Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!
© Copyright by Maciej Pinkwart
28 czerwca 2012
Wakacje z Korolcią i Renatką, czyli cztery dni bez telewizji
Nareszcie się udało - najdłuższe dni i najkrótsze noce mogliśmy spędzić
z dala od codziennych obowiązków, choć nie bez obowiązków
niecodziennych. Odpaliłem Korolcię w sobotę około 9 rano i omijając tym
razem lunch w Antolce dotarliśmy z Renatką do milanowskiego klasztoru
przy Szkolnej przed 16-tą, z przerwą na obiad w Dobrucie przed Radomiem.
Droga nie najgorsza (oczywiście pomijając koszmar północnych przedmieść
Krakowa), a między Szydłowcem a Grójcem (z przerwą na niemiły Radom) w
zasadzie znakomita, wliczając część zakopianki - prawie jedna trzecia
biegnie po luksusowej ekspresówce. Koło szóstej po południu
zameldowaliśmy się u pana Tadeusza Iwińskiego w podkowiańskiej "Aidzie",
gdzie miałem prywatny wieczór autorski - dla przyjaciół i znajomych
gospodarza oraz Jaśminy i Zbyszka Jachimskich. Z mojej "puli" była Ulka
Jachimska oraz pan Adam Arndt z Łodzi, w sumie przeszło 30 osób w wieku
przeważnie dość zaawansowanym. Wszyscy zgromadzeni przy wielkim stole w
salonie, niektórzy na rozkładanych krzesełkach pod ścianami. A na stole
były pyszności do jedzenia i rzymska wręcz ilość winka maści czerwonej.
Przedstawiony krótko przez gospodarza, przeczytałem trzy zestawy tekstów
(rozdzielone winkiem, na które patrzyłem tylko z daleka....): dwa cykle
z przygotowywanego do druku tomiku wierszy (Werona, Potrojenie),
opowiadanie Prekursor i garść limeryków. Odbiór był różny: zdawało mi
się, że część publiczności bardzo tłumiła swoje reakcje, obawiając się
opinii innej części publiczności. Potem, w rozmówkach, raczej było
bardzo sympatycznie. Wróciliśmy do klasztoru tuż przed ciszą nocną.
Nazajutrz, w niedzielę, poszliśmy najpierw na kawę do milanowskiej
kawiarni "Klimaty" (za której zdjęcie kiedyś Renatka zdobyła nagrodę w
konkursie "Pocztówka z Milanówka"), potem na spacer ulicami miasta
(przepiękne dęby na placu przy ul. Starodęby!) i Renatka na zakupy
sukienek w znakomitym sklepie "For". A na 12.30 stawiliśmy się na
koncert Jaśminowej Filharmonii Dziecięcej w podkowiańskim Pałacyku,
gdzie grała świetna orkiestra jazzowa ze śródmiejskiego domu kultury. W
repertuarze były same hiciory swingowe, czyli evergreeny. Była to
ostatnia filharmonia w tym roku, więc było bardzo uroczyście, ładnie i
nawet wzruszająco. Tam też zjedliśmy niewielki lunch i pojechaliśmy w
poprzek Mazowsza do Żelazowej Woli, żeby zobaczyć jak tam jest po
remoncie.
No więc jest... interesująco. Parking (8 złotych, przyszłem po
pieniądze powiada pracownik jak zajeżdżasz) jest naprzeciwko
kamiennego muru otaczającego park chopinowski, jako żywo
przypominającego ogrodzenie z obozu w Auschwitz. Holl recepcyjny, kasa i
stoisko z wydawnictwami zajmują cały ogromny pawilon, można kupić bilet
tylko do parku, lub do parku z dworkiem. Całość 23 złote, sam park
normalny - 7 zł (ulgowe 14 i 4). Ja miałem jako emeryt muzealny za
darmo... Audioprzewodnik za darmo, w cenie biletu. Park piękny, choć nie
bez kiszkowatych elementów: np. na Utracie są dwa mostki. Jeden nazywa
się "Mazurek" i jest takim stylowym, weneckim, łukowatym łącznikiem, a
drugi, odległy może o 100 metrów nazywa się "Polonez" i przypomina
drewniane prostokątne koryto przerzucone przez rzekę. Najfajniejsza jest
muzyka, płynąca z małych głośniczków ukrytych w trawie, najwidoczniej
wodoodpornych, ale emitujących dźwięk w dobrej jakości. Wiele ludzi ich
słucha nawet na leżąco - czasem w trawie, a czasem na takich specjalnych
ławkach, przypominających katafalki... Był przez nie najpierw
transmitowany koncert (tradycyjnie pianista gra na fortepianie w środku,
publiczność siedzi na zewnątrz nie widząc go, idiotycznie, ale zawsze
tak było), potem - muzyka mechaniczna. W parku sporo pięknych kwiatów,
także egzotycznych drzew, w ogóle dość mi to przypomina Łazienki w
Warszawie.
