Rodos 2015

Trampki, sex-shop i joannici

 

Odcinek 1

Odcinek 2

Odcinek 3

(Zdjęcia po kliknięciu otworzą się w oddzielnym oknie)

Odcinek 4

19 czerwca 2015, piątek

 

FilerimosFilerimosPo prostu nie wierzę, kiedy pod balkonem rano widzę sporą kałużę, a pozostawiony do wyschnięcia ręcznik kąpielowy jest prawie całkiem mokry. W nocy rzeczywiście padało i pewno trafiliśmy na jeden z tych pięciu dni – poza porą deszczową – kiedy nie świeci słońce. Jest pochmurno, wieje i nie wygląda na to, że szybko wróci pogoda. Po śniadaniu Renata decyduje, że na razie rezygnujemy z plażingu i wyruszamy na zachodnie wybrzeże. Już się cieszę na dzień odpoczynku. Ale nie należy ani chwalić dnia przed zachodem słońca, ani liczyć na odpoczynek w czasie wyjazdu z Renatą.

Michał przeciska się toyotą koło rodyjskiego Kasyna i bulwarem nadbrzeżnym jedziemy na południowy-zachód. Dość zatłoczoną szosą dojeżdżamy do Triandy (Τριάντα), a potem do jej bliźniaczego miasta Ialyssos (Ιαλυσός). W przeciwieństwie do zwiedzanego wczoraj Kamiros, miasto rozwijało się nieprzerwanie od starożytności, choć jego centrum przeniosło się ze wzgórz nad morze. Za drogowskazami kierujemy się do Filerimos.  Droga nieźle oznaczona, a i najbardziej charakterystyczny punkt – wielki betonowy krzyż nad urwiskiem – jest doskonale widoczny z głównej szosy. Dojeżdżamy do parkingu (niestety, zacieniona część jest już mimo wczesnej pory zajęta, a słońce już wychodzi spomiędzy rzadkich chmurek), wysiadamy – i od razu wita nas odgłos, zapamiętany z poprzedniej wizyty: przejmujący wrzask dziesiątków pawi, przechadzających się, a nawet fruwających po całej okolicy.

FilerimosZaraz za kasą (po lewej stronie, dorośli 3 €, dziennikarze – free) zaczynamy podchoFilerimosdzić aleją cyprysów i bugenwilli na teren klasztoru. W zasadzie mało kto próbuje zwiedzać wzgórze Filerimos (Φιλέρημοs, w literaturze polskich czy angielskiej spotyka się także zapis Filerimo - Φιλέρημο, ale prawidłowo po grecku jest to przypadek zależny, biernik od słowa Φιλέρημοs, np. Ο Σταυρός στη Φιλέρημο, Krzyż z Filerimosu) jakoś systematycznie, zgodnie z chronologią, bo ta jest tu wyjątkowo wymieszana, a czas w tej przestrzeni jest wręcz po einsteinowsku względny. Więc po prostu najlepiej usiąść sobie na ławeczce pod figowcem, albo w cieniu bugenwilli na dziedzińcu klasztornym, który wygląda jak przeniesiony z czasów średniowiecznych, ale i to jest złudzeniem – klasztor i kościół wybudowali w tym miejscu włoscy okupanci w latach międzywojennych, w stylu nazywanym przez nich „joannickim”.Filerimos

I wtedy warto się zastanowić nad tym, jak było od początku. Doskonałe położenie, pozwalające na kontrolowanie sytuacji na lądzie i na morzu przyciągnęło tu pierwszych zdobywców. Podobno byli nimi Fenicjanie, a pierwszym dowódcą warowni na wzgórzu miał być bogaty i przedsiębiorczy Falantus. I to jego zaatakowali greccy najeźdźcy pod wodzą Ifiklusa. Oblężenie trwało długo, ale Fenicjanie byli spokojni o jego wynik, bo wyrocznia w Delfach (dlaczego Fenicjanie mieli zapytywać się o swoje losy greckiej wyroczni  nie wiadomo...) zapewniła ich, że twierdza nie padnie tak długo, aż pojawią się nad nią białe kruki, a w winie będą pływać ryby. Ale cwani Grecy poznali tę tajemnicę albo przez przekupstwo, albo dzięki zakochanej w greckim wodzu córce fenickiego dowódcy. Tak czy inaczej Ifiklus któregoś dnia wrzucił parę niewielkich rybek do dzbana z winem, niesionym dla Falantusa, a potem kazał schwytać kilka kruków, pomalować je gipsem na biało i wypuścić nad twierdzą.

FilerimosNajpierw więc przeprowadził atak psychologiczny, potem szybko twierdza się poddała. Nowy dowódca okazał łaskawość, pozwolił Fenicjanom odpłynąć wolno, choć bez broni i bez zdobyczy, pozwalając im przedtem dowoli napełnić brzuchy. Ba, ofiarował im nawet kilka statków. Chytrzy Fenicjanie zaszlachtowali kilka wołów, niby to na ucztę, a w rzeczywistości by po wypatroszeniu napełnić ich brzuchy zagrabionymi kosztownościami. Oczywiście Grecy poznali się na podstępie, ale pozwolili załadować łup – rzekomą żywność – na statki, które stały na środku zatoki. I tamże zostały – bowiem chytry Ifiklus tak jak obiecał dostarczył Fenicjanom statki – ale bez wioseł i żagli…

Po Fenicjanach została pierwsza nazwa miejscowości – Ialyssos, wywodzące się od fenickiego słowa yelsin, określającego teren o bujnej roślinności. I rzeczywiście, to jedno z najstarszych miast wyspy zawdzięczało swoje bogactwo przede wszystkim płodom rolnym, które w żyźniejszej, północnej części Rodosu udawały się znakomicie, a nadwyżki żywności sprzedawane były nie tylko w okolicy, ale nawet w Grecji kontynentalnej i na wybrzeżu azjatyckim. W nadmorskiej części miasta archeolodzy odkryli ślady osady minojskiej z ok. XV w. p.n.e., zniszczonej przez wybuch wulkanu na Santorynie, odrodzonej w epoce mykeńskiej – którą w gruzy obróciło trzęsienie ziemi w kilkadziesiąt lat później. Kolejne miasteczko zburzyli Achajowie w czasie najazdu w 1350 r. p.n.e.

