Rodos 2015

Trampki, sex-shop i joannici

 

Odcinek 1

Odcinek 2

Odcinek 3

Odcinek 4

Odcinek 5

 

(Niepodpisane na stronie zdjęcia po kliknięciu otworzą się w oddzielnym oknie)

20 czerwca 2015, sobota

 Tsampika

TsampikaPunktualnie o 9.00 witają nas pierwsze kozy na dojeździe do Tsampiki. Chytre, ostrożne i odważne zarazem. Zwykle jedna stoi w pobliżu drogi, pozostałe pasą się (zupełnie nie wiem, czym – wydaje się, że jedzą piasek i kamienie…) opodal. Gdy turyści zwalniają, chcąc zrobić zdjęcie – ta jedna wychodzi przed maskę, pozostałe podbiegają i dopraszają się jedzenia, jak łabędzie w Sopocie. Często dostają: niezjedzone kanapki ze śniadania, jakieś pogniecione ciasteczka ze szwedzkiego stołu, czasem owoce…

Mila pani od leżaków, girl from Tsampika, która oczywiście nas nie rozpoznaje, wita nas rutynowym How are you?, na co tym razem otrzymuje nieco nietypową odpowiedź: Thank you, we’re well, and what about you? I see, beautifull as usuall…

Dostaję uśmiech i miłe thank you, co nie zmienia istoty rzeczy: za 3 leżaki leci 12 €…

Spokojnie, ludzi jakby mniej, upał rośnie. Jak co dzień, na plaży pojawia się najpierw kobieta z dużą taTsampikacą ciastek. Zrzuca klapki i maszeruje żwawym krokiem po mokrym – a więc chłodnym – piasku, zachęcając nas okrzykiem, który dla nas brzmi jak donas, donas… Potem z tym samym towarem pojawia się mocno starszy pan, na koniec pan młodszy. Donas, donas!

Donas<== Donasy w zasadzie kupują tylko Rosjanie. To są takie plażowe pączki, w kształcie obwarzanków, ciastko z dziurką. Tylko, że to tradycja hiszpańska i tam w dialekcie rzeczywiście nazywa się to donas. Ciekawe, że pączek po hiszpańsku to donut, ale nie pasuje do wymowy – różnica jest spora: dónas i donút… Rozważania czysto teoretyczne, bo i tak tego nie jemy. Z ofert plażowych pojawia się tylko jeszcze Wietnamka (na oko!), namawiająca do masażu. 10 €, prawie pół godziny – obserwujemy to na jakimś panu niemieckojęzycznym. Jego żona czujnie sprawdza, czy oferta obejmuje tylko tradycyjny masaż relaksacyjny, czy może tajski.

TsampikaPo pierwszej powoli się zbieramy. Obiad planujemy zjeść daleko na południu.

Pogoda nadal wspaniała, niebo bez chmurki, lekki wiKattaviaaterek. Na południe od Gennadi jedziemy nową drogą przez pustą i trochę dziką okolicę. Bez tłoku na szosie docieramy do skrzyżowania, gdzie diabeł mówi dobranoc: w prawo odchodzi droga do Kattawii, w lewo niknie między wzgórzami, za którymi powinno być morze. Skręcamy w lewo i po 10 minutach i ośmiu kilometrach jazdy przez pustkowia, tylko w jednym miejscu „ozdobione” budującą się fabryką, docieramy do nadmorskiej miejscowości Macheria (Μαχαίρια). Ale mało kto kojarzy tę nazwę z osadą liczącą ledwie kilkanaście domów, bo niemal dla wszystkich miłośników windsurfingu jest to prawdziwa Mekka, którą nazywają Prasonisi.

PrasonisiA tak naprawdę Prasonisi (Πρασονήσι) to przylądek (przy wysokim stanie wody – wyspa), najdalej na południe wysunięte miejsce Rodosu. Gdy stoimy twarzą do Prasonisi – po prawej mamy Morze Egejskie, po lewej – Morze Śródziemne. A w środku wiatr, który wieje tu zawsze i napełnia setki żagli wind- i kitesurferów.

