Maciej Pinkwart

Kebap praktyczny (5)

 

Pan Tarei i Święci Pańscy

 TUTAJ odc. 1 - Celtycki gen

TUTAJ odc. 2 - O szkodliwości prochów

TUTAJ odc. 3 - Meandrowanie

TUTAJ odc. 4 - Milas z tabletu

14 czerwca 2019. Wczoraj jechaliśmy na południe, dziś na północ. Kuşadası leży niemal w środku między Miletem a Efezem, bliżej tego ostatniego. Do Efezu mamy niespełna 20 km, ale ruch na drodze spory, więc dopiero koło 13-tej dojeżdżamy do celu. Współczesne miasto, na terenie którego leży starożytny Efez nazywa się Selçuk. Ciekawe są te zasady, według których język turecki ubezdźwięcznia te spółgłoski, które my wymawiamy dźwięcznie. Selçuk – Selczuk – to przecież Seldżuk, nazwa plemienia, które jako pierwszy lud turecki zdobył te ziemie i na nich osiadł. Te same, jak sądzę, zasady, kierują językiem, który kebab zapisuje jako kebap, zaś Efez jako Efes. Led pewno to nie turecki ubezdźwięcznia, tylko my udźwięczniamy? Skomplikowane.

Nie dojeżdżamy do współczesnego miasta, tylko dwa kilometry przed nim skręcamy za drogowskazem w prawo i kilometr dalej dojeżdżamy do wielkiego i ogromnie zatłoczonego parkingu. Jesteśmy w Efezie – mieście Heraklita, Matki Boskiej i Świętego Jana. I wielu innych sław z czasów dawno minionych. Autokary wycieczkowe, samochody osobowe i dolmusze, czyli nasze busiki (w Turcji, tak jak i w Tunezji – gdzie nazywają się louage – są one podstawowym środkiem komunikacji publicznej) szczelnie zapełniają plac, wokół którego znajduje się mnóstwo straganów, kiosków z pamiątkami, budek z lodami i restauracji. Oraz jedna, dość kiepska, toaleta publiczna. Naganiacze proponują nam podwiezienie dorożką do górnej, południowej bramy. Nie bardzo rozumiemy, dlaczego mamy jechać gdzieś, jeśli tu jest Efez, brama wejściowa, która wygląda na główną i kasa biletowa. I parking, na którym tylko co z trudem znaleźliśmy miejsce dla samochodu. Nie znając topografii nie jesteśmy się początkowo w stanie zorientować, że nie ma w tym żadnego oszustwa – po prostu na teren Efezu można wejść tutaj, na dole, czyli od północy, podchodzić w upale pod górę i potem wrócić w to samo miejsce – albo wejść bramą południową, na górze i po prostu schodzić do bramy południowej. Ale nie przyjmujemy oferty i idziemy do kasy. Bilet nie jest tani – 60 TL – ale miejsce, do którego wchodzimy jest warte takiej, albo i większej ceny. Od 2015 r. Efez jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. My z Renatą nadal mamy wstęp wolny.

Starożytne miasto nie jest wielkie – główna ulica, którą poruszają się turyści, załamana prawie pod kątem prostym niemal w połowie – liczy zaledwie około kilometra, choć z oglądaniem sąsiednich zaułków i stojących przy nich budynków świeckich i publicznych trzeba liczyć, że spacer obejmie dwa razy taką odległość. Dodajmy do tego fakt, że poruszając się wzdłuż drogi pokonujemy także czterdzieści metrów różnicy poziomów, oraz to, że temperatura już dawno przekroczyła 30 stopni w cieniu, a tego cienia – poza pierwszym odcinkiem - jest niewiele. W ogólnych charakterze Efez przypomina mi trochę Olimpię na Peloponezie, ale jest bardziej kompaktowy i bardziej… świecki. No i jednak zdecydowanie młodszy. Ale jest to zarazem pierwsze w naszej wycieczce starożytne miasto, gdzie jest tłok, a międzynarodowy gwar głosów nie bardzo pozwala na skupione przeżywanie spotkania z miastem, o którym słyszeliśmy w szkole: na lekcjach historii, na propedeutyce filozofii, na religii wreszcie. Wśród turystów największe są grupy tureckie i, jak wszędzie, japońskie oraz chińskie. Najgłośniej krzyczą przewodnicy tureccy, mówiący po japońsku. Najbardziej nowocześni są Rosjanie, który wszystko filmują z drona.

Mijamy znajdujące się po prawej pozostałości gimnazjonu, wybudowanego ok. 150 r. n.e. sumptem tutejszego mieszczanina Publiusa Vediusa Antoninusa i dziś noszącego jego imię (gimnazjon Vediusa). W środku dobrze widoczna jest hala sportowa, a obok – trzy pomieszczenia łaźni – z zimną wodą (frigidarium), ciepłą (tepidarium) i gorącą (caldarium), gdzie woda była podgrzewana rurami z ciepłym powietrzem, doprowadzonymi od pieców, ulokowanych w podpiwniczeniu. Opodal widać ruiny palestry, czyli miejsca, gdzie odbywały się ćwiczenia i zawody zapaśnicze, obok ulokowana była świątynia cesarza Hadriana. Naprzeciw, do drugiej stronie drogi znajdował się stadion, zbudowany za czasów cesarza Nerona – dziś zniszczony i mało widoczny – gdzie w czasach rzymskich odbywały się zawody sportowe, wyścigi rydwanów i walki gladiatorów.  Tuż przy drodze widzimy pozostałości łaźni z okresu bizantyjskiego, a droga odchodząca w tym miejscu od głównej ulicy doprowadza po prawej stronie do kościoła Marii Panny, wybudowanego w III w., na miejscu dawnej hali targowej z II w. Ruiny pokazują, jak potężna to była świątynia – miała 260 m długości i 30 m szerokości. W tym kościele odbywały się posiedzenia dwóch soborów kościoła chrześcijańskiego: w 431 r. posiedzenia trzeciego soboru powszechnego (poprzednie odbyły się w Nicei i w Konstantynopolu), na którym próbowano rozstrzygnąć istotę rozumienia osoby Jezusa (osoba boska, a zarazem osoba ludzka) i kwestie tytułu, jaki w związku z tym mógł przysługiwać jego matce – Theotokos, Boża Rodzicielka czy Christotokos, Rodzicielka Chrystusa (nie części boskiej, tylko części ludzkiej). Kolejny sobór efeski – unieważniony potem przez Kościół, bo opowiedział się za doktryną monofizytyzmu, czyli poglądu o jednolitym – wyłącznie boskim – charakterze natury Chrystusa (co uznano za herezję) odbył się tu w 449 r. Tak czy inaczej, w V wieku Efez był poniekąd stolicą chrześcijaństwa, w tym sensie, że zgromadzili się tu – i dwukrotnie pokłócili – najważniejsi biskupi nowej religii. Może ze względu na uświęcone tradycją związki tego miasta z matką Bożą, św. Janem, św. Pawłem i św. Łukaszem?

