Krzyż Albi

Krzyż Albi
Krzyż Tuluzki

Krzyż z Tuluzy
Krzyż katarów

Krzyż hańby
Krzyż Sernina

Krzyż Św. Saturnina

Krzyż templariuszy


Krzyż diabła


Krzyż katarski
Krzyż Langwedocji

Krzyż langwedocki
Krzyż celtycki

Krzyż celtycki
Krzyż hugenotów

Krzyż hugenotów
Krzyż krucjat

Krzyż krucjat
Krzyż Camargue

Krzyż Camargue


Maciej Pinkwart

Krzyże Południa

 

Odcinek VI – Fasolka Albigensów

 

8 Odcinek I

8 Odcinek II

8 Odcinek III

8 Odcinek IV

8 Odcinek V

(Większość zdjęć po kliknięciu powinna się powiększyć. Warto to robić, bo

poza niewątplywą finezją dowcipnych komentarzy, można tam znaleźć

wiele informacji i dodatkowych ilustracji, które nie zmieściły się w tekście głównym)

Mapa trasy 

Lastours

3. lipca dzień wstaje dość przyjemny. Nie jest gorąco, ale słonecznie, a w dodatku mamy w planie wycieczkę ulgową - w sumie tylko jedno większe miasto. Przyjechaliśmy do Carcassonne ze wschodu, jeździliśmy już na południe i na zachód, no to pora jechać na północ. NaLastours celowniku – Albi.

Jednak nie od razu. Dość prędko zjeżdżamy z drogi krajowej na lokalną i wkrótce zatrzymujemy się w niewielkiej (ok. 150 mieszkańców) miejscowości Lastours. Z pięknie ukwieconego mostu nad rzeką L’Orbiel doskonale widać wznoszącą się nad miasteczkiem 300-metrową górę, na szczycie której znajdują się ruiny zamku. Dokładniej: czterech zamków.

 

Dygresja dla wykształciuchów - Lastours:

 

Choć miejsce to zamieszkane było od czasów prehistorycznych (ślady neolitycznego osadnictwa znaleziono w niewielkiej grocie u podnóża zamków), a i w czasach antycznych prowadzono tutaj eksploatację okolicznych kopalń – wydobywając żelazo, miedź, ołów, a także srebro i złoto w masywie Czarnej Góry, w rejonie której leży Lastours – to nazwa miejscowości bierze się właśnie od tych zamków: Lastours to dawne oksytańskie Las Tors, wieże. Sama miejscowość stanowiła w zasadzie tylko podgrodzie dla bastionów, strzegących dostępu do górskiej krainy Cabardès, należącej do możnego rodu o tym nazwisku, którzy tutaj właśnie stworzyli kasztelanię, wzbogaciwszy się przedtem na eksploatacji okolicznych kopalń. Od nazwy Cabardès (a nie bynajmniej od kontekstów rozrywkowych) wywodzi się nazwa pierwszego i największego zamku w zespole zabytkowym: Cabaret. Pozostałe, usytuowane dalej na północ, ale w obrębie tego samego wzgórza to:  la Tour Régine, Surdespine i Quertinheux. Większość konstrukcji powstała pod koniec XI w.

Paire Vidal Lastours Lastours Lastours Mas Cabardes

Od początków XII w. Lastours i jego okolice były miejscem, gdzie zamieszkiwało wiele osób wyznania katarskiego, zaś po rozpoczęciu krucjaty w 1209 r. spore grono doskonałych i wyznawców schroniło się w zamkach, przede wszystkim w Cabaret, gdzie gościli ich Lastourswładcy tych ziem Pierre-Roger de Cabaret i jego brat Jourdain. Najważniejszą jednak osobą w Cabaret była żona Jourdaina – Etiennette de Pennautier, uważana za najpiękniejszą kobietę swoich czasów, dla swego nieposkromionegoMas Cabardes charakteru nazywana Loba – Wilczyca. Kochali się w niej wszyscy władcy okolicznych ziem, nawet dziki góral z Foix, Rajmund Roger, o którym mówiono, że dopiął swego i Lobę ujarzmił. Trubadurzy śpiewali o niej pieśni, a o jednym z nich, Peire Vidalu opowiadano, że chcąc zbliżyć się do Wilczycy, zbyt dosłownie pojął jej pseudonim i podkradł się pod zamek ukryty pod wilczą skórą. Najpierw napadły go psy z Lastours, potem okoliczni chłopi, którzy wzięli go za wilkołaka… Przeżył, ale poza siniakami niewiele swym podstępem zyskał.

Pierre-Roger jako wasal Rajmunda Rogera Trensavela uczestniczył w obronie Carcassonne, skąd uszedł z życiem i potem skutecznie stawiał czoła wojskom krzyżowców Szymona de Montfort, ale rok później poddał się i opuścił zamek. Jak już wiemy, w tym właśnie czasie Szymon wysłał do niego swoistą misję: oślepionych i okaleczonych katarów z Bram, którzy mieli samymi sobą zaświadczyć o tym, jaki los czeka tych, którzy nie podporządkują się dowódcy krucjaty. Pierre-Roger oddał Cabaret we władanie krzyżowców i został potraktowany wyjątkowo łagodnie: nie dość na tym, że zachował życie i zdrowie wraz z całą rodziną, to jeszcze otrzymał w dzierżawę niewielki mająteczek w innej części regionu – musiał tylko przyrzec, że nie będzie występował zbrojnie przeciwko Szymonowi de Montfort.

Ale nie był to koniec panowania Cabardów w zamkach Lestours. Po śmierci Szymona w 1218 r. Pierre-Roger poczuł się zwolniony z danego wcześniej słowa i stosunkowo łatwo w 1223 r. odbił Cabaret. Bronił się tam aż do 1229 r., kiedy to po włączeniu Langwedocji do Francji został usunięty przez królewskiego gubernatora Humberta de Beaujeu. Wioski i zamki Cabardów zostały splądrowane i zniszczone, ale potem twierdze odbudowano, włączając je do francuskiego systemu obronnego. Jednak, by zdeprecjonować dawne dzieje, nie Cabaret, ale nowo zbudowany zamek La Tour Régine uczyniono punktem dominującym. W XVI w. przez jakiś czas zamki były okupowane przez protestantów.

Z centralnego punktu Lestours wygodna, choć stroma ścieżka doprowadza po kilkudziesięciu minutach do zamku Cabaret – tworzącego zbudowaną z wapienia cytadelę, otoczoną barbakanem, z donżonem od strony południowej i wieżą obronną od północy. Tour Régine jest najmłodsza i najmniejsza z całego zespołu, ale dobrze zachowana, z trzypoziomową wieżą obserwacyjną, otoczoną murem obronnym, w wielu miejscach zupełnie zrujnowanym. Tutaj też znajduje się największa w całym zamkowym założeniu cysterna na wodę. Najbardziej zrujnowana jest twierdza Surdespine, z której Mas Cabardespozostały kwadratowa wieża, pomieszczenie mieszkalne i cysterna, otoczone resztkami murów obronnych ze strzelnicami i wysklepionymi oknami. Najdalej na południe leży Quertinheux, usytuowany nSaint Pierrea samotnej igle skalnej. Składa się z okrągłej wieży, otoczonej wielobocznym murem. Są tam też pozostałości zniszczonego kościoła romańskiego. Zwiedzanie całości (płatne 6 €, potrzebne buty turystyczne) trwa ok. 2 godzin. Co czwartek o 22.00 ze wzniesienia koło Lastours można oglądać 15-minutowy spektakl typu światło i dźwięk, czemu towarzyszy opowieść (po francusku) o historii krucjaty i bohaterskiej obronie tego terytorium przez panów Cabaret.

Jedziemy na północ, w głąb masywu Czarnej Góry. Montagne Noire jest w zasadzie takim langwedockim przyczółkiem sąsiedniego regionu, bowiem geologicznie i przyrodniczo należy do Masywu Centralnego – formacji usytuowanej w centralnej Francji. Droga prowadzi przez lesiste zbocza górskie, pocięte dolinami potoków i głębokich wąwozów. Najwyższym szczytem jest Pic de Nore, 1210 m n.p.m. Krajobraz przypomina Beskidy. Droga wąska, niezbyt dobrze utrzymana, kręta – trzeba uważać, choć ruch niewielki. Zatrzymujemy się w miejscowości Mas-Cabardès.

Saint PierrePewnie byśmy jej nawet nie zauważyli, gdyby nie potrzeba przestawienia adresu w nawigacji i wygodny parking przy drodze. Było dużo miejsca, sporo cienia pod platanami, wąska tutaj rzeczka L’Orbiel płynęła spokojnie przez piaszczysty teren, a na zboczu pobliskiego wzgórza wznosiły się ruiny następnego zamku. Pusto – na uliczkach, przed kościołem, nawet przed restauracją nikogo nie było widać, miasto wygląda jak wymarłe. Może wszyscy mieszkańcy – a jest ich 200 – byli w pracy? Niewielki kościół św. Stefana wybudowany został w XVI w. na miejscu opactwa, powstałego w IX w., w epoce Karolingów. Ciekawa, choć niewysoka ośmiokątna dzwSaint Pierreonnica przypomina swoje dorodniejsze siostry z Tuluzy i dziesiątki innych kościołów, reprezentujących langwedocki gotyk. We wnętrzu – XV-wieczny obraz przedstawiający ukamienowanie św. Stefana – pierwszego męczennika chrześcijaństwa (u nas raczej mówi się o św. Szczepanie, ale to jedna i ta sama osoba). Opodal znajduje się ciekawy żelazny krzyż z 1545 r., nazywany Krzyżem Tkaczy, prawdopodobnie ufundowany przez miejscowych rzemieślników. Z jednej strony widać postać Chrystusa w otoczeniu Matki Boskiej i św. Jana, z drugiej – Matkę Boską ze świętym Michałem i świętym Stefanem. Na zalesionym po zachodniej stronie wzgórzu widać ruiny XII-wiecznego zamku Château de Mas-Cabardès, po którym w wyniku krucjaty katarskiej, a potem wojen z protestantami zostały tylko ruiny.

