Maciej Pinkwart

Minojczycy

 

 Odcinek 7

TUTAJ odcinek 1

TUTAJ odcinek 2

TUTAJ odcinek 3

TUTAJ odcinek 4

TUTAJ odcinek 5

TUTAJ odcinek 6

I po ptokach!

 

24 września 2018 r. przedpołudnie spędzamy w okolicach „naszej” plaży, a kiedy tradycyjnie przychodzą chmury, zbieramy się, żeby odwiedzić stare kąty i utrwalić dawne, dobre wrażenia. Jedziemy początkowo w kierunku Kissamos, ale w Kolimvari skręcamy na południowy zachód, mijamy dużą miejscowość Drapanias i dojeżdżamy do parkingu nad niezwykle malowniczym wąwozem Topolia. To jeden z najpiękniejszych, a zarazem – najkrótszych wąwozów w tej części wyspy – ma zaledwie półtora kilometra długości, pięć do pięćdziesięciu metrów szerokości, ale jest dość głęboki (do 300 metrów), a widok postrzępionych skał jest imponujący. Przez kanion przepływa rzeka Tyflos. W dolnej części jest niewielka (30 x 70 m) jaskinia Agia Sofia, w której znajduje się kościółek, poświęcony Mądrości Bożej. Parking jest oczywiście przy punkcie widokowym, przy parkingu coś w rodzaju Księstwa Góralskiego, więc napatrzywszy się na miejscowe widoki można skupić się na kupowaniu miejscowych miodów, miejscowej oliwy, miejscowej raki i miejscowych owoców. Tym razem obywamy się smakiem, przejeżdżamy przez romantyczny tunel w skałach i trochę przyspieszamy, bo robi się popołudnie, a my chcemy jeszcze chwycić trochę słońca na podobno najpiękniejszej plaży Krety. Podobno – piszę – bo tych najpiękniejszych widzieliśmy już co najmniej kilkanaście. Niemniej jednak trzeba przyznać, że Elafonisi – które stanowi cel naszej wycieczki – już kiedy zrobiło na nas wielkie wrażenie i liczymy na jego powtórkę. Mamy nadzieję na ciszę i spokój, bo jest po sezonie, bo jest popołudnie, no i w zasadzie powinniśmy być tu prawie sami. Tymczasem mijamy na razie malowniczą miejscowość Elos i wjeżdżamy w góry, droga powoli się zwęża – i stajemy w korku. Co prawda tylko chwilowym – ci wyjeżdżają, ci wjeżdżają – ale zawsze tracimy na to trochę czasu. Im bliżej morza, tym tłoczniej, prawie wszystkie miejsca na parkingach zajęte, wreszcie udaje się nam wcisnąć auto niemal na końcu przylądka.

Ale tak naprawdę Elafonisi to wyspa (nisi), na której pewno kiedyś żyły jelenie (elafi). Od stałego lądu oddzielona jest płytką laguną, przez którą brną, zanurzając się do kolan, dziesiątki turystów. Sama wysepka jest rezerwatem przyrody, zaglądają tu m.in. żółwie morskie, rosną piękne białe lilie plażowe, ale główną atrakcją jest piasek, którym pokryte są plaże Elafonisi, przybierający niekiedy przepięknie różowy kolor. Przyrodnicy utrzymują, że efekt ten jest wywołany przez napływające tu podczas przypływu różowe glony morskie, ale miejscowa legenda głosi, że plaża przybrała taki kolor po tym, jak  w Wielką Sobotę 24 kwietnia 1824 r. Turcy wymordowali szukających tu schronienia sześćset kobiet i dzieci. Piasek i morze spłynęły krwią i odtąd Elafonisi ma taką niezwykłą barwę.