Zapewne wtedy rozkwitła sąsiednia osada, także zaliczana do metropolii Ialyssos, usytuowana na wznoszącym się na 267 m nad morzem Filerimoswzgórzu. Osadnicy minojscy byli tu już zapewne w II tysiącleciu p.n.e., w XII w. przed naszą erą zapanowali tu Achajowie i wznieśli panującą nad okolicą fortecę. Najstarszym zabytkiem z tego okresu, zachowanym (w stanie ruiny oczywiście) do naszych czasów jest pochodząca z VI w. p.n.e. świątynia Ateny Miejskiej (Atena Polias), której kult w tym miejscu był jeszcze wcześniejszy o jakieś 4 stulecia. Opodal było też miejsce kultu miejskiego Zeusa.

Ale to właśnie materiał z rozbiórki świątyni Ateny posłużył do wzniesienia w tym miejscu w V wieku naszej ery pierwszej świątyni chrześcijańskiej, o kształcie niewielkiej trójnawowej bazyliki. Prawie tysiąc lat później – w pierwszej połowie XIV w. – Kawalerowie Rodyjscy rozpoczęli opodal budowę kościoła Panny Marii. Rozbudował go na przełomie XV i XVI sławny rycerz i budowniczy, wielki mistrz Piotr z Aubusson. W takim kształcie kościół przetrwał do lat międzywojennych, kiedy to okupanci włoscy w czasie rekonstrukcji nieco go zmienili. W czasie II wojny został mocno uszkodzony podczas bombardowań niemieckich. Najcenniejszym zabytkiem we wnętrzu w dawnych czasach była „cudowna” ikona Panagii, czyli Matki Boskiej, która według legendy, pojawiła się na Rodos wskutek nadprzyrodzonej interwencji patronki kościoła.

FilerimosOtóż dawno, dawno temu pewien bogacz rodyjski wskutek złego postępowania stracił prawie cały majątek i postanowił popełnić samobójstwo. Wspiął się na strome wzgórze i kiedy zamierzał skoczyć – pojawiła się przed nim Matka Boska i nie przebierając w słowach zrugała go za ten grzeszny plan. Wymyślił więc, że fizycznie pozostanie przy życiu, ale ucieknie od świata w sferę duchową, zostając pustelnikiem. Pojechał do Ziemi Świętej i w Jerozolimie wydał ostatnie pieniądze na zakup ikony, namalowanej osobiście przez świętego Łukasza, któremu pozowała Matka Boska. Z ikoną powrócił na Rodos, w pobliżu miejsca gdzie chciał popełnić samobójstwo wybudował pustelnię i kościółek, w którym umieścił wizerunek patronki. A nazwano go Filerimos – miłośnik samotności.

Ikona nie była całkiem bezpieczną inwestycją. Pielgrzymowali do niej ludzie z okolicy, mający rozmaite problemy, a Matka Boska czasem im pomagała, a czasem – tak jak kiedyś FilFilerimoserimosa – ostro beształa za ich grzechy. Bywało i gorzej: kiedyś przed cudowną ikoną pojawili się zrozpaczeni narzeczeni, którym rodzice nie dawali zgody na ślub. I postanowili o to błogosławieństwo prosić Panagię, by ona udzieliła im ślubu. I wtedy z cudownej ikony wypadł piorun, zabijając narzeczonych w środku kościoła… A nazwa Filerimos ma pochodzić od słów filia erima – bezdomna miłość…

Ale tak naprawdę ikonę przywieźli z sobą na Rodos joannici i oni też wywieźli ją z sobą najpierw na Kretę, potem na Maltę, gdzie Napoleon ograbił ją z kosztowności, a w 1799 r. rosyjski car Paweł (będący tytularnym wielkim mistrzem Kawalerów Maltańskich) zabrał ją do Petersburga. Po rewolucji październikowej znalazła się w Jugosławii, a w 2002 – umieszczono ją w Muzeum Narodowym w Czarnogórze. Na Filerimos Włosi umieścili zaś kopię ikony, którą oglądamy do dziś.

FilerimosZ murów otaczających zabudowania klasztorne rozciąga się piękny widok na miasto Ialyssos i jego okolicę. Na wschód widać ruiny twierdzy, będącej świadkiem niemal wszystkich batalii rozgrywanych w okolicy. O to miejsce w 1248 r. walczyli z Bizantyjczykami Genueńczycy, tutaj w 1306 r. pojawili się joannici, tworząc swój pierwszy przyczółek na wyspie, a w 1522 r. Sulejman Wspaniały stąd rozpoczął swój zwycięski pochód w walce z Kawalerami Rodyjskimi. Włosi w czasie II wojny ulokowali tu baterię armat, a Niemcy ją zbombardowali…

Jeszcze parę fotografii wnętrza joannickiego kościoła, w którym dość hałaśliwie manifestuje swoją pobożność wycieczka rosyjska. Opodal, między kamieniami świątyni Ateny, spacerują pawie. Jeden, jak na Filerimoszawołanie, demonstruje rozłożony ogon, który i z przodu i z tyłu wygląda imponująco. Renatka twierdzi, że ta erekcja została wywołana przez nią, bo paw tak zareagował na trzask migawki. Dopisujemy to do listy legend Filerimos.

