roku życia dzieci uczą się grać (to w zasadzie jest muzykowanie, Francuzi mają na to termin formation musicale) na instrumentach strunowych (gitara elektryczna dostępna także dla dorosłych), dętych drewnianych (tu ciekawySt.Louis przedmiot: obój langwedocki, coś jakby flet prosty ze stroikiem…), dętych blaszanych, perkusyjnych oraz klawiszowych. Tutaj można być przyjętym nawet po ukończeniu 9 lat, ale już po egzaminie wstępnym. Wcześniej – bez egzaminu. Do klas formujących w sztukach dramatycznych przyjmowana jest – w drodze konkursu – młodzież od 15 roku życia, podobnie do klas techniki wokalnej, przy czym tutaj jest górna granica wieku – 29 lat.

Obój langwedozkiSą także klasy kultury muzycznej i estetyki muzycznej, obie otwarte także dla dorosłych. Jest pracownia kompozytorska, klasa orkiestrowa oraz rozmaite zespoły szkolne. Szkoła ma status publiczny, ale obowiązuje w niej czesne: dla dzieci i młodzieży 50 € miesięcznie, dla dorosłych 50-168 €, w zależności od miejsca stałego zamieszkania, statusu zawodowego i dochodów na głowę rodziny. Taniej mają Setois, czyli Setanie, emeryci i bezrobotni.

Kultura w ogóle stoi tu wysoko, jest kilka muzeów i galerii, centrum współczesnej sztuki regionu Langwedocji-Roussillon, Teatr Morski, miasto szczyci się także tym, że urodził się tu wybitny poeta, symbolista i członek Akademii Francuskiej Paul Valéry (1871-1945), a także poeta i śpiewak Georges Brassens (1921-1981). Obaj mają w Sète swoje muzea. Valéry, pochowany na cmentarzu morskim w Sète, który opiewał w jednym z wierszy, patronuje także tutejszemu liceum. Brassens został pochowany na cmentarzu Le Py, dawnym cmentarzu biedaków.

 

Sete - kanał Sete W Sete Naplaży muszelkowej TGV

 

Wydobywamy auto spod kanału, robimy kółko po mieście i wyjeżdżamy prowadzącą na południowy-zachód drogą między Étang de Thau a morzem. Jest to teren, nazywany przez tutejszych Lido, ukształtowany przez pływy morskie, coraz lepiej wykorzystywany przez liczne kąpieliska, campingi i parkingi. Gorąco… A coraz piękniejsza plaża kusi… Zjeżdżamy więc na rondzie z szerokiej drogi krajowej na przestronny parking nad morzem. Woda płytka, Beziersale niezbyt ciepła, na plaży mnóstwo dużych, różnokolorowych muszki sercówek. Niestety, pół godziny to wszystko, na co możemy sobie pozwolić. Równolegle do naszej szosy, między morzem a jeziorem, przebiega linia TGV. Pociągi o wielkiej prędkości (Train à Grande Vitesse) jeżdżą po Francji od 1981 r., ze średnią prędkością eksploatacyjną 300 km/h (rekord prędkości: 574,8 km/h). Tutaj poprowadzona linia łączy Paryż z Perpignan, przez Valence i Montpellier. Ze stolicy Francji do głównego miasta Roussillon jedzie się niecałe 5 godzin. Ceny biletów zależą od dnia w tygodniu i w miesiącu, czyli od popularności: najtańsze (67 €) są we wtorki i czwartki, najdroższe (79-110 €) w soboty i w pierwsze dni miesiąca. Dla porównania – autostradami będziemy ten odcinek pokonywać prawie 8 godzin (plus odpoczynki, tankowanie i péages czyli bramki z opłatami), zapłacimy 110 € za paliwo, 54 € na péages, czyli 164 € razem. Zatem opłaca się jechać TGV nawet w sobotę…

Ubieramy się, zabieramy pamiątkowe muszelki, wytrząsamy piasek z butów i włosów, bo nadal bardzo wieje i śmigamy dalej w stronę Béziers, z żalem pozostawiając zaBazylika St Aphrodise sobą drogowskazy do interesujących i ważnych dla Langwedocji miast Agde i Vias. Nie można mieć wszystkiego. Żeby w Langwedocji zwiedzić wszystko, co wypadałoby zwiedzić, powinniśmy spędzić tu całe wakacje, a na to trzeba by być bezrobotnym milionerem.

Wjeżdżamy do miasta i widząc zabudowania areny, parkujemy przy pierwszej lepszej bocznej ulicy, w cieniu platanu, co jest nie bez znaczenia, bo dochodzi czwarta i upał robi się coraz większy. Okazuje się jednak, że arena (którą i tak postanawiamy na razie ominąć) znajduje się dość spory kawałek od centrum, do którego drałujemy pod górę, wybierając zacienione strony ulicy. I jeszcze trochę nam schodzi na znalezienie naszego głównego celu – kościoła św. Marii Magdaleny.