Wjeżdżamy samochodem w głąb plaży i jak wszyscy parkujemy na twardo ubitym piachu. Nie ma tu wPrasonisi zasadzie zbyt wielu udogodnień cywilizacyjnych i nawet okoliczne tawerny na zbyt cywilizowane nie wyglądają. Ale to pozory: jedzenie jest smaczne, napoje zimne, klimatyzacja dobrze działa, a nieliczne hotele prawie po europejsku drogie. Jest nawet Supermarket. Jednak nie tego się tu szuka.

Wysiadamy i od razu czujemy na twarzach igiełki niesionego z wiatrem piasku, zmieszanego z drobniutkimi kropelkami wody. Idziemy wzdłuż brzegu na południe i podziwiamy zwinność surferów, których jest taka masa, że aż dziw, jak to możliwe, że co chwilę nie zderzają się ze sobą. Usiłuję zrozumieć jak to jest, że choć wiatr wieje stale z tej samej strony i w taki sam sposób wypełnia kajta – czyli latawiec – surfer potrafi ślizgać się po falach w różne strony. Windsurfing jest dla mnie bardziej zrozumiały, w końcu pływało się kiedyś halsem omegą po Jeziorach Mazurskich. Poruszanie się halsem zresztą tam i w tamtych czasach było czymś w rodzaju stanu naturalnego…Prasonisi

PrasonisiLeżące przed nami Prasonisi to pokryty piachem i makią spory garb, wznoszący się na 70 m powyżej powierzchni morza. Kiedyś pewno było tu więcej zieleni, co uzasadniałoby nazwę: πράσινή νήςι to właśnie „Zielona wyspa”. Niepodobna? Cóż: Grenlandia też na ogół nie kojarzy się nam z zieloną ziemią. Każdy ma taką zieloną wyspę, na jaką zasługuje…

Od kilkunastu lat Praso, jak się mówi w tutejszym żargonie, jest poniekąd sezonową kolonią polską, bowiem największa baza windsurfingowa (szkolenie pod kierunkiem instruktorów, wypożyczalnia sprzętu, wynajęcie hoteli, a nawet rezerwacja biletów na samolot) prowadzona jest przez Polaków i język polski słychać tu najczęściej. Podobno letnią bazę ma tu celebrytka Kinga Rusin, którą Renata dostrzega wśród surferów. Mój wzrok jest nie dostatecznie silny, widzę zgrabną i świetnie pływającą dziewczynę, ale na moje oko to mogłaby być córka dziennikarki. Jednak, jak wspomniałem, wzrok mam nienajlepszy, a panią Rusin znam raczej z daleka.

Wracamy do Kattawii (Κατταβιά) i zanim pójdziemy tam na obiad, musimy odpracować jeszcze Kattaviawizytę na położonym przy drodze cmentarzu, gdzie znajduje się kościółek Wniebowzięcia Marii Panny, z metryką z X w., ale usytuowany w miejscu świątyni wczesnochrześcijańskiej. Niestety – zamknięty, co jest na Rodos dość wyjątkowe: na ogół nawet najmniejsze i położone w odległych miejscach kościółki są gościnnie otwarte.

KattaviaMiasteczko jest niewielkie – liczy zaledwie ok. 500 stałych mieszkańców, ale wydaje się nam, że składa się z samych restauracji i hoteli. Jest to naturalnie zaplecze dla Prasonisi: można tu mieszkać i codziennie dojeżdżać na plażę, płacąc o wiele mniej i mając zupełnie przyzwoite warunki.

