Rodos 2015

Trampki, sex-shop i joannici

 

Odcinek 1

Odcinek 2

Odcinek 3

Odcinek 4

Odcinek 5

Odcinek 6

 

(Niepodpisane na stronie zdjęcia po kliknięciu otworzą się w oddzielnym oknie)

21 czerwca 2015, niedziela

 Tsampika

TsampikaTsampika do 13-tej z minutami. Jak co dzień, przed południem pojawia się w zatoce statek kąpielowy. Zatrzymuje się może 100 metrów od brzegu, spuszcza trap i jakąś taką pochylnię, którędy co odważniejsi pływacy schodzą kąpać się w morzu. Trwa to jakieś 15-20 minut, po czym rozlega się syrena, pływacy wracają na pokład i statek odpływa. Na innych plażach jest podobnie. U nas dodatkową atrakcją jest obserwowanie działalności centrum sportów wodnych – a przede wszystkim motorówkowej paralotni, która prezentuje się bardzo malowniczo na tle lazurowego nieba, dziś znów prezentującego pocztówkową, bezchmurkową urodę.

Mamy dziś w planie dokończenie „południa”, a więc przede wszystkim wycieczkę do Lindos. Z poprzedniego pobytu zapamiętałem przede wszystkim upał, okropne zmęczenie i żal, że jesteśmy tak krótko. Byliśmy wtedy niemal w samo południe, temperatura wynosiła 40 stopni w cieniu, ale cienia było tyle co nic. Dziś więc postanawiamy pojechać do Lindos tak, żeby zdobywać Akropol późnym popołudniem. Okazało się to kiepskim pomysłem.Feraklos

FeraklosAle na razie jedziemy do zamku Feraklos, niedaleko miejscowości Charaki (Χάρακι), na wschodnim wybrzeżu, w połowie drogi do Lindos. Byliśmy tu, ale na sam zamek nie weszliśmy, zwiedzając tylko jaskinię u jego podnóża. Zaglądamy do niej i teraz, ale zniechęcają nas potężne pajęczyny i okropna duchota. Wąską ścieżką po kamieniach idziemy więc na zamek. Jest gorąco, kłują nas osty, ja się wlokę pomalućku, ale daję radę, Michał poleciał już przodem i jest pewno od dawna na szczycie, Renatka z poczucia obowiązku zawodowego jako służba zdrowia idzie przede mną i pociesza, że już niedaleko. Oczywiście, przypomina mi się ubiegłoroczna wspinaczka na zamek katarów w Montségur… Tu jest jednak o wiele niżej.

FeraklosW końcu wchodzimy na górę. Nazywa się ona, tak jak i sam zamek – Feraklos (Feraklos), co ma pochodzić od greckiego słowa falakros – łysy, że niby góra jest pozbawiona roślinności. Zamek ma pochodzenie bizantyjskie i był twierdzą, broniącą tego regionu przed atakami piratów. W 1306 r. opanowali go joannici, a w przeszło sto lat później (1470) wielki mistrz Giovanni Battista Orsini przekształcił twierdzę w jedną z najpotężniejszych fortec na Rodos. Z dawnej świetności zostały jednak tylko zewnętrzne mury i kwadratowa cysterna na deszczówkę.Feraklos Widok wspaniały. Niemal u podnóża widzimy złoty piasek plaży św. Agaty, na prawo – ciemny żwir plaży w Charaki, a daleko bieleje akropol w Lindos – cel naszej dzisiejszej wycieczki.

Ale najpierw obiad. Pamiętamy, że plażę w Charaki trzeba omijać szerokim łukiem, ale są tam zachęcająco wyglądające tawerny z wygodnym parkingiem. Korzystamy z jednego i drugiego. Położona opodal plaża wykorzystywana Charakijest głównie przez Rodyjczyków, których samochody dość tłumnie wypełniły parking, kilka stolików w tawernie zajętych jest także przez Greków – najwyraźniej znajomych gospodarza. Jest niedziela, więc okazja do korzystania z uroków wyspy, których na co dzień pewno się nie dostrzega.

