Maciej Pinkwart
Minojczycy
Odcinek 4
Spotkanie z pradziadkami

Tylko pogoda inna. Fale większe niż na Bałtyku, silny wiatr, porywający drobiny
piasku i szarpiący parasole, no i co tu dużo gadać – dość chłodno, jak na Kretę.
W dodatku pędzące po niebie buroszare chmury nie dają żadnej nadziei na spokojne
opalanko. Ale znamy Kretę na tyle, że wiemy, iż jeśli na północy wyspy Morze
Kreteńskie odstrasza niepogodą i temperaturą, to na południu nad Morzem
Libijskim bankowo jest piękne słońce i upał. Pakujemy się i idziemy do auta,
zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.
A punciak nie chce odpalić. Na wszelki wypadek odsuwam się aż pod przepiękną
bugenwillę rosnącą przy wejściu do pensjonatu, bo w takim momencie pożytek ze
mnie żaden: jeśli mniej więcej wiem jak jechać i jak obsługiwać działający
samochód, to jak naprawić nie działający nie mam pojęcia. Michał próbuje tak i
siak, doradza mu Renata, która zna się na wszystkim, a na samochodach w
szczególności, wreszcie do punta podchodzi nasz gazda, Sofoklis Ktistakis –
właściciel „Kato Stalos Beach”, który akurat z kawką w ręku przechodził opodal.
Ma chyba tyle lat co ja, ale o wiele więcej empatii, nie mówiąc już o znajomości
samochodów. Po chwili obaj z Michałem odkrywają banalną przyczynę – fiacik ma
zablokowaną kierownicę, po włożeniu kluczyka należy ją przekręcić delikatnie i
silnik odpala. Sofoklis wraca do kawki, ja wsiadam do samochodu, jedziemy
najpierw na wschód.
Mijamy Chanię po obwodnicy i dojeżdżamy do Kaliwii, gdzie skręcamy w prawo, na
południe. Droga biegnie zboczami jednego z dwóch najważniejszych masywów
górskich Krety – Gór Białych. Jest coraz wyżej, coraz chłodniej i coraz
słoneczniej. Widać, że wjechaliśmy do części Krety, nazywanej Sfakia, bo
dowodzą
tego specyficzne obrazki – stojące przy szosie znaki drogowe są pełne dziur od
kul. To ulubiona rozrywka tutejszych mieszkańców, tak popularna, że aż
tolerowana, a nawet wykorzystywana w reklamie: postrzelane znaki są nawet na
reklamowych koszulkach, które można kupić w głównym tutejszym porcie, Chora
Sfakion. Wspinamy się na wysokość prawie 850 m, po czym zjeżdżamy i mając po
lewej stronie przepiękny i głęboki wąwóz Impros jedziemy w stronę coraz
bliższego wybrzeża Morza Libijskiego. Dwadzieścia agrafkowych zakrętów sprowadza
nas – dzięki talentowi Michała – bezpiecznie na dół. Tym razem nie kierujemy się
do podgórskiego portu Chora Sfakion – będziemy tam za parę dni – tylko skręcamy
w lewo i po dziesięciu kilometrach zatrzymujemy się z niewielkiej, ale
historycznej osadzie Frango Castello. Byłem tu podczas swego pierwszego pobytu
na Krecie, było przyjemnie z jednym wyjątkiem – na położonej obok
średniowiecznego zamku plaży
wytrzymaliśmy
mniej więcej 10 minut, po czym uciekliśmy przed wiatrem, który masakrował nas
siekąc drobniutkim piaskiem, który z siłą tarczy szlifierskiej zajmował się
naszymi ciałami, spragnionymi słonecznego odpoczynku. Teraz wytrzymujemy jeszcze
krócej, bo i wiatr jest silniejszy. Odnoszę wrażenie, że dotarł do nas
meltemi, grecki monsun, o charakterze podobnym do francuskiego
mistrala – wieje z północy, jest dość chłodny i powoduje niemal sztormowe fale
od Morza Egejskiego, na południu zaś miecie piaskiem jak na Saharze. Słońce
owszem, jest, niebo bez chmurki, ale wiatr od wiejący od Lefka Ori, Białych Gór
wygania nas z powrotem do samochodu. Wrócimy tu jeszcze po paru dniach już z
sukcesem plażowym i wtedy napiszę więcej o tym miejscu. Dziś z przyjemnością
zostawiamy za sobą zamek – Castello, z
którego zachowały się tylko ściany zewnętrzne, a którego nazwa upamiętnia
budowniczych: jak to w Grecji, mamy na różnych mapach i na różnych tablicach
informacyjnych oboczności nomenklaturowe:
Frango, Frago i
Franco Castello. Chodzi o Franków, jak nazywano krzyżowców,
pochodzących przeważnie z Francji, którzy mieli postawić tu pierwszą twierdzę,
następnie rozbudowaną i utrzymywaną przez Wenecjan.
