Maciej Pinkwart
22
września 2018. Kiedy zaczyna być już zupełnie przyjemnie i spokojnie –
uświadamiamy sobie, że nasze kreteńskie wakacje zbliżają się ku końcowi. W Agia
Marina, a dokładniej w naszym pensjonacie Kato Stalos Beach jest coraz
sympatyczniej, choć łazienka przysparza nam wciąż mnóstwo kłopotów, rudy kot
bije się z białym kotem pod naszym balkonem, Renatka wypatrzyła, że leją się o
dostęp do jakiejś kociej baby, no i oczywiście o jedzenie, sprzątająca Marysia
wciąż wyczynia dziwne sztuczki z naszymi ręcznikami i piżamowymi bieliznami,
układając z nich frymuśne motyle i ptaszki – ale wiatr się uspokoił, fale
znikły, pochowały się czerwone flagi, ratownicy zajęli swoje stanowiska, a na
plażę powrócili znani nam już od lat imigranci z Sudanu i Mali, sprzedający
plecione bransoletki, pełniące funkcje amuletów oraz Wietnamki, oferujące masaż
na miejscu, w miejscach widocznych spod kostiumów kąpielowych. Leniwie zalegamy
do południa, potem niektórzy z nas niechętnie (na przykład ja) zwlekają się z
plaży, no i wyruszamy w teren. Ponieważ czasu nie zostało wiele – postanawiamy
ograniczyć
przejazdy
i kręcimy się w zasadzie tylko po zachodniej części wyspy, w powiecie Chania.
Zaczynamy od fortecy, którą doskonale widać z drogi między Chanią a Retymnem.
Trochę na nosa skręcamy z Narodówki
na północ, w stronę morza i wspinając się na stromy cypel, dojeżdżamy do
miejscowości Kalami. Jedziemy coraz wyżej i zostawiając za sobą ostatnie domy
utykamy przed zamkniętą bramą twierdzy. Pusto, cicho, tylko w dole szumi morze –
jest stąd piękny widok na zatokę Souda wraz z portem o tej samej nazwie, oraz
położony po jej drugiej stronie półwysep Akrotiri z lotniskiem w najwyższym
punkcie. Na asfaltowym dojeździe napis „stop”, a na bramie informacja, surowo
zabraniająca fotografowania obiektu wojskowego,
którego
groźny charakter podkreślają wielkie armaty umieszczone na dziedzińcu. Co
prawda, wyglądają raczej na obiekty muzealne, a ich podstawy obrosła roślinność,
ale co zakaz to zakaz, baczność, spocznij, w tył zwrot. Objeżdżamy mury
twierdzy, opodal jest plac zabaw dla dzieci, otwarty ale pusty, a z niego wąskie
i dość nadgryzione przez czas schodki prowadzą na blanki murów.
Wchodzimy
– tu zakazu nie ma – i oglądamy sobie całą twierdzę niejako od góry. Jest pusto,
cicho, ani strażników, ani wojska, a z żywych poza nami pokazują się na
kamieniach tylko niewielkie szare jaszczurki.
Wzgórze z widokiem na strategiczną zatokę było miejscem, gdzie już Wenecjanie
mieli wojskowy punkt obserwacyjny, panujący także nad główną drogą łączącą
zachód i centrum Krety. Twierdza w mniej więcej takim kształcie, jak teraz
widzimy powstała w czasach okupacji tureckiej na rozkaz osmańskiego gubernatora
wyspy w 1872 r. i otrzymała nazwę Itzedin – na cześć syna sułtana Abdula Aziza.
Poza posterunkiem artyleryjskim, gotowym do obrony zatoki Souda przed obcą
inwazją, mieścił się tu garnizon wojskowy i ciężkie więzienie, gdzie w latach
międzywojennych – już za czasów wolnej, choć wciąż targanej konfliktami
wewnętrznymi Grecji - przetrzymywany był m.in. największy bojownik o wyzwolenie,
bohater narodowy i potem
ośmiokrotny
premier Elefterios Wenizelos. Więziono tu także przez dwa lata faszyzującego
dyktatora wojskowego
Theodorosa Pagkalosa, a potem, w latach
70. XX w – członków obalonej junty
czarnych pułkowników. Dziś twierdza jest zazwyczaj zamknięta, choć od czasu
do czasu na spacerniku dawnego
więzienia organizowane są koncerty.