Ale jest też pierwszy dzień lata – najdłuższy dzień w roku. O tym, że najdłuższy dzień jest zarazem najgorętszym, przekonujemy się na własnej skórze parę kilometrów dalej, kiedy na kolejnym „rondzie zwalniającym” skręcamy z 95-ki w lewo, w stronę coraz bliższego wzgórza, na którym bieleją marmurowe kolumny dawnej świątyni Ateny. Wydaje się ogromnie wysokie…

Mimo popołudnia – na ulicach bardzo dużo samochodów. Parkujemy spory kawał od akropolu, na jednym z parkingów plażowych, co też nie jest łatwe, bo i tu zajęte prawie wszystko. Człapiemy potem powoli pod górę do centralnego placyku (plac Wolności, plateia Eleutherias, Πλατεία Ελευθερίας), ocienionego wspaniałym fikusem (chyba… Na pewno nie jest to platan, jak kiedyś pisałem), koło dawnej studni miejskiej. Wokół są ławki, na których przesiadują miejscowi staruszkowie, z politowaniem zapewne przyglądający się niekończącym się tłumom, które wciąż przybywają, by pogańskiej Atenie lindyjskiej składać ofiary ze swego zmęczenia…

To tutaj zaczyna się podejście na akropol. Dokładniej – zaczynają się "Krupówki", zajmujące całe podzamcze i – by tak rzec – pierwszeLindos piętro góry.

Lindos (Λίνδος) to miasto, które jest kwintesencją Rodos. Dziś liczy ok. 3600 mieszkańców i jest po stolicy drugą co do popularności miejscowością wyspy. Turyści podziwiają tutejsze zabytki, robią pamiątkowe zakupy na place, korzystają z uroków niezwykle malowniczej plaży. Nie wszyscy pewno mają świadomość, że są w miejscu, gdzie – prawdopodobnie – zaczęła się historia Rodosu.

Jak wiemy, obok Ialyssos i Kamiros to właśnie Lindos jest najstarszą miejscowością wyspy. A prawdopodobnie jest pierwszą, sądząc po nazwie, która wywodzi się z czasów przedgreckich – zapewne fenickich – i oznacza wysoką górę. Miasto leży na wschodnim krańcu malowniczego półwyspu, śmiało wcinającego się w wody Morza Śródziemnego, a dzięki wyniesieniu nad poziom morza na wysokość ponad 100 metrów okolica była doskonale widoczna z morza i przyciągała zdobywców. Skomplikowana linia brzegowa, tworząca kilka naturalnych zatok dawała statkom schronienie i pozwalała na przekształcenie tego terenu zarówno w bastion obronny, jak i w centrum morskiej (w tym – rybackiej) eksploracji.

Kiedy i kto osiedlił się tu jako pierwszy? Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, bo historia, archeologia, literatura i mitologia proponują różne czasy i różne imiona. Naukowcy datują początki osadnictwa na pewno na czasy minojskie (3000-1550 r. p.n.e.), a może i wcześniej, sądząc po (nielicznych co prawda) znaleziskach z neolitu. Najwięcej artefaktów znalezionych na Rodos z czasów starożytnych pochodzi z epoki achajskiej (1600-1200 p.n.e.), a między mitem a prawdą historyczną lokują się informacje, że miasto założył król Tlepolemos z Rodos (wyspy), sprawujący władzą nad przybyłymi tu plemionami doryckimi.

TlepolemosNo to sięgnijmy do literatury, a zarazem mitologii. Nieoceniony Homer stwierdza, że Lindos założył już syn boga Heliosa i nimfy Rode o imieniu Cercaphus (jego starszy brat Ochimus był królem całego Rodos), który ożenił się z córką Ochimusa – Cydippą i miał z nią trzech synów, o znanych nam już imionach: Lindos, Ialissos i Kameiros. Na cześć najstarszego z nich nazwano miasto, w którym teraz jesteśmy.