 

Dygresja dla wykształciuchów: Bèziers przed katarami:

 

Bèziers jest spore (przeszło 71 tysięcy mieszkańców) i bardzo historyczne, co więcej – podstawowe dla dziejów Langwedocji w tym szczególnie newralgicznym momencie, jakim była krucjata katarska na początku XIII w. Ale prawdę powiedziawszy był to już dość odległy w czasie element jego dziejów. Zamieszkałe od późnego paleolitu, szczególnego znaczenia nabrało w epoce celtyckiej (od VIII w. p.n.e.), kiedy to stało się jedną z najważniejszych osad galijskich na pobrzeżu Morza Śródziemnego, utrzymującą także bliskie kontakty ze światem hellenistycznym. To właśnie Grecy ok. -600 r. założyli tu pierwsze miasto o nazwie Betara. Na przełomie IV i III w. p.n.e. okupują je italscy Wolskowie, potem (-219) przechodzi przez Bèziers armia Hannibala i jego słonie. Kolejni okupanci to Teutoni w -105 r. W czasach Juliusza Cezara było jednym z liczących się miast Galii Narbońskiej, pięknie położonym w zakolu rzeki Orb, ważnym etapem postojowym na Via Domitia, rzymskiej drodze z Italii na Półwysep Iberyjski. Nazywało się wtedy Baeterrae i echa tej niezrozumiałej etymologicznie nazwy pobrzmiewają w dzisiejszym określeniu mieszkańców Bèziers, nazywających siebie Biterrois.

St AfrodiseKilka lat potem jak Juliusz Cezar założył wojskową kolonię w Arles (r. -45), podobne działania podjął jego następca, Oktawian August, który w Bèziers utworzył w -36 r. kolonię dla weteranów Siódmego Legionu Cezara o nazwie: Colonia Urbs Julia Septimanorum Baeterra. Rzymianie wypoczywali tu po trudach wojennych, uprawiając winorośle i ciesząc się spokojem, w III wieku wyposażyli miasteczko w mury obronne, co nie uchroniło Bèziers od zajęcia w VI w. przez Wizygotów, a w VIII w. przez muzułmanów, od których wyzwoliły je wojska Franków, pod wodzą księcia Karola Martela, dziadka Karola Wielkiego. Wyzwolenie od Maurów było de facto okupacją germańską...

 

Przemierzając centrum Bèziers napotykamy drogowskaz, kierujący do kilku kościołów, w tym do bazyliki Saint-Aphrodise. Kiedy już skończymy się śmiać, wyobrażając sobie jak realizowany jest kult „Świętego Afrodyzjaka”, orientujemy się, że po pierwsze jest to w innym kierunku, niż prowadzi trasa do Madeleine, a po drugie – kościół jest zamknięty na czas remontu i nie można go zwiedzać. Ale po prawdzie to nie ma z czego chichotać. Święty Afrodyzjusz ma to „afro” w imieniu dlatego, że urodził się w Afryce, a pięSaint Gileskna legenda o nim głosi, że był kapłanem Tota-Hermesa w egipskim Heliopolis w czasach, gdy w Egipcie ukrywała się Święta Rodzina. Spotkanie z młodziutkim Jezusem zrobiło na nim wielkie wrażenie, a późniejsze docierające do niego wieści o czynionych w Palestynie cudach spowodowały, że porzucił pogaństwo, powędrował do Jerozolimy i stał się jednym z uczniów Jezusa. Po Ukrzyżowaniu Afrodyzjusz wraz z Sergiuszem Paulusem został wysłany by ewangelizować Galię. Tu mamy ten sam „rozjazd czasowy”, co w przypadku św. Trofima z Arles – zarazem przyjaciela Marii spod Krzyża z I wieku, jak i wysłannika papieża Fabiana z wieku III…

Saint AphrodiseNieważne. Afrodyzjusz, podobno na wielbłądzie (jak to Egipcjanin!) przybył do Bèziers, zamieszkał jako pustelnik w grocie nad miastem (gdzie dziś St. Nazaire) i odnosił początkowo sukcesy w nawracaniu, tak że powstała spora wspólnota chrześcijańska, która wybrała go pierwszym biskupem miasta. Ale do czasu: w końcu zorganizowana grupa przestępcza pogan napadła go, gdy wędrował wraz z grupą uczniów koło rzymskiej Areny i pozbawiła głowy… Podobno zaniósł ją w rękach do miejsca, w którym już zechciał umrzeć i tam wybudowano jego kościół. Znamy? Znamy – z legendy o Świętym Dionizym z Montmartre. Notabene, Dionizy także był wysłany przez Fabiana do Galii… Już w IV w. powstała tam pierwsza kaplica, przekształcona w kościół Saint-Aphrodise – najstarszy w mieście. Święty Nazariusz miał swój kościół od VII w., Święty Jakub – od VIII. „Nasza” Magdalena została uczczona świątynią ok. 1000 r.