Po zakończeniu koncertu, wchodzimy do dworku. Wrażenie piorunujące. To
znaczy, wrażenie typu Boże, Ty
widzisz i nie grzmisz...
Malowany strop, na jasnych ścianach sporadycznie nieczytelne zdjęcia,
rysunki, całkowicie pozbawione kontekstu cytaty, obrazy stanowiące kopie
kopii... Teraz, kiedy patrzę na zdjęcia, to mi się nawet niektóre rzeczy
podobają, bo ładnie się komponują i dochodzę do wniosku, że osoba
projektująca to wnętrze po prostu usiłowała stworzyć dzieło sztuki hepenerskiej. Ale nie muzeum - czyli miejsce gdzie zachowuje się dla
potomności cenne dla kultury pamiątki przeszłości. Albo szerzej, w myśl
Ustawy o muzeach: Muzeum jest jednostką organizacyjną nienastawioną
na osiąganie zysku, której celem jest gromadzenie i trwała ochrona dóbr
naturalnego i kulturalnego dziedzictwa ludzkości o charakterze
materialnym i niematerialnym, informowanie o wartościach i treściach
gromadzonych zbiorów, upowszechnianie podstawowych wartości historii,
nauki i kultury polskiej oraz światowej, kształtowanie wrażliwości
poznawczej i estetycznej oraz umożliwianie korzystania ze zgromadzonych
zbiorów. Interesujące, dlaczego się płaci tyle kasy za wejście do
takiego czegoś? Zapewne w audioprzewodniku jest wszystko powiedziane,
ale jak to ma być, że do jednego ucha wpada komentarz, a drugim słuchamy
muzyki? Ktoś, kto zostanie tu przywieziony i nie będzie miał ze sobą
wiedzy o Chopinie - nie dowie się tu o kompozytorze nic. Ani o jego
życiu, ani o twórczości, ani o przyjaciołach czy rodzinie...
Lądujemy koniec końcu w Cafe "Fryderyk" i zastanawiamy się, ile z tego tryndu nowoczesności żelazowowolskiej trafiłoby do "Atmy", gdyby nie poruszona opinia publiczna?
Z Żelazowej Woli, podziwiając znów oświęcimski mur ogrodzenia muzeum,
między polami dojrzewających zbóż, dojeżdżamy do Grodziska, gdzie w
starym domu państwa Jachimskich spotykamy się z Ulą na pysznym obiedzie
i pogaduszkach, trwających prawie do dziewiątej. Ile wspomnień mam z
tego starego, a teraz remontowanego budynku! Jedziemy potem ulicą 3
Maja, dziś pięknie wyasfaltowaną, a niegdyś między Grodziskiem a
Milanówkiem będącą po prostu wiejską ścieżką, którą pokonywałem tyle
razy na piechotę, w bardzo różnym stanie ducha, ciała i umysłu, w
czasach licealnych i studenckich.
W poniedziałek piękna dotąd i ciepła pogoda trochę się psuje - ochłodziło się, na niebie coraz więcej chmur. Za zdalną radą Michała postanawiamy to wykorzystać i odbyć dłuższą nieco wycieczkę - do położonego o 90 km od Milanówka Halina. Nastawiam nawigację, która prowadzi nas najpierw do Brwinowa, potem w stronę Błonia, wreszcie skręca do Pruszkowa, przez Pruszków i kierując Korolcię po jakich dramatycznie złych asfaltach wyciąga nas na polną drogę, między kartofliskami... Po czym znów do Pruszkowa, a kiedy orientuję się, że proponuje nam kolejną pętlę do kartofliska, pokazuję jej środkowy palec i jadę za zwykłym drogowskazem do nowo oddanej przed Euro autostrady A-2. Znakomitą drogą do Warszawy, tam obwodnicą północną, nieco ciasno, jak zawsze, skrajem Pragi i przez Marki, ale od Radzymina pod Wyszków docieramy migusiem nowiutką ekspresówką, od której w kilka chwil jesteśmy w Pustych Łąkach i podjeżdżamy pod Halin.
