Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!
© Copyright by Maciej Pinkwart
17-07-2011
Pustynia
Marzył
mi się ten kawałek Polski od lat, ale mimo że jest w sumie niedaleczko -
zrealizowałem to marzenie dopiero wczoraj. Bowiem od czasów szkolnej
geografii nie wierzyłem, że w Polsce może być pustynia. No ale jest, i w
sumie niewiele ponad 2 godziny stąd, gdzie to teraz piszę. Pustynia
Błędowska to była dla mnie taka romantyczna nazwa bez desygnatu i
dopiero, jak zacząłem ją wyszukiwać na rozmaitych Google Earthach i
Targeach - zobaczyłem, że to można i trzeba zobaczyć. Zakopianką -
autostradą A4, potem zjazd na Kraków zachód i Olkusz, skąd do Kluczy (tu
jest wejście wschodnie) i do Chechła, gdzie samochodem dojeżdża się nad
jej sam skraj. Nie jest to rzecz jasna ani Sahara, ani nawet plaża w
Sopocie, bo piasek brudno-szary z elementami żółtego, poprzetykany
roślinnością wydmową, rozjeżdżony przez motory i quady, jakby tu ktoś
trenował do Dakaru. Kiedyś był tu poligon wojskowy, nadal wisi tabliczka
z napisem "wstęp wzbroniony", ale na szczęście nikt się tym nie
przejmuje, ch
oć
czasem przychodzi refleksja, ile tam pod tym piachem może być
niewybuchów... Z przyjemnością przeczytałem, że ćwiczyli tu żołnierze
hitlerowskiej Afrika Korps - i od razu sobie przypomniałem swoje
opowiadanie "Pożegnanie z Afryką", którego akcję umieściłem na wydmach
łebskich...
Piasek naniosły tu rzeki (środkiem przez pustynię płynie... rzeka Biała Przemsza) i lodowce, ale jak sądzą historycy i geologowie, odsłonięcie warstw piasku, o głębokości niekiedy dochodzącej do 60 metrów, nastąpiło wskutek wytrzebienia lasów i postępującego stepowienia okolicy, także na skutek rozwoju okolicznego przemysłu (to jest między kopalniami Olkusza a hutami Zagłębia; sam Błędów, od którego pustynia bierze nazwę, leży koło Dąbrowy Górniczej). A potem ludzie przestali eksploatować pustynię no i roślinność zaczyna powracać. Warto jednak choć trochę tej Sahary zachować. Już teraz rosną tu jakieś karłowate wierzby, sosenki, no i coś takiego jak wydmuchrzyca piaskowa, jeśli nie mylę, oczywiście.
Wart
obejrzenia był także pobliski (14 km) zamek w Ogrodzieńcu, fantastycznie
utrzymana zrucenina, faktycznie ruiny usytuowane nie w
Ogrodzieńcu, tylko w Podzamczu, która to miejscowość w całości wygląda
jak deptak w Kołobrzegu: stragany z lodami, watą cukrową
i pamiątkami, wśród których przeważają drewniane łuki, plastikowe topory
i także plastikowe hełmy Wikingów. Co mieli mieć Wikingowie do
Ogrodzieńca - ne znaju, pane... Może to o to chodzi, że Szwedzi
zadali zamkowi (początki w XII w., obecny kształt z XV-XVI) największe
straty w 1655 i 1702 r. Ale w sumie, wata cukrowa też nie bardzo się
kojarzy z gotyckim zamkiem, a nikt się z niej nie dziwuje... Zamek jak
zamek, w sumie kamień na kamieniu i stragan na straganie, ale mnie się
najbardziej podobało sąsiednie wzgórze, którego wapienne skały pod
wpływem erozji ułożyły sie w kształt znanej fotografii, przestawiającej
plezjozaura, wynurzającego się z jeziora Loch Ness...