FilerimosOd terenu klasztornego na zachód ciągnie się elegancka aleja wysadzana cyprysami i piniami (pawie czasem siedzą na gałęziach nad drogą, przechodząc pod nimi trzeba uważać na głowę!), wytyczona przez Włochów w latach 30. Jest to dość nowoczesna Droga Krzyżowa, która mijając 14 kapliczek ze stacjami doprowadza do 16-metrowego, betonowego krzyża, wznoszącego się od 1934 r. nad urwiskiem Filerimos. Nocą oświetlony, jest doskonale widoczny z drogi, prowadzącej z lotniska do miasta Rodos. W środku krzyża znajdują się schody, po których można wejść na jego szczyt, skąd roztacza się piękny widok na okolicę. U podnóża, po stronie urwiska widać ruiny doryckiej fontanny z IV w. p.n.e.

Wracamy na parking, przy którym znajduje się niewielka tawerna (drogo!), stoisko z pamiątkami (małe i ładne ikony) i toaleta (0,50 €). Zjeżdżamy do Ialyssos-Triandy i kręcimy się trochę po okolicy, bezskutecznie próbując dopytać się o drogę do stanowiska archeologicznego w dolnej części starożytnego miasta. Wszyscy (jeśli w ogóle rozumieją, o co po angielsku pytamy) kierują nas do Filerimos. Poddajemy ten temat (trzeba będzie wrócić i to obadać, oczywiście, następnym razem…) i jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża na południowy-zachód.

Najpierw przebijamy się w korku przez Kremasti (Kremasti) – prawie pięciotysięczne miasteczko z rozległą plażą (ale wietrzną i żwirkowo-Kremastikamienną). Zaraz przy wjeździe mijamy wybudowany w latach międzywojennych kościół, podobno jeden z największych i najpiękniejszych na Rodos, poświęcony lokalnej Matce Boskiej (Panagia Kremasti), z podwórzem starannie wyłożonym chochlakami i ocienionym cyprysami. Kościół ma charakterystyczną, wysoką na 10 m bizantyjską kopułę i obok 20-metrową dzwonnicę. A Panagia Kremasti to „Matka Boska Zawieszona” (tak tłumaczy się słowo, określające nazwę miejscowości) – bo według legendy właśnie w tym miejscu na cyprysie znaleziono cudownie zawieszoną ikonę, która oczywiście potem dorobiła się własnej świątyni i dziś znajduje się w kościele – opodal pięknie rzeźbionego drewnianego ikonostasu. Obok stoi mniejszy, XIX-wieczny kościół Matki Boskiej Wspólnej – chyba tak należy przetłumaczyć nazwę Panagia Katoliki.

W centrum mijamy romantyczny plac, którego głównym akcentem architektonicznym jest neoklasycystyczny gmach lokalnej biblioteki, ufundowany w 1927 r. przez amerykańskich emigrantów z Kremasti. Wokół wśród drzew cytrynowych usytuowane są malownicze kafeniony, w których – jak w krajach arabskich – widzi się samych mężczyzn, rozmawiających, oczywiście, o polityce i sporcie, popijających kawę i grających w tryktraka.

W Kremasti są też do zwiedzania ruiny zamku joannitów, wzniesionego w II połowie XV w. na ruinach XIII-wiecznej twierdzy weneckiej. Ocalały do dziś średniowieczne mury obronne, brama wejściowa i dwa pomieszczenia, nakryte kopułami, a także znajdujący się wewnątrz mały klasztor św. Mikołaja.

3 km dalej dojeżdżamy do XIV-wiecznej wioskDiagorasi Paradisi (Paradeisi), będącej dziś właściwie przysiółkiem jedynego rodyjskiego lotniska im. Diagorasa. Otwarte w 1977 r., jest jednym z najważniejszych w Grecji (po Atenach i kreteńskim Iraklionie) i z podziwem patrzymy, jakie jest w sumie niewielkie i jak mieszczą się w nim te wszystkie samoloty, które w ciągu letniego sezonu lądują tu dosłownie co kilka minut. Najbardziej obciążona jest pora wieczorna, między 8 a 11 wieczór. Diagoras ma 8 połączeń dziennie z Atenami, codzienne z innymi większymi miastami w Grecji kontynentalnej i na wyspach, a raz – dwa razy tygodniu lądują tu samoloty z Cypru, Niemiec, Belgii, Danii, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Francji, Hiszpanii, Islandii, Rosji, Austrii, Węgier, Holandii, Finlandii, Łotwy, Litwy, Szwecji, Czech, Słowacji, Turcji, Izraela i Luksemburga. Polska znajduje się w tej samej lidze turystycznej, co Azerbejdżan, Ukraina, Rumunia i Norwegia, realizując na Rodos tylko sezonowe loty czarterowe.

Komunikacja z miastem Rodos jest znakomita – w sezonie (V-IX) jeździ na lotnisko kilka autobusów na godzinę. Gorzej z połączeniami z innymi miejscowościami, zwłaszcza na południu.

Przed powstaniem lotniska miejscowość Paradisi swoje chwile chwały miała w I połowie XIV w., kiedy to za czasów wielkiego mistrza joannitów Heliona z Villeneuve wzniesiono tu zamek, a jego podgrodzie nazwano – podlizując się mistrzowi – Villeneuve. Ale ponieważ wybudowane wokół piękne domy ozdabiano wspaniale ukwieconymi ogrodami, wkrótce miasteczko zyskało miano osady rajskich ogrodów, co potem skrócono do słowa Raj – Paradisi. Tak samo nazywa się okoliczne wzgórze. Dziś w zasadzie największą atrakcją owego „Raju” jest dostęp do kamienisto-żwirowej plaży, która ciągnie się na przestrzeni 10 km od Kremasti aż po następne miasteczko – Theologos (Qeologos).