Ruszamy więc w pogoni za słońcem i dobrą plażą dalej na wschód, by po blisko 20
kilometrach zjechać z górskiej szosy do sporego kurortu Plakias. Jedziemy wzdłuż
plaży do najbardziej wysuniętego na wschód miejsca parkingu, usytuowanego tuż
przy morzu – w nadziei, że wysoka góra ograniczająca tu zatokę Plakia osłoni nas
od wiatru. Po Frango Castello mamy wrażenie, że powiewa tu tylko lekki zefirek,
a o tym żeśmy byli przesadnymi optymistami przekonamy się dopiero po powrocie do
pensjonatu, kiedy nie będziemy w stanie pozbyć się drobniutkiego piasku z włosów
i wszystkich części garderoby – nawet tej, zamkniętej w samochodzie…
Tłok
niewielki, plaża przyjemna, morze powoli schodzi w głąb, tak że aby się zanurzyć
po szyję, trzeba się nieźle naspacerować w stronę Afryki. Rozbijamy obóz w
standardowej części plaży. Wschodnią część, pod górą, zajmuje plaża nudystów,
okupowana przez osoby w wieku przed- lub poemerytalnym. Między „nimi” a „nami”
jest strefa buforowa, zajmowana przez panie opalające się topless, które - jeśli
mój starczy wzrok mnie nie oszukuje – zdecydowanie nie powinny tego robić. Od
czasu do czasu przez strefę buforową na naszą stronę przechodzi nudysta emeryt,
wykonujący rozmaite ćwiczenia na rozciąganie mięśni. Zdaje się, że rozciąganie
nie na wiele pomaga, albo rozciąganiu ulega nie to co ważne, bo pan zupełnie nie
wzbudza zainteresowania poza pełną współczucia uwagą: ależ mu TAM nawieje tego
piachu…
No dobrze, wykąpaliśmy się, pora na opalanie i uświadomienie sobie, gdzie to
jesteśmy. Nazwa Plakias oznacza teren
płaski (to polskie słowo zdaje się też wywodzić z greki!), utworzony przez
aluwialne piaski, naniesione przez rzekę, płynącą niegdyś obficie wąwozem
Kotsifos. Miasto jest bardzo młode – jeszcze w 1961 r. mieszkało tu zaledwie
sześciu rybaków. Ale na pobliskich wzgórzach pierwsze osady powstawały już w
czasach minojskich (XX w. p.n.e.), a rozbudowywały się w okresie władzy
Bizancjum (X w. n.e.).