Jeszcze raz spoglądamy na zatokę. Souda
to największa naturalna zatoka Morza Śródziemnego, od prehistorii dająca
schronienie łodziom rybackim, potem statkom handlowym i komunikacyjnym oraz
okrętom wojennym. Dobrze widzimy potężne krążowniki i trałowce, pomalowane na
szaro, strzegące bezpieczeństwa nie tylko Krety. Jest tu nie tylko drugi co do
wielkości port cywilny Krety (stąd m.in. odchodzą promy do Pireusu), ale także
po przeciwnej stronie zatoki, którą od północy zamyka półwysep Akrotiri) wielka
baza morska NATO, co przypomina nam, że
Kreta
jest obok Malty najlepiej strategicznie położoną wyspą Morza Śródziemnego. Obok
portu rozłożyło się urokliwe miasteczko, liczące dziś ponad 6.400
mieszkańców,
wykorzystywane przez turystów – wodniaków, ale także tych, którzy uciekają od
mocno zurbanizowanej stolicy prowincji – Chani oraz jej satelitarnych kurortów.
Jest w Soudzie także aliancki cmentarz wojskowy z czasów II wojny światowej, na
którym pochowanych jest przeszło 1500 żołnierzy, głównie brytyjskich,
australijskich i nowozelandzkich. Znalazł tu miejsce wiecznego spoczynku także
polski lotnik w służbie brytyjskiej Janusz Zbyszyński (1906-1943), zestrzelonego
w czasie akcji nad Kretą. Szczegóły można znaleźć w
ciekawym artykule na blogu "Krzysztofa", poświęconym podróżom z
historią.
Wyjeżdżamy z Kalami i po kilkunastu minutach wjeżdżamy do centrum Chani. Chani,
czy Hani? A może Xani? Te greckie oboczności w nazwach potrafią nieźle namieszać
w głowach i komórkach… Aliści rozmaitość nazw w odniesieniu do Chani (Hani, Xani)
jest zaszłością historyczną – jej kolejni okupanci prawie zawsze zaczynali od
zmiany nazwy… Kierowani instynktem
i różnymi drogowskazami (a przy okazji nawigacją w komórce) dojeżdżamy do
znanego nam już z poprzednich pobytów parkingu najbliżej portu, niedaleko
stadionu, w pobliżu interesujących dla mnie ulic Minosa i Dedala, do których
dochodzi też ulica Ikara… Myślę, że to tak malownicze postacie, działające
– jeśli w ogóle istniały! – w tak ciekawych miejscach i czasach, że może warto
się nimi zająć literacko?
Postanawiam zacząć zaraz po powrocie tak, żeby pani
dyrektor Wydawnictwa dostała w prezencie tekst na swoje imieniny, 12 listopada…
W każdym razie to znacznie lepsza okolica, niż nasze parkingi z pierwszych
wycieczek, kiedy zatrzymywaliśmy się w podziemiach Carrefoura, ohydnych i
cuchnących, ale za to koło ruin dawnego zamku w Kidonii…

Elegancko urządzonym nabrzeżem dochodzimy do pozostałości muru, ograniczającego
port od wschod
u. Płaskorzeźba lwa nie pozostawia wątpliwości co do tego, kto
firmuje tę inwestycję: Wenecjanie, którzy panowali w Chani i na Krecie przez
kilka stuleci i nadali starej części miasta ten kształt, który podziwiamy
dzisiaj. Wenecka Chania – która od XIII do XVII wieku nazywała się
Canea – szczególnie pięknie wygląda w
rejonie portu, gdzie przy nabrzeżu stoi jeszcze do dziś kilka tzw. arsenałów,
które bynajmniej nie służyły do przechowywania broni i amunicji, tylko były
zabudowanymi dokami, gdzie trzymano statki w sezonie zimowym, niebezpiecznym dla
żeglugi. Budowano je w XVI i XVII wieku, a do dziś spośród 23 budynków zachowało
się dziewięć. Wenecką dominację nad portem przypominają
także Stara Strażnica Celna, kilka kościołów katolickich oraz – latarnia morska,
jedna z najstarszych zachowanych do dziś na świecie, zbudowana przez Wenecjan w
latach 1595-1601. Ale to, co zachowało się do dziś to efekt XIX-wiecznej
przebudowy, dokonanej podczas okupacji egipskiej w latach 1831-1841,
kiedy to władze reprezentujące Muhammada Alego nakazały zbudowanie długiego
falochronu i obiektu, który do dziś nazywa się Egipską Latarnią Morską. Po
Wenecjanach przyszli Turcy i pozostałością ich okupacji są w rejonie portowym
Meczet Janczarów (nazywany też meczetem Kiutsuka Hassana, od dowódcy miejscowej
fortecy), twierdza, garnizon i więzienie Firka.
Współczesność rejonu portowego to oczywiście zacumowane przy zatłoczonych
nabrzeżach jachty z całego
restauracji
z menu ogólnogreckim lub specjalistycznych, ze świeżymi rybami i owocami morza.