Byliśmy na wysepce za poprzednim pobytem – w sezonie i w środku dnia – i tłoku, przy dzisiejszym, w zasadzie w ogóle nie było. Teraz, żeby się tam dostać, trzeba przeciskać się przez kilka nowo powstałych obiektów plażowych, z leżakami i parasolkami, między sklepami z pamiątkami i setkami rozłożonych ręczników, grającymi w piłkę dziećmi i parkującymi tuż nad wodą samochodami. Ryzykowną wędrówkę podejmuje tylko Michał, my z Renatą siadamy na czarnej bazaltowej skale wysuniętej w morze i udajemy, że nam się to bardzo podoba, w końcu jesteśmy na słynnym Elafonisi, musi się podobać.

Niemniej jednak nie na tyle, żeby tu szukać tawerny i katować się obiadem między tymi dzikimi i hałaśliwymi stadami. Przepychamy się z powrotem do parkingu i wracamy do Elos. Siadamy pod wielkim platanem w tawernie Kamares, zamawiamy spore conieco, po którym rozleniwia nas tutejsza tradycja: jak zjemy i poprosimy o rachunek, to najpierw przynoszą nam deser – owoce (jabłka z cynamonem) i ćwiartuchnę raki. Cóż… Renatka nie pije mocnego alkoholu, Michał jest za drajwera, więc znów odpowiedzialność za przestrzeganie tej gościnnej tradycji spada na mnie. Znów muszę się poświęcić dla ogółu, a zwłaszcza przyjaźni polsko-greckiej, ze szczególnym uwzględnieniem polsko-eloskiej. Ale bohatersko rezygnuję z jabłek i cynamonu.

Pewno mi to w niebie zostanie zapisane jako zasługa, to poświęcenie się, ale na wszelki wypadek idziemy załatwić tę sprawę za pośrednictwem świętego Jana Teologa, jak tu nazywa się św. Jana Apostoła i Ewangelistę, ulubionego ucznia Jezusa. Jego kościół, wybudowany w XIV wieku wznosi się na niewielkiej skarpie po drugiej stronie szosy. Po schodach dochodzimy do placyku przed świątynią, wita nas ładna i skromna dzwonnica, w środku są dość zniszczone freski – mocno prymitywne w stosunku do tych wymuskanych malowideł, które zwykle widuje się w nowoczesnych greckich kościołach. Obok kościoła można obejrzeć fragmentu tureckiego akweduktu i pozostałości starego młyna. A wszystko to w otoczeniu pięknych drzew cytrusowych.

Wracamy tą samą drogą. Renatka decyduje, że trzeba jeszcze raz odwiedzić piramidy w Potamida – parę dni temu, gdy tu byliśmy, mieliśmy jakiś niedobry nastrój i nie cieszyło nas to, jak powinno, więc trzeba pojechać jeszcze raz i zrobić nowe zdjęcia. Co też czynimy – Michał opanował tę trasę do tego stopnia, że bez wahania skręca z głównej szosy w prawo, potem w lewo, potem przez most znowu w prawo i już jesteśmy pod wielkim platanem, na początku ścieżki prowadzącej do tego pomnika natury. Psy pilnujące pobliskiej stadniny oczywiście nas zauważają, ale szczekają już tylko z obowiązku, a my podchodzimy do tych dziwnych formacji, robimy zdjęcia i odjeżdżamy z nadzieją, że piramidy nie znikną po jakichś ulewach i za jakiś czas znów tu wrócimy. Za jakiś czas… Unikam takich myśli coraz staranniej, przychodzą nieproszone, jakieś automatyczne, pozwalają na chwilę zapomnieć o realiach, które jednak wracają i każą się postukać w starą głowę. Ale pocieszam się tym, że mówiąc „wrócimy”, mam na myśli nas jako grupę, która ma jakiś tam średnio statystyczny wiek, pozwalający na snucie takich hipotetycznych planów.

Wieczór w Agia Marina. Po drodze widzimy, że morze z powrotem zaczyna być niespokojne, chyba znów będzie wiało, ale mimo to idziemy na plażę. W naszym Kato Stalos Beach fale ledwo muskają ciemniejący już piasek, a nad nami świeci księżyc kolejnej greckiej pełni. Pierwszy raz tak wielki księżyc odbijający się w stalowej wodzie Morza Śródziemnego widzieliśmy w pamiętnym 2007 roku na Rodos. Dziś może nie jest aż tak malowniczo i romantycznie, ale zawsze widok ten robi spore wrażenie. Tym większe, że to nasza przedostatnia noc na Krecie.