Jedziemy dalej na północ, ale po paru kilometrach znów zatrzymujemy się przy następnych romantycznych ruinach. To pozostałości romańskiego kościółka pod wezwaniem Saint-Pierre-de-Vals, czyli jakby Świętego Piotra z MazametDolin. Zapewne chodzi tu o wcięte w zboczach górskich wąwozy, przy których leżą miejscowości, stanowiące niegdyś parafię Świętego Piotra – Miraval, Latourette i górską część Les Martys. Kościół będący dla wszystkich w okolicy, pod koniec XVI w. okazał się kościołem dla nikogo, bo wszystkie te miejscowości pobudowały własne świątynie, w których ulokowano nowe parafie. Święty Piotr z Dolin stopniowo podupadał, aż w 1689 r. zabroniono odprawiania tu działań kultowych. Świątynię i położony przy niej historyczny cmentarz zaczęła zarastać roślinność. Częściową rekonstrukcję kościoła podjęto w II połowie XX w., by zachować zabytek dla potomności.

Jedziemy teraz przez teren Parku Narodowego Górnej Langwedocji w kierunku Mazamet, sporego miasta na granicy departamentów Aude i Tarn, teoretycznie już poza regionem Languedoc-Roussillon, w Midi-Pyrénées. Dawne centrum przemysłu sukienniczego i skórzanego położone jest w dolinach rzek Thoré i Arnette, która dała miastu nazwę: Mazamet to dawne Mas d’Arnette, dom przy Arnette. W okolicy jest także kilka jezior, co w sumie wraz z górskim otoczeniem Montagne Noire mocno wpływa na klimat okolicy, czyniąc go łagodnym i stosunkowo wilgotnym.

Nad miastem dominuje położona na pobliskim szczycie średniowieczna osada Hautpoul z ruinami zamku, który blokował dostęp w rejon lasów Montagne Noire. Według tradycji, miejscowość Hautpoul została założona w 413 r. przez wizygockiego króla Athaulfa, i wtedy też powstała tu pierwsza forteca. Zajęta za czasów Klodwiga przez Franków, zostałaMazamet rozbudowana i otrzymała nazwę Alto pullo, wysokie miejsce, skąd wywodzi się późniejsze miano. W XIII w. osada zamkowa wraz z powstającym już wówczas podgrodziem była schronieniem dla katarów, więc w 1212 r. Szymon de Montfort po czterodniowym oblężeniu zdobył zamek i kazał go zburzyć, uznając go za „gniazdo katarów”. Mieszkańcy, którzy ocaleli, zeszli w dolinę i nad brzegiem rzeki założyli osadę Mas d’Arnette. W XVI i XVII w. w okolicy toczyły się zacięte walki między katolikami i protestantami, w wyniku czego resztki starego Hautpoul zostały znowu zniszczone. Stąd wywodził się ród Françoisa d'Hautpoul (1689-1753), markiza Blanchefort, którego żona Marie de Nègre d’Ables była ostatnią właścicielką Rennes-le-Château i rzekomą depozytariuszką wiedzy o tajemniczym grobie w Pontils.

MazametPoza ruinami Hautpoul w Mazamet jest niewiele zabytków: najstarszy kościół w mieście, Saint-Saveur pochodzi z 1740 r., choć uważa się, że obecny protestancki kościół św. Jakuba znajduje się w miejscu dawnej, XVI-wiecznej świątyni, której elementy zachowały się do dziś. Poza tym miasto nowoczesne, niezbyt ciekawe pod względem krajoznawczym, ale oferujące kilka ciekawych imprez cyklicznych, a wśród nich – festiwal ulicznych teatrów dla dzieci (koniec maja), Święto Średniowiecza przypominające przeszłość Hautpoul (połowa sierpnia) i Święto Kwiatów (koniec kwietnia).

Ta część regionu jest gęsto zaludniona, a miasta i miasteczka sąsiadują z sobCastresą o kilka kilometrów. Kolejnym dużym ośrodkiem na naszej trasie na północ jest 40-tysięczne Castres, rozwijające się od III w. (może wcześniej, bo sama nazwa wywozi się od rzymskiego castrum, obóz warowny), od VII w. skupione wokół opactwa benedyktyńskiego, założonego na prawym brzegu rzeki Agout, które dało początek dzisiejszemu miastu. Od IX w. ważny punkt na drodze pielgrzymek do Santiago de Compostella, od XI w. stało się częścią hrabstwa Albi i Carcassonne, pozostającego we władaniu rodziny Trensavelów. W czasie krucjaty przeciw Albigensom Castres podzieliło los innych włości w hrabstwie, choć nie od razu, bo po masakrze w Béziers mieszczanie wysłali do Szymona de Montfort wiernopoddańczą delegację, oddając mu klucze do miasta. Ale po śmierci Rogera Trensavela 10 XI 1209 r. na jego ziemiach wybuchło powstanie. Mieszkańcy Castres wypędzili Francuzów z fortyfikacji i opanowali miasto. Na krótko jednak, bo gdy w 1212 r. krzyżowcy znów znaleźli się w okolicy, miejscowi panowie sami otworzyli Szymonowi bramy, uznając jego władzę. Po zakończeniu krucjaty w 1271 r. Castres zostało podporządkowane francuskim gubernatorom.

CastresW czasie postępów reformacji, w latach 1530-1570 znaczna część mieszkańców została protestantami, a w 1575 r., podczas wojny religijnej, Castres zostało zajęte przez luteran, ogłosiło się niezależną republiką i przez długi czas było jednym z większych centrów proteCastresstantyzmu we Francji. Dziś także społeczność luterańska ma tu znaczącą reprezentację.

Ale obecnie to przede wszystkim ważny ośrodek przemysłu chemicznego i samochodowego (filia zakładów Renault), a także centrum akademickie, gdzie znajduje się oddział uniwersytetu tuluzkiego z ok. 1500 studentami (chemia, informatyka, medycyna, mechanika). Najpiękniejszą częścią miasta jest dzielnica nadrzeczna, ze średniowiecznymi i renesansowymi domami wybudowanymi wprost nad brzegiem Agout i pięknymi mostami, łączącymi jej brzegi, w tym – Starym Mostem z XVIII w. Centralnym miejscem Castres jest plac Jeana Jaurèsa, upamiętniający przywódcę francuskich socjalistów sprzed I wojny światowej, który właśnie w Castres się urodził.

Trzeba będzie tu przyjechać na dłużej, choćby po to, żeby zwiedzić wielką katedrę św. Benedykta z XVII w., wybudowaną z wykorzystaniem dawnych zabudowań opactwa z IX w. i samodzielnie stojącą romańską wieżę św. Benedykta z czasów, gdy ośrodkiem miasta był klasztor benedyktynów, a także budynek merostwa, zajmujący XVII-wieczny pałac biskupi z jego ogrodami, wybudowany przez twórców Wersalu – architekta Julesa Hardouin-Mansarta i ogrodnika André Le-Nôtre. Wśród muzeów najciekawsze jest może Muzeum Francisco Goyi i Sztuki Hiszpańskiej, założone w 1840 r. z inicjatywy prAlbiywatnego kolekcjonera Marcela Briguiboula.

AlbiAle to wszystko następnym razem. Mamy jeszcze 50 kilometrów do Albi. Pokonujemy je w 40 minut i parkujemy w centrum miasta, niedaleko merostwa. Stara część Albi wygląda podobnie jak Tuluza: szykowne domy budowane z niewielkich cegieł, nietynkowane, niekiedy utrwalane drewnem, co nadaje im wygląd muru pruskiego. Merostwo tym razem nie jest przy centralnym placu (tu: place du Vigan), tylko przy wąskiej, średniowiecznej uliczce rue du L’Hôtel de Ville, z rynsztokiem przez środek. To rzecz jasna tylko jedna z ekspozytur Urzędu Miejskiego: Albi jest duże (samo miasto prawie 50 tysięcy stale zameldowanych, z przedmieściami – przeszło 70.000), przyciąga wielu klientów, kupujących i turystów, więc strefa służby publicznej jest bardzo rozbudowana. Dość szybko odnajdujemy ulicę Świętej Cecylii, która doprowadza nas do katedry pod tym samym wezwaniem.

Jeszcze jedna rzecz upodabnia Albi do Tuluzy: tutejsza katedra też jest remontowana. Hurtowo to robią, czy co? Na placu przed katedrą znajduje się dobrze zaopatrzone w wydawnictwa Biuro Turystyczne, obok kawiarnia. No, co jak co, ale widok mają stąd imponujący: katedra Świętej Cecylii jest największym ceglanym kościołem na świecie.

 

Dygresja dla wykształciuchów: Albi

 

Rzeka Tarn, która w przeciwieństwie do większości rzek Langwedocji płynie z północy, ze wzgórz Masywu Centralnego, by po 380 kilometrach wpaść do Garonny, w okolicach Albi tworzy malownicze meandry dając dostęp do wody pitnej i zapewniając należytą wilgotność gleby. Zapewne to było przyczyną, dla której osadnictwo pojawiło się tu już w okresie środkowego paleolitu. Galijscy Rutenowie i inne plemiona celtyckie osiadły w II w. p.n.e. w okolicach, gdzie dziś znajduje się katedra, potem, ok. -100 r. ustąpili miejsca Rzymianom, którzy w miejscu dzisiejszego kościoła św. Salwiusza założyli miasto, nazwane przez nich Albiga, zapewne od białego (albus) koloru skał na wysokich brzegach rzeki.