<== Tlepolemos

Inni, może bardziej realistyczni pisarze i historycy przesuwają początki Lindos na czasy późniejsze, bliższe realiom historycznym. Choć również nie pozbawione mitologicznego kostiumu. Otóż założycielem miasta miałby być syn Heraklesa Tlepolemos, który na czele wojsk doryckich przybył na Rodos i tu poznał swoją przyszłą żonę, Rodyjkę Polikso. Dla zapewnienia sobie i miastu powodzenia, wzniósł na wzgórzu świątynię Ateny. Szczęście małżeńskie trwało jednak krótko, bo niebawem na wezwanie króla Myken Agamemnona Tlepolemos musiał wyruszyć na wojnę z pewnym miastem nad rzeką Skamander… Syn Heraklesa miał osobiste powody do zemsty nad Parysem, synem trojańskiego króla Priama, choć nie miał powodów, żeby wspierać Menelaosa, fajtłapowatego męża pięknej Heleny: Tlepolemos w młodości także starał się uwieść córkę Tyndareosa, ale związany przysięgą sojusznika Sparty na czele rodyjskiej floty wyruszył na wojnę. I nieszczęśliwie zginął pierwszego dnia bitwy.

W Lindos pozostała młoda wdowa, skądinąd przyjaciółka Heleny jeszcze z czasów, gdy Polikso była panną i przebywała na dworze króla Argos, Agamemnona.

Przechodzimy przez plakę. Tutejsze Krupówki są wąskie, duszne i w zasadzie oferują to co zawsze, choć jest wiLindosęcej pamiątek lokalnych, głównie wyrobów ceramicznych. Idzie się stale pod górę i choć promienie słońca tu nie dochodzą, gdyż osłaniają nas od niego dachy straganów, jednak duchota Lindos taxipowoduje, że szybko się męczę. Renata żartuje, że wynajmie mi osła, na którym bez wysiłku powędruję na górę. Pomijając już to, że musiałby to być osioł pancerny z siłą co najmniej 30 osłów mechanicznych – jakże by to wyglądało! Zdjęcia trzeba by podpisywać bardzo dokładnie, żeby stwierdzić kto jest kto, a poza tym już widzę te artykuły miłośników koni znad Morskiego Oka!

<== Lindos taxi

Na szczęście problem rozwiązuje się poniekąd sam, bo osłów (nazywanych tu dowcipnie "Lindos Taxi"), które zwykle woziły co majętniejszych i słabszych turystów na górę – po prostu nie ma. Albo interweniowała Unia Europejska, albo w niedzielę nie pracują, albo jest już po godzinach pracy, albo zostały przerobione na salami i pergamin… Zeszłym razem do dyspozycji było ich kilkanaście, drugie tyle było w drodze, śmierdziało na kilometr, kosztowało 5 € od grzbietu. Teraz jest pusto. Powoli podchodzimy na górę i chwilę po wyjściu (nareszcie!) z plaki na coś w rodzaju świeżego powietrza zatrzymujemy się koło płytkiej niszy z małym ołtarzem ofiarnym, gdzie pielgrzymi w drodze na szczyt (w starożytności też trzeba było pokonać sto metrów i prawie tysiąc schodów pod górę!) mogli chwilę odpocząć w cieniu. Jest tam też wycięta w ciemnej skale płaskorzeźba z II w. p.n.e. przedstawiając rufę pełnomorskiego statku, na którym podobno znajduje się figura sternika - admirała Hagesandra, syna Mikiona – dzieło autorstwa rzeźbiarza Pythocritosa, upamiętniającego dowódcę zwycięskiej floty rodyjskiej. Dziś sternika mimo wysiłków nie potrafię zidentyfikować: przedstawia go tylko plansza umieszczona obok płaskorzeźby. Słyszałem, jak jakiś zapalony fan apostolski tłumaczył swojej wycieczce, że jest to wizerunek statku, na którym święty Paweł przypłynął na Rodos. Pomyłka o prawie 300 lat… A może prorocza wizja?

LindosPodchodzimy coraz wyżej. Jedyne co mnie podtrzymuje na duchu w tym wściekłym upale to świadomość, że przede mną męczyły się tak miliony ludzi przez tysiące lat. Cudze nieszczęście zawsze pociesza. Jednym z pierwszych, opisanych w mitologii pielgrzymów do świątyni Ateny w Lindos był Kadmos – brat porwanej przez Zeusa Europy, który tu właśnie szukał siostry – albo wskazówki, gdzie ją znaleźć. Atena pewno nie bardzo pomogła, może nie chciała wsypać tatuśka, który w międzyczasie z byczą siłą uwiózł i uwiódł Europę (jak sama nazwa wskazuje – azjatycką księżniczkę) na nieodległą Kretę. Kadmos po krótkim pobycie na Rodos wylądował w Grecji kontynentalnej i jak to już mówiliśmy, stał się tam protoplastą nieszczęsnego Edypa i Antygony.