KamirosPrzejeżdżamy tylko skrajem miejscowości, nazwanej tak na cześć św. Jana Teologa. Ruiny jeszcze mykeńskie pochodzące z IV-III w. to przede wszystkim resztki świątyni Apolla Erethimiosa, który wówczas opiekował się rolnikami i plonami. Opodal – pozostałości jeszcze starszego teatru. W centrum wsi jest ładny kościół św. Spirydona, dość mało historyczny, bo pochodzący z 1936 r., z czerwoną kopułą i wysoką, białą dzwonnicą. Sąsiadujące z nim uliczki są znacznie starsze i swoim brukiem oraz rynsztokiem, poprowadzonym przez środek przypominają o średniowieczu. Współcześnie największą atrakcją miejscowości jest wietrzna, żwirowa plaża, wykorzystywana chętnie przez windsurferów. Zamku joannitów na szczęście tu nie ma, więc Kamirosspokojnie jedziemy dalej.

Z Theologos jest tylko 8 km na południe do Doliny Motyli, ale tę mamy zwiedzać kiedy indziej. Można tędy też dojechać do Psintos, a parę dni później poznamy panią, która mieszka koło Psintos, pracuje w Theologos i codziennie przejeżdża koło Doliny Motyli.

Jeszcze więcej pamiątek po średniowiecznej przeszłości jest w sąsiedniej wiosce, ładnie nazywającej się Soroni (Soroni), co się tłumaczy jako dąbrowa… Ale wcale nie dęby, tylko pinie otaczają wczesnochrześcijańską bazylikę św. Siliasa, obok której znajduje się „cudowne” źródło (Włosi ujęli je w malowniczą fontannę), z którego woda od wieków uważana była za lekarstwo na trąd. Jest tu też XVIII-wieczny klasztor św. Łukasza.

Zbliża się południe i naszemu kierowcy zaczyna trochę brakować energii (w naszym samochodzie określa się to syndromem spadku poziomu cukru…), więc przemykamy tylko skrajem kolejnej miejscowości o nazwie Kalavarda (Kalabarda), skąd można dojechać do ruin starożytnego Kamiros. Już tam byliśmy wczoraj, więc skręcamy w przeciwną stronę, w stronę kamienistej plaży, gdzie kusi nas malownicza tawerna.

Wieje od morza. Wiatr niesie drobniutkie kropelki wody, niestety zmieszane z piaskiem. Ale spory parasol chroni nas dość dobrze, więc zarówno frappé, jak i sok pomarańczowy smakują jak zawsze. Nabieramy sił przed kolejnymi wyzwaniami, które nas dziś czekają.

SkalaTrzy kilometry dalej znów zjeżdżamy w stronę morza, w miejscowości Skala Kamirou (Skala Kameirou), gdzie w czasach antycznych był spory port, obsługujący starożytne Kamiros i jego rolnicze zaplecze. Niewiele zostało z dawnej świetności – dziś jest to mała osada rybacka, której jedyną atrakcją są odpływające stąd promy przewożące turystów na pobliskie malownicze wyspy Chalki i Alimia. Tuż przy parkingu znajduje się wykuty w skale zarys grobowca, jaki zaczęli tu budować hellenistyczni osadnicy z azjatyckiej Licji, w kształcie domostwa ze sporym tympanonem i dwiema niszami grobowymi. Przy betonowym nabrzeżu cumują kutry rybackie, dostarczające efekt połowów do kilku okolicznych tawern. Wczesnochrześcijański kościół koło kamienistej plaży jest niemal całkiem zniszczony. W sumie – niezbyt sympatyczne wrażenie dawno minionej świetności.

Jedziemy dwa kilometry dalej w kierunku miejscowości Kritinia i nie dojeżdżając do niej skręcamy w prawo, w stronę widocznego dobrze z drogi zamku. Drogowskaz określa go jako Kastrou Kritinias (Κάστρο Κρητηνίας), choć jeszcze do niedawna popularna była nazwa włoska, trochę wywodząca się z joannickiej przeszłości tego miejsca: Castello Kamiros.

KastelloNa parkingu spory tłok. Remont, który przed laty utrudniał nam zwiedzanie zamku – zasadniczo się zakończył, a jego dodatkowym efektem jest wybudowanie przy parkingu Kastellomalowniczej tawerny. Na razie jednak wspinamy się niezbyt stromą ścieżką w stronę wejścia, koło którego na murze widać herby budowniczych – wielkich mistrzów zakonu Kawalerów Rodyjskich. Zamek prawdopodobnie powstał na ruinach wcześniejszej twierdzy bizantyjskiej w połowie XV w., kiedy to główną część umocnień wzniósł wielki mistrz, Włoch  Giovanni Batista Orsini, a jego dzieło kontynuowali następcy: Piotr z Aubusson, Emeryk z Amboise i Fabrizio z Carretto. Stąd być może niejednorodność stylowa zamku: obronne baszty są prostokątne, ośmiokątne i okrągłe, co oczywiście przydaje budowli malowniczości.

KastelloPodchodzimy najpierw po niepięknych betonowych schodach, potem już węKastelloższą ścieżką, wreszcie po kamiennych stopniach. Michał, jak zwykle, prawie biegiem pokonuje wzniesienie bez najmniejszej zadyszki i już po chwili macha nam ręką sprzed portalu wejściowego. Wyburzone wnętrze Castello porośnięte jest makią, krzakami podobnymi do jałowca i pachnącymi ziołami. Mury zewnętrzne są w dobrym stanie, a widok z nich w stronę morza, z widocznymi pobliskimi wyspami, jest niezwykle malowniczy. Podobno za czasów joannickich zamek był wyposażony w telegraf optyczny, za pomocą którego wyniki obserwacji morza, jakie tu prowadzono, przekazywane były do innych zamków na Rodos, na pobliskie wyspy, a nawet na Symi, dzięki czemu można było ostrzec ich mieszkańców przed zagrażającym w tej okolicy ciągle napadem piratów.

