Rodos 2015

Trampki, sex-shop i joannici

 

Odcinek 1

Odcinek 2

Odcinek 3

Odcinek 4

Odcinek 5

Odcinek 6

Odcinek 7

22 czerwca 2015, poniedziałek

 

PetaloudesNie odpuszczamy i znów jedziemy na Tsampikę. Już trochę mi przeszły efekty ostrego uderzenia słonecznego, więc kąpię się więcej i mniej się chowam. Ale oczywiście, daleko mi do tych efektów, które osiągają na skórze moi przyjaciele. Przed 14-tą jednak zwijamy się i jedziemy do środka wyspy, zwiedzać zacienioną i romantyczną Dolinę Motyli. Motyle to Petaloudes, Dolina Motyli to Koilada Petaloudon (Κοιλάδα Πεταλούδων) i jej główną atrakcją są siedliska ćmy Panaxia quadripunctaria, po polsku nazywanej niedźwiedziówka strojnisia, a po angielsku tiger moth czyli ćma tygrysia.

Nie chcę nic mówić zawczasu, ale jest dopiero ostatnia dekada czerwca, więc na Petaloudes niezbyt Petaloudesdobry sezon, jednak sama dolina jest malownicza i stanowi żelazny punkt odwiedzin na Rodos. Więc odwiedzamy. Z Tsampiki do Afandu, tam w lewo w kierunku na Psintos i dalej, do Doliny Motyli. Ludzi nie ma dużo, parkujemy dość blisko wejścia. Bilet kosztuje 5 €. Dolina ciągnie się jakieś dwa kilometry w górę od parkingu (na końcu XVIII-wieczny klasztor Matki Boskiej od Pięknego Kamienia (Panagia Kalopetras, Panagia Kalopetras) wzdłuż potoku Pelekanos. Niestety, strojnisia jest reprezentowana tylko przez pojedyncze okazy – a przecież będąc zeszłym razem widzieliśmy ich setki… Niemniej jednak okolica jest piękna – mnie przypomina moją ulubioną Dolinę Białego w tatrzańskich Reglach, jest ciepło – a nie gorąco – spokojnie i bardzo sympatycznie. Podchodzimy w górę, niezbyt męcząco.

A ze strojnisią jest tak. Ćma owa przez całą zimę mieszka sobie w górzystej części centralnej Rodos, mając wówczas postać niezbyt efektownej gąsienicy. Na przełomie maja i czerwca przekształca się w poczwarną poczwarkę, i dopiero w zasadzie w lipcu i sierpniu dostaje kolorowych skrzydeł i masowo przylatuje do Doliny Motyli, posuwając się w górę cieków wodnych. Właściwie nie wiadomo, dlaczego upodobała sobie to miejsce (ale bynajmniej nie jest endemitem okolic potoku Pelekanos: widuje się ją w całym rejonie śródziemnomorskim, zalatuje nawet do polskich Pienin). Faktem jest, że tutaj bywa ich zazwyczaj sporo, ale na pewno nie dlatego, że przyciąga je piękny zapach ambrowców, olejki eteryczne sosen, czy cień figowców, bo jakby jest im to kompletnie obojętne.

Gąsienica niedźwiedziówki  Poczwarka, na niedługo przed wykluciem się  Dorosły motyl, już chyba w kolekcji entomologa A tak w Petaloudes wygląda w środku lata

 

Otóż niedźwiedziówka strojnisia odżywia się wyłącznie w okresie, gdy jest gąsienicą. GdyPetaloudes zamknięta w kokonie poczwarki przekształca się w nocnego motyla – traci układ pokarmowy i w ogóle nic nie je, czerpiąc energię życiową wyłącznie z zasobów zdobytych w okresie dzieciństwa. Przylatuje do Doliny Motyli tylko (aż?) po to, żeby się kochać… Po czym pan ciem umiera od razu, a pani ma siłę tylko na to, by przelecieć jakieś 20-25 km w głąb wyspy, gdzie sama się urodziła, tam złożyć do 150 jajeczek – i umrzeć.