Dochodzimy do usytuowanego po lewej stronie ulicy teatru i przysiadamy na chwilę. Który to już teatr na naszej trasie! A ile jeszcze teatrów przed nami… Jednak, co tu dużo gadać: i Grecy, i Rzymianie – przy wszystkich swoich historycznych wadach – byli narodami nie mogącymi się obejść bez kultury…

Jesteśmy w miejscu, gdzie historia wyłania z ciemnych mroków, a legendy i mity, w znacznej mierze budowane później dla uzasadnienia dziejących się tu wydarzeń są tak wyraziste, że moglibyśmy je przyjąć jako opis wydarzeń historycznych, gdyby nie to, że… nie są wiarygodne. Najpopularniejszy jest efeski mit założycielski, według którego ateński królewicz Androklos wyruszył morzem na wschód, by założyć nową kolonię, a wyrocznia przepowiedziała mu, że nowe miasto Jonów ma powstać w miejscu, które wskażą mu ryba i dzik. Androklos wylądował u ujścia rzeki Kaistros i napotkał tam rybaków, którzy nad ogniem piekli ryby. Jedna z nich wpadła do ogniska, z którego wyleciał płonący węgielek i podpalił pobliskie zarośla, w których ukrywał się dzik. Dzik uciekł, rybę zjedzono, miasto założono. Jego nazwa ma wywodzić się od greckiego słowa ephesis, dążenie.

Co wiemy na pewno? Efez rzeczywiście założyli Jonowie, najprawdopodobniej w IX w. p.n.e., choć są mocne poszlaki wskazujące na to, że pierwsze osady – zapewne minojskie – pojawiły się tu już w okresie XIII-XI w. p.n.e. Nieco mniej wiarygodne jest wiązanie początków miasta z okresem panowania Hetytów (XVII w. p.n.e.) oraz z królestwem Arzawa, później znanego jako Lidia. Te spekulacje wywodzą się z zanotowanej nazwy miasta, znajdującego się pod panowaniem lidyjskim w tej okolicy, a którego nazwę – Apasas, miasto królowej Matkiutożsamiano z Efezem (po sąsiedzku miało być miasto Millawanda, w którym upatruje się pierwotnego brzmienia nazwy Miletu). Inne legendy wiążą powstanie Efezu z podbojami dokonanymi przez królestwo Amazonek, ale to zapewne apokryf, wynikający z obecnego tu kultu Wielkiej Matki – bogini z czasów przedgreckich, czczonej  prawdopodobnie także na Peloponezie i na Krecie.

Genezą wybudowania w rejonie Efezu pierwszej osady jest zapewne korzystne położenie miejsca, w którym niosąca wiele słodkiej wody rzeka Kaistros (jedna z odnóg delty Meandra) wpadała do morza – idealne miejsce do założenia portu i ośrodka miejskiego. Z tym, że miejsce to znajdowało się nieco dalej na wschód – w rejonie wzgórza Ayasuluk, bliżej dzisiejszego miasta Selçuk. Morze dochodziło wówczas niemal do stóp wzgórza. Okolicę, przed przybyciem kolonistów zza morza, zamieszkiwali pierwotni gospodarze tej ziemi – Karowie. W VII w. p.n.e. nadciągnęli znad Morza Czarnego indoeuropejscy Kimmerowie i spalili miasto, jednak ośrodek był zbyt ważny pod względem gospodarczym i strategicznym, by całkiem zniknął z powierzchni ziemi. Kilkadziesiąt lat później ujście Meandra znalazło się we władaniu Lidii, której król Krezus kazał ok. 560 r. p.n.e. odbudować miasto. Podczas tej odbudowy powstała słynna świątynia Artemidy, uznana za jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. Dwadzieścia lat później Anatolię najechał Cyrus Wielki i  Efez zajęli Persowie. Miasto poddało się bez walki, a że potem nie przystąpiło do antyperskiego buntu, wznieconego przez konkurencyjny Milet – opływało w dostatki do czasu, gdy okazało się, że grozi mu ten sam los, co sąsiadowi: Mały Meander, w starożytności uważany za osobną rzekę o nazwie Kaistros, przynosił z głębi Anatolii coraz więcej mułu, który stopniowo odsuwał port od morskiego brzegu. W 334 r. p.n.e. Efez został zajęty przez armię Aleksandra Macedońskiego, a po śmierci króla panowanie nad nim objął diadoch Lizymach, władca Tracji i Pergamonu, który zmienił jego nazwę na Arsineia – na cześć swojej żony Arsinoe. Za jego panowania centrum Efezu przeniesiono o 2,5 km bliżej morza – o tyle Meander odepchnął miasto od wybrzeża. Kiedy w III w. p.n.e. Pergamon oderwał się od królestwa Lizymacha, Efez (w 281 r. p.n.e. powrócono do tej nazwy) stał się częścią nowego państwa, zarządzanego przez Attalosa II i III. Ten ostatni, umierając w 133 r. p.n.e. przekazał Pergamon, a z nim – Efez na rzecz Rzymu. W 88 r. p.n.e. na skutek zbyt dużych obciążeń podatkowych mieszkańcy Efezu, który był w tym czasie stolicą zachodniej części Azji Mniejszej zbuntowali się przeciwko władzy rzymskiej, z inspiracji walczącego z cesarstwem helleńsko-perskiego króla Pontu, Mitrydatesa VI Eupatora. Podczas tzw. nieszporów efeskich (to oczywiście nazwa historyków współczesnych, nadana przez analogię do nieszporów sycylijskich, rzezi francuskich okupantów w Palermo z XIII w.). Zbuntował się, z poduszczenia Pontyjczyków, oczywiście nie tylko Efez, ale cały Pergamon, którego obywatele wybili ponad 80 tysięcy (niektórzy mówią, że dwa razy tyle) Rzymian i innych obywateli Italii – żołnierzy i cywilów, mężczyzn, kobiety i dzieci, bogatych i biednych. Ciał zamordowanych osób nie pozwolono pochować, a ich własności rozgrabiono, dzieląc się łupem z królem Pontu. W zamian za to Mitrydates zwolnił od płacenia podatków mieszkańców Efezu (i innych miast greckich w Azji) na pół wieku. Przez niespełna 20 lat Pontyjczyk utrzymał władzę nad Azją, tocząc ze zmiennym szczęściem wojny z Rzymem, po czym w obliczu buntu we własnej armii i wyniszczonej podatkami północnej części królestwa, zagrożony całkowitą klęską przez współtwórcę Pierwszego Triumwiratu, przyjaciela, a potem przeciwnika Cezara – Wielkiego Pompejusza, w 63 r. p.n.e. popełnił samobójstwo, pozostawiając po sobie mit wielkiego wodza, bezwzględnego okrutnika, wyrafinowanego miłośnika kultury helleńskiej i otaczającego się niebywałym przepychem orientalnego władcy. Efez powrócił we władanie rzymskie.