Inną z pątniczek była piękna Helena, więc wypada powrócić do tego wątku. Mijamy kolejne fazy historyczne wracając poniekąd do źródeł, tak jak Helena wracała do Lindos. A było tak: kiedy w Troi zaczynało się robić niewesoło, zginął Hektor, który na nią nigdy ani nie spojrzał, śmiertelnie zakochany we własnej żonie o szorstkim imieniu Andromacha, zginął Parys, jej porywacz, kochanek i mąż w końcu, Helena ubrała piękne szaty (z piersiami na wierzchu, bo zwykle nosiła się topless) i skrycie wymknęła się z oblężonej twierdzy, by stanąć przed zdradzonym mężem, prosząc go o sprawiedliwą karę. Ale wzniesiony miecz Menelaosa nie opadł na obnażoną szyję, wrazHelena z okolicami: Helena wciąż była tak samo piękna jak w momencie, gdy odjeżdżał na Kretę na pogrzeb hermionadziada, a ona została w domu z przeniewierczym Parysem. Była nadal najpiękniejszą kobietą na świecie – jedna tylko ich córka Hermiona mogła się z nią porównywać w urodzie.

<== Hermiona

Piękna Helena ==>

Odrzucił miecz, przytulił Helenę i postanowił złożyć ją w ofierze Atenie, gdy ta – zgodnie z zapowiedzią Odyseusza – pozwoli Achajom wygrać wojnę. Wojnę wygrali, ale krew pięknej Heleny nie splamiła ołtarza Pallady w zdobytej Troi. Menelaos wsiadł z żoną na statek i popłynął w stronę domu. Jednak burza uniosła łódź i zagnała w spokojne okolice wyspy Rodos. Grecy wylądoHelena i Menelaoswali w porcie Lindos – no, a tam także była świątynia Ateny. Menelaos z trudem – bo nie był postury Achillesa, Hektora czy swego brata Agamemnona – wniósł Helenę na szczyt Akropolu, zemdloną naturalnie, położył na ofiarnym ołtarzu i podniósł do ciosu tępy kamienny nóż, by wreszcie ukarać niewierną. Ale Atena wytrąciła mu narzędzie z ręki, bowiem na lindyjskim Akropolu nigdy nie składano krwawych ofiar – nawet ze zwierząt, a co dopiero z ludzi. Odstąpił od niej i zapatrzył się znów na jej piękno, a ona wstała, zerwała gałąź z drzewa oliwkowego rosnącego nieopodal i złożyła zamiast siebie na ołtarzu. W tej samej chwili liście zapłonęły żywym ogniem – Atena przyjęła ofiarę na znak, że Helenie wybacza.

Helena i Menelaos

Helena i Menelaos

 

Niezadowolony był Posejdon, ale on zawsze się czepiał ludzi. Gdy więc odpłynęli z Lindos w pełnej harmonii i miłości, ich statek tułał się przez siedem lat po morzu, lądując na Cyprze, w Fenicji, Egipcie – by wreszcie zawieść ich do rodzinnej Sparty. Tam Menelaos dokonał żywota, a jego synowie z nieprawego łoża wygnali macochę na poniewierkę. Wsiadła wówczas na statek i wróciła tam, gdzie Atena wybaczyła jej wszystkie grzechy – do Lindos. Najpierw poszła na akropol i złożyła Atenie w darze dość oryginalne wotum – bursztynową kopię swej pięknej prawej piersi… Atena i ten egocentryzm jej wybaczyła…

<== Helena i Menelaos

 