Wybieramy tawernę „Penelope” – chyba ze względu na cień na parkingu, ogromne drzewo fikusa rosnące w środku restauracji i… grupkę policjantów, rozmawiających z właścicielem. Restauracja okazała się firmą domową, obsługiwaną przez sympatyczną rodzinę, ale z kuchnią choć obfitą, to nie rewelacyjną. Głodni, spałaszowaliśmy wszystko – i gyrosa, i dolmadesy i grecki talerz (czyli wszystkiego po trochu), którym ja się zaopiekowałem. Na deser w prezencie dostaliśmy jakieś ciastka i świeże owoce figi, które – przyznam się – jadłem pierwszy raz w życiu i bardzo mi smakowały. Dali nam też na pamiątkę dwa czyściutkie obrusy papierowe, reklamowe oczywiście, na których przedstawiono wizerunek wyspy Rodos z zaznaczeniem głównych miejscowości. Zastanawiam się, czy u nas by się przyjęło, żeby – na przykład – w zakopiańskiej restauracji nakrywano stół po pierwsze nowym obrusem do każdego gościa, po drugie – żeby na tym obrusie była – bo ja wiem? – mapa Podhala z zaznaczonymi innymi niż dana knajpa atrakcjami… Trudno mi to sobie wyobrazić.

Rozleniwieni i objedzeni do wypęku robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z gospodarzem „Penelopy”, który wygląda jak zażywny Meksykanin. JestKattavia miły i serdeczny, jego żona może nawet nadmiernie się nami opiekuje wciskając nieco na siłę poszczególne dania. Ale podoba się nam to, zresztą tę jowialną serdeczność bierzemy za dobrą monetę. Dopiero po powrocie do domu przeczytam, że zdaniem internautów to najgorsze miejsce w Grecji, z fatalnym jedzeniem (nie zgadzam się!) i agresywnym gospodarzem, który z pewnością jest szaleńcem, a cała rodzina za plecami gości nazywa ich europejskimi bandytami, często tu dochodzi do awantur, a nawet bójek, połączonych z interwencjami policji. Coś podobnego! No, policję sami widzieliśmy…

Dobrze, żeśmy tego nie wiedzieli wcześniej, bo pewno byśmy tam nie weszli – i byśmy żałowali. Żegnani miło i serdecznie, obiecujemy wrócić. Państwo właściciele, dowiedziawszy się o naszych planach przewodnikowych, upewniają się, że napiszemy ciepło nie tylko o nich, ale i o Kattavii wraz z całą prowincją południową, która według nich jest najpiękniejszą częścią całego Rodos. Machają nam wszyscy rękami, kiedy wsiadamy do auta. Objeżdżamy całą Kattavię w trzy minuty, odnotowując poza tawernami i hotelikami jeszcze obecność kilku kościołów, wreszcie wyruszamy na północ. Są tu jeszcze do odnalezienia wykopaliska mykeńskie i hellenistyczne, a także ruiny fortecy joannickiej – ale to już może następnym razem. Nie można zaliczyć wszystkich starych kamieni w osiem dni pobytu…

KattaviaNiecałe trzy kilometry dalej zjeżdżamy terenową drogą na południe od szosy, gdzie prowadzi nas drogowskaz, pokazujący Starą fabrykę jedwabiu. Jest ona – podobnie jak wiele innych budowli w samej Kattavii i jej okolicy – pozostałością z czasów okupacji włoskiej. Wybudowana zapewne w czasach bezpośrednio po IKattavia wojnie światowej – została opuszczona i zniszczona przez samych Włochów tuż przed II wojną, kiedy to część jej budynków została rozebrana, a pochodzący z nich materiał został użyty do budowy okolicznego lotniska wojskowego, też zresztą od dawna nieczynnego. Nieczynne jest też włoskie więzienie wojskowe… Zwiedzamy te ruiny, a ja nie mogę się oprzeć wrażeniu deja vu: opuszczona fabryka jedwabiu w Kattavii przypomina mi opuszczoną hutę koło słowackiej Podbieli, której klasycystyczne (a więc sporo starsze) ruiny porzucone w szczerym polu są dziś jedną z atrakcji turystycznych tej miejscowości. Zastanawiam się też, jak oni tu produkowali ten jedwab: wychowany kilkaset metrów od fabryki jedwabiu w Milanówku, pamiętam całe zagajniki drzew morwowych, kokony jedwabników i ich śmierdzące w całej dzielnicy larwy, którymi karmiono kury… Jakoś tego wszystkiego tu sobie nie wyobrażam. Może skądś już mieli gotowy surowiec, a tu tylko były tkalnie?