Mijają nas weneckie dorożki, więc czujemy się jak w Wiedniu lub Krakowie, tłok
oczywiście jak na Krupówkach, więc umykamy trochę w głąb miasta, szukając
restauracji, do której dwa lata temu skusiły nas suszące się obok niej na czymś
w rodzaju trzepaka dorodne ośmiornice. Tym razem ośmiornic nie ma, Renatka
zamawia mule, które mnie raczej kojarzą się z południową Francją, więc
poprzestaję na jakimś grillowanym drobiu. Michał wcina sporą musakę, też ją tu
kiedyś jadłem i była niezła.
Chania to miejscowość, której początki giną gdzieś w mrokach VII tysiąclecia
p.n.e., czyli w okresie, kiedy pierwsi osadnicy przybyli na Kretę – być może z
rejonu, zamieszkałego przez Hetytów w tureckiej (obecnie) Anatolii. Wtedy jednak
zamieszkiwano raczej wzgórza, nieco oddalone od morza, które było żywiołem
strasznym i nieobliczalnym, więc gdy udało się pokonać jego przestrzeń –
przenoszono dobytek w głąb wyspy, bliżej
życiodajnych
lasów, zamieszkałych przez dostarczycieli białka, stojących niżej w łańcuchu
pokarmowym. W XXXV w. p.n.e. ludzie zbliżają się do morza, a kilka stuleci później
powstaje Kidonia – miasto złożone przez mitycznego Kidona, albo Kydonasa, wnuka
króla Minosa. Tutaj także, podobnie jak w innych królewskich miastach wyspy,
symbolem władzy jest pałac, wybudowany na wzgórzu, które i dziś nosi nazwę
Kasteli, zamek. W jego ruinach znaleziono ok. 2000 glinianych tabliczek,
zapisanych pismem linearnym A. I potem Chania w zasadzie dzieli los całej Krety.
Ok. 1620 r. północne wybrzeża, w tym port w Kidonii zostają zniszczone przez
wybuch wulkanu na Therze, który powoduje katastrofalne tsunami. Miasto podnosi
się jednak z upadku, ale po 200 latach przypływają Achajowie, w czasie walk z
nimi zostaje zniszczony pałac. Cywilizacja minojska powoli upada, a miejsce
pierwotnych mieszkańców zajmują Mykeńczycy. Kidonia podnosi się z ruin, ale ok.
1100 r. p.n.e. Kretę opanowują spartańscy Dorowie, którzy rządzą w mieście do V
w. p.n.e., kiedy to zostają wyparciu przez Ateńczyków. Sto lat później kolejnymi
okupantami stają się Macedończycy, a po śmierci Aleksandra Wielkiego w wyniku
walk diadochów w IV i III wieku p.n.e. rządzą tu egipscy Ptolemeusze, na zmianę
z Macedończykami.
I
potem jest już mniej więcej typowo dla tego obszaru: w 69 r. p.n.e.
Kidonię zdobywają Rzymianie, pierwsi chrześcijanie pojawiają się tu w I
wieku naszej ery, w IV wieku już większość ludności stanowią wyznawcy nowej
wiary, a w mieście osadzona zostaje stolica biskupstwa. Kreta jest częścią
imperium bizantyjskiego aż do 825 r., kiedy to Kidonię zajmują Arabowie i
zmieniają jej nazwę na Al-Chanija. W II połowie X wieku Kreta wraca pod
panowanie Bizancjum, nowa religia i nowe elity przybyłe w większości z
Konstantynopola rządzą w Chani do 1206 r., kiedy to miasto zostaje zdobyte i
złupione przez Genueńczyków pod wodzą maltańskiego księcia Enrico Pescatore.
Wypierają ich dopiero w połowie XIII w. Wenecjanie, którzy będą tu rządzić i
podejmować liczne inwestycje do połowy XVII w. Miasto znów zmienia nazwę –
arabską Chaneję zastępuje włoska Canea. W 1645 r. wojnę o Chanię wygrywają z
Wenecjanami Turcy, represjonują katolików, popierają prawosławnych, tw
orzą
meczety, rozbudują infrastrukturę miasta. Z końcem XIX w. utworzona zostają
autonomiczna grecka Republika Krety, której stolica zostaje Chania. Ten status
miasto będzie miało w latach 1898-1915, po czym Kreta zostaje przyłączenia do
Grecji, a stolicą wyspy staje się Iraklion.
Wychodzimy z dzielnicy portowej, ale pozostajemy w rejonie starówki, która dość
harmonijnie łączy stare z nowym, czego symbolem – może trochę
kiczowatym
– jest reklama coca coli, wykorzystująca znany wizerunek skaczącego przez byka
chłopca. Takie łączenie starego z młodym za chwilę upostaciowuje się w…
kroczącym ulicami orszaku weselnym, gdzie różnica pokoleniowa między nowo
poślubionymi małżonkami jest dość wyraźna, ale nikomu to nie przeszkadza, a mnie
oczywiście najmniej.