I dalej dzieje miasta potoczyły się tak, jak dzieje całego regionu: po Rzymie przyszło Bizancjum (395-1071), Arabowie (VII-VIII w.), Turcy Seldżuccy (1090) i Imperium Osmańskie (1426). Szczególnie ważny był Efez dla początków chrześcijaństwa, które dotarło tu prosto z Jerozolimy już w połowie I wieku, najpierw za sprawą  św. Pawła, który był tu podobno trzykrotnie w latach 55-58. Potem wiązano z Efezem dzieje św. Jana Ewangelisty, który uciekając przed groźbą prześladowań w Jerozolimie przybył tu z Marią, matką Jezusa. Prawdopodobnie już tu, w Efezie Jan został aresztowany i był torturowany przez Rzymian, a następnie zesłany na Patmos, gdzie rzekomo napisał Apokalipsę. Potem pozwolono mu wrócić do Efezu, gdzie spędził ostatnich kilka lat życia i ok. 100 r. został pochowany na wzgórzu Ayasoluk. Po kilkuset latach w miejscu jego grobu wzniesiono sporą bazylikę. Ale miasto coraz bardziej traciło na znaczeniu, bo już z początkiem naszej ery osady rzeczne praktycznie uniemożliwiły Efezowi pełnienie funkcji portu, w dodatku odgradzające go od morza bagna powodowały ciągłe nawroty epidemii malarii. W 263 roku miasto zostało złupione i zniszczone podczas najazdu Gotów. Dwa stulecia potem nieliczni pozostali w nim mieszkańcy postanowili przenieść się w głąb lądu, w okolice wzgórza Ayasoluk – gdzie z czasem powstało spore (dziś 25 tys. mieszkańców) miasto Selçuk. W XV w. ruiny starego Efezu opuszczono, zaczęła zarastać je roślinność i dopiero w drugiej połowie XIX w. zaczęli go ponownie odkrywać angielscy archeolodzy.

Teatr, który zatrzymał nas przy Drodze Marmurowej, prowadzącej w głąb Efezu, zaczęto budować w czasach hellenistycznych, prawdopodobnie w drugiej połowie IV w. p.n.e., rozbudowywał go Lizymach w III w. p.n.e., a prace zakończono w początkach II w. n.e., za czasów cesarza Trajana. Nie było tu najprawdopodobniej walk zwierząt, czyli służył on wyłącznie przedstawieniom dramatycznym (niekiedy z bardzo rozbudowaną scenografią – m.in. scenę można było napełniać wodą za pośrednictwem specjalnych urządzeń hydraulicznych, co pozwalało na prezentowanie w teatrze spektakli marynistycznych) i spotkaniom o charakterze religijno-politycznym. To najprawdopodobniej tutaj spotykał się z Efezjanami święty Paweł i tu wygłaszał swoje homilie, nie najlepiej zresztą przyjęte w tych fragmentach, w których apostoł gromił głupotę i niemoralność pogan, czczących fałszywych bogów. Podobno producenci dewocjonaliów – posążków wielbionej w Efezie Artemidy - w obawie przed utratą zarobków o mało nie pozbawili go życia. Teatr jest wielki – ma 38 m wysokości, widownia ma 150 m średnicy i mogło tam zasiąść 25 tys. widzów (plus 1000 na galerii).

Przy wejściu do teatru widać pozostałości fontanny z czasów hellenistycznych, gdzie widzowie mogli się odświeżyć przed lub po spektaklu. Na prawo, czyli na zachód odchodzi Droga Arkadyjska (nazwa nie od Arkadii, tylko od rzymskiego cesarza Arkadiusza, który najprawdopodobniej patronował renowacji trasy istniejącej już od czasów hellenistycznych), ozdobiona kolumnami po obu stronach, prowadząca na odcinku 600 m od teatru do miejsca, gdzie niegdyś znajdował się port. Ma szerokość 11 metrów, miała osobne chodniki dla pieszych, między kolumnami znajdowały się sklepy i stragany, wieczorami bywała oświetlona pochodniami i przyciągała tłumy pielgrzymów, spragnionych wypoczynku widzów teatralnych czy zwykłych spacerowiczów. Deptak od teatru do portu i z powrotem: efeskie Krupówki.