I tam jakby nic się nie zmieniło. Pawilon, choć remontowany obecnie,
stoi tam gdzie stał, przed nim gazon, na którym rundkę samochodową
robiła
Mama po swoim kolejnym ślubie, między drzewami dawny Dom Pracy
Twórczej "Dąbrówka", wielka przestrzeń ogrodu i parku, plac zabaw dla
dzieci... Ośrodek stoi pusty, przygotowywany do sezonu, który pewno
rozpocznie się w lipcu. Jeden z pracowników otwiera nam bramę,
zostawiamy Korolcię i idziemy oglądać "Dąbrówkę", wybierając sobie
pokoje na ewentualny przyjazd. Przyczepia się do nas sympatyczna sunia
Znajdka, kilka dni temu przygarnięta przez pracowników Halina i z nią
razem idziemy do lasu, gdzie zauważam mnóstwo punktów topograficznych
sprzed lat, a sam las jest w o wiele lepszym stanie, niż zapamiętałem z
ostatniego pobytu. A jadąc tak się obawiałem, czy może cała puszcza już
nie została wycięta, a w jej miejscu jest - bo ja wiem - osiedle bloków
deweloperskich? Odnajduję charakterystycznie powyginaną sosnę, przy
której od niepamiętnych czasów robiłem zdjęcia - i tym razem wieszam
aparat na sęku, nastawiam samowyzwalacz i uwieczniam nas z Renatą w
miejscu, które ja tak dobrze znam, a ona jest tu pierwszy raz. Trochę
kręci nosem na szalejące na pewno w okolicy dziki (rzeczywiście, ślady
po ich ryciu widać dookoła), na to, że na pewno zaraz zabłądzimy w
bezbrzeżnym lesie (w którym jak mi się wydaje, znam na pamięć każdą
ścieżynkę, ale pamięć w moim wieku nie jest najlepszym argumentem,
wiem...), że piesek pobiegnie na szosę i przejedzie go auto... Ale tak
naprawdę widzę, że okolica i na niej robi wrażenie i się jej podoba.
Mam nadzieję, że niebawem wrócimy tu całą paczką.
Umówieni w Podkowie na obiad, zbieramy się z powrotem i klucząc nieco po
obrzeżu Warszawy wpadamy wreszcie na autostradę, przy której nie ma ani
jednej stacji benzynowej. Na oparach paliwa dojeżdżamy do zjazdu
grodziskiego, tankujemy i pojawiamy się w Podkowie u Zbyszków o zapowiedzianej
porze. Miło i sympatycznie spędzamy kilka godzin i późnym popołudniem
wracamy do Milanówka. Za wcześnie na powrót do naszych cel klasztornych,
więc zostawiamy auto koło ośrodka kultury i idziemy znów na spacer,
zaczynając po Bożemu od kościoła św. Jadwigi. Renatka wypytuje mnie, czy
to rzeczywiście tu byłem chrzczony i szedłem do Pierwszej Komunii,
potwierdzam, dodając że tutaj też na bierzmowaniu otrzymałem trzecie
imię - Franciszek (co wywodziło się z moich ówczesnych zainteresowań...
przyrodniczych). Przed moim dawnym liceum na ul. Piasta zauważam ciekawą
tablicę informacyjną, potem widzę je przed niektórymi zabytkowymi
willami. To element szlaku historycznego i terenowe uzupełnienie
przewodnika po Milanówku, ale ciekawie prezentuje historię i znaczenie
obiektów, przed którymi się właśnie pojawiamy. Zastanawiam się, czy
byłoby tak trudno kilkadziesiąt takich tablic usytuować w Zakopanem? Czy
byłoby to takie drogie? U nas na niektórych domach są takie tablice na
ścianach, ale dość oszczędne w treści i stosunkowo mało czytelne. Tutaj,
w Milanówku, domy są przeważnie w dużych ogrodach, a tablice stoją na
zewnętrz, na gruncie, jak rozumiem - miejskim.