Stąd też apele i zakazy, by motyli nie straszyć, nie hałasować, nie wywoływać ich latania (co ludzie robią głównie dlatego, że oglądane od grzbietu są mało efektowne, wyglądają jak żółto czarne trójkąty równoramienne, ale pod zewnętrznymi skrzydłami mają piękną szatę czerwono-czarną, która oczywiście lepiej wychodzi na zdjęciach i ładniej się prezentuje na Faceboku). Osłabione bezcelową utratą energii niedźwiedziówki nie będą mogły odbyć lotu godowego, i kolejne pokolenie nie pojawi się w Petaloudes…

PetaloudesA więc jesteśmy za wcześnie. Są, rzecz jasna, jak zawsze forpoczty kolejnej populacji, pojedynczy pionierzy, harcownicy czerwcowi. Zeszłym razem byliśmy tu u progu lipca: kilka dni, ale zrobiło różnicę. Podziwiamy za to spore jaszczurki i słodkowodne kraby, które w niewielkich jeziorkach przy potoku czają się – jakżeby inaczej – na zabłąkane w to miejsce motyle. Obrzydliwe stwory!Petaloudes

Z nazwą potoku wiąże się legenda, podobnie jak z klasztorem w miejscu, kończącym spacer. Zbudował go w 1780 r. wojewoda mołdawsko-wołoski Alexandros Ypsilantis, który usiłował być mediatorem w walkach austriacko-tureckich, ale nie spełnił swojej roli i naraził się obydwu stronom, więc uciekł na Rodos i byłby zginął w czasie sztormu, gdyby nie zobaczył tajemniczego światła, płonącego na szczycie Kalopetry. Udało mu się bezpiecznie wylądować, osiedlił się w tej okolicy, a że jedna z jego córek, chora na gruźlicę, wyleczyła się pijąc wodę z tego potoku – w dowód wdzięczności za oba te wydarzenia wybudował klasztor Panagii.

W zdrowotnościowych spacerach nad potokiem córce mołdawskiego hospodyna towarzyszył jego dworzanin, pełniący funkcję bodyguarda – Pelekanos. Jak to znamy z wielu opowieści, a nawet filmów – ochroniarz i ochraniana panna zakochali się w sobie, ale ojciec nie chciał słyszeć o związku wysoko urodzonej córki z pachołkiem. Wygnał więc Pelekanosa precz, a ten z rozpaczy utopił się w rzece, którą nazwano jego imieniem…

Zaglądamy jeszcze do dolnej części doliny, też w zasadzie pozbawionej motyli i wracamy do pobliskiego miasta, szukając tawerny, bośmyPsintos zgłodnieli i pora obiadu już dawno się nam przypomina burczeniem w brzuchu.

Zabudowania Psintos ==>

 

Miasteczko Psintos (Ψινθος) ma niewiele ponad 1000 mieszkańców, wywodzi się z czasów doryckich i jak na swoje ponad 3.000 lat historii, wygląda dość nowocześnie. Jedynie tradycyjny plac w centrum, z parkiem pośrodku, a tawernami i kafenionami dookoła przypomina, że jest to, jak wszędzie w rodyjskim interiorze, świetne miejsce, żeby przysiąść i przestać się spieszyć. Pobliski kościół Narodzenia Matki Boskiej sylwetką przypomina wszystkie okoliczne świątynie, remontowane w czasach włoskich. Na obrzeżach miasta są dwa starsze zabudowania sakralne (klasztor Świętej Trójcy i kościół NMP), wywodzące się z czasów joannickich i bizantyjskich, a powstałe na ruinach budowli wczesnochrześcijańskich.

Jednym z ciekawszych miejsc Psintos jest bardzo obfite źródło Fasouli (zbieżność nazwy z fasolą nie przypadkowa) – stanowiące coś w rodzaju Fasoulistawu, zasilanego przez potoki i źródełka, spływające kaskadami z wyższej części Doliny Motyli.