Ale nie te wzmianki historyczne stawiają Plakias w rzędzie najważniejszych
miejscowości na Krecie pod względem ich historyczności. I cesarz Nikeforos II
Fokas, który w 961 r. kazał pobudować tu drogi i mosty do okolicznych
klasztorów, i minojscy żeglarze, którzy niekiedy zawijali do tutejszej zatoki,
ale nigdy nie zbudowali porządnego portu – mogą się schować w mysią dziurę. Oto
w 2011 r. właśnie w okolicach Plakias, w kilku jaskiniach i skalnych wnękach
zespół archeologów amerykańskich i greckich pod kierunkiem Thomasa Strassera i
Eleni Panagopoulou odkrył liczne kamienne siekiery i inne narzędzia,
których wiek określono mało precyzyjnie: najmłodsze mają mieć ok. 100,
najstarsze – ok. 700 tysięcy lat. Jest to odkrycie sensacyjne o
Narzędzia z Plakias, fot. T. Strasser, ze strony Archaeological Institute of America -->
tyle,
że Kreta od co najmniej 5 milionów lat jest wyspą, najbliższe stałe lądy
znajdują się o 100 (Grecja), 200 (Turcja) czy 300 (Libia) kilometrów stąd. W
jaki sposób posiadacze kamiennych siekierek mogliby zbudować łodzie, które
zdolne byłyby do pokonywania takich dystansów? Oczywiście, mogli płynąć od wyspy
do wyspy: 20 kilometrów z Azji Mniejszej na Rodos, 60 km z Rodos na Karpatos, 10
km z Karpatos na Kasos i 50 km z Kasos na Kretę. Pytanie „jak” nadal pozostaje
bez odpowiedzi, nie mówiąc już o pytaniu „po co”… Przy czym tych sprzętów
paleolitycznych jest tyle, że możemy mówić o całych cywilizacjach, łupiących tu
kamienie przez – bagatelka! – drobne 600 tysięcy lat…
Wytrzepujemy
z grubsza piasek z tego, z czego wytrzepać się da i ruszamy w drogę powrotną,
ale nie po własnych śladach, tylko najpierw do położonego w pobliżu klasztoru
Preveli, założonego jeszcze w czasach weneckich, a więc w średniowieczu. Dolny
klasztor pod wezwaniem Jana Chrzciciela legł w ruinie za sprawą Niemców w 1941
r., górny – mający za patrona św. Jana Teologa – przetrwał do dziś i jest
udostępniony do zwiedzania. Po dolnym została tylko oryginalna plaża (nie to,
żeby mnisi chodzili tam się opalać, ale od klasztoru plaża dostała nazwę),
usytuowana poniżej zagajnika palmowego przy ujściu sporej rzeki Megalopotamos.
Palmy na plaży Preveli częściowo spłonęły w pożarze w 2010 r., ale teraz powoli
się odradzają.
W górnym klasztorze, który bierze nazwę od założyciela, feudalnego pana
Prevelisa, jest kilka pamiątek religijnych i jeszcze więcej świeckich, jako że
klasztor, a właściwie jego mieszkańcy stanowili jedno z lokalnych centrów oporu
przeciwko Turkom (skutkiem czego klasztor w 1821 r. został zniszczony, ale potem
go odbudowano), wspierali także działalność brytyjskich, australijskich i
nowozelandzkich wojsk przeciw Niemcom w czasie II wojny światowej, o czym
zaświadczają pomniki i tablice pamiątkowe. Renata robi kilka zdjęć, po czym
ruszamy dalej, by w okolicach Retymna wrócić na Nową Drogę Krajową, a potem do
naszej Świętej Maryny.
18 września 2018 wiatr nie odpuszcza, ale przynajmniej świeci słońce i choć o
kąpieli na razie nie ma mowy (wszędzie czerwone flagi, fale na chłopa, woda
zimna i w ogóle mało przyjemnie) – to jednak korzystamy z leżaków przez dwie
godziny, potem ruszamy na zachód, w kierunku Kissamo, mijamy drogę odchodzącą w
kierunku sławnej plaży na Balos i dojeżdżamy do miejscowości Trachilos. Tutaj
nawigacja, ustawiona i kontrolowana przez Renatę doprowadza nas do pustego,
kamienistego wybrzeża, gdzie znajdujemy pochyloną w stronę morza skałę wielkości
kilkudziesięciu metrów kwadratowych, ogrodzoną byle jakim metalowym, drucianym
płotem. Wygląda to mało efektownie, zwłaszcza że część skały zasypana jest
drobnym żwirkiem i jeśli ktoś trafiłby tu przypadkiem, nie znalazłby nic. Ba,
niczego by nie szukał, pewno nawet by się tu nie zatrzymał, chyba żeby
sfotografować kępkę lilii piaskowych (pankracjum nadmorskie). A prawdę powiedziawszy, jest to
prawdopodobnie najważniejsze miejsce w Europie, związane z historią ewolucji
zwierzęcia, zwanego człowiekiem. A może i na świecie.