Wracamy do klasztoru, gdzie wieczór umila nam jakaś Oaza czy kolonia dzieci z pierwszych klas podstawówki. Jest ich ze dwadzieścia, mieszkają na naszym piętrze w pokojach, sąsiadujących z naszymi jedyneczkami. Pokoje mają spore, ale przecież i tak najmilszym miejscem jest dla nich korytarz. Wszystkie tam biegają, wszystkie mówią naraz, wszystkie krzyczą i dobijają się do wszystkich drzwi. Ale przed dziesiątą wszystko ustaje jak nożem uciął, cisza nocna jest zupełna.
I ostatni dzień naszych pracowitych wakacji, wtorek. Kolonia stawia nas
na nogi o godzinie siódmej, jemy śniadanie, pakujemy się. Dzieciaczki po
9-tej wymaszerowują na wycieczkę, my się żegnamy (nomen omen) i prujemy
do Warszawy. Bez kłopotów tym razem, konwencjonalną drogą docieramy do
dzielnicowej biblioteki na Ochocie, która ma świetną nazwę "Przystanek
Książka". Zostawiamy auto na wewnętrznym parkingu osiedlowym,
przebieramy się na ciepło - w międzyczasie temperatura spadła do 11
stopni, trochę popaduje deszczyk - kupujemy dzienne bilety komunikacyjne
i wsiadamy do tramwaju, który wiezie nas do Centrum. Próba dotarcia do
Pałacu Kultury kończy się fiaskiem: cały jest obudowany okropnie
badziewną Strefą Kibica, a poza tym pada coraz bardziej i wieje, więc
zmieniamy pierwotne plany, a właściwie realizujemy ich następną część:
jedziemy autobusem do Muzeum Narodowego, gdzie planujemy szybko
przelecieć przez główne kolekcje, zobaczyć nową ekspozycję po remoncie, i spotkać
się z Anną Żakiewicz, żeby porozmawiać o muzeum Witkacego. Ale w Muzeum
trwa
promocja jakiejś książki o designie, więc dzwonimy do pani
Żakiewicz i lądujemy na zapleczu, wśród dzieł Witkacego, Hasiora i
Brzozowskiego czujemy się jak w domu, a fantastyczna osobowość gospodyni
sprawia, że mijają trzy godziny nie wiedzieć kiedy. Ze zwiedzania już
tym razem nici, więc odkładamy to na następny raz i maszerujemy koło
Giełdy (dla mnie - koło KC...) na plac Trzech Krzyży, gdzie w barze o
wdzięcznej nazwie "Szparka" je
steśmy umówieni z panem Krzysztofem Hordyńskim, znanym nam dotąd tylko z internetowej korespondencji na
tematy paryskie, prowansalskie i tatrzańskie. Poznaliśmy się, gdy ja
pisałem Paryż dla Pascala, a on był tam przewodniczącym polskiej komórki
OECD, czyli Organizacji Współpracy i Rozwoju. Rozmowa znów jest ciekawa
i bardzo sympatyczna, ale musimy się żegnać, bo pora wracać na Ochotę.
Myślałem, że na spotkanie przyjdzie tylko parę osób, ale zrobiło się dość tłoczno. Było kilka osób z moich dawnych dziennikarskich studiów, przyjaciele z czasów Uniwersytetu i Waganta, wpadł Michał Jagiełło, kilka osób z wydawnictwa RM i sporo pasjonatów tatrzańskich. Gadałem godzinę, potem podpisywałem książki, no i odrzucając z żalem kilka zaproszeń na piwo lub kolację - po ósmej wieczór odpaliłem Korolcię w drogę powrotną. Trzeba było się spieszyć, bo Renata szła na 7 do pracy. W Nowym Targu byliśmy po pierwszej w nocy.
TUTAJ więcej zdjęć z ekskursji, autorzy: Renata Piżanowska i Maciej Pinkwart