 

<== Źródło Fasouli Gizani

 

W stawie i wpływającym zeń strumieniu żyje sobie taki mały (3-12 cm) endemiczny karpik, nazwany Gizani, występujący poza Psintos jeszcze w Siedmiu Źródłach, w potoku Pelekanos, w fontannie w Elouzie i koło Archipoli. Ma zadziwiające umiejętności przetrwania: potrafi żyć w wodzie o temperaturze 10 stopni (co na Rodos pewno zdarza się rzadko) i ponad 30, a także praktycznie bez wody – w błocie wysychających okresowo potoków…

Rybki Gisani ==>

PiołunNajciekawsza może jest nazwa miasta – bierze się ona od rosnącego tu obficie piołunu (apsintos), który jak wiadomo wchodzi w skład wielu ludowych leków. Ja znam tylko jeden taki lek, nie koniecznie ludowy: ma piękny zielono-mleczny (po zmieszaniu z wodą) kolor, a w XIX-wiecznym Paryżu nazywany był zieloną wróżką…

<== Piołun, z którego się robi absynt.

I tak przegapiamy centrum Psintos i zatrzymujemy się dopiero za miastem, przy tawernie o wdzięcznejArtemida nazwie „Artemida”. Klienci siedzą na zewnątrz, na zacienionej werandzie, obok wygodny parking – zasiadamy przy stoliku przykrytym kuchennym obrusem w kratkę, jak u babci, dostajemy menu i zastanawiamy się głośno, czego z greckich potraw jeszcześmy na Rodos nie jedli.

Tawerna "Artemida" ==>

- Słyszę polski język – odzywa się pani, jak się wydaje,  z obsługi – chętnie rodakom pomogę. Jestem Ewa.

Od szesnastu lat w Grecji. Najpierw w Salonikach, potem na Rodos. Knajpa należy do rodziny męża – którego Ewa właśnie w tej chwili wysyła samochodem na lotnisko, żeby przywiózł jej tatę: samolot z Bydgoszczy ma wylądować na Diagorasie za kilkanaście minut. Miała sama jechać, ale jak są Polacy… Na co dzień jej tu nie ma, bo pracuje w hotelu w Theologos.

Rozmawiamy, za radą Ewy wybieramy co lepsze dania. Za niecałe pół godziny podjeżdża samochód z ojcem. Zupełnie nie możemy uwierzyć, że z Diagorasa można było już zdążyć: dla nas to jest przez pół wyspy. Ale wyspa – po raz kolejny się przekonujemy – jest mała. Z Diagorasa do „Artemidy” jest wszystkiego niecałe 15 km…

ArtemidaPo chwili rozmawiamy w większym gronie, ale w międzyczasie przynoszą nam trochę miejscowego chleba, na przegryzkę. Miejscowego – to znaczy pieczonego tutaj, w tym domu, w specjalnym piecu chlebowym, przez jedną z ciotek gospodarza. Jest pyszny. Nie mamy wyjścia i musimy iść obejrzeć, jak przygotowywanie takiego chleba wygląda. Piec jest za domem, pali się w nim drewnem, chleb powstaje z mąki razowej na zakwasie, każdy z okrągłych bochenków ma znak firmowy w postaci specjalnego krzyża, którego metalową formę umieszcza się na dnie bochenka, gdzie odciska się on na spodzie wypieku.

Jedzenie ogólnie bardzo smaczne. Ja zajadam jakiś miks z mięsem jagnięcym i kozim, są gołąbki, nawet nie wiem co jeszcze. Robimy wspólne pamiątkowe zdjęcie z całą rodziną i umawiamy się, że jak przyjedziemy następnym razem, to mąż Ewy pokaże nam swój Rodos. Może być ciekawie…

Wracamy do miasta, ogarniamy się jakoś i przy zapadającym zmroku ruszamy na starówkę – już po raz ostatni. Tradycyjnie wchodzimy Bramą Wolności, najbliższą od naszego hotelu. Ciepło, ale nie upalnie, w sumie dzień był bardzo ulgowy.Meczet Sulejmana