I następnego dnia, 25 września, żegnamy się z morzem. Opalać się nie bardzo jest jak, bo chmurzy się coraz szybciej, wzmaga się wiatr i fale są jeszcze większe, niż wtedy, gdy przyjechaliśmy. A prognozy są jeszcze gorsze. Może tak jest, żebyśmy mniej żałowali, że wyjeżdżamy.

Wkrótce po południu wsiadamy do samochodu, kierujemy się na wschód, mijamy Chanię, naprzeciw strategicznej zatoki Souda skręcamy za wyraźnymi drogowskazami w kierunku Aptery i po pokonaniu kilku stromych zakrętów zatrzymujemy się na parkingu przed rozległym stanowiskiem archeologicznym, przeszło dwieście metrów nad poziomem morza. Przed wejściem kasa, kupujemy bilet dla Michała za 2 € (ulgowe są po 1 €), pokazujemy swoje legitymacje prasowe i wchodzimy. Teraz mamy sporo czasu; za poprzedniej naszej wizyty przyjechaliśmy za późno i musieliśmy się spieszyć – Apterę można zwiedzać codziennie z wyjątkiem poniedziałków od 9.00 do 15.00.

Zaciekawia już sama nazwa – a ptera, bez piór. Tłumaczy ją legenda, według której właśnie tutaj umówiły się na pojedynek śpiewaczy kuzynki-tytanidy: Syreny i Muzy. Syreny były istotami wodnymi mającymi postać wielkich ptaków z głowami kobiet, zaś Muzy – początkowo było ich tylko trzy – były córkami Uranosa i opiekowały się różnymi dziedzinami twórczości: Aoide zajmowała się śpiewem i poezją, Melete – nauką, pracą i ćwiczeniami w tych dziedzinach, Mneme była muzą pamięci i wspomnień. Później, jak wiadomo, opowiadano o dziewięciu Muzach, córkach lub towarzyszkach Apollina, patronującym naukom i sztukom: Kaliope (poezja epicka, filozofia i retoryka), Klio (historia), Erato (poezja miłosna, pewno też opiekunka eratomanów), Euterpe (poezja liryczna i gra na flecie), Melpomene (tragedia, śpiew), Polihymnia (pieśń chóralna i pantomima), Talia (komedia), Terpsychora (taniec) i Urania (geometria i astronomia). O tym, które muzy podjęły rywalizację z Syrenami w dziedzinie śpiewu – legenda milczy. Tak czy inaczej – były raczej skazane na porażkę, bo jak wiadomo śpiew był specjalnością owych pierzastych boginek, które za jego pomocą oczarowywały przepływających obok nich żeglarzy (lokalizowano ich siedziby zwykle gdzieś na wyspach Morza Jońskiego), po czym rabowały ich dobytek, a ich samych pożerały. Ale tam gdzie argumenty merytoryczne zawodzą, wchodzą do akcji argumenty siły: widać Muz było więcej, albo były lepiej wspierane przez bogów, bo najpierw kuzynki się pokłóciły, potem Muzy zaczęły się z Syren wyśmiewać twierdząc, że owi wpadający w ich pułapkę żeglarze nie są przyciągani syrenim śpiewem, tylko, przeciwnie – usiłując od tego wrzasku uciekać wpadają na skały i giną, czym sprowokowały ptaszydła do bójki, w efekcie której Muzy powyrywały Syrenom pióra, a te, bezpióre (a ptera) nie mogąc latać wpadły do zatoki Souda. Pewno im potem poodrastało, bo w czasach opisywanych przez Homera, miały się już całkiem nieźle i dalej stanowiły jedno z największych zagrożeń dla żeglugi. A może te, którym pióra nie odrosły, zamieniły się w panienki z ładnymi biustami i rybią figurą poniżej pasa?