Wracamy na Ulicę Marmurową i powoli wspinamy się nią lekko pod górę. To część Świętej Drogi, łączącej centrum starożytnego Efezu ze Świątynią Artemidy. Wyłożona marmurowymi płytami zachowała do dziś ślady kolein jeżdżących tędy powozów. Po prawej stronie mijamy główną agorę, mającą kształt kwadratu o boku 112 m, wybudowaną w III w. p.n.e. i zmodernizowaną w czasach rzymskich. Dziś ogląda się ją tylko z zewnątrz, bo wciąż trwają tam prace wykopaliskowe. Nie żałujemy, bo oto przed nami najbardziej znany i najczęściej fotografowany obiekt starego Efezu – biblioteka Celsusa, wybudowana w 117 r. n.e. przez konsula Gajusza Juliusza Aquilę ku czci jego ojca - rzymskiego senatora i prokonsula prowincji Azji,  Tyberiusza Juliusza Celsusa Polemaeanusa. Senator urodzony ok. 45 r. w greckiej rodzinie, najprawdopodobniej właśnie w Efezie, służył jako oficer w legii rzymskiej w afrykańskiej Cyrenajce, został senatorem za czasów cesarza Wespazjana (to ten, co na krytykę wprowadzenia przez niego opłat za korzystanie z toalet publicznych miał odpowiedzieć: pecunia non olet, pieniądz nie śmierdzi), był sędzią pokoju w Rzymie, potem wicegubernatorem rzymskich kilku prowincji w Azji, dowódcą Legii Scytyjskiej, gubernatorem Bitynii i Pontu oraz Cylicji, po czym powrócił do Rzymu, gdzie został konsulem, a następnie – kuratorem rzymskich świątyń i budynków publicznych. Gdy syn Wespazjana, cesarz Domicjan rozpoczął na wielką skalę prześladowania innowierców, ogłosił się bogiem i w efekcie został zamordowany przez spiskowców, chcących uwolnić Rzym od jego paranoi – Celsus powrócił do Efezu, gdzie przeczekał zaledwie dwuletnie panowanie kolejnego cesarza – Nervy, a za czasów jego następcy, Trajana, powrócił do działalności publicznej i w 105 r. został prokonsulem i gubernatorem rzymskiej prowincji Azja.  Kilka lat później zmarł, a jako jego mauzoleum jego syn wybudował piękną bibliotekę, gdzie Celsus, uznany za wybitnego męża stanu i dobroczyńcę Efezu, został pochowany pod apsydą w krypcie wewnątrz budynku, po jego zachodniej stronie. Tak sobie myślę, że chowanie mężów stanu w bibliotekach, a nie w świątyniach czy Alejach Zasłużonych jest jeszcze jednym dowodem na to, jak kulturalni byli ci wstrętni Rzymianie i podstępni Grecy. Dziś w bibliotekach chowane są tylko dzieła lepszych pisarzy…

Biblioteka Celsusa jest jednym z lepiej zachowanych budynków starożytności. Wchodzimy na jej teren przez elegancką bramę, noszącą imię jej fundatorów, podobno dawnych niewolników Mazeusa i Mithrydatesa, z imion sądząc – być może perskiego pochodzenia, wyzwolonych przez cesarza Oktawiana Augusta, który panował od 27 r. p.n.e. do 14 r. Wybudowano ją w 40 r., a więc długo potem jak obaj panowie odzyskali wolność. A zatem brama dwóch panów M. jest o jakieś 60 lat z okładem starsza od biblioteki. No i to w ogóle nie jest brama, tylko coś w rodzaju potrójnego łuku triumfalnego, na którym starannie wygrawerowana inskrypcja po łacinie i po grecku głosi, że monument jest dedykowany cezarowi Augustowi, jego żonie Liwii i zięciowi Markowi Agryppie. Fundatorzy, już jako wyzwoleńcy zostali wysłani do Efezu jako rzymscy nadzorcy rzymskich posiadłości w tym mieście. Jako ważni oficerowie dość szybko doszli do majątku, no i jego część wydatkowali na zapewnienie sobie swojego rodzaju nieśmiertelności.

Wzniosłość często sąsiaduje z trywialnością. Jakiś czas po wzniesieniu owej bramy triumfalnej – ktoś (nie wiemy kto, może oni sami, albo inny nadzorca sąsiadującej z bramą agory) umieścił pod inskrypcją w środkowej części triforium (wysoko: wymagało pracy, zachodu i determinacji) kunsztowną płaskorzeźbę Meduzy, a pod nią napis ataqhi tuchi, co podobno ma znaczyć: tym, którzy tu sikają, które to tłumaczenie podaję za panią Izą z Turcji w sandałach. Meduza – najbardziej przerażająca z Gorgon – miała sikacza odstraszać i skłaniać do udania się we właściwe miejsce. Takim miejscem była położona nieopodal męska latryna (damskie były w innym miejscu i na razie ich nie pokazują), złożona z  48 sedesików na wolnym powietrzu - miejsce ulgi i konwersacji intelektualnych, jako że oczka latryny nie były przedzielone żadnymi ściankami. Latryna, zbudowana w I wieku naszej ery, była zapewne rzymska, więc jak najbardziej można wobec takiej otwartości defekacyjnej zastosować powiedzenie komediopisarza Terencjusza Homo sum - humani nihil a me alienum puto. Ale ze sloganem będącym potem mottem renesansu niewiele to wszystko ma wspólnego – podobno była to inwestycja cesarza Wespazjana, który kazał budować latryny w miejscach publicznych nie tylko po to, by kasować opłaty za ich wykorzystywanie, ale także po to, by zbierać w specjalnych zbiornikach mocz, wykorzystywany do garbowania skór…. Przepraszam!

Latryna męska znajduje się koło Łaźni Scholastyki (to imię fundatorki, rzekomo chrześcijanki). Ciekawe, że wychodek męski usytuowany jest obok łaźni, w której kąpały się kobiety – w tym podobno żona Nerona, która i tu dochowała rytuału codziennej kąpieli w oślim mleku. Brzmi nieźle, ale czy Poppea kiedykolwiek była w Efezie, nie mówiąc już o bliższym kontakcie z tutejszymi oślicami? Była żoną Nerona niespełna trzy lata (62-65), pilnowała spraw w Rzymie i podobno rządziła za cezara. Cóż, wiemy na pewno, że w Efezie bito monetę, która na rewersie miała wizerunek twarzy Nerona i Poppei, a sam Neron jest tu upamiętniony kilkoma budynkami.