Agios PaulosParęset metrów dalej zatrzymujemy się w czymś, co na mapach wygląda jak miejscowość, o nazwie Święty Paweł – Agios Pavlos. Ale nie ma tu żadnej miejscowości – tylko zrujnowany kościół, do którego przylega coś jakby magazyn towarów, a może dawny dom modlitwy. Zabytek żaden: jakieś lata 30. XX w., oczywiście także spadek po Włochach.

Żegnamy się z najbardziej południową częścią Rodosu i jedziemyKiotari w stronę stolicy. Drogą prowadzącą równolegle do dzikiego i prawie zupełnie niezagospodarowanego wybrzeża (to się zupełnie nie zmieniło od naszego ostatniego pobytu) dojeżdżamy do Kiotari (Kiotari).                            ==>

Tu, na odwrót, mamy do czynienia wyłącznie z turystyczną komercją. Do niedawna była tu tylko mała rybacka osada, której mieszkańcy od średniowiecza narażeni na napady pirackie, wpadli na pomysł, by na nabrzeżnych skałach ustawiać kukły, przebrane w stroje wojskowych strażników. Podobno pomogło, ale wioska zaczęła się rozwijać dopiero pod koniec XX w., kiedy to powoli zaczęto ją przekształcać w modny kurort. Ostatnie inwestycje zaowocowały dziesiątkami hoteli, tawern i przede wszystkim doskonałym wykorzystaniem ładnej plaży (ale ja takich nie lubię – piasek jak jest, to ciemnobrązowy, poza tym żwir i kamienie), która ma jedną przyjemną cechę: łagodnie opadające dno. Podobno idealne miejsce dla rodzin z dziećmi, ale wśród ofert Kiotari najbardziej spodobał mi się hotel Boutique 5, gdzie nie przyjmuje się rodzin z dziećmi, ani młodzieży: tylko osoby pełnoletnie…

My jednak jedziemy jeszcze dalej, do Lardos i skręcamy w lewo, w stronę miasta, położonego nieco z dala od szosy. Tu jest podobny układ jak w miejscowościach na północy: plaża (ładna, z niebieską flagą) znajduje się na wschód od szosy i tam są wyłącznie zabudowaniLardosa turystyczne, a samo miasto, z centrum handlowym i administracyjnym – nieco dalej w głąb wyspy. Ruiny bizantyjskiej twierdzy znajdują Lardossię pół kilometra na południe od miasteczka, więc nie jedziemy koło nich, i bardzo dobrze: jest tak gorąco, że sam się czuję już bardzo zniszczoną ruiną. Bardziej niż zawsze…

Lardos (Lardos) to spore miasteczko – jak na stosunki rodyjskie, bo liczy ponad 1300 mieszkańców. Zamieszkałe od czasów bizantyjskich, było w XIV i XV w. lennem ostatniego genueńskiego władcy Rodos, admirała Vignoli, którego prawa do tego terenu joannici respektowali przez parę pokoleń. Gdy potomkowie admirała wymarli – zamek przeszedł we władanie Kawalerów Rodyjskich, którzy jednak tą okolicą nie byli specjalnie zainteresowani i twierdza poszła w ruinę. Dzisiejszy obraz Lardos przypomina bardzo miasteczka w południowych Włoszech, a może też niektóre miejscowości na Krecie: ładny plac w centrum (i kilka mniejszych w dalszych częRodosściach miasta), otoczony Rodoskawiarniami i tawernami, w środku malownicza fontanna zdobiona ozdobnym krzyżem na niebieskiej kuli, z wodą z naturalnego źródła (smaczna, może nawet lecznicza…), dużo zieleni, w otoczeniu nawet małe parki.

Zatrzymujemy się przy fontannie i rozglądamy wokół. Miło i prowincjonalnie, nawet trochę sennie… Palmy, bugenwille i pinie przypominają, że jesteśmy na południu. Przejeżdżamy bocznymi uliczkami, żeby po niedługiej chwili wrócić na główną szosę. W Rodos przed ósmą wieczorem. Jeszcze spacer wzdłuż pustoszejącej plaży koło kasyna i niedługo zapada zmrok.

 

Dalej