Fantastyczna jest także historia jego odkrycia. Otóż w 2002 r., przebywający na
Krecie na wakacyjnym
wypoczynku paleontolog dr Gerard Gierliński z Państwowego Instytutu
Geologicznego - Państwowego Instytutu Badawczego, dotychczas
Dr Gerard Gierliński, fot. PAP/Tomasz Gzell -->
prowadzący
głównie badania śladów dinozaurów na ziemiach polskich i w Skandynawii, podczas
spaceru nad morzem w Trachilos zauważył pozostawione na skale odciski stóp,
które zbadał wstępnie i uznał, że z pewnością zostały pozostawione przez istoty,
będące bardzo wczesnymi stadiami ewolucji człowiekowatych. Nie miały
przeciwstawnego wielkiego palca, a więc nie miały chwytnych stóp jak mają małpy,
natomiast odcisk pięty wskazywał bliższe pokrewieństwo z małpami niż z ludźmi –
pięta była krótsza i mniej zaokrąglona niż u
homo sapiens. Odcisków przednich
kończyn nie było, a zatem istoty te
poruszały
się w postawie wyprostowanej. Z tą wiedzą wrócił do Polski, powiadomił o swoim
odkryciu kilku kolegów i w towarzystwie innych fachowców od badania śladów
geologicznych wrócił na Kretę dopiero w 2010 r. Jego wnioski potwierdzili m.in.
dr Andrzej Boczarowski z Uniwersytetu Śląskiego i dr Zofia Dubicka z
Uniwersytetu Warszawskiego. To ona właśnie ustaliła wiek skały, w której – gdy
była jeszcze miękkim piaskiem nadmorskim – ślady odciśnięto. Liczy ona 5,7
miliona lat.
<-- Ślady w Trachilos, źródło: Państwowy Instytut Geologiczny, Państwowy Instytut Badawczy
Badania, do których włączono jeszcze uczonych z Grecji, USA, Wielkiej Brytanii i
Szwecji trwały jeszcze przeszło sześć lat i dopiero w 2017 roku Gerard
Gierliński i jego koledzy zdecydowali się ogłosić ich wyniki na łamach
prestiżowego pisma branżowego „Proceedings of the Geologists’ Association” nr
128 (2017), w
kilkunastostronicowym artykule.
Ustalenia były następujące: w Tracholis na zachodzie Krety w nadmorskiej skale,
ukształtowanej w erze messyńskiej, czyli w późnym Miocenie, datowanej na 5,7 mln
lat odkryto ślady stóp istot wykazujące podobieństwo do ludzkich. Morfometryczna
analiza wykazała, że ślady te mają cechy różniące osobniki, które je pozostawiły
od współczesnych nie-człowiekowatych naczelnych i przypominają ludzkie.
Interpretacja
tych śladów może wywołać kontrowersje, bowiem gałąź wczesnych hominidów dotąd
nie występowała na Krecie, która jest bardzo odległa od znanych dotąd siedlisk
przed-plejstoceńskich człowiekowatych. Musimy więc – piszą naukowcy – przyjąć
możliwość, że reprezentują one dotychczas nieznany późnomioceński gatunek
naczelnych, który wykazuje zbieżność anatomii stóp z człowiekiem. Odkryto ok. 50
śladów, pozostawionych przez kilka osobników, albo młodych, albo drobnej budowy.
Uzupełnijmy: znane przedtem najstarsze ślady uważane za zbliżone morfologicznie
do hominidów znaleziono w Etiopii i miały one 4,4 mln lat, ale osobnik, który je
pozostawił, nazwany Ardipithecus ramidus miał więcej cech małpich, niż ludzkich.
Dwunożne australopiteki z Laetoli w Tanzanii mają ok. 3,5 mln lat. Tutaj mamy do
czynienia z osobnikami sprzed bez mała 6 milionów lat, w dodatku o cechach
bliższych człowiekowi. Przez wiele lat sądzono, że kolebką
ludzkości
są okolice tzw. Rowu Afrykańskiego, skąd nasi
praoyce (i pramatki, oczywiście, też!)
wyemigrowali z powodu zmian klimatycznych na Półwysep Arabski, i dalej w
przeciwnych kierunkach: w głąb Azji i Europy. Nieco później ten pogląd należało
zweryfikować, po odnalezieniu szczątków sahelantropów – ssaków
człekokształtnych, żyjących ok. 7 milionów lat temu w Sahelu, czyli na
południowych obrzeżach Sahary, w okolicach jeziora Czad. Uważano, że jeśli w
ogóle te naczelne były przodkami człowieka (a może wspólnymi przodkami człowieka
i szympansa?), to przeniosły się potem do wschodniej Afryki i dalej emigrowały
opisaną już trasą. Ale niedawno w Grecji koło Aten i w Bułgarii odkryto
sfosylizowane fragmenty uzębienia (żuchwa, ząb) hominida, którego nazwano
grekopitekiem i datowano znalezisko na 7,2 miliona lat. Może więc po prostu
nasi przodkowie i dalecy prakuzyni (bo przecież nie mamy żadnych dowodów na to,
że ci wszyscy owłosieni dżentelmeni wyprodukowali ewolucyjnie naszego homo
sapiens, a nie byli bocznymi, wymarłymi ogniwami ewolucji) wędrowali kędy
chcieli, korzystając z faktu, że między Afryką a Europą w tamtym czasie istniał
pomost lądowy, a w ogóle morza były nieco bardziej suche, jeśli można tak
powiedzieć.