Włóczymy się trochę po blankach, ale upał się zrobił okropny, a gorąco powiększają jeszcze nagrzane kamienie i brak Kastelloprzewiewu między murami. Powoli schodzimy i chronimy się w cieniu sporego platanu w podzamkowej tawernie. To sympatyczny, rodzinny, żeby nie powiedzieć – przydomowy interes. Właściciel, sprzedawca i kucharz w jednej osobie oferuje kilka prostych potraw, zimne napoje i przede wszystkim owoce i warzywa z własnego ogrodu. Widzimy ofertę soku ze świeżychKastello pomidorów i rezygnujemy z tradycyjnego fresh orange juice, na rzecz tomato juice. Sprzedawca kiwa głową, bierze metalową miskę i znika na chwilę w usytuowanym poniżej warzywniaku, po czym wraca ze świeżo zerwanymi, wielkimi pomidorami. Wrzuca je do sokowirówki i po chwili stawia przed nami lekko pieniący się napój. Doradza ostrożne przyprawienie gruboziarnistą morską solą i kilkoma kroplami tabasco – efekt jest znakomity. Smakuje jak aperitif - wspaniale pobudza apetyt, ale na obiad jeszcze nie zasłużyliśmy. Jedziemy dalej na południe.

Mijamy znaną nam już dobrze Kritinię i po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do Siany (Siana) - małej wioski, (120 osób), usytuowanej pomiędzy stokami gór Akramytis i Attavyros. Pozornie nie ma tu zbyt wielu atrakcji, ale trudno nawet zaparkować - przy jedynej uliczce jest pełno samochodów osobowych i autokarów, a ciągnące się rzędem kramy i stoiska sklepowe są ciasno oblegane przez tłum kupujących. To wszystko za sSianaprawą dwóch tutejszych specialités de la maison – miodu tymiankowo-sosnowego i mocnej wódki souma. Tę ostatnią produkuje się z wytłoczyn winogron, a więc tak samo jak prowansalski marc, kreteńską raki, portugalską bagaceirę, hiszpańską aguardiente czy włoską grappę. Czym się rodyjska berbelucha różni od tamtych – nie umiem powiedzieć, ale nie jestem Sianaznawcą ani smakoszem czystej wódki. Spośród wymienionych smakowała mi tylko grappa, ale to może efekt okoliczności towarzyszących spożyciu: piłem ją z Leszkiem Brodowskim, w samym środku upalnego majowego dnia w miejscowości Roseto degli Abruzzi nad Adriatykiem, knajpka była na plaży, obok szumiało morze, kąpały się w nim piękne, młode i znane nam dziewczyny, a świat wydawał się taki piękny…

Mimo, że Michał jest wielkim amatorem miodu, jakoś nie podchodzi do żadnego ze straganów, może dlatego, że jest gorąco i tłoczno. Idziemy do centrum, gdzie rosyjskojęzyczne tłumy turystów? pielgrzymów? wędrują do masywnego, dwuwieżowego kościoła św. Pantalejmona (w polskiej tradycji: Pantaleona). SianaTo pochodzący z III w. święty męczennik, lekarz i uzdrowiciel, patron lekarzy, pielęgniarek i ludzi samotnych. We wnętrzu przepiękna (choć nadal nie mogę się opędzić od skojarzeń z komiksami…), bajecznie kolorowa polichromia, z każdego miejsca sufitu i ścian przyglądają się nam czujnie wielkie oczy dziesiątków świętych, apostołów, aniołów... Ikonostas drewniany, wykładany srebrem, wygląda przy tym bardzo skromnie.  Ale ogromne żyrandole wprost kapią złotem.

Wracamy przez wieś do zaparkowanego kawałek dalej samochodu. Siana położona jest dość wysoko – ponad 450 m n.p.m. – i z tej wysokości w głębi wyspy widzimy największe słodkowodne jezioro na Rodos. Ten sztuczny zbiornik,Siana utworzony koło miejscowości Appolakia, to najdalszy cel naszej dzisiejszej wycieczki.

Ale na razie nie będzie lekko. Podjeżdżamy jeszcze 5 km na zachód do miejscowości Monolithos (Monoliqos). To też niewielka wioska (150 mieszkańców) i też położona na zboczach góry Akramytis, wywodząca swoje dzieje aż z VI w. p.n.e. (cmentarz z urnami na prochy spopielonych zwłok), ale swoją sławę zawdzięczająca inwestycji znacznie późniejszej: zamkowi joannitów, budowanemu od 1476 r. z rozkazu znanego nam już wielkiego mistrza Piotra z Aubusson, oczywiście na fundamentach wcześniejszej twierdzy Bizancjum, a później – Wenecjan.

MonlithosZamek usytuowany jest na samotnej skale (monos lithos), na wysokości 240 m n.p.m. Architektura budowli jest znacznie bardziej jednorodna niż oglądanego wcześniej Castello. I choć z fortecy zostały w zasadzie tylko zewnętrzne ściany – jest jednymMonolithos z najpiękniejszych miejsc na Rodos. Zapewne myśli tak większość zwiedzających, bo przy ścieżce, prowadzącej do zamku, jak również na jego wewnętrznym dziedzińcu widać mnóstwo maleńkich kopczyków kamiennych, mających być symbolem chęci powrotu do tego niezwykłego miejsca. Wewnątrz zamkowych murów jest niewielka cerkiewka świętych Pantelejmona i Jerzego. Imię św. Jerzego nosi też cały przylądek, na którym stoi zamkowa skała, wysunięty prawie 3 km w głąb morza – stąd też widok na zachód jest niezwykle malowniczy.