A nieopodal Łaźni Scholastyki dociekliwi zwiedzający zapewne wypatrzą marmurową tablicę z wizerunkiem kobiecej twarzy, lewej (zapewne męskiej) stopy i symbolicznego serca oraz monety. W dziesiątkach publikacji tablicę tę uważa się za pierwszy przykład reklamy wizualnej: miała się znajdować przy wejściu do domu publicznego. Wizerunek kobiety miał przyciągać klientów, serce oznaczało miłość, a pieniążek – to, że za miłość trzeba płacić (brytyjscy autorzy zaopatrują tę informację w maksymę no money, no honey…), zaś wycięty w marmurze odcisk stopy miałby być wzorcem, wedle którego mierzono wiek potencjalnego klienta: posiadacze mniejszych stóp nie byli wpuszczani. Cóż, nie od dziś wiadomo, że wielkość stopy ma przełożenie na wielkość innych przydatnych tu części ciała… Może to tylko coś w rodzaju urban legend, powstałych wskutek tego, że w ruinach domu znaleziono figurkę bożka Priapa, z odpowiednio dużym, charakterystycznym dla niego akcesorium. Poza tym dom, wybudowany w IV wieku ma dekoracje dość zwyczajne: stoi w miejscu, gdzie od Drogi Marmurowej odchodzi ulica Kuretów, na kwadratowy (20,5 x 20,5) dziedziniec prowadzą wejścia od obydwu stron, ale… na parterze jest coś w rodzaju recepcji, z ładnymi mozaikami przedstawiającymi cztery pory roku, obok jest łazienka z dużym, eliptycznym basenem, na dnie którego jest też mozaika, tym razem przedstawiająca trzy kobiety spożywające posiłek, obok stoi pokojówka, a przy kobietach kot i mysz, podskubujące okruszki. Na piętrze znajdowało się kilka niewielkich pokoików. Czy ich przeznaczenie było prywatne, czy publiczne – nie mnie rozstrzygać. Kto chce – niech interpretuje to tak, jak mu się podoba…

Biblioteka Celsusa, która zapewne jest najczęściej fotografowanym obiektem w Efezie, ma trzy kondygnacje – dwie nadziemne, ozdobione kolumnami korynckimi i podziemną, gdzie pochowany został Celsus. Na jego grobowcu ustawiono pomnik Ateny, bogini mądrości, jakoby patronującej gubernatorowi. Inne figury, w niszach na pierwszym poziomie, także symbolizują cechy patrona: ponownie mądrość (Sophia), wiedzę (Episteme), inteligencję (Ennoia) i męstwo (Arete). Zwoje manuskryptów przechowywano w szafkach, znajdujących się w niszach na ścianach, których konstrukcja (podwójna warstwa murów, rozdzielona prawie metrową pustą przestrzenią) zapewniała ochronę przed zbyt wysoką wilgotnością i temperaturą. Po zbiorach znajdujących się w Aleksandrii i Pergamonie, biblioteka Celsusa w Efezie była trzecią najbogatszą kolekcją ludzkiej wiedzy i twórczości na świecie – liczyła ponad 12 tysięcy zwojów. W środku znajdowało się nieduże lektorium o wymiarach 16 x 10 m, ponad którym wznosi się dwupoziomowa fasada, wysoka na 16 m.

Niestety, piękno i funkcjonalność efeskiej biblioteki nie zapewniły jej nieśmiertelności. W 262 r. w wyniku trzęsienia ziemi legła w gruzach większa część budynku, w dodatku wybuchł tu pożar (być może nie w tym samym czasie, tylko w wyniku inwazji Gotów w tymże roku), który zniszczył wszystkie zbiory. Ocalała dziwnym trafem większa część fasady. Potem na dziedzińcu wybudowano fontannę z basenem, a o bibliotece zapomniano na kilka stuleci.

Przypomnijmy, że niewiele dłużej istniała słynna biblioteka aleksandryjska – jej główny księgozbiór został zniszczony podczas spalenia Bruchejonu w 273 r. n.e. Biblioteka w Pergamonie straciła na znaczeniu w 43 r. p.n.e., kiedy to większość jej zbiorów przekazano do Aleksandrii, ale istniała jeszcze w II w. n.e., a potem już popadła w ruinę.

Długo trzeba czekać, żeby zrobić sobie zdjęcie bez udziału innych zwiedzających, ale w końcu się to udaje. Opuszczamy bibliotekę i schodzimy z Drogi Marmurowej, która tutaj się kończy, by zacząć podchodzić coraz stromiej traktem, który nazywa się ulicą Kuretów. Dziś nazwę tę tłumaczy się jako ulicę kapłanów, tak bowiem nazywano w czasach późnogreckich mężczyzn, służących bogom w miejskich świątyniach. Ja pamiętam ich z mitologii kreteńskiej – byli to młodzi mężczyźni (wspólny źródłosłów z greckimi kurosami, których znamy z licznych posągów nagich młodzieńców, tak lubianych przez greckich dojrzałych artystów…), którzy swoimi głośnymi tańcami i muzyką zagłuszali w jaskini Idy płacz i krzyki tylko co urodzonego Zeusa, chroniąc go przed odszukaniem i pożarciem przez kanibalskiego ojca, Kronosa. W ten sposób kureci sprawowali opiekę – kuratelę – nad bóstwem (identyfikujemy słowo kurator?), najpierw Zeusem, a potem innymi. Rzeczywiście, przy ulicy Kuretów stoi wiele budynków, poświęconych bogom oraz deifikowanym cesarzom rzymskim, ale nie to jest w tym miejscu najciekawsze – w końcu, ruiny świątyń są tak podobne, że różnica między monumentami Trajana, Hadriana, Domicjana, czy nawet Heraklesa są niewielkie. Warto więc zwrócić uwagę na wyróżniający się po prawej stronie zespół domów tarasowych, przykrytych dziś dachem i odgrodzonych szklanymi taflami: prowadzi tu po schodach osobne wejście, przy którym stoi, niestety, osobna kasa. 30 lir to może niedużo, ale powstrzymuje większość popularnych wycieczkowiczów, zwłaszcza z wycieczek zbiorowych. Dzielnica willowa, przed dwoma tysiącami lat zawierająca rezydencje osób zdecydowanie ponadstandardowo bogatych, jest ciągle terenem badań archeologicznych, ale to, co już udostępniono do zwiedzania budzi zachwyt. To przede wszystkim wspaniałe mozaiki na podłogach, malowidła na ścianach, pięknie zdobione pokoje i korytarze willi, blisko ze sobą sąsiadujących domów, położonych przy tarasowo wznoszących się uliczkach. To zdecydowanie „nowoczesna” zabudowa: najstarsze domy powstały w I w. p.n.e., najmłodsze w VII w. n.e.