Zauważmy, jak długo trwały badania dr. Gierlińskiego i jak ostrożnym językiem
napisany jest komunikat o odkryciu. Naukowcy spotkali się z dziennikarzami
polskich mediów na konferencji prasowej we wrześniu 2017 r. i zaraz potem
rozpoczął się medialny festiwal sensacji, głupoty i ignorancji:
- Polak odkrył na Krecie najstarsze ślady
człowieka.
- …Trafił na ślady praludzi, o których nie
mieliśmy pojęcia
-
Najstarsze na świecie ślady praprzodków człowieka
-
Na Krecie odkryli szczątki człowieka sprzed
5,7 miliona lat
- Nie można też wykluczyć, że pierwsi
praludzie pojawili się nie w Afryce, ale właśnie w Europie, a mianowicie - w
Azji Mniejszej i na Bałkanach.

I tak bez końca, już mi się nie chce tego wszystkiego cytować. Oczywiście, żeby
być dziennikarzem, nie trzeba wiedzieć jaka jest różnica między szczątkami a
śladami oraz tego, że Azja Mniejsza nie leży w Europie. Chociaż chciałoby się,
żeby technika „skrótu myślowego” nie była używana przez kretynów.
Dziś ślady w Trachilos są niemal niewidoczne: przykryte kupą żwiru czekają na
dalsze badania. Udało się to i owo sfotografować, bo coś spod kamyków wystaje.
Na szczęście sensacja minęła, badania trwają i można mieć nadzieję, że jeszcze o
nich usłyszymy, a odkryciem Gerarda Gierlińskiego Polska będzie umiała się
chwalić na świecie. Inna rzecz, że po Koperniku i Curie Skłodowskiej nauka
polska już nie ma wzięcia, o czym świadczą niszowo znane prace fizyka Mariana
Smoluchowskiego, matematyka Stefana Banacha, astronoma Kazimierza
Kordylewskiego, czy księdza i fizyka Michała Hellera.
W
pobliżu płyty ze śladami naszych ewentualnych pradziadków jest ciekawe
stanowisko archeologiczne Viglia, gdzie oglądamy pozostałości nadmorskiej osady
z okresu średniominojskiego (1900-1700 r. p.n.e.). Są tu pozostałości trzech
pomieszczeń sporego domu, gdzie prawdopodobnie znajdowało się też miejsce kultu
– nie wiemy jakiego, zresztą w ogóle o szczegółach religijnych rytuałów
Minojczyków wiemy mało. Miejscowość istniała także w późniejszych czasach, o
czym świadczą fragmenty dużych kolumn jońskich oraz kilka grobów z czasów
klasycznych.
Jak już jesteśmy w tej okolicy, postanawiamy odwiedzić dawny port Falasarna,
usytuowany dokładnie na zachodnim wybrzeżu wyspy. Z Trachilos w linii prostej
mamy tam tylko pięć kilometrów, ale na Krecie mało która droga jest prosta, bo
trzeba mocno nadkładać, objeżdżając góry. Pokonujemy więc kilkanaście
malowniczych kilometrów, mijamy dość zatłoczoną plażę i po szutrowej drodze
wjeżdżamy na teren kolejnych prac archeologicznych. Przed nami góry, po lewej
ruiny dawnego miasta i portu, po prawej – plantacje oliwek, dalej winoroślą,
jest też niewielka pasieka. Na polankach między kamieniami pasą się kozy.
Byliśmy w Falasarnie już dawno temu, ale miejsce to zawsze robi spore wrażenie.
Najpierw mijamy
wielki kamienny tron, pochodzący rzekomo z czasów prehistorycznych, wiązany z
postacią boga Posejdona. My naturalnie nazywamy to
fotelem diabła, bo przypomina nam
podobną formację, widzianą w Landwedocji, opatrzoną właśnie tą szatańską nazwą.