Dogodne położenie na skrzyżowaniu głównych dróg, prowadzących do Tuluzy, Rodez i przez Castres do Carcassonne i Narbony pozwoliło mieszkańcom bogacić się na handlu winem, niebieskim barwnikiem, wydobywanym z urzetu, tkaninami i metalami, wydobywanymi w pobliskich kopalniach. Chrześcijaństwo dotarło tu ok. 405 r. wraz z pierwszym biskupem Diogeninem, a w VIII w. Karol Wielki utworzył tu hrabstwo. Ok. 1040 r. wybudowano most, łączący brzegi Tarn, istniejący i funkcjonujący do dziś – Pont Vieux w Albi jest najstarszym działającym bez przerwy mostem we Francji.

AlbiW początkach XII w. Albi stało się częścią domeny wicehrabiowskiej Trensavelów, obok Bésiers i Carcassonne. Przeciwko temu ostro oponowali biskupi, którzy uważali Albi za swoje terytorium. Spór trwał wiele lat, w 1176 r. Roger TrensavelAlbi nawet uwięził biskupa w jego własnym więzieniu, co nie zjednało mu wielu sojuszników, mimo istnienia opinii o tym, że nowi władcy kierują się w swym postępowaniu zasadą tolerancji wobec innowierców, którzy w owym czasie stanowili w Albi nie więcej niż 10 % populacji. Sytuacja zasadniczo zmieniła się w 1209 r., gdy rozpoczęła się krucjata przeciw Albigensom.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego langwedockich heretyków nazywano Albigensami. W Albi nie było ich więcej niż gdzie indziej i – jak zobaczymy – miasto to nie stanowiło w żaden sposób centrum kataryzmu. Być może wzięło się to stąd, że tutaj została zorganizowana pierwsza administracja religijna katarów, coś w rodzaju diecezji. A może dlatego, że w Lombers koło Albi w 1165 r. odbył się synod z udziałem duchownych katolickich i katarskich doskonałych, dyskusja teologiczna, która nie doprowadziła do żadnego konsensusu i była ostatnią próbą rozmawiania z heretykami językiem dyskusji, a nie wojny.

Paradoksalnie, choć ta nazwa wywoływała paroksyzmy wściekłości papieży i krzyżowców, Albigensi okazali się największymi oportunistami tej wojny. W 1209 r., po Béziers, mieszkańcy Albi, wciąż jeszcze żywiący niechęć do Rajmunda Trencavela, bez walki złożyli hołd Szymonowi de Montfort i ucieszyli się z tego, jaki los sprawił on ich suwerenowi. Ochotnicy z Albi brali nawet udział w podbijaniu przez Szymona pozostałej części hrabstwa. Kiedy jednak po 1216 r. opór wobec krucjaty narastał i Szymon przestał być niezwyciężony, mieszkańcy Albi ofiarowali swoje wsparcie hrabiemu Rajmundowi z Tuluzy.

Castres Albi Albi Albi, katedra św.Cecylii Albi, katedra św.Cecylii Albi

Albi, katedra św. CecyliiMoże się to nam nie podobać, ale ta strategia oszczędziła w tamtych czasach miasto i dobytek jego mieszkańców: Albi nigdy nie było oblegane ani plądrowane, a jego mieszkańcom zaoszczędzono masakry, jaka była udziałem dalszych sąsiadów. Langwedocja jednakże w 1271 roku po bezpotomnej śmierci ostatnich władców, Alfonsa i Joanny z Tuluzy przeszła w bezpośrednie władanie króla Francji, który władzę nad Albi przekazał biskupom. To z koAlbi, katedra św. Cecyliilei rozszerzyło ich wpływy na wszystkie sfery życia miasta włącznie z finansową, co wywołało niechęć lokalnych możnowładców, wcześniej wspierających biskupów w sporze z Trensavelami.

Jednym z pierwszych przejawów biskupiej dominacji nad Albi stała się decyzja o wybudowaniu wielkiej świątyni, która na wieczne czasy miała zaświadczać o potędze Kościoła i jego władzy. W 1282 r. biskup Bernard de Castanet, władca Albi i zastępca głównego inkwizytora Francji, rozpoczął budowę katedry świętej Cecylii, a obok – potężnego pałacu biskupiego. Trwała ona ponad sto lat, ale efekt przetrwał kolejne siedem stuleci i prezentuje się całym swym ogromem przed nami.

Na pierwszy rzut oka nie wygląda w ogóle na kościół, tylko raczej przypomina wielki zamek, wtłoczony między domy miasta. Katedra jest gigantyczna i przytłaczająca. Zbudowana jest z niewielkich, różowych cegieł, co sprawia, że wzrok gubi się wśród tych drobnych elementów i nie sposób ogarnąć całości. Uderza przede wszystkim jej masywność i wysokość: zewnętrzne mury mają 40 m, wieża dzwonnicy 78 m, długość katedry to 114 m, a szerokość – 35. Sprawia wrażenie twierdzy obronnej i z pewnością takie było jedno z założeń jej budowy: wojny przecież jeszcze trwały, a heretycy mieli jeszcze nie raz podnieść głowę. Piękne gotyckie dwupoziomowe okna są wąskie, umieszczone 20 m powyżej gruntu i przypominają strzelnice. Wielkie półokrągłe przypory uniemożliwiały Albi, katedra św. Cecyliidokonywanie podkopów, zaś zwieńczający ściany ganek wyposażony był w otwory, przez które można było wylewać wrzątek lub zrzucać kamienie na tych, którzy by chcieli katedrę zdobywać. Kiedyś świątynię otaczał potężny mur obronny, z którego pozostał dziś tylko przepiękny gotycki portal, wykonany przez Dominika z Florencji w latach 1392-1410, przylegający do wieży, wykorzystywanej niegdyś jako więzienie. Do katedry prowadzą tylko dwa wejścia: niewielkie, północne i główne, południowe, przez kruchtę, będącą arcydziełem gotyku płomienistego.

Wnętrze jest równie majestatyczne, choć nie robi przytłaczającego wrażenia. Jest także ogromne (nawa ma długość 97 m, szerokość 19,2, z kaplicami bocznymi 28, wysokość 30 m), przepięknie zdobione i barAlbi, katedra św. Cecyliidzo gotyckie w wyrazie. Świątynia jest jednonawowa, nie ma transeptu, do nawy przylega 12 kwadratowych kaplic, pięć kaplic otacza apsydę. Przede wszystkim jednak w środku zapomina się o wręcz wojskowej surowości budowli. Piękne żebrowane sklepienia, elementy gotyku płomienistego, polichromowane renesansowe sklepienie, malowane przez włoskich artystów z Bolonii w latach 1509-1512 i niezwykły zupełnie XV-wieczny fresk nieznanego autora, przedstawiający Sąd Ostateczny, namalowany na pilastrach, wspierających chór organowy, umieszczony nad prezbiterium i głównym ołtarzem. Organy Christophe Moucherala pochodzą z 1736 r. Prezbiterium zakończone jest bogato zdobionym lektorium z początków XVI w., wykonanym z wapienia, z biegiem lat przybierającego coraz jaśniejszą barwę. Forma zdobień jest tak oszałamiająca, że nie wiadomo, gdzie zatrzymać wzrok na dłużej. Jeśli sformułowanie barokowy gotyk miałoby jakiś sens, to jego odzwierciedlenie można znaleźć właśnie tutaj. To wszystko naturalnie musiało kosztować gigantyczne pieniądze i na pewno kosztowało, ale też świadczy o bogactwie kościoła albigensów, co z kolei jest w pewien sposób świadectwem bogactwa regionu. Z drugiej strony widać wyraźnie, że po pierwsze nieznanym z nazwiska autorom dano wystarczająco dużo czasu, by uniknąć niedoróbek, po drugie - że wszystkie kolejne przebudowy katedry z respektem podchodziły do integralności artystycznej wystroju, który mimo swej różnorodności i mnogości motywów zdołał zachować jednorodność stylistyczną i właśnie artystyczną.

Albi, katedra św. CecyliiMożna powiedzieć, że Katedra Świętej Cecylii  jest aż przeładowana artyzmem, że przytłacza bogactwem sztuki. Trudno sobie wyobrazić, by takie wnętrze skłaniało do modlitewnego skupienia. No, ale jeśli albigensi się już przyzwyczaili, to może nie robiło to wszystko na nich wielkiego wrażenia?

We wnętrzu kościoła znajduje się również skarbiec, gdzie przechowywane są zabytkowe przedmioty liturgiczne oraz dziesiątki relikwii świętych, a także zabytkowe dziełaAlbi, katedra św. Cecylii sztuki.

Dygresja dla wykształciuchów - Święta Cecylia:

Ciekawa jest kaplica patronki kościoła, na ołtarzu której umieszczono leżącą figurę świętej Cecylii, a powyżej – relikwiarz z jej szczątkami. Podobno wcześniejsze wersje katedry w Albi też budowano pod tym wezwaniem i szczyciły się posiadaniem relikwii świętej, ale gdy przystąpiono do budowy obecnego gmachu – nie udało się ich odnaleźć i katedra początkowo była pod wezwaniem Świętego Krzyża. Dopiero w 1466 r. biskup Albi Jean Jouffroy załatwił sprawę w Rzymie i przywiózł od papieża kolejny relikwiarz ze szczątkami patronki muzyki. Warto przy okazji powiedzieć, że Cecylia nie patronuje sprawom muzycznym dlatego, że pięknie grała na jakimś instrumencie, jak się ją często przedstawia w ikonografii, tylko z innego powodu. Żyła w groźnym dla chrześcijan III wieku i jako dobra katoliczka złożyła śluby czystości, ale zmuszono ją do poślubienia poganina imieniem Walerian. W czasie nocy poślubnej nie doszło do skonsumowania małżeństwa, bowiem Cecylia wyznała mężAlbi, katedra św. Cecyliiowi, że jej czystości strzeże anioł, którego on nie może zobaczyć, póki się nie nawróci, ale lepiej niech nie nastaje na jej cnotę, bo z aniołem nie ma żartów. Walerian oczywiście się nawrócił, nawrócił się też jego brat, ale nie wiadomo, czy zobaczyli tego anioła, bo wszyscy troje zostali skazani na śmierć w roku 232, za panowania cesarza Aleksandra Sewera.