Dygresja dla wykształciuchów: katarski pretekst do krucjaty

Niemal cały wiek XI na terenie południa – nazywanego tu Midi - przebiegał pod znakiem starć, negocjacji, małżeństw dyplomatycznych i otwartych wojen między władcami Aragonii, Tuluzy i Akwitanii o dominację nad żyznymi i ważnymi strategicznie ziemiami między Morzem Śródziemnym, Pirenejami i pogórzem na zachód od rzeki Garonny. Po wielu latach walk otwartych podjazdowych i starć dyplomatycznych sytuacja w II połowie XI wieku ukształtowała się mniej więcej tak, że nominalną władzę zwierzchnią nad prowincją sprawował ród hrabiów Tuluzy, co do jednego noszących imię Rajmund, używających nazwiska de Saint-Gilles, co wiązało ich z jednym z najpopularniejszych w Europie opactw Świętego Idziego, słynnego jako miejsce pielgrzymkowe od czasów Wizygotów, albo Merowingów. To do tego świętego Idziego, patrona m.in. osób bezpłodnych pielgrzymowali wysłannicy polskiego króla Władysława Hermana. Pisał o tym Gall Anonim, do którego słów muzykę skomponował Andrzej Zarycki, a śpiewała Ewa Demarczyk.

 Gall – o którym mówi się, że sam był mnichem z opactwa Saint-Giles, swoją Kronikę pisał po łacinie. Tekst, którym się posługujemy dzisiaj, jest tłumaczony przez profesora Romana Grodeckiego. Czy to on przełożył tę pieśń, której rymy jako żywo przypominają twórczość księdza Baki?

DoskonaliA więc panowie Saint-Giles, noszący też tytuł markizów Gocji (to terytorium, obejmujące dzisiejsze wschodnie powiaty Langwedocji – Gard, Hérault i Aude, a w VI w. podbite przez Wizygotów) oraz Prowansji, sprawowali nominalną władzę nad dzisiejszą Langwedocją i środkowymi Pirenejami, jako wasali mając wicehrabiów Montpellier, Nîmes, Agde, Carcassonne i Bèziers oraz góralskich władców Foix. Ci zaś albo płacili lenno, albo nie, sprzymierzali się z suwerenem albo przeciw niemu, w gruncie rzeczy mało się licząc z jego zdaniem. Pod koniec XII wieku, kiedy hrabią Tuluzy był Rajmund VI, władza w regionie realnie pozostawała w rękach zarządców najniższego szczebla, w miastach i gminach. Był jeszcze, oczywiście, kościół katolicki ze swoją hierarchiczną strukturą i autorytarną władzą biskupów, ale w przywracaniu porządku to specjalnie nie poSw.Dominikmagało: kto nie chciał podporządkowywać się rozkazom pana, odwoływał się do biskupa, komu nie smak były zarządzenia Kościoła, uciekał pod skrzydła swojego wicehrabiego.

W dodatku biskupi i w ogóle langwedocki kościół był autorytetem dla coraz mniejszej liczby osób. Podobnie jak władza. Od końca XI wieku ludzie dowiadywali się o tym, że władza ta, nawet kościelna, wcale nie pochodzi od Boga, a podporządkowywanie się biskupom, płacenie podatków czy służba w wojsku wcale nie pomagają do zbawienia. W Langwedocji pojawili się pierwsi apostołowie kataryzmu, którzy w przekonywujący sposób namawiali ludzi do bycia skromnymi, uczciwymi i żyjącymi w zgodzie z pismem świętym chrześcijanami. Bez sakramentów, bez wiary w piekło i czyściec, bez kultu krzyża, bez całowania biskupów w pierścień. W ogóle bez biskupów. Sami byli cisi, skromni i pracowici, wystrzegali się uciech cielesnych, a ich autorytetami byli doskonali, ludzie stanowiący przykład do naśladowania – najskromniejsi, najbardziej pracowici, często najubożsi i mający najbliżej do zbawienia.

Opowiem o tym później, jak wjedziemy do tej części Langwedocji, która przez kilka dziesięcioleci praktycznie niemal cała dostała się pod duchowe władanie nowej wiary, dość szybko uznanej za najgorszą herezję w dziejach. Katarzy byli i we Włoszech, i w Niemczech, i w Holandii, ale tu, w Langwedocji, „wielka herezja” występowała masowo i pozbawiała kościół nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim autorytetu. I monopolu na wystawianie paszportów do raju. Nawoływania do opamiętania się ludności lub do wzięcia jej za twarz przez miejscowych władców nie przynosiły rezultatu. Lata mijały, katoliccy kaznodzieje, nawet tak wymowni i złotouści, jak cystersi z samym Bernardem z Clairvaux, czy bracia założonego przez Dominika Guzmana zakonu dominikanów, nie znajdowali posłuchu. Dyscyplinowanie ludu poprzez kościół też nie przynosiły rezultatu, bo i ludzie kościoła nie umieli się niekiedy uprzeć urokom nowej doktryny: jak miał występować przeciwko katarom na przykład biskup Carcassonne, którego matka, siostra i trzech braci zostali katarskimi doskonałymi? Jak porządek w swoich ziemiach miał zaprowadzić wicehrabia Carcassonne i Bèziers, Rajmund Roger Trencavel, którego siostra przystąpiła do katarów, albo okrutny góral Rajmund Roger z Foix, którego siostra Esclarmonde była najważniejszą doskonałą w całym regionie?