Nieco dalej niewielki parking i wejście na teren wykopalisk. Obie atrakcje są
bezpłatne, ale czynne tylko do 15-tej. Falasarna zawdzięcza podobno swoją nazwę
mieszkającej tu nimfie morskiej o tym samym imieniu. Ruiny są – o ile można
sądzić – stosunkowo dobrze zachowane, ale i sama miejscowość, jak na warunki
kreteńskie, nie jest zbyt stara, bowiem ważny
port,
wokół którego wyrosło miasto, powstał prawdopodobnie ok. VI w p.n.e., a
szczególnie rozkwitł na przełomie IV i III wieku. Ale dogodne położenie, zarówno
pod względem geograficznym, jak i strategicznym, nie mówiąc już o ukształtowaniu
samego nabrzeża z naturalną laguną pozwalają przypuszczać, że już doskonale
znający się na żegludze Minojczycy mogli mieć tu jakiś niewielki port. Mogą o
tym świadczyć też znalezione na tutejszym cmentarzyku pitosy, w których
przechowywano prochy zmarłych, co praktykowano właśnie w czasach minojskich.
W okresie, gdy w Egipcie panowali Ptolemeusze, mający – jak
już wiemy – wielką bazę morską na Santorini, Kreta była dla nich ważnym punktem
komunikacyjnym, zaś port w Falasarnie leżał w doskonałym miejscu, by przyjmować
statki płynące z Aleksandrii, będącej wówczas egipską stolicą. Teren był d
obrze
zabezpieczony także militarnie, do czego przyczyniała się architektura obronna,
której fragmenty widać jeszcze dziś. Jej głównymi punktami były cztery wieże,
połączone murami. Dwie z nich, dobrze zachowane, imponują nawet teraz. Przy
porcie powstało spore miasteczko, z własnym Akropolem, świątyniami poświęconymi
Artemidzie, cysternami na wodę i łaźniami, a także wspomnianym już c
mentarzem.
Był czas, że miasto biło własną monetę, z postacią kobiety - być może Artemidy –
po jednej stronie, a po drugiej z literami
FA
i trójzębem Posejdona.
Falasarna upadała niejako dwuetapowo: najpierw w latach 69-67 p.n.e. Rzymianie,
chcąc ukrócić zuchwalstwo piratów, którzy tu urządzili sobie siedzibę, zburzyli
część domów i urządzeń portowych, a sam port zablokowali wielkimi skałami,
pozostawiając jedynie kanał dla małych łodzi. Upadł wtedy dalekomorski handel
Falasarny, ale miasto i port jeszcze jakoś egzystowały do 21 lipca 365 r., kiedy
to miało miejsce wielkie trzęsienie ziemi, połączone z potężnym tsunami, które
to zjawiska zniszczyły wiele portowych miast w tym rejonie Morza Śródziemnego, a
nawet wokół Adriatyku i w Egipcie. Dla Falasarny najgorsze jednak było to, że
cała ta część wyspy niespodziewanie podniosła się o 6-9 metrów, w wyniku czego
port znalazł się nagle nad wodą i tym samym przestał istnieć. Mieszkańcy
stracili pracę i powoli opuścili miasto. Ale dzięki tej katastrofie możemy dziś
przyjrzeć się dokładnie jak wyglądały doki, fragmenty stoczni, miejsca wyładunku
– wszystko to znajdujące się dziś około 100 metrów od aktualnego brzegu morza.
Falasarna opustoszała na kilkanaście stuleci – wykopaliska rozpoczęto tu w
latach 60. ub. w.
Wracamy, kierując się w stronę miasta, z którym Falasarna prowadziła wojną w IV
i III w. p.n.e. – Polirrenii.