Ale tylko bogowie wybaczają, ludzie – nigdy. Helena zwróciła się o pomoc i gościnę do swojej dawnej przyjaciółki Polikso, a ta oczywiście przyjęła ją pod swój dach. Nigdy jednak nie zapomniała, przez kogo zginął król Rodos – Tlepolemos i kto ją uczynił wdową. Więc po kilku dniach, kiedy Helena uznała, że nic jej nie grozi i przestała chodzić nawet po domu ze sztyletem w ręku – przystąpiła do dzieła zemsty. Helena pewnego wieczoru poszła do kąpieli, a Polikso przebrała swoje niewolnice za Furie, każda z nich wzięła do ręki węża i wtargnęły do łazienki, po czym wywlokły nieszczęsną na dwór i powiesiły na okazałym drzewie, rosnącym przy drodze na akropol. Helena po śmierci zmieniła się w hamadriadę – nimfę drzewną i jeszcze długo potem mieszkańcy PlanetoidyLindos oddawali jej cześć. A o Polikso zapomniano aż do końca XIX w. kiedy to jej imieniem nazwano sporą asteroidę, mającą przeszło 140 km średnicy i okrążającą Słońce w ciągu prawie pięciu lat. Na marginesie dodam, że "swoją" planetoidę ma też jej mąż, Tlepolemos, a także inni bohaterowie wojny trojańskiej, bowiem obdarzeni fantazją astronomowie nazwali ich imionami grupę planetoid tzw. trojańskich (podzielonych na "Trojańczyków" i Greków") krążących po orbicie zbliżonej do orbity Jowisza, czyli na zewnątrz głównego pasa asteroid.

Planetoidy Trojańskie ==>

Podchodzimy powoli w górę nowymi i wygodnymi schodami – stare i na pewno mniej wygodne widać obok, pod skałami. Te „nowe” pochodzą sprzed siedmiu stuleci i prowadzą do portalu, wybudowanego za czasów pierwszych krucjat.

Dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba kupić bilet. Oszczędzamy znów oboje z Renatą po 6 €, bo respektują bez problemów nasze legitymacje dziennikarskie. Pani w okienku pyta tylko skąd jesteśmy – słowo „Poland” wywołuje na twarzy uśmiech, to miłe. Pewno jakbyśmy powiedzieli „Holland”, albo „Bangladesh” uśmiech byłby równie miły… Ci, co nie chcą wydawać 6 € na wejście, mogą zostać w usytuowanej obok małej tawernie i kupić sok pomarańczowy (mała szklanka) za 5 €.

Niedaleko za kasą  mijamy tzw. Dom Kapitana, gdzie rezydował najpierw bizantyjski, a potem joannicki dowódca zamkowego garnizonu. Nad oknem widać herby wielkich mistrzów Fluviana z Riviere i Piotra z Aubusson, wielkich budowniczych zamków, znane nam już z innych fortec. Ale najpierw zaczął rozbudowywać (także – rekonstruować) fortyfikacje na Lindos już pierwszy rodyjski mistrz joannitów – Fulko z Villaretu.

FulkoCóż to była za postać! Już z samego imienia widzimy, że to nasz dobry znajomy – pochodził z Langwedocji, z miejscowości usytuowanej na północ od Carcassonne, między tym miastem a Castres, przy drodze do Albi. Wielkim Mistrzem został z nadania swego poprzednika, którym był jego stryj Wilhelm z Villaretu. Wybrany w 1305 r., trzy lata później poprowadził rycerzy św. Jana do walki o Rodos. To za jego czasów wyspa została opanowana, a szpitalnicy odziedziczyli (prawem kaduka zresztą) majątek templariuszy po rozwiązaniu ich zakonu. Nie wzbogacili się na tym zresztą zbytnio, bo jak się okazało słynne skarby Rycerzy Świątyni były albo mitem, albo zostały dobrze zabezpieczone. A wojna, nawet o małe Rodos, była kosztowna i długi joannitów wciąż rosły.

<== Wielki Mistrz joannitów, Fulko z Villaretu

 

Fulko się nimi nie kłopotał, wydawał, zarabianiem się nie przejmował, a że miał dość ciężki charakter – w łonie zakonu zaczął wzbierać przeciw niemu bunt. Zarzucano mu arogancję, skłonność do tyranii, prostactwo – i, jak zwykle w takich wypadkach, sodomską nieobyczajność. Doprowadziło to w 1317 r. do wewnętrznego zamachu stanu. A że w tamtych czasach takie kwestie rozwiązywano zazwyczaj stanowczo i definitywnie – do rezydencji Fulka w zamku Rodini udała się grupa rycerzy, by Wielkiego Mistrza skrócić o głowę.