Próbowano negocjować. Nowy papież Innocenty III już od swego wyboru w 1198 r. sprawę likwidacji kataryzmu i zniszczenia na zawsze wszystkich jego stronników, a nawet nie dość żarliwych krytyków uczynił Innocenty IIIgłówną kwestią swego pontyfikatu. Apelował do króla Francji Filipa Augusta, którego lennikiem był formalnie Rajmund VI de Saint-Gilles, by zmusił hrabiego do wytępienia herezji ogniem i mieczem. Król zwlekał, choć wcielenie buntowniczego i niezależnego Midi do korony było także jego marzeniem. Czekał na pretekst. Tymczasem próbowano z katarskimi misjonarzami dyskutować i wobec ludu wykazywać ich heretyckość. Ale złotouści biskupi i mnisi nie mieli wielu sukcesów. Bernarda z Clairvaux w 1145 r. wyśmiano i wypędzono z Verfeil, miasteczka na północ od Tuluzy. W 1165 r. w Lombers na południe od Albi z katarskimi doskonałymi dyskutowało kilkunastu hierarchów i Konstancja, siostra króla Francji i żona Rajmunda V z Tuluzy. Skończyło się na wymianie wyzwisk, ale strony rozeszły się w pokoju. Nikt się nie nawrócił. Dwa lata później w Saint-Felix katarzy utworzyli własną strukturę kościoła w Langwedocji. Kościoła – bez kościołów i biskupów. Latem 1206 r. wioski i miasta Langwedocji przemierzał bosy i skromny mnich z Katalonii, stanowiący przeciwieństwo miejscowego kleru Dominik Guzman, prowadząc debaty i polemiki z przywódcami katarów m.in. w Bèziers, Carcassonne i Fanjeux. Udało mu się nawrócić 12 osób. Inni, przychylniejsi dla dominikanów historycy, mówią o 150Rajmund 6 w ciągu trzech lat. A przecież był przekonywujący i miał wielki powab: na łożu śmierci wyznał, że zawsze mniej wolał rozmowy ze starszymi kobietami niż z młodymi. Sprawa nie bez znaczenia, bo kataryzm praktykował pełne równouprawnienie.

Innocenty powierzył prowadzenie ostatecznych rozmów, już nie z katarami, ale z władcami ziem, na których działali trzem swoim legatom, wszystkim z zakonu cystersów: Arnoldowi Amaury, który był przełożonym zakonu, oraz dwóm mnichom – Piotrowi z Castelnau i Raulowi z Fontfroid. Amaury wywodził się prawdopodobnie z Katalonii, w każdym razie był długo opatem w Poblet, po południowej stronie Pirenejów. Pozostali dwaj byli z Langwedocji. Piotrowi przypadło w udziale nawracanie Rajmunda z Tuluzy. Ponieważ hrabia nie ukorzył się przed zakonnikiem i nie obiecał tępić ogniem i mieczem swoich poddanych – wiosną 1207 r. Piotr zwrócił się z iście chrześcijańskim wezwaniem do obywateli Prowansji i Langwedocji, by starali się Rajmunda pozbawić majątku, i zapewnił, że ten, kto go zabije, zasłuży na błogosławieństwo.

Piotr z Castelnau

 

<-- Piotr z Castelnau 

 

Nie podziałało. Jesienią 1207 papież obłożył hrabiego Tuluzy ekskomuniką i wezwał do pozbawienia go majątku. Rajmund w tej sytuacji usiłował znów wrócić do dyplomacji. Zaprosił Piotra z Castelnau do zamku w Saint-Gilles na dalsze rozmowy, z których znów nic nie wynikło, poza tym, że Rajmund powoli zaczął tracić cierpliwość wobec bezczelnego zakonnika, który poza plenipotencją papieża nie miał żadnego tytułu, żeby po chamsku traktować swego gospodarza. 13 stycznia 1208 r. Rajmund pokazał Piotrowi drzwi. Ten wyjechał natychmiast, by zdać papieżowi w Rzymie sprawę z niepowodzenia swej misji. Gdy w pobliżu Arles czekał na prom, mający przewieźć go przez Rodan, niespodziewanie nadjechał rycerz z opuszczoną przyłbicą i pchnął go mieczem w plecy.

Król Francji Filip August dostał pretekst do interwencji.

 

Ja to opowiadam może za długo, ale znacznie dłużej zeszło nam maszerowanie przez ulicę Diderota w stronę centrum miasta. Dochodzimy jednak do Placu Zwycięstwa i tam widzimy pierwsze znaki, kierujące nas do kościoła Św. Magdaleny. Niestety, znak jest trochę przekręcony i idziemy w niezbyt dobrą stronę, w końcu „zasięgamy języka” i już po chwili trafiamy na plac z niewielkim, ale stylowym gotyckim kościołem. Prawie godzinę wędrowaliśmy przez Bèziers, żeby wreszcie stanąć przed Madeleine.Arnold Amaury

 

Arnold Amaury è 

Dygresja dla wykształciuchów: zabijanie wszystkich

 