Jakimiś
okropnymi bocznymi drogami pokonujemy kilkanaście kilometrów i dojeżdżamy do
miasteczka wśród gór, którego dzisiejszy wygląd nie przypomina o fakcie, że w
czasach archaicznych (VIII-IV w. p.n.e.) osada na wzgórzu, założona przez
Achajów i rozbudowana przez Lacedemończyków kontrolowała całą zachodnią część
Krety, była wojskowym partnerem Macedończyków i Ligi Achajskiej i skutecznie
przeciwdziałała zawładnięciu władzy nad wyspą przez Knossos i Gortynę, biła
także własną monetę, z wizerunkiem króla bogów – Zeusa. W czasach rzymskich
Polirrenia kwitła nadal, po zawarciu sojuszu z portowym Kissamos, które nabrało
wtedy większego znaczenia. Dziś po tych sukcesach zostało niewiele śladów –
miasteczko w jego części starej i nowej można obejść bez pośpiechu w kwadrans,
oglądając kilka wyciętych w skale grobów, ruiny hellenistycznych i rzymskich
murów obronnych, pozostałości akropolu
oraz rzymski akwedukt, wybudowany w czasach cesarza Hadriana (II w.) Kościół
stojący pomiędzy wykopaliskami a nową częścią miasta (w której mieszka zaledwie
ok. 100 osób) wybudowany został pod koniec XIX w. na ruinach świątyni Artemidy
Dictynna i dziś ma jako patronów Dziewięćdziesięciu Dziewięciu Świętych Ojców.
Nazwa miasteczka dość dokładnie określa to, czym w znacznej części zajmowali się
jego mieszkańcy – poli rinia to tyle,
co wiele owiec. Dziś wśród
odrutowanych pól pasą się raczej kozy.
Słońce powoli chowa się za górami, więc pora wracać. Ale nie spieszy nam się aż
tak bardzo, żeby jechać prostą drogą, Znów telepiemy się kilkanaście kilometrów
górami, co zajmuje nam prawie godzinę, by dojechać do
miejscowości
Potamida. To nieduża miejscowość (ok. 250 mieszkańców), na szczęście bez
rzucających się w oczy zabytków historycznych, których przynajmniej ja mam już
na dziś dosyć. Nazwa też trochę ponad stan, bo zapewne wywodzi się z odniesienia
do mitycznych nimf rzecznych, Potamidae (od
potamos, rzeka). Nimfy w oczy się nie rzucają, a jeśli już to dość
leciwe, w czarnych chustach, prowadzące przez wieś krowy. Byliśmy tu już kiedyś,
ale chcemy odświeżyć wrażenia. Renatka, dysponująca do tych spraw niezwykłą
pamięcią, pilotuje Michała i każe najpierw zjechać z głównej drogi do wsi, a
potem – koło szkoły przez most nad rzeczką Tyflos (to pewno ten
potamos) wśród coraz rzadszych domów,
najpierw w lewo, potem w prawo – i już je widać. Prawie białe, strome i o
dziwacznych kształtach, usytuowane w środku pola piramidy błotne. Obok niewielka
stadnina koni, pilnowana przez gospodarza i kilka niezbyt przyjacielskich psów,
które jednak nie reagują, gdy się nie wchodzi na „ich” stronę drogi prowadzących
do tej kreteńskiej Kapadocji.
Wrażenie jest niebywałe. Poszarpane przez erozję
κοηολίθi,
Komoliti, jak się je
tu nazywa zbudowane są z glinu i krzemu, który dość trwale wiąże się z wodą,
powiększając swoją objętość co powoduje, że byle deszcz nie rozpuszcza tych
dziwnych tworów. Efekt wzmaga jeszcze to, że kilkanaście glinianych stożków,
które przy suchej pogodzie przypominają trochę beton, stoi w tzw. szczerym polu,
na pustej i równej przestrzeni. Są niezwykle starymi formacjami – pochodzą
bowiem z okresu, kiedy teren ten zalewało formujące się dopiero Morze
Śródziemne, czyli z ery messyńskiej. Czyli z późnego Miocenu. Czyli z czasów,
kiedy w odległym zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów ponadmorskiej skale
spacerował nasz ewentualny praprzodek, którego ślady odkrył dr Gerard Gierliński.
Jeszcze tu wrócimy, przy lepszym świetle. Na razie trzeba jechać do Maryny. W
mieszkaniu pięknie posprzątane, za oknem nadal wiatr, głośny szum morza, ale
fale jakby mniejsze. Renata ryzykuje wieczorną kąpiel w morzu, my szykujemy
kolację. Główne jej składniki kupuję u Jorgosa w sąsiednim markecie – mocno
starszy pan jest na posterunku od świtu do północy, sklep choć mały, zaopatrzony
we wszystko co nam potrzebne, ceny nie nadwyrężają portfela, można płacić kartą.
I co najważniejsze – pogoda zdecydowanie się poprawia.