Ta wywodząca się z legendy – pewno będącej jakąś tam literacką ilustracją bitew między Minojczykami a Achajami – nazwa działa niewątpliwie na wyobraźnię, jednak uczeni wywodzą ją raczej z kultu bogini Artemidy Bezskrzydłej, Artemis Aptera, choć jak się wydaje jest to anachronizm: na glinianych tabliczkach, zapisanych pismem linearnym B, występuje nazwa miasta jako A-pa-ta-wa. Zapis ten datowany jest na XIV-XII w. p.n.e. Czy istniał już wtedy kult Artemidy, czy wprowadzony został później? Należy wątpić – raczej wprowadzili go dopiero Dorowie kilka stuleci później. Samo słowo aptera w tej właśnie formie ma też pochodzenie doryckie. Owszem, dwa lata temu odnaleziono w ruinach Aptery półmetrowy posążek bogini Artemidy - Wiecznej Dziewicy, patronującej polowaniom i nienawidzącej miłości damsko-męskiej (obok był podobnej wielkości, ale marmurowy posąg jej brata, Apolla), ale to świadczy tylko o tym, że uprawiano tu kult Artemidy, którą może dlatego nazywano Aptera, że tu właśnie była czczona?

Tak czy inaczej, praktyczni Grecy mają na podorędziu inną, mniej poetycką nazwę, określając wzgórze apteryjskie po prostu Paliocastro, stary zamek. Mieszczące się tu niegdyś miasto niewątpliwie miało charakter strategiczny: panowało nad leżącą na północy zatoką Souda i żyzną równiną Apokóronas od wschodu, a od południa było bronione przez potężny masyw Lefka Ori, Gór Białych. U podnóża płynie rzeka Kiliaris (starożytne Pyktos), zapewniająca okolicy wodę, dzięki czemu miasto-państwo Aptera miało zapewnione stałe dostawy żywności. Ale na górze wody nie ma – stąd też jednymi z najważniejszych budowli, jakie ocalały do dziś są wielkie cysterny na deszczówkę, budowane przez wszystkie ekipy, rządzące Apterą, przede wszystkim przez Rzymian.