Nazajutrz, 23 września 2018 r korzystamy z pięknej pogody i ruszamy się z domu
dopiero po południu, cały dzień przeznaczając na coś w rodzaju relaksu. Jedziemy
na południowy zachód, w głąb Gór Białych. U ich podnóża jest malowniczy teren w
dolinie między miejscowościami Fournes i Skordalou, gdzie znajduje się otwarty
kilka lat temu prywatny Park i Ogród Botaniczny, gdzie na obszarze blisko 20
hektarów posadzono ponad 150 gatunków drzew owocowych oraz dziesiątki krzewów,
kwiatów i ziół, co w efekcie daje obłędną wprost mieszaninę przede wszystkim
zapachów, także kolorów i informacji, jako że każdy takson zaopatrzony jest w
tablicę informacyjną po grecku i po angielsku. Są tu rośliny z niemal wszystkich
stron świata, w tym wielka kolekcja drzew i kwiatów tropikalnych. Nie braknie
naturalnie gatunków rodzimych, a
wśród
nich specjalnie wyeksponowana jest wielka pergola obrośnięta gęsto winoroślami,
których owoce można zrywać i jeść – są pyszne!
A to piękne przedsięwzięcie i romantyczne środowisko miało u swoich podstaw
wielką tragedię: wyrósł on z popiołów żarłocznego ognia. W październiku 2003
roku przyleciał gwałtowny wiatr od Afryki i zerwał linię wysokiego napięcia. Od
opadłych na ziemię przewodów wybuchł gwałtowny pożar, nad którym nikt nie zdołał
zapanować. W kilka godzin spłonęło 60 tysięcy drzew oliwnych, z których wiele
miało ponad 400 lat oraz setki drzew pomarańczowych. A z gajów i sadów okolica
była słynna w całej Grecji. Spłonął też cały kilkusethe
ktarowy
teren należący do czterech braci Marinakisów.
Wtedy Peter Marinakis, który od dziecka interesował się botaniką i dziwił się,
że przyjeżdżający tu na weekendowy wypoczynek Grecy nie mają pojęcia o
otaczających ich roślinach, a niektórzy podobno nawet nigdy przedtem nie
widzieli
drzewa
oliwnego – za zgodą braci przeznaczył cały spalony teren na stworzenie ogrodu
botanicznego. Pamiątką tragedii z 2003 roku jest wypalony pień kilkusetletniej
oliwki, witający gości przy wejściu do parku. Wchodzi się obok sporej
restauracji „Pod Oliwką” i dużego parkingu, park jest czynny od 9 rano do zmroku
od 23 marca do listopada, wstęp kosztuje 6 euro, dzieci poniżej 6 roku oraz
towarzyszący in rodzice mają wstęp wolny. Można wydać więcej – w restauracji
(wydaliśmy…) i w sklepie, kupując doskonałą miejscową oliwę, miód z własnej
pasieki, herbaty ziołowe, dżemy i mydła oliwkowo-ziołowe.
I niech nikt się nie łudzi, że wizyta w parku to miły spacerek po płaskim, gdzie
można przejechać wózkiem dziecinnym dla rekreacji: przez ogród botaniczny
prowadzą dwie ścieżki edukacyjne – w górę, w dół, znów w górę, na przejście
jednej potrzeba dwóch godzin, drugą można zaliczyć w godzinę. Poza malownicz
ymi
roślinami są zwierzęta – pawie, osły, kozy kri-kri, daniele, gęsi, czaple i
rozmaita ptasia drobnica. Uroku dodaje okolicy położone w samym dole parku
sztuczne jezioro. Do tego jeszcze przy ścieżce umieszczone są nieco kiczowate,
ale świetnie wychodzące na fotografiach stare sprzęty ogrodowe i domowe, a także
rzeźby? konstrukcje? z korzeni, gałęzi, kamieni, zwykle przedstawiające
zwierzęta.
Wracamy na trasę prowadzącą w głąb Białych Gór, bo stąd mamy już tylko 20
kilometrów do miejscowości Omalos, gdzie
–
jak to już pisałem – zaczyna się tradycyjny zejściowy szlak przez wąwóz Samaria.
Wysiadamy z samochodu i od razu odczuwamy różnicę w wysokości – wjechaliśmy
prawie tysiąc metrów wyżej i jest po prostu zimno. Nieliczni turyści wychodzą z
wąwozu, kilku próbuje wejść, ale zapewne zatrzymają ich na bramkach – jest już
za późno na przejście Samarii.
W naszym Kato Stalos Beach cisza i spokój, fale ledwo muskają ciemniejącą już
plażę. Kolacja z widokiem na wyspę św. Teodory i smutna świadomość, że lada
dzień to wszystko, z czym teraz mamy do czynienia, pozostanie już tylko na
zdjęciach i we wspomnieniach. Dobre i to…