Mąż i szwagier zostali skutecznie ścięci przez kata, a Cecylia przeżyła trzy ciosy siekierą i umierała po tym przez trzy dni, cały czas śpiewając pieśni na chwałę Pana. I od tego śpiewania jest patronką muzyki.

Z katedry przechodzimy zaledwie kilkadziesiąt metrów do dawnego pałacu biskupiego, nazywanego Palais de Berbi (od oksytańskiego bisbie – biskup), wybudowanego w latach 1250-1280 z inicjatywy biskupa Duranda de Beaucaire, w podobnym stylu i okolicznościach, co przylegająca doń od południa katedra. A więc z jednej strony budowla była inspirowana strachem przed zagrożeniami ze strony może nie tyle katarskich heretyków, ile ze strony ludzi, walczących z biskupim autokratyzmem, z drugiej – wielkość i niedostępność pałacu miała pokazywać siłę Kościoła i jego dominację nad Albi. Budynek w jeszcze większym stopniu niż katedra przypomina twierdzAlbi, Pałac Berbię niż pałac. Trudno się zresztą dziwić: była to nie tylko rezydencja władzy kościelnej, ale i siedziba kościelnej policji: tutaj rezydowała wszechpotężna inkwizycja, tu było więzienie dla ludzi podejrzewanych o sprzyjanie herezji oraz pokoje przesłuchań – czyli po prostu sale tortur. Różowe cegły, wysokie, półokrągłe przypory, wieże obronne – wszystko to rzeczywiście robi wrażenie, tym bardziej, że i tutaj zainwestowano w wielkość: wieża świętego Michała górująca nad wejściowym dziedzińcem ma 34 metry wysokości, wieża św. Katarzyny, od strony rzeki Tarn, miała początkowo 50 metrów, ale na polecenie króla Henryka IV została zmniejszona. Pałac dodatkowo jest otoczony murami obronnymi, a od strony rzeki znajdował się plac ćwiczeń dla biskupiego wojska.

Pod koniec XV w., gdy biskupem Albi był Ludwik I d’Amboise, militarny charakter pałacu nieco zmieniono, m.in. likwidując mury od strony rzeki Tarn i przekształcając plac musztry w piękne francuskie ogrody. W 1905 r. właścicielem Palais de Berbie stało się miasto Albi, a w 1922 r. usytuowano tu muzeum wielkiego malarza, Henri de Toulouse-Lautreca.

Był albigensem – w znaczeniu dosłownym: urodził się 24 listopada 1864 r. w Albi, w rezydencji Hôtel Le Bosc (dziś: ul. Toulouse-Lautreca 14), w arystokratycznej rodzinie wywodzącej się wprost od hrabiego Tuluzy Rajmunda V (ojca bohatera krucjaty przeciw albigensom). Nazwisko tworzy zestawienie nazw dwóch miejscowości, skąd wywodził się ród: stołecznej Tuluzy i położonego niespełna 30 km na południe od Albi miasta Lautrec. Przypomnijmy, że występujące we francuskich nazwiskach de oznacza tutaj „z”, a zatem Henri de Toulouse-Lautrec to Henryk z Tuluzy i Lautrec, zaś dawny prezydent generał Charles de Gaule, to po prostu Karol z Galii.

Henri był synem Alfonsa de Toulouse-Lautrec-Monfa i Adeli Tapié de Celeyran. Rodzice byli dość blisko spokrewnieni (kuzynostwo pierwszego stopnia), czemu przypisuje się wady genetyczne, jakimi cechowało się ich potomstwo. Jego młodszy brat żył tylko rok, a on sam cierpiał na chorobę kości (najprawdopodobniej była to dysplazja kostna w odmianie nazywanej pyknodysostoza), której skutkiem była zwiększona podatność na urazy i słaba mineralizacja kości. W wieku 14 i 15 lat złamał obie kości udowe, które najpierw długo się nie zrastały, potem przestały się powiększać, w efekcie czego miał zaledwie 152 cm wzrostu, tors dorosłego mężczyzny, a nogi 14-latka. Miał powiększone wargi i nos, seplenił, ale swoje dolegliwości traktował jako z jednej strony obiektywny dopust boży, z drugiej – jako okazję do prowokowania otoczenia. Kapitalną rolę w filmie Baza Luhrmanna Moulin Rouge zagrał odtwarzający postać Toulouse'a-Lautreca John Leguizamo.

Henri Toulouse-Lautrec Henri Toulouse-Lautrec John Leguizamo Henri deToulouse-Lautrec Toulouse-Lautrec

Rodzice dość szybko po jego urodzeniu zdecydowali się na separację na skutek konfliktu charakterów i Henri był wychowywany przez matkę i babkę. Od młodości związany z Paryżem, uczył się tam do matury, którą… oblał w lipcu 1881 r., ale egzamin poprawkowy zdał w październiku tego samego roku – tylko, że w Tuluzie. Osiadł potem w Paryżu i postanowił rozwijać przejawiający się już wcześniej talent plastyczny. Został wkrótce jednymToulouse-Lautrec z Toulouse-Lautrecnajwiększych malarzy-postimpresjonistów, piewcą Montmartre’u i jego kabaretów, niezwykłą gwiazdą paryskiej bohemy, zarazem człowiekiem bardzo lubianym i cenionym. Miał też wszystkie wady tego środowiska i tej epoki, przede wszystkim alkoholizm (codzienne spore dawki absyntu, zmieszanego z koniakiem!) i dość duża swoboda seksualna, co przyniosło skutek w postaci zarażenia się syfilisem. Próby leczenia obu tych przypadłości podjęte w sanatorium w Malromé, w posiadłości jego matki, okazały się spóźnione. Zmarł 8 września 1901 r. i został pochowany daleko od stron rodzinnych, w Verdelais koło Bordeaux. Jego dzieła znajdują się we wszystkich ważnych muzeach świata (m.in. sporo w paryskim Musée d’Orsay), ale największa i najbardziej kompletna kolekcja znalazła się, dzięki podarunkowi jego rodziców, tutaj, w Albi.

To jedno z najciekawszych i najlepiej zorganizowanych muzeów, w jakich byłem. Odwiedza je rocznie ok. 175 000 gości. Zwiedza się także sam pałac i jego ciekawe miejsca, jest część poświęcona zabytkom archeologicznym i dziełom malarstwa średniowiecznego, ale oczywiście największe zainteresowanie budzi kolekcja prac Toulouse-Lautreca, umieszczona na parterze i dwóch piętrach, rzeczywiście ogromna (ponad tysiąc prac!) i dobrze pokazana. Poza pracami artysty, którego – poprzez niereprezentatywną, ale najbardziej znaną kolekcję z paryskiego Musée d’Orsay – uważa się za trochę niepoważnego eksperymentatora, dziwaka i raczej karykaturzystę niż malarza „całą gębą”, a który tutaj pokazuje swój bezsprzecznie wielki i wszechstronny talent (portrety, pejzaże, obrazy studyjne i plenerowe, grafiki), są też dzieła innych malarzy, którzy malowali wizerunki Lautreca. Dzieła bohatera ekspozycji umieszczone są w większości w porządku chronologicznym ich powstawania (od pierwszego obrazu, namalowanego przez Muzeum Toulouse-Lautrec15-letniego artystę Artylerzysta siodłający konia aż do ostatniego - Egzamin na wydziale medycyny w Paryżu (1901), ale są też mini-kolekcje tematyczne (portrety, wnętrza domów, noce paryskie i ich gwiazdy…).

Dwie godziny na oglądanie to stanowczo mało – tym bardziej, że w większości sal umieszczone są wygodne siedzenia, pozwalające na kontemplację ciekawszych dzieł, no i na odpoczynek. Nie można robić zdjęć. Czynne w sezonie (21.06 – 30.09) codziennie 9.00-18.00, poza sezonem jest przerwa na sjestę w godz. 12.00-14.00, w okresie I-III oraz X-XII zamknięte we wtorki), bilet 8 €. Toaleta w podziemiach i szatnia są bezpłatne, ale na przechowanie plecaków i toreb trzeba mieć monetę 1 €, która funkcjonuje jak zwrotny żeton, otwierający schowek. Doskonałym rozwiązaniem jest parking dla... parasoli, umieszczony przed wejściem do muzeum.

Dziedziniec wewnętrzny robi ponure wrażenie, głównie z powodu przytłaczającego ogromu otaczających murów. Znacznie przyjemniejszy widok jest na zewnątrz, w stronę Tarn: dołem pięknie utrzymane ogrody biskupie, dalej połyskująca tafla rzeki, przeciętej średniowiecznym Starym Mostem z 1040 r. Za mostem pięknie rysuje się panorama przedmieść Albi, nazywanych dzielnicą La Madeleine. Oczywiście, ta nazwa bierze się od świątyni św. Marii Magdaleny, będącego kościołem archidiecezjalnym. Wybudowany w połowie XIX w., jest kopią kościoła Madeleine w Paryżu i utrzymany jest w stylu neoklasycznym.

 

Muzeum Toulouse-Lautrec Albi Rezydencja Bosc Kolegiata St.Salvi, Albi Albi

 

Wszystko to pasuje do Lautreca jak pięść do nosa i przez moment zastanawiam się, dlaczego muzeum nie utworzono po prostu w jego domu rodzinnym, w Rezydencji Bosc przy ulicy Toulouze-Lautreca, gdzie teraz jest także muzeum – figur woskowych… Chyba jednak zadecydowały o tym prestiż dawnego pałacu biskupiego, a niemniej – ilość miejsca…

Poza Henri Toulouse-Lautrekiem Albi szczyci się jeszcze faktem, że profesorem gimnazjalnym był tu znany we Francji działacz socjalistyczny Jean Jaurès (znamy go już z Castres), a późniejszy prezydent Republiki Georges Pompidou mieszkał tu w dzieciństwie i chodził do szkoły, zdał maturę w tutejszym liceum Lapérouse, a następnie kontynuował nauki w koledżu Pierre Fermata w Tuluzie, by dokończyć edukacji w Paryżu. Rodzina Pompidou przeniosła się z Owernii do Albi, bo ojciec przyszłego prezydenta został tu mianowany profesorem języka hiszpańskiego. Tutaj też urodziła się młodsza siostra George’a – Madeleine Pompidou.