Na szczęście dla niego, byli z nim ci nieobyczajni towarzysze, którzy umieli nie tylko pić wino i zabawiać się, ale także się bić. Zdołali ujść z zasadzki i popędzili co koń wyskoczy do Lindos, gdzie zabarykadowali się w zamku, oblegani przez własnych towarzyszy zakonnych. Ci zdetronizowali Fulka i wybrali nowego mistrza – Maurice z Pagnac, o którym wiemy tylko to, że zanim wstąpił do zakonu, był bławatnikiem, że był dość stary i jeszcze w dodatku chorowity. Papież Jan XXII wyboru nie zatwierdził i wezwał obu – Fulka i Maurice’a – do Avignonu, gdzie wówczas rezydowało papiestwo. Jan XXII – syn szewca, miłośnik wina (to on założył słynne plantacje w Châteauneuf-du-Pape koło Awininu) i też człowiek mocno leciwy najpierw przywrócił do funkcji Fulka, po czym zmusił go do złożenia rezygnacji. W międzyczasie Maurice zmarł, a papież powołał na nowego mistrza Heliona z Villeneuve, zaś nieobyczajny i prostacki Fulko został mianowany przeorem w klasztorze w Kapui, a potem w Rzymie – co nie rozwiązało problemów, bo były już Kawaler Rodyjski wciąż przysparzał Kościołowi problemów. W końcu papież odesłał go na emeryturę do Langwedocji i w 1325 r. Fulko, zdegradowany do prostego braciszka zakonnego, dokonał żywota w domu swojej siostry koło Montpellier.

Podchodzimy dalej, droga się nieco zwęża, a my mijamy fragmenty hellenistycznej, a wyżej – doryckiej stoy, która zapewne zgodnie ze swym charakterem była ocienionym sztucznie miejscem, gdzie odpoczywano między kolumnami, pod dachem chroniącym od słońca. Być może było to też miejsce handlu. Dziś w okolicy jest tylko mizerne drzewo oliwkowe, które daje jakąś złudę cienia. Lindos

Ale już nam upał nie straszny, bo widzimy, że jeszcze tylko jeden poziom podejścia i będziemy na szczycie. Zresztą, słoneczko zniżyło się już dość znacznie i ściany po prawej stronie dają trochę cienia. Mijamy ruiny XIII-wiecznego, bizantyjskiego kościoła św. Jana, w czasach tureckich przekształconego na meczet, z którego dziś został tylko mihrab – nisza, gdzie mufti wygłaszał kazania. Obok – fundamenty wczesnochrześcijańskiej bazyliki, być może nawet z V w.

Wychodzimy na najwyższy poziom akropolu – 116 m n.p.m. Dorycka świątynia, pochodząca z przełomu IV i III w. p.n.e., została zbudowana na miejscu wcześniejszego, prawdopodobnie mykeńskiego sanktuarium, a jej obecny kształt to efekt rekonstrukcji rozpoczętej przez Włochów w latach 1937-38 i kontynuowanej od 2000 r. Po rekonstrukcji boczne ściany odbudowano tylko częściowo, dachu nie ma, tympanonu nad wejściem również. Zachowały się cztery doryckie kolumny z przodu i trzy z tyłu. Za głównym budynkiem (przypominającym ateński Partenon) był święty przybytek sekos, czyli coś w rodzaju prezbiterium, a dalej, na samotnej, niewielkiej skale stał skromny drewniany posąg Ateny Lindyjskiej w postawie siedzącej, ze złotym wieńcem na głowie i ze złotym naszyjnikiem. Po pożarze z 392 r. p.n.e. posąg uległ zniszczeniu, a po odbudowie bogini już stała, trzymając w ręku słynną tarczę – egidę. Jak wyglądał – możemy się tylko domyślać, posiłkując się antycznymi opisami, bo po podboju wyspy przez Bizancjum, pomnik został wywieziony do Konstantynopola i tam uroczyście spalony, jako barbarzyńskie dzieło pogan. Już nie wiem, kto tu był bardziej barbarzyński…