Miasto, to może za dużo powiedziane: co prawda, cały wierzchołek pagórka otoczony był murem o długości prawie 3,5 kilometra, ale pierwotnie było tu zaledwie kilka budowli o rozmaitym przeznaczeniu. Najstarsze ślady osadnictwa w okolicy pochodzą z późnego okresu minojskiego (ok. 1300 r. p.n.e.) i wiążą się z przemysłem górniczym, rozwijającym się na stokach Gór Białych. Mity, które tłumaczą wszystko jak leci, próbują wiązać wzgórze apteryjskie z Daktylami - demonami czy bogami, patronującymi metalurgii. Powstali oni w Jaskini Idajskiej w momencie, gdy rodząca tam Zeusa Rea, klęcząc, przycisnęła z bólu do ziemi palce (daktila) obu rąk. Okres największego rozwoju Aptery przypadał w czasach inwazji spartańskich Dorów, po VI w. p. n. e. Do IV wieku p. n. e. Aptera słynęła ze swoich łuczników, których wynajmowano do udziału w różnych wojnach, a także do ochrony statków przed piratami. Rozwijała się dalej metalurgia, a miasto było tak bogate, że biło własne srebrne monety, większość z wizerunkiem Artemidy na inwersie i napisemAptaraion na rewersie, ale także z postaciami Zeusa, Hery i Apolla. Na wzgórzu i w siedmiu przedmieściach u jego stóp mieszkało ponoć ok. 20 tysięcy osób, w tym zaledwie 4 tysiące miejscowych obywateli – resztę stanowili niewolnicy. W późniejszych czasach Aptera miała swoich konsulów w innych miastach Krety: Knossos, z którym była związana sojuszami, Malii, Ierapetrze, ale także w miastach Peloponezu, na wyspach egejskich, w Azji Mniejszej i na wybrzeżu Adriatyku. Potem dzieliła losy całej Krety: po kolei przychodzili okupanci: dominacja macedońska, egipska i wreszcie od -63 r. - rzymska. Te epokę niejako symbolicznie kończy potężne trzęsienie ziemi w 365 r., po czym władzę nad Apterą obejmuje Bizancjum. Kolejny kataklizm ma miejsce w siódmym wieku – i po serii trzęsień ziemi miasto zostaje niemal opuszoszałe. Pamiątką okresu panowania Bizancjum jest wybudowany przed 1182 r. niewielki klasztor św. Jana Teologa, który widzimy zaraz po minięciu bramy. Na północno-wschodnim krańcu Aptery wznosi się zaś potężna i doskonale zachowana twierdza, wybudowana w 1866 roku przez tureckich okupantów na ruinach XVI-wiecznego zamku weneckiego, zniszczonego przez piratów w 1583 r. Dziś należy do greckiego ministerstwa obrony i można ją zwiedzać tylko z zewnątrz. Forteca stanowi drugą flankę obronną wzniesioną nad drogą prowadzącą z Chani do Iraklionu. Jej „bliźniaczką” jest twierdza Itzedin nad zatoką Souda, którą oglądaliśmy trzy dni wcześniej. Między tym klasztorem a fortecą rozciąga się pofałdowany teren, pełen ruin, porzuconych kolumn, kamieni ułożonych jeden na drugim bez zaprawy – w większości stanowiących fragmenty zniszczonych domów, świątyń i budynków użyteczności publicznej, o czym informują szczegółowo tabliczki w języku greckim i angielskim, Gdzieniegdzie nadal trwają prace wykopaliskowe. Wielkie wrażenie wciąż robią imponujące cysterny zbierające deszczówkę, ruiny świątyń kilku bogów (poza Artemidą czczono tu m.in. Demeter i Persefonę, Afrodytę i egipską Izydę oraz Apolla i Hermesa), termy rzymskie czy – położony nieco z boku – kameralny teatr z okresu hellenistycznego, budowany od -250 roku, a następnie przerobiony na rzymską modłę ok. 100 r. n.e. Są naturalnie także pozostałości bizantyjskie oraz ślady okupacji weneckiej i tureckiej.

Największym obiektem jest rzymska cysterna w kształcie litery gamma, mająca ponad 55 m długości i 25 szerokości, mogąca pomieścić do 3050 metrów sześciennych wody, przykryta niegdyś sklepionym dachem, dziś zniszczonym. Druga cysterna jest nieco mniejsza, o pojemności 2.900 metrów sześciennych. Składa się z trzech części – pierwszą wykuto w skale, pozostałe stanowią konstrukcje murowane. Tutaj zachowały się sklepione dachy. Cysterny przy pomocy systemu akweduktów zaopatrywały w wodę przede wszystkim miejscowe łaźnie. Po opuszczeniu miasta zniszczonego w siódmym wieku przez trzęsienie ziemi, pozostali tu tylko mnisi z klasztoru i za ich sprawą ta cysterna została zamieniona na spichlerz.