Zaczyna padać, otwieramy parasole i niemal po własnych śladach wracamy do samochodu. Po prawej stronie mijamy katedrę, kilka kroków dalej – po lewej – zaglądamy na plac klasztorny św. Salwiusza, na którym stoi najstarszy kościół Albi – kolegiata świętego Salwiusza, budowana z białego kamienia od 1080 r. w stylu romańskim, z wykorzystaniem pozostałości dawnego kościoła karolińskiego. Budowę przerwała krucjata przeciw albigensom, a po jej zakończeniu dobudowano (w większości w XV w.) część gotycką tradycyjnie wznosząc mury z różowej cegły i pokrywając budynki czerwonymi dachówkami. Nad świątynią góruje oryginalny donżon, do którego dolnej części o przekroju kwadratowym dobudowano część okrągłą, z cegieł innego koloru, gdzie mieściła się wartownia miejska.

Święty Salwiusz (urodzony i zmarły w Albi) jest czczony tutaj dlatego, że był w latach 574-584 pierwszym biskupem Albi, rzekomo uwolnił mieszkańców od poddaństwa, a poza tym spierał się z VI-wiecznym królem Franków Chilperykiem (ojcemChilperyk i biskupi Meroweusza, czyli protoplastą Merowingów), który chciał się wobec biskupów katolickich wypowiadać jako teolog – a Salwiusz i św. Grzegorz z Tours odmawiali mu tego prawa. Ryzykowny spór, jeśli Merowingowie mieli rzeczywiście takie pochodzenie, jakie im się teraz przypisuje…

Król Chilperyk i biskupi Salwiusz i Grzegorz 8

Wnętrze kolegiaty to mieszanina stylów romańskiego i gotyckiego, z elementami barokowymi. Najstarszą częścią kościoła jest romańska kaplica Matki Bożej. Najciekawsza jest zapewne XII-wieczna drewniana figura pierwszego biskupa, interesująca XV-wieczna pieta (oryginały w zakrystii, wystawione na widok publiczny kopie) oraz pochodząca z tego samego okresu scena Ukrzyżowania, z Chrystusem, Matką Boską i św. Janem. Wejście do ogrodu klasztornego, gdzie można obejrzeć stare pomieszczenia kanoników kapitulnych, znajduje się na ścianie południowej.

Wsiadamy do samochodu i wracamy na południe Langwedocji, ale inną drogą niż przyjechaliśmy. Jedziemy teraz przez żyzną równinę rozciągającą się między Tuluzą a Czarną Górą i między Albi a Canal du Midi. Dziś, tak jak przed wiekami, jest to głównie teren rolniczy, stanowiący zarazem główne źródło dochodu, a nawet bogactwa dla właścicieli okolicznych dominiów, a dziś – dla farmerów. My, turyści, patrzymy na Langwedocję przez pryzmat widowiskowej, dramatycznej i modnie dziś ogrywanej historii katarów, a właściwie nawet tylko krucjaty przeciw albigensom. Zgoda – to ważny epizod w historii regionu, tragiczny, okrutny, niekiedy do dziś odczuwalny jako zadra w dziejach Midi. Ale tylko epizod: wojna z katarami, a w zasadzie z samodzielnością prowincji, licząc od masakry Béziers po traktat paryski, włączający Langwedocję do Francji, trwała dokładnie 20 lat. Cóż to jest wobec rozwoju cywilizacji, kultury i zamożności terenu, o którym świat zasłyszał już przeszło 2 tysiące lat temu?

Jasne, że ciekawsze jest opowiadanie tajemniczych, skromnych i dobrotliwych katarach, zabijanych bez sądu przez pazernych, okrutnych fanatyków, dybiących na langwedockie bogactwo, o niezwykłych dziejach Marii Magdaleny i jej świętej rodziny, o templariuszach i ich skarbach, wreszcie o świętym Graalu, być może ukrytym w zakamarkach zapomnianej świątyni w jednej katarskich wiosek, albo w lochach pod którymś z zamków… Naturalnie, nie mam nic przeciwko temu, chętnie to czytam, ale staram się odróżnić literaturę od archiwów, mity od rzeczywistości, tradycję od historii. Bogactwo Langwedocji jednak pochodzi nie z odnalezienia złotych sztab Blanki Kastylijskiej, nie z wizygockich łupów, ukradzionych z Rzymu, który okradł świątynię Salomona w Jerozolimie, nie z czeków wystawianych przez templariuszy, tylko ze spraw niezwykle prozaicznych. Z wina, pszenicy i urzetu.

Jedziemy przez ową krainę szczęśliwości, gdzie wokół niemal wszędzie widać niskie krzaczki winorośli, złote łany dojrzewającej pszenicy, zieloną kukurydzę i żółte słoneczniki. Urzetu ani śladu.

UrzetTak, wiem. Ja też, gdy pierwszy raz przeczytałem tę nazwę, wywaliłem gały i trzy razy sprawdzałem, czy to nie jest jakieś przekłamanie w tekście. Ale naprawdę jest taka roślina i naprawdę stanowiła ona przez wiele lat główne źródło bogactwa Langwedocjan.

 

Dygresja dla wykształciuchów - Urzet i Kukania

 

Isatis tinctoria, po polsku urzet barwierski, co brzmi o wiele gorzej niż francuski pastel des teinturiers, pastel barwiący, to taki żółto kwitnący chabaź, około metra wysokości, z liśćmi podobnymi do ostu, ale spokrewniony z kapustą. Roślina jest dwuletnia, przeważnie samosiejna, a jej środowiskiem są pobocza dróg, wysypiska, gruzowiska i inne miejsca bogate w wapń.

Rośnie dziko w całym obszarze śródziemnomorskim i już prawdopodobnie w starożytnym Egipcie zauważono, że ususzone i starte na proszek liście urzetu tworzą świetny i trwały barwnik o intensywnym kolorze niebieskim. Niewykluczone, że w Galii stosowali go już Celtowie, ale potem barwiące właściwości rośliny poszły trochę w zapomnienie, choć wykorzystywano ją nadal w celach leczniczych, stosując okłady z liści na obrzmienia, guzy, trudno gojące się rany. W połowie XV w. w rejonie Tuluzy (przede wszystkim okolice Lauragais, szczególnie wPieter Breugel, Kraina szczęśliwości rejonie miasta Lavaur) powrócono do produkcji barwnika z urzetu, stosując go do farbowania tkanin, od sukna do jedwabiu. Zapotrzebowanie szybko rosło, opracowano praktyczną technologię mielenia, prasowania i formowania w niewielkie kulki, które dawały się łatwo pakować i rozsyłać po świecie. Kulki te – po francusku nazywane cocagnes – stały się synonimem bogactwa i szczęśliwości tak, że cały obszar między Tuluzą, Albi a Carcassonnel, tak gdzie najwięcej leciano w kulki, zaczęto nazywać pays de Cocagne, co jest grą słów, bowiem określenie to jest zarazem nazwą bajkowej Krainy Obfitości.

Mit o takim ziemskim raju, Kukanii, francuskim pays de Cocagne, włoskim Cucagne (co właśnie znaczy obfitość), niemieckim Schlaraffenland, co do Polski przeniknęło jako Szlarafia, czy wreszcie polskiej krainie pieczonych gołąbków pojawia się w trudnych dla Europy czasach. Najpierw w Niemczech, zapewne pod koniec XII w., spisane ok. 1230 r. jako zestaw pieśni, w znacznej części o jedzeniu i piciu znany dziś jako Carmina Burana, pojawia się bohater przedstawiający się jako opat Cocagne: ego sum abbas cucaniensis, zachowujący się jak pierwowzór Falstaffa. Potem zaraz po zdławieniu langwedockiego kataryzmu, ok. 1250 r. we Francji zaczyna krążyć tekst Li Fabliaus de Coquaigne, w którym przestawiony zostaje obraz raju, wymarzony być może przez katara udręczonego wiecznymi postami i innego rodzaju wstrzemięźliwością: kraju wiecznej szczęśliwości i obfitości, bez epidemii, wojen i głodu – stałych elementów średniowiecznego życia. Autor opisuje zadaną mu przez papieża pokutę w postaci podróży do kraju zwanego Kukanią, którego wszyscy mieszkańcy są bogaci, dobrze ubrani i życzliwi innym. Śpią ile chcą, a podczas snu się bogacą. Wszystkie zabudowania skonstruowane są z najlepszych ryb, mięs i kiełbas, na wszystkich ulicach stoją suto zastawione stoły ze śnieżnobiałymi obrusami i najlepszym jedzeniem, z którego może korzystać każdy kto chce, bez żadnej zapłaty. Przez Kukanię płynie rzeka, w której zamiast wody jest najlepsze wino, miedze między polami są z najlepszych kiełbas, miesiąc ma sześć tygodni, codziennie jest święto albo niedziela, są cztery Wielkanoce, cztery Boże Narodzenia, czterokroć Wszystkich Świętych, cztery winobrania i cztery karnawały. Post zaś polega na tym, że się je i pije, na co człowiek ma ochotę. Na rogu każdej ulicy stoją sakwy z pieniędzmi, ale nikt ich nie zabiera, bo za nic nie musi się płacić. Jednym słowem: pieczone gołąbki same lecą do gombki…

No i jeszcze jeden, oczywisty zresztą, wymiar krainy szczęśliwości (cytuję za: Umberto Eco, Historia krain i miejsc legendarnych, Poznań 2013, tłum. Tomasz Kwiecień):

Kobiety są tam przepiękne, damy i damulki bierze, kto ma ochotę, a nikt nie ma tego za złe, i z nimi sobie rozkosz sprawia, póki chce i ile ma talentu; a kobiety nie są karcone z tego powodu, lecz bardzo chwalone, a jeśli przez przypadek się zdarzy, że jakaś kobieta spojrzy na mężczyznę, który jej pożąda, może ją wziąć publicznie i zrobić z nią, co zechce

Prosperity na handel urzetem, z którego pochodziły fortuny przede wszystkim wielmożów i kupców z Tuluzy, o czym świadczą do dziś podziwiane pałace i kamienice, skończyła się pod koniec XVI w., kiedy to zalała Europę fala dostaw tańszego i lepszego niebieskiego barwnika z Indii, znanego jako indygo. Na marginesie warto dodać, że największym centrum handlu urzetowymi kulkami w naszej części Europy było Görlitz.