Mury miejskie

Przysiadam na schodach Biblioteki Islamskiej, naprzeciw ładnie oświetlonego Meczetu Sulejmana Wspaniałego, opodal Wieży Zegarowej, którą Renata i Michał właśnie fotografują, więc mam chwilę czasu. W tym roku jakoś zabytki centrum starówki rodyjskiej nie rzucają mi się w oczy tak, jak dawniej. Może dlatego, że nie planujemy ich zwiedzać? Poza tym, jesteśmy tu codziennie, ale zawsze późno wieczorem, więc siłą rzeczy w oczy rzucają się głównie kramy i restauracje. Nie spacerujemy, jak kiedyś, malowniczymi plantami między dwoma pasami murów miejskich, podziwiając rozstawione tu armaty, sterty kamiennych kul różnej wielkości, wąskie okna strzelnic, rozmaite urządzenia obronne – wśród dość gęsto rozstawionych tablic informacyjnych, pokazujących na dokładnych planach miejsca ważne do zwiedzania. Teraz tylko przechodzimy koło brązowych drogowskazów z pomarańczowymi napisami, kierujących do najważniejszych obiektów starego Rodos. Nie byliśmy nawet w pobliżu Monte Smith – wzgórza w północno-zachodniej części miasta, gdzie jest akropol, świątynie Ateny, Zeusa i Apolla, gimnazjon, stary teatr… Tu, w obrębie starówki znów Stelapominąłem Muzeum Archeologiczne, ulokowane w dawnym szpitalu joannitów (którzy sami nazywani byli „szpitalnikami”), gdzie najważniejszymi obiektami są stela nagrobna z Kamiros (Krito, opłakująca zmarłą matkę WenusTimaristę), posągi kurosów, także z Kamiros oraz dwie Afrodyty – Morska, z IV w. p.n.e., znaleziona w pobliżu dzisiejszego rodyjskiego Grand Hotelu, oraz mała (niespełna półmetrowa) Afrodyta Kąpiąca Się (prostacko nazywana niekiedy „kucającą Wenus”), autorstwa Doidalsesa z Rodos, z III w p.n.e.

Nie damy rady być teraz w Pałacu Wielkich Mistrzów: jednak tygodniowy zaledwie pobyt z założenia wypoczynkowy, przeznaczony głównie na plażowanie na Tsampice, nie sprzyja poważniejszym studiom z dziedziny historii sztuki. Zresztą, bo ja wiem, czy jest w tym przypadku czego żałować? Pałacu z miasta prawie nie widać: najpiękniejszy nań widok mieliśmy, gdyśmy wypłynęli z portu Mandraki na północ, w kierunku wyspy Symi. Wtedy tak, wtedy wygląda imponująco. Spoza murów można do niego dojść najłatwiej bramą Amboise (Πυλη Αμπους) od zachodu, z ulicy Dimokratia, ale najciekawsze podejście jest od centrum starówki, średniowieczną w wyglądzie ulicą Rycerską (Οδος Ιπποτων), gdzie miały swoją siedzibę komandorie poszczególnych grup narodowych, czy może raczej terytorialnych (służący w zakonie Polacy mieszkali w Oberży Języka… Niemieckiego, podobnie jak Skandynawowie, Węgrzy i Czesi). Niektóre budynki nadal należą do obcych państw – np. w dawnej Oberży Języka Francuskiego mieści się ambasada Francji.Pałac

PałacSam pałac jest ogromny: liczy sto kilkadziesiąt osobnych, przeważnie wielkich kubaturowo pomieszczeń, z których tylko niewielka część jest jako tako urządzona. Wybudowano go w XIV w., wkrótce po zdobyciu wyspy przez joannitów, w miejscu dawnej twierdzy bizantyjskiej. Podobno to w tym właśnie miejscu stał w III w. p.n.e. posąg Heliosa, znany jako Kolos Rodyjski, którego smutne losy opisywałem wcześniej. Pałac został zniszczony w 1856 r. i odbudowany pod koniec lat międzywojennych, z polecenia Mussoliniego, który chciał mieć tu rezydencję dla siebie i swojego niemieckiego kolegi z wąsikiem. Wnętrze to mieszanina rekonstrukcji, prezentacji zabytków archeologicznych z różnych miejsc i epok (np. wielka kolekcja mozaik z… wyspy Kos) i magazynów sklepów ze starzyzną. Ale wydanie 6 € na bilet nie jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto: atmosfera tego miejsca jest niesamowita.

Jak zwykle, przez Sokratesa i plac Hipokratesa wychodzimy na bulwar koło portu Mandraki i nie spiesząc się włóczymy się wśród wciąż gęstego tłumu. Mamy świadomość, że to – teraz – już pożegnanie z tym miejscem.