Młodzież wchodzi na karty dziennikarskie, ja przysiadam we względnym cieniu Świątyni Hadriana i zastanawiam się, gdzie kilka wieków wcześniej mieszkali Grecy. Pewno wszędzie i na miejscu ich domów potem mościli się Rzymianie. Źródła – mniejsza o ich wiarygodność – podają, że w czasach rzymskich mieszkało tu 250 tysięcy wolnych obywateli i co najmniej drugie tyle niewolników. Wcześniej – pewno niewiele mniej. Dotychczas wydobyto na światło dzienne ok. 20 procent powierzchni miasta, nie wszystko jest udostępnione do zwiedzania, ale to, co już można oglądać, budzi podziw i zawrót głowy. Ale wciąż nie ma w Efezie ruin budowli, przed którą postawiono by tabliczkę: tu żył i tworzył najbardziej znany i największy z obywateli miasta – filozof Heraklit z Efezu. Pochodził z bogatej rodziny, zapewne nawet arystokratycznej (mówią, że był potomkiem założyciela Jonii Androklosa, tego od ryby i dzika) i być może mieszkał właśnie tu, w górnej części miasta, gdzie wiatr przynosi nieco ochłody, a może w pobliżu miejsca, gdzie rzeka Kaistros wpadała do morza, bo choć był uważany za filozofa ognia, który właśnie w tym żywiole widział praprzyczynę bytu, to najbardziej znany jest z „wodnych sentencji”: panta rhei, wszystko płynie, co prawda odnosi się do idei ciągłych zmian w przyrodzie i w nas samych, w myśl zasady, także Heraklitowskiej: jedyną stałą w życiu jest ciągła zmiana. To samo zresztą oznacza drugi popularny aforyzm Heraklita: niepodobna wejść dwa razy do tej samej rzeki, bo już napłynęły do niej inne wody… Wierzył w to, że świat jest wieczny, nie stworzył go żaden bóg – tylko wiecznie zapalający się i przygasający ogień, który wyłania z siebie przeciwieństwa – ciepło i zimno, jasność i ciemność, ciało i duszę. A jedynie logos, słowo, czyli rozum, pozwala, by przeciwieństwa te stawały się jednością. Bogowie zresztą to po prostu nieśmiertelni ludzie, zaś ludzie – to śmiertelni bogowie… Niektórzy uważają go za dalekiego prekursora Hegla, ale jeśli dla niemieckiego filozofa postęp dokonywał się poprzez walkę przeciwieństw, to dla Heraklita – poprzez łączenie się przeciwieństw

Żył mniej więcej w latach 540-480 p.n.e., za czasów, gdy Efezem, Jonią i całą Anatolią rządzili Persowie – Cyrus Wielki i jego syn – Kambyzes II. Ale stronił od polityki, w ogóle chyba nie przepadał za ludźmi, których, jak już wiemy, w Efezie zawsze było wielu. Tradycja utrzymuje, że zirytowany ciągłym hałasem i nagabywaniem ze strony ziomków, którzy zawracali mu głowę i nie dawali spokojnie myśleć i pisać, zamieszkał w pustelni w pobliskich górach, żywił się roślinami i w końcu od tej kiepskiej diety zapadł na puchlinę wodną. Wrócił więc do Efezu, radził się lekarzy, w końcu sam wymyślił dość ohydną i - jak się okazało – nieskuteczną terapię: wyprowadził się do obory i stosował okłady z krowiego nawozu. I tak zakończył życie, zapewne nie pamiętając jednej ze swoich maksym, w których aprobował konieczność istnienia i uzupełniania się przeciwieństw: choroba pozwala poznać słodycz zdrowia...

Gdzieś tam, pod rozgrzanym teraz do białości niebem Efezu, unoszą się jeszcze myśli Heraklita, których tylko część zachowała się we fragmentach jego działa O naturze (spalonego wraz ze świątynią Artemidy, gdzie uczony je złożył). A wśród nich i te, które już cytowałem i te, które chcę przypomnieć teraz. Także dlatego, że moim zdaniem są bardzo trafne:

Dla mnie jeden człowiek wart jest tyle co trzydzieści tysięcy, a niezliczony tłum mam za nic.

Droga w górę i dół jedna i ta sama.

Gdyby życie polegało na przyjemnościach cielesnych, wówczas moglibyśmy nazwać woły szczęśliwymi, gdy znajdą groch do zjedzenia.

Nie powinniśmy wstępować w ślady naszych rodziców.

Nie wystarczy dużo wiedzieć, żeby być mądrym.

I zdanie, które szczególnie warto zapamiętać:

Lud walczyć musi o system prawa jak o mury miasta.

Podchodzimy coraz wyżej, w stronę południowej bramy, mijając kolejne świątynie, łuki triumfalne, fontanny (bez kropli wody), nagrobki, kolejną agorę, kolejny gimnazjon. Gdzieś tam, ku zachodowi, poza terenem normalnego zwiedzania, niedaleko miejskiej agory, znajduje się miejsce, które skrywa rzekomo grób świętego Łukasza Ewangelisty (który podobno w Efezie pobierał nauki u św. Pawła, tutaj też miał namalować pierwszą ikonę z wizerunkiem Matki Boskiej, znanej mu osobiście, umarł w zaawansowanym wieku w greckiej Beocji, ale nie wiadomo, gdzie został pochowany: przyznają się do niego Teby, Konstantynopol, Padwa i po cichu właśnie Efez.

W ruinach górnej agory znajdowała się też świątynia egipskiej bogini Izydy, wzniesiona prawdopodobnie za czasów romansu Marka Antoniusza i Kleopatry. Tradycja mówi, że tutaj właśnie, w Efezie, się spotkali i zakochali w sobie – co jak wiemy, dla obojga skończyło się tragicznie.