Lavaur katedra

LavaurJedziemy przeto przez Krainę Szczęśliwości (o której milczę, żeby nie dekoncentrować kierującego samochodem Michała, który pewno jest już głodny jeszcze bardziej niż ja…), utożsamianą na ogół z rolniczym regionem Lauragais. Najważniejszą miejscowością tego terenu jest znajdujące się na zachód od naszej drogi spore miasto Lavaur, usytuowane na lewym brzegu rzeki Agout, tej samej, która płynie przez Castres. Od głębokiego wąwozu rzecznego miasto bierze swoją nazwę (okcytańskie La Vaur, wcześniej Vauro, z galijskiego vobero, wąwóz). Pierwsza ufortyfikowana osada powstała tu w XI w., pod koniec tego stulecia zbudowano pierwszy kościół św. Alana, a w 1181 r. jako siedlisko kataryzmu Lavaur zostało zaatakowane przez wojska papieskiego legata, cystersa Henryka de Marcy, ale obroniła je Adelajda z Tuluzy, żona Rogera II z Béziers, która obiecała rozprawić się z heretykami samodzielnie. Obietnica nie została dotrzymana, jak większość przyrzeczeń władców Tuluzy.

Za heretyków wziął się więc w 1211 r. dowódca krucjaty, Szymon de Montfort. W kwietniu rozpoczęło się oblężenie miasta, wspierane modłami przez 200 członków Białego Bractwa, śpiewających pobożne pieśni pod kierunkiem biskupa Fulka z Tuluzy. Doradcą duchowym Szymona pod Lavaur był święty Dominik Guzmán. Krzyżowców było mało, posiłki docierające z Francji były niszczone przez podjazdowe wypady hrabiego Rajmunda Rogera z Foix i jego górali, ale po miesiącu machiny oblężnicze rozbiły mury. 3 maja 1211 r. 80 rycerzy kierujących obroną, jak najbardziej katolików, powieszono. Pod ciężarem ciała dowódcy Aimery’ego de Montréal złamała się szubienica, więc panią zamku Lavoir - Geraldę Szymon kazał wrzucić do studni i ukamienować. Cóż, cała rodzina była katarska.Sainte Segolene

Towarzyszący Szymonowi de Montfort legat papieski Arnold Amaury odnalazł w Lavour jeszcze 400 żywych katarów. Zerwano z nich ubrania, wyprowadzono na brzeg rzeki Agout i ułożono największy w historii stos. Dym Soualuniósł się w niebo, a Białe Bractwo biskupa Fulka w uniesieniu zaśpiewało Te Deum.

Jedziemy dalej, aż do niewielkiego miasteczka Soual, gdzie stajemy na parkingu koło kościoła. Jest spokojnie, ludzi prawie nie widać, czysto i kolorowo. Nie ma żadnego historycznego powodu, żeby tu się zatrzymywać: nie szalał tu Szymon de Montfort, nie ma żadnego katarskiego zamku, Rzymianie nie budowali tu aren ani term. Jest to taka sympatyczna dziura, licząca 2 tysiące mieszkańców, nad brzegiem malowniczej rzeki Sor, a jedyną atrakcją turystyczną jest niewielki, ale bardzo piękny kościół pod wezwaniem Świętej Segoleny, która żyła w początku VII w. w Albi, była mężatką, a gdy owdowiała, założyła klasztor w Troclar, prawdopodobnie w rodzinnych posiadłościach i z patronatem władców z dynastii Merowingów. Słynęła z licznych cudów, a jej grób był obiektem kultu przynajmniej do XI w., kiedy to w nieznanych okolicznościach jej klasztor został zlikwidowany. Relikwie świętej znajdują się m.in. w katedrze w Albi, a jej kult z niewielkimi wyjątkami uprawiany jest tylko w górnej Langwedocji.

Nazwa miejscowości zdaje się świadczyć o frankońskim, czyli germańskim pochodzeniu jej założycieli. Przeszła zresztą dość ciekawą ewolucję, zaświadczoną w dokumentach: Ansoaldus > Ansoale > Assoali > Asoal > Soual.

Soual to etap w drodze pielgrzymkowej do Compostelli, więc kościół jest pięknie utrzymany i – jak większość świątyń we Francji – otwarty i dostępny do zwiedzania, mimo że jest już późne popołudnie. Obecny kształt kościoła pochodzi zasadniczo z XVI w., ale jest to miejsce, gdzie od X do XII w. znajdował się pierwszy kościół, romański, następnie przebudowany w stylu gotyckim i opatrzony w XV wieku czterema kaplicami. Późniejszy remont i rozbudowa to dzieło architekta A. Valetta z 1869 r. Ostatnia konserwacja pochodzi z 1996 r.Soual

Wejście prowadzi przez skromny gotycki portal, w środku jest sporo ładnych figur świętych (ciekawe, typowe dla Midi, zestawienie figur Matki Boskiej z Lourdes i św. Bernadety Soubirous), ale najbardziej przyciąga uwagę 36-metrowa dzwonnica, wykonana – jak piszą w informacji w kościele – w stylu gotyku langwedockiego w XII-XII w. Ciekawa konstrukcja składa się z kwadratowej wieży z kaSoualmienia, na której postawiono kolejną – ośmiokątną trzypoziomową wieżę, a na niej – strzelistą sześciokątną iglicę z krzyżem. Ale moją uwagę przyciąga nekrolog w kruchcie, zapowiadający pogrzeb madame Yvonne Sanchez z domu Marchant, która właśnie odeszła w wieku 102 lat. Muszą tu mieć dobry klimat…

Wyjeżdżamy z parkingu w Soual, strzeżonego przez figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Pół godziny później zatrzymujemy się na parkingu na Placu Wolności w Castelnaudary, strzeżonym przez rzeźbę dość niezgrabnej nagiej pani, z płomieniem wolności w ręku. Sam parking w poniedziałki od 700 lat zmienia się w targ, na tyle słynny, że jest pierwszą informacją, jaką wita nas miasto, chwalące się poza tym, że jest stolicą Kanału Południowego oraz stolicą gastronomiczną, co szczególnie przejawia się w sierpniowym Święcie Cassoulet. Jak wiadomo, to ostatnie wyjaśni się wkrótce. Jesteśmy głodni okropnie, ale postanawiamy poszukać gastronomii nad Kanałem, gdzie jest port, a w porcie, wiadomo, restauracje być muszą.

Dygresja dla wykształciuchów - Castelnaudary:

Castelnaudary

Castelnaudary… Jedna z ciekawszych, choć trudnych do zapamiętania nazw, ale w zasadzie zrozumiałych, jeśli chodzi o etymologię. Castel to, wiadomo, zamek, niemal we wszystkich okolicznych językach. Nau to od oksytańskiego nou – nowy. D’ary wywodzi się zaś z baskijskiego arry, co znaczy kamień. No i mamy: Castelnaudary, czyli nowy zamek kamienny. I właśnie pod nazwą Castellum Novum Arri miasto jest wzmiankowane w dokumencie z 1103 r. po raz pierwszy. Zamek jest też w herbie miasta.

W czasie krucjaty katarskiej Castelnaudary zostało zajęte przez krzyżowców bez walki, a w 1211 r. zdobywca Szymon de Montfort został zmuszony zmiany roli i przystąpił do obrony miasta. Z niewielkimi siłami obsadził zamek i bronił się za murami, gdzie oblegali go podejmujący właśnie kontrofensywę hrabiowie Rajmund VI z Tuluzy i Rajmund Roger z Foix. Oksytańczycy zostali odparci, ale miasto uniknęło wtedy większych zniszczeń. W 1235 r. zainstalowali się tu inkwizytorzy z Tuluzy, ale wyjątkowo nie odnieśli sukcesu: solidarność mieszkańców, którzy nie donosili na swoich sąsiadów spowodowała, że polowanie na heretyków skończyło się bez spektakularnych stosów.

Czarny Książę Castelnaudary Castelnaudary Castelnaudary Castelnaudary

Nieszczęścia nie dało się jednak ominąć w czasie angielsko-francuskiej Wojny Stuletniej, kiedy to w 1355 wojska Edwarda Plantageneta z Woodstock, nazywanego potem Czarnym Księciem, w drodze z Gaskonii do Narbonne 31 października znienacka napadły na Castelnaudary, splądrowały je i zniszczyły znaczną część, zabijając wielu mieszkańców. 1 września 1632 r. pod miastem rozegrała się decydująca bitwa między oddziałami Ludwika XIII i kardynała Richelieu, dowodzonymi przez marszałka Henryka Schomberga, a inspirowanymi przez matkę króla konspiratorami, dowodzonymi przez królewskiego brata Gastona Orleańskiego i Henryka II de MontmorencCastelnaudaryy, który wówczas był gubernatorem Langwedocji. Spiskowcy tworzący Frondę przegrali, książę Montmorency został pojmany i 20 października 1632 stracony w Tuluzie.