 Rodos

***

 

23 czerwca 2015, wtorek

 Tsampika

TsampikaAle jest jeszcze jedno piękne przedpołudnie. Tsampika, oczywiście. Wieje okropnie, wszystkie objawy wskazują, że dopadł nas tutejszy halny – meltemi. Momentami nie widać morza, zasłoniętego przez tumany piasku. Parasol nade mną jakoś się trzyma, ale leżak – a ja razem z nim – jesteśmy co chwilę zasypywani drobinkami pyłu. W wodzie daje się wytrzymać, więc spędzam tam większość czasu. O leniwym przysypianiu w słoneczku raczej nie ma mowy. Zastanawiam się, jak dziś w takim wietrze wystartuje nasz samolot.

Czas Tsampiki mija. Żegnamy się z Dziewczyną z Tsampiki – mam złudzenie, że good bye mówi inaczej niż co dzień, bardziej osobiście? – i jedziemy na obiad do restauracji przy drodze między szosą a plażą. Zachęcają nas Kalitheado tego usytuowane w niej koła wodne, małe stawki i strumyki, wszystko to w otoczeniu wielkich platanów i fikusów – co przy temperaturze około 40 stopni i wysuszającym wietrze ma spore znaczenie. Naprzeciw przestronny i wygodny parking. Ostatni obiad w Grecji… Siedzimy długo i późnym popołudniem niechętnie odjeżdżamy w stronę miasta Rodos.Kalithea

Ale po chwili zjeżdżamy do głównej szosy i skręcamy do ośrodka termalnego w Kalithei. Miasto jest sporą aglomeracją (10.250 mieszkańców), do niedawna jedną z największych na wyspie – od 2011 r. stanowi formalnie południową dzielnicę miasta Rodos. Ale znane jest i sławne od setek lat głównie ze swego pięknego położenia oraz obecności leczniczych źródeł termalnych, które wykorzystywane były od czasów rzymskich, bo jak wiadomo Rzymianie byli estetami i dbali o zdrowie – za każdym razem, jak kogoś zabili, myli ręce, a po walce lubili się wymoczyć w ciepłej wodzie. Osada rozwijała się już pod koniec epoki doryckiej, w VI w. p.n.e., Rzymianie odkryli ją za sprawą cesarza Tyberiusza na przełomie er. Okupujący Rodos Włosi rozpoczęli rozbudowę i renowację rzymskich term, nadając im splendoru,Kalithea jakiego wymagała ewentualna obecność Il Duce w tym miejscu: jak wiadomo, Mussolini bardzo chciał się upodobnić do rzymskich cesarzy. Modernizację kontynuowano za pieniądze unijne w ostatnich latach, w efekcie termalny ośrodek Kalithea (Καλλιθέα) wygląda teraz jak bombonierka. Organizowane są tu często pokazy mody, śluby, luksusowe spotkania towarzyskie, można ostatecznie także Kalitheakorzystać z term, no i z plaży, choć tutejsze wybrzeże – niewątpliwie malownicze – raczej nie sprzyja spokojnemu wypoczynkowi na złotym piaseczku: zatoka jest pełna postrzępionych, ostrych skał, do wody schodzi się po wlutowanych w kamienie drabinkach, jest od razu dość głęboko, a na brzegu trzeba się przechadzać po gruboziarnistym żwirku i kamieniach.

Wart zwiedzania jest przede wszystkim sam ośrodek, trochę rokokowy, trochę secesyjny, a zawsze bardzo romantyczny. Renatka jako fachowiec od zdjęć weselnych z uznaniem ogląda dekoracje, ustawiane właśnie w jednej z sal, gdzie niebawem odbędzie się ceremonia ślubna. Rzeczywiście, po kilku chwilach widzimy, jak auta z młodymi i gośćmi podjeżdżają na parking, skąd wszyscy na piechotę przez całe termy przechodzą do miejsca uroczystości.

A my w drugą stronę. Wiatr trochę osłabł, więc mamy nadzieję szczęśliwie wystartować. Do wieczora jeszcze parę godzin, więc odstawiamy auto na umówiony z wypożyczalnią parking, kluczyki zostają w recepcji hotelu, zamawiamy ostatnią kawę w restauracji „Magellan” i o ustalonej porze odjeżdżamy na lotnisko Diagorasa. Znów, psiakrew, żal wyjeżdżać.

Rodos Rodos Rodos

 

Koniec