Schodzimy do podzamcza, gdzie w lasku piniowym usytuowana jest mała knajpka – ale stwierdzamy, że za tłoczno, za gorąco i za drogo. Szczególnie zniechęca stojąca przez pół lokalu kolejka do jednooczkowej toalety… Zjeżdżamy do miasteczka i zatrzymujemy się przy tawernie o wdzięcznej nazwie „Panorama”. Wypatrzyła ją SianaRenatka, gdy jechaliśmy w górę do zamku, a teraz wiem dlaczego: przy budynku suszy się na haku sporej wielkości ośmiornica, jedno z jej ulubionych dań… Doskonały parking, widok rzeczywiście panoramiczny, choć tylko w głąb wyspy w stronę Apolakkii, menu doskonałe. Nie ma tłoku, wszystkie potrzebne urządzenia sanitarne dostępne bez kłopotu i w dobrej jakości… Odpoczywamy.

Po obiedzie kierujemy się na południe. Oferta spożywcza nas jednak nie opuszcza i po drodze zatrzymujemy się przy straganie z owocami, które sprzedaje miły staruszek. Pewno ma z 10 lat mniej niż ja. W ofercie – miód, oliwa, melony i arbuzy.Apolakkia Wódeczność zdaje się też jest. Melona i arbuza spod Monolithos będziemy jedli niemal do końca pobytu.

Niebawem przez góry dojeżdżamy do odległej zaledwie o 10 km Apolakkii (Απολακκιά). Miasteczko (ok. 420 mieszkańców) jak z pocztówki, albo z filmów o starej Grecji: ocieniony platanami plac, przy którym siedzą starzy mężczyźni, bez specjalnego zaciekawienia spoglądający na przejeżdżające (niezbyt często!) samochody, opodal placu Centrum Kultury, w domu z lat międzywojennych, o znanej nam już architekturze przywiezionej przez włoskich okupantów. Wokół – Apolakkiatypowe dla południa biało-niebieskie, niskie domki, z dachami pokrytymi ceramicznymi dachówkami, co upodabnia okolicę do Prowansji. W pobliżu jest kilka kościółków z pierwszych wieków chrześcijaństwa, w tym w północnej części miejscowości wzruszająca świątynka św. Ireny z VI wieku, w kształcie przypominającym piwniczkę na wino. W centrum jest międzywojenny kościół św. Mariny, a obok niego – ruiny zamku z okresu krucjat, a więc sprzed 1000 lat… Ale miejscowość nosi ślady kolonizacji znacznie wcześniejszej – z czasów hellenistycznych, a nawet z epoki mykeńskiej.

Dla wielu osób jednak największą atrakcją jest usytuowana na północ od miejscowości wielka tama i utworzone za nią sztuczne jezioro. Inwestycja powstawała w latach 1987-1989 po to, byApolakkia należycie wykorzystać położenie Apolakki: nazwa miejscowości bierze się stąd, że usytuowana jest ona w zagłębieniu terenowym (lakko), a z sąsiednich gór spływają liczne potoki, które do tej pory bezproduktywnie wysychały na rozgrzanych kamieniach. 30-metrowa tama zatrzymała wodę z małych rzeczek i podziemnych źródeł, a okolica zmieniła się w prawdziwe zagłębie rolnicze. To stąd pochodzi większość pysznych arbuzów, sprzedawanych na Rodos. Jezioro ma średnio 5 mln m3 pojemności, prawie dwa kilometry długości i 600 m w najszerszym miejscu.

ApolakkiaJedziemy jakieś dwa kilometry na północ, za drogowskazem Apolakkia Dam, po czym o mało nie przegapiamy drogi w lewo, która właśnie prowadzi nad jezioro. Tabliczka tym razem ma tylko skromny napis Dam, ale obok jest spora reklama centrum sportów wodnych. Skoro są sporty wodne, to i woda musi być – myślimy i skręcamy w wąską i nie najlepiej utrzymaną drogę.

Po kilkuset metrach mijamy niewielki bizantyjski kościółek św. Jerzego, pochodzący z 1289 r., dojeżdżamy do zapory i parkujemy na jej koronie. Rzeczywiście, jest imponująca. A mnie zaraz przypominają się odniesienia literacko-filmowe. Najpierw, oczywiście, Komu bije dzwon Hemingwaya ze sceną wysadzania mostu, ale zaraz potem powieść Alistaira MacLeana, a także zrealizowany na jej podstawie film Komandosi z Nawarony, gdzie co prawda akcja toczy się w Jugosławii, ale sceneria jest bardzo podobna. A wysadzenie w powietrze przez komandosów wielkiej tamy na górskiej rzece spowodowało zniszczenie mostu i zatrzymanie ofensywy niemieckiej.

Tu nam nic nie grozi. Cicho, pusto, spokojnie. Oglądamy okolicę, w tym czasie przejeżdża przez tamę jeden samochód, drugi zatrzymuje się w pobliżu, wysiada z niego facet w bojówkach, wysokich butach i z wędką. Po chwili znika za przybrzeżnymi krzakami. Nie widać ani łodzi, aniApolakkia motorówek. Gdzieś daleko majaczy niewielka żaglówka.

Ten reklamowany wcześniej ośrodek sportów wodnych to kilka zamkniętych na głucho domków kempingowych, obok których na samym brzegu stoki parę piknikowych stolików z ławkami. Wśród trzcin zdezelowana, pusta łódka, gęste zarośla bambusowe. Mnóstwo ptaków, sielankowego obrazu dopełniają liczne motyle.