A przeszło miesiąc wędrowali tu krzyżowcy w 1209 r. z ostatniego dłuższego postoju w Lyonie. Część konno, większość pieszo, tabory przeważnie rzeką. Kolumna wojskowa, dowodzona przez legata papieskiego Arnolda Amaury, rozciągała się na długość przeszło sześciu kilometrów i liczyła ok. 50 tysięcy osób. Armia składała się przede wszystkim z malowniczej zbieraniny północno-francuskich sobiepanków i drobnej szlachty, dla których atrakcyjne były warunki udziału w walce: przysługiwały im takie same uprawnienia, jak uczestnikom krucjat do Ziemi Świętej, a więc gwarancja własności własnych ziem, umorzenie lub prolongata długów, darowanie win w prowadzonych śledztwach, no i wieczne zbawienie. A także, co zapewne było głównym motorem działania hołoty z pospolitego ruszenia – wolność grabienia na podbitym terenie. Krzyżowcy mieli prawo swobodnego przejmowania majątków i tytułów pokonanych heretyków i ich protektorów. A w dodatku po 40 dniach udziału w walkach (na tyle oceniano zdolności obronne Langwedocji) każdy miał prawo odwrócić się na pięcie i wrócić do domu. A do Jerozolimy, gdzie rządzili srodzy Saraceni, niech sobie jadą inni…

Chłosta

<--  Chłosta Rajmunda VI, hrabiego Tuluzy

 

Jednym z największych możnowładców, który przyłączył się do krucjaty przeciw Langwedocji był, ku zdumieniu wszystkich – władca Langwedocji, Rajmund VI. Oskarżany o zlecenie zabójstwa Piotra z Castelnau, do czego się nigdy nie przyznał, choć podejrzewali go o to nawet jego stronnicy, pojechał do Lyonu, stanął przed Arnoldem Amaury i pokornie przyjął karę, jaką była publiczna chłosta, wymierzona półnagiemu hrabiemu ze sznurem na szyi na oczach jego własnych poddanych podczas mszy świętej w katedrze w Saint-Gilles. Po czym przysięgając na relikwie świętego Idziego, zadeklarował wszelką pomoc w wyniszczeniu herezji.

Cóż – wieczny kunktator i dyplomata wyliczył sobie zapewne, że jako uczestnik krucjaty będzie miał zapewnione bezpieczeństwo swego majątku i swoich ziem, a apetyty krzyżowców zostają zaspokojone w majątkach jego lenników. Jak się okazało – przeliczył się.

Plany rodzonego wuja szybko rozszyfrował wicehrabia Carcassonne i Bèziers, 24-letni Rajmund Roger Trencavel. I postanowił zrobić to samo: Tim Felton jako Trensavelponieważ krucjata dotarła już do Montpellier, pogalopował do tego miasta, jednego z nielicznych w Langwedocji nie zarażonych chorobą katarską i także zadeklarował chęć wsparcia dla krzyżowców i osobistego ukarania heretyków, pod warunkiem zostawienia jego ziem w spokoju. Tym razem legat papieski Arnold Amaury uznał to za cyniczną grę i wypędził Trencavela z obozu. Skoro pokój był niemożliwy, nie pozostało nic innego, jak stawić czoła wojnie.

MadelainePierwsze na trasie krucjaty leżało Bèziers, miasto wówczas pewno 10-tysięczne, otoczone potężnymi murami, z rzeką jako naturalną fosą. Do ataku pozostało kilka dni. Wicehrabia naprędce zorganizował zaopatrzenie w prowiant, sprawdził obronę i wyprowadził z miasta wszystkich Żydów, na których przede wszystkim ostrzyli sobie miecze krzyżowcy. Na Żydów i ich majątki. W ślad za nim z Montpellier przyjechał dobrze znany mieszczanom biskup Bèziers, oczywiście wierny poplecznik krzyżowców. Miał z sobą listę 222 katarskich doskonałych, których wydania zażądał, obiecując że po ich ukaraniu reszta mieszkańców ujdzie cało, a miasto ocaleje. Pokazano mu drzwi: katarzy czy nie, byli to obywatele Bèziers, dobrzy ludzie, który nikt nie miał prawa karać, póki nie udowodniono im przed sądem jakiejkolwiek winy. Biskup zapowiedział, że miasto ma przed sobą jeszcze 24 godziny życia….

Trencavel ruszył przygotowywać się do boju w jeszcze lepiej umocnionym Carcassonne, wychodząc z założenia, że dobrze zaopatrzone i ufortyfikowane miasta z łatwością przetrzymają pierwsze ataki, a po kilkudziesięciu dniach oblężenia krucjata zacznie się rozłazić do domów. Z Jerozolimy nie było dokąd uciec, trzeba było wspólnie dojść do celu, wspólnie walczyć, i wspólnie wracać. Tutaj, jak zabraknie prowiantu i dobrego wina, skazani na langwedockie sikacze Francuzi, po odsłużeniu swoich 40 dni pojadą na żniwa do swoich majątków.

Pewnie by tak było. Ale gdy zmęczona i niemal ugotowana z gorąca piechota złożona z pospólstwa zobaczyła blanki Bèziers, odbijające się w nurtach rzeki MadelaineOrb, zaczęła od śmiechów i wyzwisk, rzucanych pod adresem obrońców. Możni panowie tymczasem rozbijali namioty i opracowywali plany strategiczne. Jeden z podpitych pachołków półnagi stanął na moście drwiąc i wyszydzając z mieszczan. Kilkunastu młodzików z Bèziers dało się sprowokować: otworzyli boczną bramę i wrzeszcząc wniebogłosy, dopadło prowokatora i tych, którzy zaczęli go bronić. Szybko rozprawili się z pijakami – i dopiero wtedy zobaczyli, jaki popełnili błąd.