CastelnaudaryJednak zapewne najważniejszą datą w historii Castelnaudary był 24 maja 1681 r., kiedy to oficjalnie otwarto Canal du Midi, a najważniejszym miejscem na kanale stał się wybudowany właśnie tutaj Wielki Basen – jedyny większy akwen (7 hektarów) na całej trasie między Tuluzą a Séte, gdzie mogły manewrować większe barki ze zbożem, a później – statki pasażerskie. Sąsiaduje z nim Mały Basen, wykorzystywany głównie jako port dla barek turystycznych.

Dochodzimy do kolejnego placu – place du Verdun, gdzie większą część miejsca zajmuje zabytkowa hala targowa, w której po uruchomieniu Kanału Południowego handlowano największym skarbem terenu Lauragais – pszenicą, wywożoną z Castelnaudary w świat. Obok kolejny plac, podobnie urządzony, noszący imię Republiki. Położoną obok Aleją Republiki przechodzimy koło dość ponurego merostwa, by po kilku minutach stanąć na brzegu Canal du Midi. Ulicą Portową – rozglądając się za czynną restauracją, na razie bezskutecznie – idziemy wzdłuż Małego Basenu, mijamy Miejską Szkołę Muzyczną i zatrzymujemy się na moście, dzielącym Mały Basen od Wielkiego. To zabytek, Pont Vieux, wybudowany wkrótce po otwarciu Kanału, w XVII wieku. Fotografujemy cumujące przy brzegu barki, gdy nagle spostrzegamy płynące w naszą stronę spore zwierzątko. Nie jest to pies, kot raczej nie pływa, chyba że jest tygrysem, ale to coś jest trochę mniejsze. Szczur, oczywiście. Wielkości małego psa, spływa spokojnie z nurtem, sterując długim ogonem. Patrzy uważnie, jak go fotografujemy, przepływa pod mostem i na początku Wielkiego Basenu spokojnie wychodzi na brzeg. Staje słupka, rozgląda się i nie przejmując się reakcją stojących, wyciera sobie wąsy, wytrząsa wodę z uszu, po czym dostojnie odchodzi między zarośla.

Nie zmienia to naszego zainteresowania kwestią obiadu, który już zdążył zmienić się w – ciągle jeszcze tylko planowaną – kolację. Okolice Wielkiego Basenu także pod tym względem zawodzą nasze oczekiwania, ale ponad dachami niewielkich portowych zabudowań, w kierunku północnym widzimy spory i dość ponury gmach, a informacja lokalna podpowiada, że to jest miejsce, gdzie stał ów dawny zamek, który dał mCastelnaudaryiastu nazwę. Po czasach, gdy rezydował tu krótko w 1211 r. Szymon de Montfort, twierdza dostała się w ręce władz francuskich. W 1477 r. Ludwik XI podarował całe nowo utworzone hrabstwo Lauragais Bernardowi z Owerni, po którym odziedziczyła je jego wnuczka – Katarzyna Medycejska, późniejsza królowa Francji. I ona właśnie utworzyła w dawnym zamku siedzibę władz, a obok w 1585 r. wybudowała Présidial – budynek, w którym umieszczono niezbędne atrybuty władzy – sąd i obok więzienie. A sam zamek jako zbyteczny w tym miejscu został zburzony w 1623 r. na rozkaz króla Ludwika XIII. Więzienie, jako miejsce bardziej przydatne, funkcjonowało do 1926 r.

CastelnaudaryDziś w budynku Présidialu znajduje się szkoła podstawowa, a w więzieniu – Muzeum Historii Laurgais (2 €, < 25 wstęp wolny). Obok zachowała się dawna kaplica więzienna Świętego Piotra, z relikwiarzami z XVIII w. Nieco dalej, w stronę ulicy Szpitalnej, znajduje się barokowa kaplica Matki Bożej Miłosiernej, zbudowana w miejscu XI-wiecznej poprzedniczki, wystawionej na pamiątkę odnalezienia już poza murami miejskimi figurki Matki Boskiej, być może zgubionej przez podróżujących z Narbony do Tuluzy. Wkrótce zaczęła być wykorzystywana przez pielgrzymów, udających się do Compostelli, którzy mogli tu się zatrzymać na odpoczynek i modlitwy, bez wchodzenia do miasta. Według protokołów rady miejskiej, kaplicę zbudowano w 1517 r. W XVIII w. umieszczono w niejCastelnaudary dziesięć pięknych obrazów tablicowych, wykonanych w formie drewnianych płaskorzeźb, malowanych i złoconych, przedstawiających sceny z męczeństwa Chrystusa. W czasie Rewolucji kaplicę upaństwowiono, ale 30 mieszkańców okolicy złożyło się i za sumę 1404 franków wykupiło budynek z wyposażeniem, tym samym chroniąc go przed dewastacją. W rękach prywatnych kaplica pozostawała do 1972 r.

Kaplica Matki Bożej Miłosiernej 8

Wracamy do centrum ulicą, noszącą imię twórcy Canal du Midi – Pierre-Paule Riqueta. Po drodze też restauracji nie ma, albo są już zamknięte. Stanowczo początek lipca to w Castelnaudary jeszcze nie sezon. Naprzeciwko ładnego, zarośniętego drzewami skweru Wiktora Hugo mijamy XIII-wieczny kościół – kolegiatę Świętego Michała, wybudowaną po zakończeniu krucjaty katarskiej, początkowo jako kościół obronny w stylu romańskim, który został częściowo zburzony podczas walk z Czarnym Księciem w 1355 r. Na skutek późniejszych remontów i przeróbek otrzymał dzisiejszą, gotycką formę, z nawą i dziewięcioma bocznymi kaplicami oraz imponującą 50-metrową ośmioboczną dzwonnicą, zakończoną strzelistą iglicą.

Castelnaudary Castelnaudary Tour Chappe, Castelnaudary Castelnaudary Castelnaudary

Włóczymy się z ulicy na ulicę, wreszcie ulicą Komediową wchodzimy na wzgórze, stanowiące północną granicę miasta. Stoi tu pięknie odrestaurowany wiatrak, Moulin de Cugarel, ostatni z 32 młynów, które w okresie największej koniunktury na handel produktami zbożowymi, spławianymi w barkach przez Canal du Midi wybudowano na wzgórzach Castelnaudary.

W miejscu, gdzie się teraz znajdujemy, w 1211 r. stacjonowały siły Rajmunda z Tuluzy, atakujące zamek, gdzie bronił się Szymon de Montfort. Ale zamek był spory kawał drogi stąd, po drugiej stronie miasta. Niech nas więc nie zmyli nazwa uliczki, biegnącej od młyna w dół: Château d’Eau. Zamek Wodny to wdzięczna francuska nazwa… wieży ciśnień, rzeczywiście usytuowanej w tej części miasta. Ze wzgórza widać także inną wieżę, Tour Chappe (na zachód, za cmentarzem, przy Zaułku Claude'a Chappe), która jest elementem sieci dawnego telegrafu optycznego, funkcjonującego w XIX w. przed wynalezieniem dalekopisów. Stacja telegraficzna w Castelnaudary była punktem w sieci łączącej Avignon z Bordeaux. Początkowo (1834) umieszczona na wieży dzwonnicy kolegiaty św. Michała we wschodniej części miasta, w 1851 r. została przeniesiona do specjalnie wybudowanej kamiennej wieży na wzgórzu św. Katarzyny, wznoszącym się na wysokość 218 m w zachodniej części. Budowla ma prostokątny przekrój 4,05 x 4,80 m i prawie 8 metrów wysokości. Sąsiednie stacje były w odległości 11,5 km (Montferrand) i 11,8 km (Villepinte). System telegrafu optycznego pozwalał na przesłanie wiadomości do Paryża od granic państwa w ciągu ok. 3 godzin.

Ulicą Zamku Wodnego schodzimy ze wzgórza Cugarel i docieramy do ulicy wszechobecnego w Midi Fryderyka Mistrala. Tutaj, przy niewielkim placyku znajduje się kamienny kościół śCastelnaudaryw. Franciszka, z sympatycznym obrazem koło drzwi wejściowych, przedstawiającym świętego patrona, przemawiającego do grzecznie słuchających go sarny i wilka. Świątynia pochodzi z XIII w., we wnętrzu znajduje się m.in. równie zabytkowa figura Matki Bożej z Dzieciątkiem.

Ale prawdę powiedziawszy, mamy już na dziś serdecznie dość kościołów, zabytków i w ogóle tzw. zwiedzania. Trzeba usiąść, napić się wina, odpocząć i wreszcie coś zjeść. Wracamy w okolice placu Republiki, gdzie wreszcie znajdujemy kilka otwartych restauracji. Otwartych – to nie znaczy czynnych. Gdy tylko zajmujemy w którejś z nich miejsce – podbiega kelner z informacją, że na razie lokal nie wydaje posiłków. Możemy sobie, oczywiście, przy barze golnąć un demi, czyli szklankę piwa, albo nawet un verre – kieliszek wina, ale już bez zagrychy. No, ale nie o to nam chodzi, w mieście, gdzie wynaleziono cassoulet. Zaraz się wyjaśni.

Restaurację będą czynne bientôt, już o 19.30, więc jeśli messieurs’dames zechcą zaczekać, to zapraszamy.

Cóż zrobić – czekamy, patrząc głodnym wzrokiem, jak kelnerzy i kucharze wykorzystują przerwę na... jedzenie. Po prostu trafiliśmy na czas przerwy obiadowej we wszystkich restauracjach.

CastelnaudarySpośród wszystkich restauracji, w których nie możemy w Castelnaudary nic zjeść, wybieramy tę, która z nazwy interesuje nas najbardziej: Maison du Cassoulet, przy Cours de la République. O 19.20 już siedzimy przy stolikach, oczywiście wprost na ulicy i czekamy. Wreszcie wybija 19.30, zamawiamy coś do picia, i oczywiście dla każdego michę cassouletu.