ApolakkiaWracamy. Jakoś nie udaje się nam odnaleźć małego <-- kościółka Wniebowzięcia Marii Panny, który stoi podobno na samym brzegu, jest nieczynny i przy wyższym stanie wody – a jak wiadomo, sztuczne jeziora mają zazwyczaj mocno niestabilną linie brzegową – dojść do niego można tylko po wodzie. No, jak wiadomo, to się już kiedyś, dawno, zdarzało… My jednak, chyba już zmęczeni długim dniem, poddajemy się, przejeżdżamy przez zaporę i skręcamy w szutrową drogę, kierującą się na południe ufając, że doprowadzi nas z powrotem do Apolakkii. Faktycznie tak się dzieje, ale te prawie 4 kilometry jazdy terenowej stanowi dla naszej poczciwej toyotki prawdziwą szkołę życia. Usilnie staramy się nie myśleć o tym, że nasze ubezpieczenie nie obejmuje wypadków poza drogami publicznymi…

Jednak Michał jest świetnym kierowcą i ostrożnie dojeżdża między polami do bardziej cywilizowanej szosy, jeszcze raz przejeżdżamy przez senną Apolakkię i kierujemy się na wschód, w stronę stolicy południowej prowincji, Gennadi. Droga prowadzi przez góry, między gajami oliwnymi, równolegle do suchego teraz koryta rzeki, widocznego po lewej stronie drogi. Po niespełna 10 kilometrach dojeżdżamy do malowniczego Vati (Bati)– niewielka wioska (300 mieszkańców), w zasadzie zupełnie pomijana przez turystów, wywodzi swą historię ze średniowiecza, choć zapewne i tu w czasach mykeńskich chroniono się przed napadami piratów, którzy nie zapuszczali się tak daleko (6 km!) od morskiego brzegu.

W centrum osady, jak wszędzie w interiorze, jest niewielki, ocieniony platanami plac, otoczony kafenionami i rodzinnymi tawernami. W powszedni dzień zagląda tu niewiele osób – w weekendy przyjeżdżają miejscowi, którzy na co dzień pracują i nocują w Rodos, ale w piątkowy wieczór zjeżdżają do rodzin, by spędzić tu czas w atmosferze niewymuszonej swobody i zabawy. Zapewne także, by napełnić „słoiki”… Koło placu wznosi się XIX-wieczny kościół św. Jana Teologa, a w okolicy są ruiny kilku świątyń bizantyjskich sprzed XIV w.Danielka

Parę kilometrów dalej, bynajmniej nie w lesie, tylko w szczerym polu, o mało nie mamy wypadku: na drogę wyskakuje niewielka, ale na oko dobrze umięśniona sarna, którą dopiero po chwili identyfikujemy jako łanię daniela. Michał ostro hamuje, Renata łapie za aparat, ale nie po to, żeby zrobić zdjęcie, tylko by chronić go przed skutkami ewentualnego zderzenia. Na szczęście do niego nie dochodzi, zwierzę z – jak mi się wydaje - mocno obrażoną miną, nawet niezbyt spiesznie przedostaje się na drugą stronę szosy i znika między wzgórzami. Ruch na drodze jest tu znikomy, nic nie jechało z przeciwka i daniel – oraz nasza toyota – wychodzą z tego spotkania z przyrodą bez szwanku. Zdjęcia zatem nie ma, więc pożyczam z Wikipedii.

RodosJak już wiemy, daniel od czasów włoskiej okupacji, a więc z lat międzywojennych, jest symbolem wyspy. To wtedy u wejścia do portu Mandraki w Rodos ustawiono na postumentach figury pary danieli i do dziś stanowią one najczęściej fotografowany przez turystów motyw ze stolicy. Uważa się, że daniele zostały tu sprowadzone w czasach fenickich z Azji Mniejszej. Ale możliwe, że żyły tu już wcześniej. Od jeleni i saren różnią się bardziej krępą budową ciała, są mniejsze, a latem tylnią część tułowia pokrywają (choć nie zawsze) jaśniejsze cętki, wzdłuż grzbietu biegnie ciemna pręga. Ale najbardziej wyróżniają się… nazwą gatunkową: jeleń to po łacinie Cervus elaphus, zaś daniel – dama dama. A daniel europejski – nawet dama dama dama. Musi mi się podobać!

Południowa część wyspy jest ewidentnie nieprzeinwestowana, mniej nastawiona na turystykę i przez to o wiele sympatyczniejsza. Ale klimat jest tu ostrzejszy: jest o wiele bardziej gorąco niż na północy i nierzadko wybuchają pożary. Ich przyczyną najczęściej jest nieostrożność człowieka, choć są też liczne przypadki samozapłonów: w lasach dominują pinie i sosny, a ich olejki eteryczne, szczególnie obficie wydzielane w gorące dni, mogą zapalić się od słońca. Efekty pożarów towarzyszą nam przez kilka kilometrów: po obu stronach drogi sterczą kikuty osmolonych drzew, z których część zaczyna odżywać, inne już nigdy nie odzyskają zielonych koron…

Po pożarzeDojeżdżamy do Gennadi (Γεννάδι) – stolicy prowincji południowej. Jest to największy powiat w całym Dodekanezie, obejmujący teren od Apolakkii na zachodzie po Katawię na południu, Kiotari na wschodzie i Istrios na północy. Okolica jest górzysta, zielona i w dużej mierze rolnicza. Jak na tak ważną metropolię, Gennadi (czasem w zapisie: Jennadi, chyba z francuskiego) jest całkiem małe: liczy niespełna 700 mieszkańców, życie skupia się w dwu ośrodkach: centralnym placu (wokół kilka niewielkich kościołów) i plaży. Między nimi – parę hoteli, które mają podobno więcej karaluchów niż urządzeń sanitarnych i nie cieszą się najlepszą opinią. Ale my nie wjeżdżamy do centrum, tylko na skraju miejscowości dojeżdżamy do „główniejszej” drogi, którą pomykamy na północ, omijając Kiotari i Lardos, gdzie wskakujemy na centralną arterię nr 95 i jedziemy w stronę Rodos. Trudno w to uwierzyć, ale jeżdżąc przez cały dzień, oddaliliśmy się zaledwie o 60 km od miejsca startu. Rodos naprawdę jest niewielką wyspą.