Bo bystrzej patrzący przywódcy obozowych ciurów dostrzegli, że brama pozostaje otwarta. A za nią – zapewne – znajdują się wielkie bogactwa do zrabowania. Uzbrojeni tylko w kije hołysze ruszyli hurmą do ataku, nacierając na odsłoniętą słabiznę miasta. Z pobliskich blanków zbiegli obrońcy, by bramę zamknąć, albo bronić do niej wejścia. To zaś zauważyli zwiadowcy doświadczonych krzyżowców, który do niebronionych murów przystawili drabiny i po kilkunastu minutach miasto stało przed nimi otworem. Mieszkańcy miasta bronili się dzielnie, ale niewiele mogli zrobić, walcząc wręcz w ciasnych uliczkach ze szkolonymi w bojach zawodowcami.

HaleKościół św. Magdaleny (określenia Maria Magdalena we Francji prawie się nie używa) nie jest ani największą, ani najstarszą, ani pewno najważniejszą świątynią Bèziers. Ale z pewnością jest najbardziej znanym miejscem miasta. I był symboliczny już w tamtych czasach, przede wszystkim dla mieszczan, uparcie walczących o swoją wolność i prawo do samostanowienia. W 1167 roku mieszczanie rzucili się tu na ówczesnego wicehrabiego Trencavela, który dążył do ograniczenia ich swobód. Dziad Rajmunda Rogera został zamordowany. Dwa lata później jego syn, a ojciec obecnego władcy w święto Magdaleny, 22 lipca odwecie wyciął w pień starszyznę miejską. Także w tym samym kościele.

A teraz, w 1209 roku, atak krzyżowców także nastąpił 22 lipca. W dzień patronki kościoła zgromadzili się tu, za zamkniętymi drzwiami, liczni obywatele miasta, modląc się o ratunek. Katolicy i katarzy, mężczyźni, kobiety i dzieci, księża i zakonnicy. Krzyżowcy bez trudu sforsowali wejście. Kronikarza zapiszą potem, że zabito tu siedem tysięcy ludzi. To niemożliwe, tylu by się nie zmieściło. Co najwyżej tysiąc, może trochę więcej. Przy którymś z remontów pod podłogą dawnego kościoła odkryto kości wielu setek ludzi…

Potem pozostała już tylko pacyfikacja krnąbrnego miasta. Ginął każdy, kto nie był krzyżowcem i jeszcze się ruszał. Wkrótce już nie ruszał się nikt.

Rozpoczęła się następna walka – o łupy, między hołotą a żołnierzami. Ktoś, w złości, że mu się zabiera jego zdobycz, wrzucił płonącą pochodnię do najbliższego domu. Pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie i napastnikom – nie wszystkim się to udało – pozostało tylko uciekać w panice do obozu po drugiej stronie rzeki Orb. Stare, przedrzymskie miasto zmieniło się w płonący stos, z którego do lepszego bytu uleciało 10, może kilkanaście tysięcy dusz. Zwykle mówi się o dwudziestu tysiącach. To pewno przesada, ale i 10 tysięcy to i tak masakra. Doskonali dostąpili zbawienia. Pozostali – wedle wierzeń katarów – zostali wcieleni w inne byty, by doskonalić się dalej, w kolejnej reinkarnacji.

Madelaine wnętrzePlac przed kościołem, teraz prawie pusty, wykorzystywany jest zarówno przez wiernych (msze św. u Madeleine odbywają się 3 razy w tygodniu), jak i turystów, którzy mogą tu odpocząć, a nawet zjeść posiłek. Podziemne przejście łączy dziedziniec kościelny z budynkiem usytuowanych opodal hal targowych, wybudowanych w 1891 r. w stylu projektów Wiktora Baltarda, autora słynnych Hal Paryskich.

Sam kościół jest duży (53 x 24 m) i mimo zniszczeń w 1209 r. zachowało się w Dominiknim sporo pozostałości późnoromańskich, z czasów gdy został wzniesiony pod koniec X wieku i późniejszych, z wieku XII. Po dewastacjach z czasów krucjaty odbudowany i powiększony w XIV i XV w. w stylu gotyckim. Skromny ołtarz główny, ozdobiony jedynie krucyfiksem i świecami, apsyda rozświetlona nieciekawymi witrażami i czymś w rodzaju rozety, będącej swoistą pointą dla historii kościoła i miasta: oto widnieje na niej św. Dominik Guzman, założyciel zakonu dominikanów i jeden z twórców świętej inkwizycji, otrzymujący różaniec od Matki Boskiej Różańcowej, u stóp której leży pies z pochodnią w pysku. Domini canes, pańskie psy, jak o sobie mówili pierwsi zakonnicy. A Dominik to jeden z najgorętszych przeciwników herezji katarskiej.