Spod południowej bramy schodzimy – początkowo nieco inną drogą – z powrotem do ulicy Kuretów, mijając po prawej doskonale utrzymany odeon, czyli teatr muzyczny, który pełnił także obowiązki buleuterionu, więc poza spektaklami artystycznymi odbywały się tu też posiedzenia rady miejskiej. Budowla powstała ok. 150 r. n.e.

 

 

Docieramy z powrotem do parkingu i wyruszamy za dobrze czytelnymi drogowskazami na wschód i pod górę: jedziemy ponad 10 kilometrów i osiągamy wysokość ponad 420 m n.p.m., czyli pokonujemy przeszło 410 m różnicy wzniesień. Przed nami Meryem Ana Evi – dom Marii, Matki z Nazaretu. Przed wjazdem na wielki parking zatrzymuje nas turecka żandarmeria i starannie sprawdza auto oraz nasze paszporty. Nie żeby to nas jakoś specjalnie szykanowano – takiej procedurze bezpieczeństwa podlega każdy samochód i każdy jego pasażer, niezależnie od rejestracji i pojemności – także autokary wycieczkowe, których jest bardzo dużo. Zostawiamy auto (parking płatny!), wchodzimy na teren obiektu (25 TL) i przebijamy się przez Krupówki: ohydne stragany z kiczowatymi pamiątkami przypominają nam na raz góralskie Sukiennice w Zakopanem, Częstochowę i Lourdes. Najbrzydsze są muzułmańskie chusty z Matką Boską za jedyne 15 € i kilimki z Madonną, zaopatrzone w standardowe Oko Proroka. Świetny synkretyzm dwóch religijnych tradycji, 35 €… Doskonale utrzymana droga z szerokim chodnikiem sprowadza nas kilkanaście metrów w dół. Wzdłuż alei tablice informacyjne w kilku językach (także po polsku), kapliczki, jest nawet całoroczna szopka. Tłum spory, dominuje język polski i rosyjski, są też muzułmanki w chustach. Stajemy przed Domem Matki Boskiej.

O tym, że właśnie tutaj, na zboczach Bülbül Dağ, Góry Słowików, mieszkała i dokonała żywota Matka Jezusa, świat w zasadzie dowiedział się dopiero z książki opublikowanej w 1852 r. w Niemczech przez pisarza Clemensa Brentano, zawierającej opis wizji niemieckiej stygmatyczki i mistyczki Anny Kathariny Emmerich, zmarłej w 1824 r. byłej zakonnicy (augustianki), która m.in. opisała szczegółowo położenie domu, w którym mieszkała w Turcji Maria z Nazaretu. W 1891 r. księża lazaryci z Izmiru z podobno bardzo sceptycznym początkowo księdzem Henrykiem Jungiem na czele odnaleźli domek, którego wygląd i położenie zgadzało się z wizją autorki publikacji Życie Najświętszej Marii Panny. Dom, gdzie niebawem urządzono niewielką kaplicę, wg badań pochodzi z VII w. n.e., (w materiałach polskiej prasy katolickiej – z XIII w.), ale podobno został zbudowany na fundamentach z I-IV w. Wg tradycji św. Jan, któremu Chrystus powierzył opiekę nas swoją matką, przywiózł ją z Jerozolimy do Efezu w okresie między 37 a 45 r. Nie wiemy, ile mogła mieć wtedy lat i ile jeszcze żyła pod opieką Jana w Efezie – wg legend, zmarła (chrześcijanie wolą słowo zasnęła) w wieku 64 lat. I oczywiście tutaj została wniebowzięta (opodal domu jest kilka starożytnych mogił, ale o ile wiem, nigdy ichnie eksplorowano). Wzgórze od dawna było też miejscem pielgrzymek ortodoksyjnych mieszkańców odległej o 10 km wsi Kirkince (dziś: Şirince), którzy przybywają tu 15 sierpnia na uroczystość Panagia Kapulu, Zaśnięcia Matki Bożej.

Domek jest niewielki, w kształcie litery „L”, parterowy, a ludzi dużo, więc czekamy w kolejce. Wchodzi się przez środkowe, łukowate drzwi (obok podobne, po dwóch stronach, są zamurowane, jedno zarosło drzewo) do maleńkiej kaplicy (wstęp wolny, nie wolno robić zdjęć), gdzie umieszczono kilka krzeseł, podstawkę dla świec i skromny ołtarz z figurką Matki Boskiej w niszy. Figura nie ma rąk i została ofiarowana do kaplicy przez marynarzy, którzy wyłowili ją w morzu… Ileż takich figur Panagii wyłowionych z morza widzieliśmy na greckich wyspach… Miejsce to podobno stanowiło w czasach Matki Boskiej pokój dzienny, czyli coś w rodzaju salonu. Spokoju pilnuje dwóch policjantów z bronią: jeden w głównej części kaplicy, drugi w pomieszczeniu obok, przez które się wychodzi. To drugie pomieszczenie – dawna sypialnia Matki Boskiej – to miejsce, w którym odkryto najstarsze ślady budowli. Nigdzie nie znalazłem informacji, gdzie była sypialnia świętego Jana, który tu podobno z Matką Jezusa mieszkał.

Jak mówią mi bywalcy tego miejsca, obostrzenia (straż z bronią, zakaz fotografii) wprowadzono dopiero ostatnio. Wariatów nie brakuje, a obiekt związany z kultem Matki Boskiej może się w kraju muzułmańskim nie podobać. Ale… Przecież islam akceptuje Jezusa jako jednego z największych proroków, a kult jego matki jest tu wcale nierzadkim zjawiskiem. Nie mówiąc już o tym, że Turcja wciąż jeszcze respektuje zasadę świeckości państwa, co przejawia się w tym, że inne wyznania są tu nie tylko tolerowane, ale i wspierane kulturowo przez państwo. Nie wolno też zapominać, że Dom Matki Boskiej w Efezie to jeden z ważniejszych obiektów turystycznych w tej okolicy (w sezonie odwiedzany niekiedy przez 10 tys. osób dziennie), przynoszący dochody właścicielom straganów, restauracji, bufetów i sklepów. Fakt, że miejsce to było już odwiedzane przez trzech papieży – Pawła VI (1967), Jana Pawła II (1979) i Benedykta XVI (2006) też ma swoje znaczenie.