Do domu mamy więc niewiele ponad godzinę (wliczając korki na stołecznych ulicach), a dzień jeszcze młody. Mijamy zatem „naszą” Tsampikę i miejscowość Afandu (także Afantu) i skręcamy w kierunku plaży Ladiko (Ladikó), a dokładniej – tej jej części, która nosi nazwę Zatoka Anthony'ego Zatoka QuinnaQuinna. Za pierwszym razem miejsce wydawało się zupełnie bajkowe, jak z greckiej reklamówki: niebiesko-szmaragdowa woda, czarno-zielone skały, wysokie, budzące grozę góry otaczające zatokę, niewielu ludzi, prymitywna, ale sympatyczna tawerna… Dziś góry zmalały, ludzi przybyło, woda zachowała swój kolor, ale po południu już nie widać słońca i robi się trochę ponuro.

QuinnDlaczego Quinn patronuje zatoce na Rodos? Podobno kręcono tutaj kilka sekwencji słynnego filmu Działa Navarony. Ale Działami Navarony chwali się wiele greckich wysp… Z pewnością w okolicznych skałach ulokowane były słynne armaty, których zniszczenie jest główną osią filmu. Główna legenda tego miejsca głosi, że po nakręceniu tego filmu (1961) rządząca w Atenach junta wojskowa podarowała tę zatokę amerykańskiemu aktorowi w dowód wdzięczności za to, że swoją rolą (a grał tam patriotycznego Greka) rozsławił Grecję, Rodos i zatokę. A potem, kiedy do władzy doszli socjaliści, prezent Quinnowi odebrali, pozostawiając tylko nazwę. Inni uważają, że Quinn niczego nie dostał w prezencie, tylko zatokę sobie kupił, a potem go znacjonalizowano. Ale nie były to czasy, gdy Grecy wyprzedawali wyspy, żeby dorobić sobie do renty, jaką w eurosach wypłaca ich teraz Unia Europejska… Może po prostu zatoka się Quinnowi bardzo podobała i upamiętniono to w nazwie, która notabene jest w zasadzie nieoficjalna?

Hm… tak myślałem jeszcze parę lat temu. Ale nie należy wątpić w legendy tylko dlatego, że są zbyt romantyczne, jak na nasze czasy… Porządne anglo-amerykańskie centrolewicowe pismo „The Guardian” piórem swej greckiej korespondentki Zatoka Anthony QuinnaHeleny Smith 3 lutego 2011 r. przedstawiło całą historię dość szczegółowo. Była dokładnie 50. rocznica całej sprawy. Otóż amerykański aktor Anthony Quinn (notabene nie mający żadnych faktycznych związków z Grecją: urodzony w Chihuahua w Meksyku, z matki Indianki i ojca Metysa indiańsko-irlandzkiego…) jednak kupił posiadłość, a dokładniej – trzy działki nad zatoką. Jeszcze dokładniej – dwie kupił od prywatnych właścicieli, trzecia – w skład której wchodziła plaża i woda – należała do państwa. I na tę trzecią nigdy nie dostał tytułu własności. Sprawa przeszła przez wszystkie szczeble administracyjne i sądowe, aż po sąd najwyższy, ale bezskutecznie. Quinn jednakże uważał, że skoro posiada własność do działek, przez które można dojść na plażę, to i plaża jest w jego dyspozycji. Przez parę lat tam inwestował – doprowadził do zatoki drogę jezdną, wybudował wodociąg i jak mówi były burmistrz Kalithei – miasta, do którego należy zatoka – dla zwykłej przyzwoitości powinno mu się sprzedać ten teren za symboliczną drachmę. Jednak władze się zmieniły i Quinn został wywłaszczony.

Był tym bardzo rozgoryczony, czuł się po prostu wykorzystany i oszukany. Przez lata był ambasadorem Rodos na świecie, spędzał tu długie tygodnie, znał wszystkich i wszyscy – wydawałoby się – mu sprzyjali. Chciał stworzyć tu międzynarodowe centrum dla aktorów i twórców filmowych, a Rodos uczynić wielkim dostarczycielem plenerów dla przygodowych filmów. Przedstawiciele władz greckich z tamtych czasów – chodzi o koniec lat 80. – twierdzą, że bardzo chcieli Quinnowi pomóc w załatwieniu tych spraw, obiecywano mu to solennie, ale… nie znaleźli żadnych dokumentów ani przepisów, które pozwoliłyby to załatwić po myśli aktora. W końcu Zorba zniechęcił się i przestał walczyć. Na kilka lat przed śmiercią był nawet w Grecji, ale odwiedził tylko Kretę. Nie pozwalał przy sobie nawet wspominać o Rodos.

A w 2011 r. wdowa po nim, Katherine Quinn, zwróciła się ponownie do rządu greckiego do przyznanie jej prawa do zatoki. Interweniował ambasador USA. W rozmowach z ówczesnym premierem George Papandreu miała temat ten poruszyć ówczesna sekretarz stanu USA, Hilary Clinton.

RodosNie znalazłem ciągu dalszego sprawy. Jeśli był jakiś. Więc może to jednak romantyczna... kaczka dziennikarska?

Innym miejscem upamiętniającym Anthony Quinna jako Greka Zorbę jest mała miejscowość Stavros na Krecie, gdzie kręcono finałowy taniec i gdzie w tawernie Mama’s Place Quinn jadł musakę i uczył się tańczyć sirtaki.

He, he… Czekając na odlot z Chani do Polski dwa lata temu też jadłem tam musakę. I na tle góry w Stavros też udawałem, że tańczę sirtaki. Ale tak naprawdę taniec Zorby wykonałem w Grecji raz: na bulwarze nadbrzeżnym w Matali. Też na Krecie. Nie uwierzycie, ale jedyne co przedtem wypiłem, to był sorbet limonkowy. Niedobry zresztą.

Zaglądamy jeszcze do Kalitei, ale robi się późno, niedługo zamkną, więc zwiedzanie dawnych term rzymskich odkładamy na inny dzień. Wieczorem jeszcze tylko spacer w okolicach północnego przylądka w mieście Rodos – i odpoczynek po ciężkim dniu.

 

Dalej