Wielkie malowidło po prawej stronie przedstawia zabójstwo wicehrabiego Bèziers, Rajmunda Trensavela z 1167 r. przez tutejszych mieszczan. Szczegółowy do bólu opis w kilku językach informuje, jak i dlaczego do tego doszło, jak to krew wicehrabiego spryskała ołtarz, a papież ekskomunikował całe miasto… Obraz jest dziełem tutejszego malarza Jeana-Noëla Sylvestra i pochodzi z przełomu XIX i XX w. Opodal widać niedawno umieszczone portrety dwóch świętych papieży – Jana XXIII i Jana Pawła II. Sama Magdalena jest skromnie reprezentowana, zaledwie przez dwa wizerunki.

Tablica przed kościołem, będąca elementem szlaku dziedzictwa narodowego w Bèziers, wśród faktów z dziejów Madeleine pod datą 1209 podaje:

Zniszczenie Bèziers: uchodźcy w kościele, mieszkańcy zmasakrowani przez krzyżowców, „Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich” i kościół staje w płomieniach.

Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich – to zdanie jest zapewne jedynym powszechnie znanym atrybutem BèzZabójstwo Trensavelaiers. Przypisuje się je legatowi papieskiemu, Arnoldowi Amaury, który tak miał odpowiedzieć na wątpliwości Szymona z Montfort, który zapytał go, jak jego żołnierze mają odróżnić w mieście (a może w samym kościele?) heretyków od wiernych katolików. Teraz najczęściej uważa się je za apokryf, jako dowód na to, że te słowa nie padły podając fakt, że zapisał je kronikarz cysterski Caesarius z Heisterbach (zmarł przed 1250) dopiero w co najmniej kilkanaście lat po krucjacie i zamieścił je w księdze pod tytułem Dialogus miraculorum, co niby dyskredytuje prawdziwość opisu. Oczywiście, przypisywane Amaury’emu zdanie: Caedite eos. Novit enim Dominus qui sunt eius mogło w ogóle nie paść. Co więcej – uważam, że z pewnością nie padło, bo po pierwsze moim zdaniem Szymon z Montfort (notabene dopiero po Bèziers powierzono mu najważniejsze role w krucjacie) na pewno nie miał żadnych wątpliwości, że wrogami krzyżowców są nie tylko katarzy, ale wszyscy ci, którzy krucjaty nie popierają. Po drugie, jeśli by je miał, nie prosiłby o ich rozstrzygnięcie cysterskiego mnicha, bowiem nie była to kwestia teologiczna, tylko żołnierska, a co jak co, ale na wojaczce Szymon znał się dobrze. A po trzecie i najważniejsze zarazem – na wątpliwości nie było miejsca i czasu: zanim dowódcy się zorientowali w sytuacji, miasto już było zdobyte.

Amaury w liście do papieża Innocentego III opisywał zdarzenia tak:

Gdy jeszcze dyskutowano z baronami na temat uwolnienia tych w mieście, którzy byliby uznani za katolików, służba i inni ludzie niskiej rangi i nieuzbrojeni zaatakowali miasto nie czekając na rozkazy swoich panów. Ku naszemu zdumieniu, krzycząc „do broni, do broni”, w czasie dwóch do trzech godzin pokonali oni fosy i mury i Bèziers zostało zdobyte. Nasi ludzie nie oszczędzili nikogo, nie bacząc na rangę, płeć i wiek, i oddali mieczowi prawie 20.000 ludzi. Po tej wielkiej rzezi całe miasto zostało zburzone i spalone…

List kończył się podobno słowami:

Dzieło boskiej zemsty było zachwycające.

 

Madelaine

 

MerostwoWąskie uliczki i szerokie aleje, piękne place – wszystko to czyni z dzisiejszego Bèziers miasto przyjazne dla turysty i ciekawe z architektonicznego punktu widzenia. Merostwo znajduje się przy ładnym placu Gabriela Péri, a w Hôtel de Ville pochodzącym z połowy XVIII urzęduje dziś 61-lMenardetni mer Robert Ménard, urodzony w algierskim Oranie, syn działacza OAS, niedoszły ksiądz, potem filozof, wreszcie dziennikarz, anarchista, trockista, członek milicji komunistycznej, socjalista, radiowiec, bohater licznych procesów o zniesławienie, współzałożyciel i sekretarz generalny organizacji Reporterzy Bez Granic, kawaler Legii Honorowej, bohater międzynarodowych skandali związanych z demonstracjami wolnościowymi, działacz na rzecz wolnego dostępu do informacji, związany z telewizją Al Jazeera w Katarze, twórca popularnych talk-show, właściciel domu wydawniczego Mordicus, członek komitetu konsultacyjnego gruzińskiej telewizji Channel 9, kontrolowanej przez byłego premiera Gruzji Bidzinę Iwaniszwilego, autor książki „Niech żyje Le Pen!”, w kwietniu 2014 r. wybrany na mera Bèziers z poparciem partii prawicowych, w tym Frontu Narodowego Marine Le Pen. Żonaty, ojciec dwojga dzieci z dwóch różnych związków. Ciekawy facet…