Chmurzy się, a my mamy w planie jeszcze jedną wizytę, podobnie jak w Apterze – powtórną. Wracamy do Nowej Drogi Narodowej i jedziemy jeszcze nieco dalej na wschód, do uzdrowiska Georgioupoli, gdzie skręcamy w stronę południową do największego naturalnego słodkowodnego jeziora Krety, o wdzięcznej nazwie Kourna. Nazwa podobno wywodzi się z czasów arabskich i oznacza – nigdy bym się tego nie spodziewał! – jezioro. Jest to akwen poniekąd malowniczy i romantyczny i gdyby nie Krupówki na jego północnym brzegu można by je uważać za piękny zakątek. Ma prawie okrągły kształt (1000 x 800 m), o obwodzie ok. 3,5 km i głębokości dochodzącej do 45 m. Leży u stóp Gór Białych, których piarżyste stoki schodzą wprost do wody, co entuzjastom polskich Tatr natychmiast przypomina Morskie Oko. Tyle że Kourna leży na wysokości 20 m n. p. m… Zasilane jest nie tylko przez spływające z gór strumienie powstające po opadach deszczu i śniegu (tak, tak – Góry Białe bywają niekiedy białe od śniegu), ale także przez dwa źródła, znajdujące się na dnie jeziora. Niegdyś miała się tu znajdować miejscowość Korissia ze świątynią Ateny, której mieszkańcy żyli tak nieobyczajnie, że dobrzy bogowie przestali być dobrzy i spuścili na ziemię deszcz, a potop zatopił tę kreteńską Sodomę. Ocalała tylko jedyna córka miejscowego kapłana, która choć niewiarygodnie piękna, zachowała dziewictwo. No i co jej z tego przyszło? Podobno teraz każdej nocy podczas księżycowej pełni wyłania się z toni jeziora w charakterze Świtezianki, siedzi na skale i rozczesuje swoje długie włosy. Potem znika, aż do następnej pełni i czeka na okazję, która nigdy nie przychodzi.

Jezioro można obejść dookoła (popołudniowej stronie jest dość trudno, a po większych opadach jest to zgoła niemożliwe), podziwiając – o ile to słowo jest tu na miejscu – dzikie gęsi pływające przy brzegu w oczekiwaniu na datek, spore ryby, a nawet podobno słodkowodne żółwie. Oczywiście, znacznie więcej niż zwierząt jest urządzeń rozrywkowych, głównie rowerów wodnych, które przybierają tu niekiedy dość zaskakujące formy.

Po północnej stronie, dokąd można dojechać samochodem, parkując wprost przy drodze, wybudowano kilka sąsiadujących z sobą tawern ze standardowym menu, z którego coś dla siebie zamierzamy wybrać. Idziemy tam, gdzie kusi nas reklama widokowej restauracji stojącej nieco powyżej brzegu jeziora, która zaprasza nas iście hipsterskim hasłem: Peace, Love & Ice Cream… Jezioro jest mimo sporej liczby turystów dość ciche, tylko przewodnik rosyjskiej wycieczki okropnie chce się zaprzyjaźniać z miejscowymi kelnerkami, zajmując gestykulacją mnóstwo miejsca, a na próby rozmów wykorzystując mnóstwo decybeli.

Powoli wracamy do Świętej Maryny. Po drodze widzimy coraz większe fale, rozbijające się o brzeg, czerwone flagi na wszystkich plażach i nerwową krzątaninę obsługi, odsuwającej od linii wodnej leżaki i wszystkie ruchome części wyposażenia. Zbliża się sztorm, mówi się nawet o huraganie. Podobno lotnisko w Chani już nie odprawia samolotów, ale my lecimy z Iraklionu, o wiele dalej na wschód, ale wciąż na północnym wybrzeżu, gdzie wiatr jest największy. Nie wiemy, czy polecimy. Pakujemy się i idziemy wcześnie spać, bo musimy wyjechać przed ósmą. Mamy nadzieję, że nie na próżno.

Rano, 26 września 2018 roku, czeka na nas – z pożegnalnym prezentem! – nasz gazda Sofokles, sprzątająca Marysia smutno się uśmiecha, nawet rudy kot zagląda na nasz balkon. Spoglądamy na morze – fale dochodzą do połowy plaży, ale dobrze zabezpieczone leżaki i parasole są wciąż na miejscu. Zdaje się, że tylko my się przejmujemy pogodą. Ale też spośród gości Kato Stalos Beach tylko my musimy stalowym ptakiem wznieść się ponad wiatr i chmury, pokonać huragan i nie tracąc piór wylądować szczęśliwie w Katowicach.