LindosMówi się, że autorem całościowej koncepcji sanktuarium Ateny Lindyjskiej (wcześniej, w czasach mykeńskich podobno świątynia poświęcona była lokalnej bogini Lyndii, z którą Atena została utożsamiona) był żyjący na przełomie VII i VI w. p.n.e. filozof, poeta i władca Lindos – Kleobulos, który rządził tu mądrze i sprawiedliwie przez 40 lat i zmarł w 560 r. otoczony uznaniem i szacunkiem – co w Grecji nie było przypadkiem częstym. Dwa wieki później został zaliczony przez Platona do grona najwybitniejszych Greków, nazywanych Siedmioma Mędrcami (obok m.in. Solona, Talesa z Miletu i Chilona ze Sparty). Zasłynął krótkimi i celnymi powiedzonkami, które funkcjonują w obiegu publicznym nawet do dziś – podobnie zresztą jak niektórych innych Mędrców. Szkoda, że tak mało pamięta się o tym, ile zawdzięczamy mądrym Grekom, a tak dużo, ile szkody narobili tamtejsi głupcy…

To po Kleobulasie powtarzamy nie rób niczego na siłę, czy bogactwa wszyscy zazdroszczą, sławy – nikt, Kleobulosraczej słuchaj niż przemawiaj, z przyjemności korzystaj powoli…. Mnie najbardziej podoba się przewrotne: z rodzicami można wygrać tylko cierpliwością… Inna rzecz, że bardziej popularne są złote myśli innych, które weszły do świadomości zbiorowej w wersji łacińskiej jak np. maksyma Chilona De mortuis nihil nisi bene – „o zmarłych albo wcale albo dobrze”, czy Omnia mea mecum porto – „wszystko co mam, noszę ze sobą” Biasa z Prieny.

Kleobulos ==>

Kleobulos jest pewnie pierwszym cwaniakiem, który stworzył publiczne dzieło przy pomocy prywatnych pieniędzy: opowiadają, że przystępując do odbudowy świątyni Ateny zorganizował w -550 r. uliczną zbiórkę pieniędzy w Lindos (a miało ono wówczas kilkanaście tysięcy stałych mieszkańców i mnóstwo przyjezdnych): napisał wzruszającą Pieśń jaskółki, nauczył jej kilkanaście zespołów dziecięcych i puścił je na ulice z puszkami na pieniądze. Warto dodać, że za czasów Kleobulosa miasto biło własną monetę z wizerunkiem głowy lwa. Lindyjska drachma była wymienialna z walutą ogólnogrecką, z monetami Kamiros i Ialyssos, a także ze środkami płatniczymi Fenicji i Egiptu.

Z Lindos wywodziło się ogółem kilkunastu pisarzy, filozofów i wynalazców, słynnych w całej Grecji. Mnie najbardziej podoba się postać Timachidasa, filologa i historyka, autora napisanej w 99 r. p.n.e. Kroniki Świątyni Ateny w Lindos (to z niej wiemy m.in. o perypetiach Pięknej Heleny i Polikso), a także specjalistycznego słownika, zawierającego nazewnictwo żywności, o wdzięcznym tytule Obiady (Deipna). Z Lindos wywodził się nieszczęsny Chares, twórca pomnika Kolosa Rodyjskiego, który przy jego budowie zbankrutował (źle obliczywszy koszty inwestycji) i popełnił samobójstwo…

Lindos

Lidyjska prosperity, przerywana kolejnymi zniszczeniami spowodowanymi przez pożary i trzęsienia ziemi, trwała mniej więcej do VI w., kiedy to osada została niemal zniszczona przez powtarzające się napady piratów. Nieliczna pozostała ludność przeniosła się wówczas na wzgórze, gdzie pod świątynią Ateny powstawały obiekty wczesnochrześcijańskie i bizantyjskie. Miasto powoli odbudowywało się niejako schodząc od góry w stronę wybrzeża, ale raczej trzymając się terenów niewidocznych od strony morza, bo zasłoniętych przez akropol. Jak już wiemy, w czasach joannitów zbudowano tu fortyfikacje, mające wielkie znaczenie w systemie obronnym całej wyspy. Po zajęciu Rodosu przez Turków, dzięki restrykcjom, nałożonym na mieszkańców stolicy, znaczLindosenie Lindos, przede wszystkim jako portu pełnomorskiego, bardzo wzrosło, a wraz z nim bogactwo mieszkańców, których znaczna część zajmowała się nawigacją i handlem morskim. Z tego okresu pochodzi malownicza dzielnica Domów Kapitańskich, położona na północ od akropolu. Z góry pięknie wygląda całe Lindos – miasteczko, przypominające klatki pszczół w ulu, jednak nie złoto-miodowe, tylko lśniąco białe, gdzieniegdzie tylko połyskujące złotem lub przebijającym biel błękitem.