Sprzed merostwa zaledwie kilka minut spaceru doprowadza do największego kościoła w mieście – i jednego z największych w Langwedocji – katedry pod wezwaniem wczesnochrześcijańskich świętych Nazariusza i jego młodego ucznia – Celsusa. Już sami patroni – męczennicy z III, albo może nawet z I wieku – świadczą o wieku kościoła. Faktycznie został wzniesiony na miejscu rzymskiej świątyni, poświęconej cesarzowi Augustowi i jego żonie Liwii, z I w. p.n.e. Chrześcijańska budowla powstała prawdopodobnie w VI-VIII w. i przetrwała do masakry z 1209 r. Katedra Saint-Nazaire w pożarze miasta ucierpiała znacznie bardziej niż kościół Magdaleny – położona na wzgórzu w zakolu rzeki świątynia płonęła jak zapałka i do dzisiaj z dawnej budowli przetrwało tylko kilka kolumn z rzymskimi kapitelami, podniesionych z ziemi i ustawionych z powrotem w katedrze, budowanej na nowo od połowy XIII w. i wzniesionej w formie nieomal ufortyfikowanego zamku. Dominuje nad nią blisko 50-metrowa wieża na planie kwadratu, zwieńczona dzwonnicą. Zachodnia fasada z imponującym portalem (dziś to wejście jest zamknięte) ozdobiona jest piękną gotycką dziesięciometrową rozetą, a obecny gotycki charakter budowli podkreślają liczne gargulce, wimpergi z maswerkami i pinakle, przywodzące na myśl ozdoby paryskiej Katedry Notre-Dame. (TUTAJ bardzo dobra strona o ornamentach i elementach architektonicznych gotyku, warto zajrzeć!)

 

Nazaire Rozeta St Nazaire Nowa Arena Pont Vieux

 

Nawa katedry ma 50 metrów długości, 14 metrów szerokości, a sklepienie znajduje się na wysokości 32 metrów. Barokowy ołtarz główny w prezbiterium z wizerunkiem Nazariusza w otoczeniu aniołów ma jako tło zamykające apsydę przepięknie wyrzeźbione figury czterech ewangelistów, rozdzielone kolumnami z różowego marmuru. Warte uwagi są odkryte niedawno freski, pochodzące z XIV i XV wieku. Do katedry przylega dziedziniecMelon z krużgankami, gdzie umieszczone są odnalezione w czasie remontów pozostałości świątyni z czasów gallo-rzymskich. Dawny ogród biskupi (katedra St. Nazaire do 1801 była siedzibą archidiecezji, przeniesionej potem do Montpellier), dostępny do zwiedzania, otwiera się pięknym widokiem na południe, z rzeką Orb na pierwszym planie (z mostami Pont Vieux z XIII w. i Pont Neuf z 1846 r), śluzami na Canal du Midi i łańcuchem Pirenejów w tle, z liczącym prawie 2800 m szczytem Pic du Canigou.

Wracamy powoli do naszego samochodu, zaparkowanego w pobliżu areny. Rzymianie zbudowali w Bèziers swój ulubiony amfiteatr dla walk gladiatorów ok. 80 r. n.e., opodal antycznego teatru, który dostarczał rozrywki bardziej ambitnym mieszkańcom tego zakątka Galli Narbońskiej. Ale to wcale nie jest „nasza” arena, obok której parkujemy! Tamta, rzymska, poszła w zapomnienie w surowych czasach średniowiecza i już w XII w. zaczęła służyć jako kamieniołom, wykorzystywany przy rozbudowie pobliskiego kościoła św. Jakuba – niedaleko rzeki Orb. Tu, gdzie jesteśmy, wybudowano nową arenę w 1897 r. – dla wystawiania wielkich spektakli teatralnych i operowych, jako miejsce na tłumne spotkania (także polityczne), koncerty wielkich gwiazd i międzynarodowe turnieje tenisowe. A także – może nawet przede wszystkim – dla organizowanych tu walk byków.

Staramy się ochłodzić samochód, z którego cień jakoś zniknął, wzmacniamy swoje siły świetnym melonem i ruszamy w drogę. Autostrada wyprowadza nas w kierunku Narbony. Wjeżdżamy do departamentu Aude, który reklamuje się jako kraj katarów. Ale oczywiście wiemy, że krajem katarów – krótko, przez niespełna sto lat – była cała Langwedocja. Na drogowskazach pojawia się cel naszej dzisiejszej wędrówki – stolica „kraju katarów” Carcassonne. Słynną cytadelę widzimy dziś tylko z daleka i przez chwilę, bo omijamy miasto od południa i wjeżdżamy na jego przedmieścia od zachodu. Michał bez pudła doprowadza nas do hotelu wetkniętego między centra handlowe a główny węzeł komunikacyjny okolicy. Tym razem zostaniemy w nim na dłużej: w klitce „Premier classe” przyjdzie nam nocować prawie tydzień. I hotel, mimo że tzw. ekonomiczny, okaże się wygodny, czysty i świetnie położony, choć nieraz przeżywać w nim będziemy syndrom trzech szympansów w za ciasnej klatce.

Premier classe

 

8 Odcinek IV

8 Powrót do spisu treści