Sto pięćdziesiąt kilometrów z Agia Mariny do Iraklionu Michał pokonuje Drogą Narodową w niespełna dwie godziny. Spoglądamy niespokojnie w lewo, gdzie doskonale widać wielkie fale przyboju, rozbijające się o brzeg. Wieje nadal. Ale w stolicy wyspy jest słonecznie i wydaje się spokojnie. Mamy jeszcze tyle czasu, żeby podjechać do mieszczącego się na wschód od Iraklionu oceanarium, które tu nazywa się CretAquarium. Podjeżdżamy prawie autostradą do miejscowości Gournes, 15 km od Iraklionu, trochę błądzimy pod koniec, bo dojazd jest dość tajemniczy: i nie dziwota, jako że Thalassocosmos, Morski Świat, mieści się w budynkach dawnej wojskowej bazy amerykańskiej. Akwarium jest czynne od 9.30 do 16.00 (listopad – marzec) i do 19.00 latem. Tłok okropny – przeważają rodziny z dziećmi, także takimi w wózkach, czemu dziwić się trudno, bo pogoda raczej zachęca do oglądania morza w szklanych naczyniach i pod dachem, a poza tym dzieci od zera do czterech lat, jak piszą przy kasie, mają wstęp za dawno. Tu dziennikarzy mają gdzieś, ale może jest zniżka dla rekinów biznesu? Myślę o Renatce – wydawczyni. Ale nie: Renata i Michał płacą po 9 € (tak w sezonie, czyli od 1 maja do 30 września, potem tylko 6), ja korzystam z przywileju senioralnego i płacę tylko sześć i cześć. Wesołe jest życie staruszka! W środku ciemno, smrodliwie i wrzaskliwie. Dzieci, co nie płacą, mają najwięcej praw – rodzice trzymają je tuż przy szybach, zasłaniając widok tym co płacą, a w całym CretAquarium co chwila rozlega się wrzask młodych kandydatów na następców Jacquesa Cousteau: O, mama, jiba! – jako że najwięcej gości komentuje jiby po polsku, słowacku, czesku i rosyjsku, ale wrzeszczy się też po grecku, angielsku, niemiecku i francusku, po japońsku i mandaryńsku, jako że tu dzieci mają głos w każdym języku i przy każdych rodzicach, no i nie wahają się go użyć. Chwała Posejdonowi, że ryby głosu nadal nie mają. Ale chyba nie mają też słuchu, bo inaczej musiałyby dawno zwariować.

CretAquarium, pomijając publiczność, jest dość dobrze i ciekawie urządzone, choć sale wydają się nieco ciasne, a akwaria, nawet te z rekinami i tuńczykami też nie imponują wielkością. No, ale po dawnej bazie wojskowej pozostały pewnie głównie koszary, a te raczej na salony się nie nadają. Jest tu wszakże 60 szklanych basenów różnej wielkości, mieszczących 1.700.000 litrów wody i będących schronieniem dla 2 tysięcy morskich stworzeń, reprezentujących 200 gatunków żyjących w Morzu Śródziemnym. Jestem spod znaku Ryb, więc mi tu ciasno, jestem też dość głuchy, a jak wiadomo – głuchym najbardziej przeszkadza, że inni tak wrzeszczą, jakby byli głuszsi niż my… Wychodzę i szczelnie zapinam kurtkę: wiatr jeszcze większy, nadciągnęły chmury, pewno na domiar złego zaczyna padać.

Wracamy do Iraklionu, zwracamy samochód w wypożyczalni koło lotniska, czekamy na odprawę, zastanawiając się, czy odlecimy.

Odlecieliśmy. Jeszcze w powietrzu, oglądając najpierw znikające z tyłu wybrzeże i góry Krety, patrząc na Santorini z góry, poznając po kształcie Naksos stwierdzamy, że znów byliśmy za krótko, niewiele widzieliśmy i pozostawiliśmy za dużo pytań bez odpowiedzi i za wiele wątpliwości bez wyjaśnienia. Przelatujemy nad Tatrami, które w międzyczasie pokrył pierwszy śnieg, pocieszając się tym, że niedługo śnieg spadnie i na Lefka Ori, i na Psiloritis, może nawet na Apterę… Ale wiosną, latem czy jesienią polecimy tam znowu. Kiedyś. Może.