Spoglądamy jeszcze na zabudowania usytuowane na półwyspie, zamykającym Zatokę Lindyjską od północy. Mieści się tam Lindostzw. Grób Kleobulosa, który jednak nigdy nie krył prochów władcy, bo w gruncie rzeczy było tam mauzoleum bogatych lindyjczyków z czasów hellenistycznych, a więc o kilkaset lat młodsze od władcy Lindos, potem przekształcone w kościół św. Emiliana (ok. V-VI w.). Znów tam nie pójdziemy. Na place mijamy – byliśmy tu zeszłym razem – XIV-wieczny kościół Marii Panny, wzniesiony przez joannitów na miejscu świątyni bizantyjskiej. Nad wejściem herb wielkiego mistrza Piotra z Aubusson, obok – 20-metrowa dzwonnica. Na podwórzu pięknie ułożone chochlaki – zresztą, prawie na każdym kroku w pasażu handlowym podziwiamy podobne ozdoby. Kościół był przebudowywany w stylu neoklasycznym na przełomie XVIII i XIX w., i – jak zwykle – przez Włochów, w 1927 r. Renata nie chce tu wchodzić także i dlatego, że zeszłym razem obsługa wymuszała na wszystkich kobietach wkładanie brudnych długich spódnic wielorazowego użytku. W tym roku wydaje mi się, że trochę te restrykcje są złagodzone, ale i tak sobie darowujemy.

Schodzimy na plac Wolności – ostatnią oazę cienia i ostatkiem sił schodzimy na parking. Na szczęście, z powrotem, pod górę, męczyć się będzie nasza toyota. Renata – skąd ona ma tyle sił? – idzie jeszcze oglądać jakiś cmentarz rzymski, i wreszcie, mocno zmęczeni, jedziemy do Zatoki świętego Pawła. To wspaniałe krajobrazowo miejsce u stóp akropolu, po jego południowej stronie, naturalny port obronny, gdzie ponoć w 57 r. wylądował statek z apostołem, który właśnie płynął z Miletu do Syrii i trochę goLindos zniosło. Datę tę uznaje się za oficjalny początek chrześcijaństwa na Rodos – i w całej Grecji. Wcześniej do Europy nową religię przywiózł statek z trzema Mariami, Martą, Łazarzem, Józefem z Arymatei, Maximinem i LindosSydoniuszem, który wylądował w prowansalskiej miejscowości Saintes-Maries-de-la-Mer. Ale piszę o tym obszerniej gdzie indziej. Dziś w porcie św. Pawła jest wąska plaża, kościół i mnóstwo osób, robiących fotografie tego malowniczego miejsca.

Żegnamy się, z nadzieją, że wrócimy tu na dłużej, gdy upał będzie mniejszy i czas pozwoli na posiedzenie na placu Wolności, gdzie wieczorami są koncerty, a akropol jest pięknie oświetlony.

Zielony promień

 

 

<== Zielony promień

Wieczorem na północnym przylądku Rodos oglądamy zachód słońca nad Turcją. Jest tam od kilku dni mój przyjaciel, Wojtek Salapski, więc macham mu z daleka. Chyba jednak nie widzi mnie przez te 18 km… Słońce chowa się szybko za górami, tak jakoś zwyczajnie, po prostu znika. Gdyby zachodziło nie za góry, tylko znikało za horyzontem, utworzonym przez linię wody, byłaby szansa zobaczyć „zielony promień”: rzadkie zjawisko załamywania się promieni słonecznych jak w pryzmacie, skutkiem czego nad miejscem, gdzie tarcza słoneczna właśnie się schowała, pojawia się na kilka sekund coś w rodzaju płomienia zielonego koloru. Oczywiście, powietrze musi być zupełnie przejrzyste, żadnych chmur i innych świateł na horyzoncie. Pojęcia bym o tym nie miał gdyby nie to, że w dzieciństwie byłem wiernym czytelnikiem powieści Juliusza Verne’a, w tym – powieści Zielony promień…

 

Dalej