Dygresja dla wykształciuchów - cassoulet:

To jest okropnie modne lokalne danie, stanowiące specialité de la maison całej Langwedocji, ale wymyślone podobno właśnie tutaj, w Castelnaudary, w dramatycznych okolicznościach z 1355 r., kiedy to miasto oblegały angielskie wojska Edwarda Plantagenêta, a obrońcom kończyło się już jedzenie. W desperacji pozbierali więc zapasy bobu, niedojedzone skrawki mięsa, podpieczoną kiełbasę, zasypali to wszystko roztartym czosnkiem, dodali warzyw, jakie znaleźli, ugotowali, zapiekli i tak powstał cassoulet: smaczny, pożywny i dostępny dla wszystkich. Oczywiście legenda opowiada o tym, jak to odżywieni cassouletem mieszkańcy Castelnaudary dali Angolom łupnia, bo oni, żywieni brązową fasolą z syropem (wtedy jeszcze nie wymyślono angielskiej specjalności w postaci ryby z frytkami i budyniowego puddingu z łojem wołowym i nerką) oczywiście nie dali im rady w boju.

Niestety, zanim uciekli, zdążyli zniszczyć sporą część miasta, a co się tyczy bobu, to jak wiadomo z historii, w tamtych latach angielskie wojska Castelnaudaryzazwyczaj dość często zadawały go Francuzom, a sam Czarny Książę już rok później pokonał wojska króla Jana Dobrego, a samego francuskiego monarchę wziął do niewoli. Legenda głosi, że był tak ujęty walecznością swojego przeciwnika, iż osobiście jeńcowi usługiwał przy kolacji, jaką wydał z okazji zwycięstwa. Ciekawe, co wtedy jedli – dania angielskie czy raczej cassoulet?

Bób, jako składnik cassouleta w XVI w. zastąpiono fasolą. Ogólnie, danie to nieco przypomina dobrze nam znaną fasolkę po bretońsku, a jedyną odczuwalną różnicą jest większa ilość mięsa, obecność kiełbasek pieczonych w całości, czasem także mięsa drobiowego, no i czosnku.

Podaję przepis na cassoulet wzięty z strony merostwa Castelnaudary, czyli zapewne najbardziej oficjalny, autoryzowany zresztą przez Wielką Konfraternię Cassouleta z Castelnaudary:

Cassoulet z Castelnaudary ma pochodzenie bardzo dawne, z rodzin chłopskich i terenów wiejskich. Ten przepis ustalił się z biegiem czasu tworząc wspaniałe danie będące sławą Castelnaudary, którego renoma stale rośnie.

Oczywiście, istnieje wiele wariantów legendarnego przepisu, ale ten, który tu dajemy wam poznać jest najdokładniejszy i sprawdzony przez Wielką Konfraternię Cassouletu z Castelnaudary.

Przepis na 4 osoby

Składniki:

350-400 g suchej fasoli typu lingot (biała, o regularnym, eliptycznym, szerokim nerkowatym kształcie, długości 1-2 centymetrów),

Dwa udka kacze lub gęsie w sosie własnym, podzielone na dwa kawałki,

4 kawałki po 80 g kiełbasy wieprzowej z Tuluzy,

4 kawałki po 50 g mięsa wieprzowego (golonka, karczek, pierś),

250 g skóry wieprzowej, z czego połowa będzie wykorzystana po gotowaniu,

Trochę solonej słoniny,

1 szkielet drobiu lub kilka kości wieprzowych cebulami i marchewkami;

Dzień przed:

Zalać suchą fasolę na noc zimną wodą.

Nazajutrz:

Wylać wodę, fasolę wrzucić do rondla z trzema litrami świeżej zimnej wody i doprowadzić do wrzenia przez 5 minut. Zgasić ogień, wylać wodę, zachowując fasolę.

Przystąpić do przygotowania rosołu z nowymi trzema litrami wody (nie twardej, najlepiej z Castelnaudary, jeśli to możliwe), do której wrzucić pocięte w szerokie paski skórki ze słoniny, szkielet drobiowy lub jeśli wolicie kilka kości wieprzowych, trochę cebuli i marchewki. Posolić i popieprzyć. Gotować przez godzinę, potem przecedzić rosół, zachowując skórki.

Do tego przecedzonego rosołu włożyć fasolę i gotować aż stanie się miękka, ale pozostanie w całości. Zwykle to trwa około godziny.

Podczas gotowania fasoli: Przygotowanie mięsa: Na dużej patelni na małym ogniu wytopić tłuszcz z pociętych kawałków mięsa, potem je przełożyć na miskę. W pozostałym tłuszczu obsmażyć kiełbaski, potem je przełożyć na miskę. Przysmażyć kawałki wieprzowiny, aż nabiorą złotego koloru i dołożyć je do innych mięs.

Odcedzić fasolę i zostawić rosół na małym ogniu. Dorzucić do fasoli kilka ząbków czosnku i dwa razy tyle wagowo solonej słoniny utartych razem.

Montaż cassouleta: Do tego celu używa się głębokiego naczynia z terakoty, które nazywa się „cassolo” (dziś „la cassole”), od którego pochodzi nazwa cassouleta, lub w razie jego braku wystarczająco głębokiego naczynia ceramicznego stosownego do pieczenia.

Wysmarować dno naczynia kawałkami skórek, wrzucić około jednej trzeciej fasoli, na to ułożyć mięso i na wierzchu wrzucić resztę fasoli. Ułożyć kiełbaski zagłębiając je w fasoli tak, by ich część pozostawała widoczna. Uzupełnić naczynie dolewając gorącego rosołu, który powinien przykryć fasolę. Dodać mielonego pieprzu na powierzchni i dorzucić jedną łyżkę tłuszczu, który wcześniej służył do przysmażenia mięsa.

Pieczenie: Ustawić piekarnik na 150o/160o (termostat 5 lub 6) i zapiekać przez 2-3 godziny. Podczas pieczenia na wierzchu cassoli utworzy się brązowo-złota skórka, którą trzeba przekłuć kilka razy (starożytni mówili: siedem razy). Kiedy powierzchnia fasolek zacznie być sucha, wlać kilka łyżek rosołu.

Jeśli przygotujecie cassoulet dzień wcześniej, powinien być podgrzany w piekarniku do 150o przez półtorej godziny przed podaniem. Nie zapominać wtedy dodać niewielkiej ilości rosołu lub, gdy go już nie mamy, kilku łyżeczek wody.

Bardzo ważne!

Cassoulet podaje się gorący w tej samej cassoli, w której się zapiekał. Podawać tak, by go nie poruszyć.

 Castelnaudary

CastelnaudaryNie wiem, czy to, co jadłem w Castelnaudary, było przygotowane według „oficjalnego”, przepisu – pewno tak, bo merostwo było o kilka domów dalej. Czy smakowało? Bardzo – ale po całym dniu niejedzenia apetyt bardzo wzrasta. Natomiast nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że z cassouletem tak samo, jak ze wszystkimi produktami, których główną przyprawą jest umiejętna reklama. Celują w tym Francuzi, uchodzący za znawców smaku. Coś, co w swych początkach jest może nie tyle niedobre, ale na pewno nie luksusowe, należy przede wszystkim mocno zlokalizować, reklamując jako jedyny taki produkt lokalny. Gwarantowane, że już niedługo inne tereny będą przysięgać, że tę potrawę wymyślono właśnie u nich. O prawo do miana odkrywcy cassouleta kłócą się od lat Castelnaudary, Carcassonne i Tuluza. Ale prawdopodobnie do sporu mogłaby się włączyć pani Schmidt spod Monachium, pan Nowak z Jezioran czy pani Sokapulos z Krety, czy milion innych osób z tysięcy miejscowości, gdzie jada się fasolę okraszoną mięsem. A jakby do konkurencji stanęły zapiekanki ziemniaczane…

Po drugie coś, co jest zwyczajne, trzeba przedstawić jako nadzwyczajne. Tak było z zupą rybną bouillabaise, niby z Marsylii, ale jadaną na całym wybrzeżu śródziemnomorskim: robili ją dla siebie rybacy z resztek, odpadów i kiepskich gatunków ryb, które się zaplątały w sieci, a których nie chciały kupić porządne restauracje. Ryby do gara, trochę warzyw, mnóstwo przypraw, żeby oszukać smak i zapach. I fakt, że zupy nie były w restauracjach, a najlepsi znawcy ryb gotowali ją dla siebie – pobudzał apetyt amatorów.

Po trzecie – coś, co jest banalnie tanie i powszechnie dostępne – trzeba uczynić drogim i niedostępnym. Jeśli jakiś towar jest na każdym straganie za 2 euro – wycofaj go ze sprzedaży na rok, a potem sprzedawaj po 20 euro. Przypomnijmy sobie piarowską akcję wprowadzenia na rynek jednego z najgorszych sikaczy francuskich – wina Beaujolais Nouveau. W tym roku pojawi się w sprzedaży 19 listopada o północy i tego dnia we Francji „się liczy”.  W Polsce będzie to 24 listopada. W zeszłym roku w listopadzie kosztowało 30-50 zł za butelkę. W restauracjach – nawet powyżej 100 zł. Po kilku tygodniach ta sama butelka kosztowała 15-20 zł. I raczej nikt nie kupował. Bouillabaise jest najdroższa ze wszystkich zup: 60 € za talerz nie jest niczym nadzwyczajnym. W Polsce widziałem za 70 zł…

O Vin de Merde już pisałem.

Czy 18 € za michę fasolki z kawałkami mięsa to dużo? W Poroninie pewno tak. Ale w Castelnaudary, w miejscu gdzie cassoulet wynaleziono i w restauracji, gdzie jest daniem firmowym - pewno w sam raz.

Wracamy, najedzeni, do Carcassonne i otwieramy butelkę czerwonego wina z Limoux. Ale pycha…

Castelnaudary

 8 Odcinek VII

8 Powrót do spisu treści