Poniżej skromnego i estetycznego Domu Matki Boskiej znajduje się miejsce, gdzie za dawnych czasów znajdowała się cysterna na deszczówkę, a obok w skalnej ścianie ujęcie wody z trzema kranami – są to, święte oczywiście, źródła miłości, zdrowia i szczęścia. To też przypomina Lourdes. Renatka napełnia butelkę po mineralnej, którą dopiliśmy po drodze – ale nie wiem, z którego kranu, więc choć ochoczo to popijamy, to nie wiemy na którym polu mamy się spodziewać powodzenia. Obok koszmarnie badziewna ściana życzeń, gdzie wierni zawieszają na specjalnych kratach swoje intencje, modlitwy i życzenia do Maryji – niektórzy na kartkach, inni na biletach, jeszcze inni na kawałkach plastiku czy wręcz chusteczkach higienicznych. Oczywiście, nic nowego: śmietnik taki jest też przy tzw. domu Julii w Weronie, który przypomniał mi się także w kontekście, by tak rzec, turystycznym: ów budynek, na ulicy Kapulettich, ze słynnym balkonem, nigdy nie należał do Julii i nigdy się tu nie odbywały słynne miłosne sceny balkonowe – choćby dlatego, że Julia nigdy nie istniała, tylko została wymyślona przez genialnego Szekspira, a władze miasta wykorzystały autentyczny dom rodziny Capellich, by na początku XX w. utworzyć tu atrakcję turystyczną.

Wracamy na górę, przeciskamy się przez pseudoreligijny kicz, wsiadamy do auta i jedziemy początkowo tą samą drogą, którą przyjechaliśmy. Zatrzymujemy się przy wielkiej figurze Matki Boskiej z brązu, usytuowanej na wysokim postumencie na skwerze, usytuowanym na poboczu drogi. Ustawiło ją Amerykańskie Towarzystwo w Efezie ze środków fundacji George’a B. Quatmana 13 października 1996 r. Brązowo-złoty kolor kontrastuje z jasnoszarym tłem wapiennej skały sąsiedniego zbocza góry. Rzeźba jest zwyczajnie brzydka, a może po prostu odmienna od znanych u nas wizerunków, które niemal zawsze przedstawiają Matkę Bożą jako młodziutką dziewczynę, albo kobietę w stanie bezczasowej młodości. Tutaj widzimy kobietę starą, z twarzą znieruchomiałą w grymasie bólu, z opadniętymi kącikami ust, w koronie na głowie… Wielu z zatrzymujących się tu turystów dziwi się istnieniem tak wielkiej rzeźby jednej z najświętszych postaci chrześcijaństwa w środku kraju muzułmańskiego, ale przecież o Marii Dziewicy nawet Koran wspomina kilkadziesiąt razy, jako o matce najważniejszego po Mahomecie proroka, o imieniu Isa, jak po arabsku nazywa się Jezus. Jego imię występuje często pod postacią ‏عيسى بن مريم, Isa inb Marjam, Jezus syn Maryi. No dobrze, ale rzeźba? Bliżej Domu Marii są jeszcze dwie inne jej figury, jest też rzeźba, przedstawiająca mistyczkę Katarzynę Emmerich… Islam zabrania czczenia, a nawet wykorzystywania w dekoracjach wizerunków Boga, aniołów, ludzi czy zwierząt – dozwolone są jedynie figury geometryczne i ornamenty kwiatowe… A więc muzułmanie postawili tu figurę wyłącznie dla niemuzułmańskich turystów. I fakt, wiele osób zatrzymuje się, robi fotkę i jedzie dalej. Tak też robimy i my.

Po paru kilometrach skręcamy w lewo, w stronę widocznych z dala zabudowań Efezu, by zatrzymać się przed Jaskinią Siedmiu Śpiących. Dokładniej – stawiamy auto na zabłoconym parkingu koło sklepiku oraz niewielkiej, ale stylowej tureckiej restauracji i za drogowskazem idziemy w lewo, między skały, gdzie jest ogrodzona dziura w ziemi, a nad nią napis, że tu jest Grota Siedmiu Śpiących. Przyznam szczerze, że co prawda w pamięci kołacze mi się coś o siedmiu braciach śpiących, ale tylko w kontekście ludowego prognozowania pogody – ich święto przypada na 10 lipca: gdy Siedmiu Braci Śpiących krople dżdżu przynosi, na siedmiotygodniową wilgoć się zanosi… Ale ludowe prognozy do tej pory raczej puszczałem mimo uszu, zapewne dzięki Makuszyńskiemu, który je obśmiał w powieści Wyprawa pod psem: Kiedy na świętego Prota jest pogoda albo słota, na świętego Hieronima deszczyk jest albo go nima… Liczba siedem – wiadomo, że magiczna – kojarzyła mi się raczej z grzechami głównymi, a jeśli nawet z jakimiś legendami, to prędzej o siedmiu krasnoludkach i sierotce Marysi oraz o siedmiu wspaniałych… Ale rzeczywiście, tradycja zarówno chrześcijańska, jak i islamska taką legendę przechowały. Sięgnijmy do Grzegorza z Tours, który w VI w. zapisał jedną z wersji tej historii – zinterpretowanej kilka stuleci później przez Jakuba Varagine’a w jego Złotej legendzie. Według tych kronikarzy, rzecz działa się w III w., za czasów cesarza Decjusza, słynnego prześladowcy chrześcijan. Gdy przybył on do Efezu, kazał zburzyć kościoły i uwięzić wszystkich chrześcijan, nakazując im wyrzeczenie się wiary. Wówczas siedmiu młodzieńców (nie koniecznie braci) - Maksymian, Malchus, Martynian, Dionizy, Jan, Serapion i Konstanty ukryło się w jaskini na zboczu góry Pion (dziś: Panayır), a gdy zasnęli – rzymscy żołnierze zamurowali ich żywcem. Ale chłopcy smacznie spali dalej, przez prawie 200 lat, a obudzili się, gdy miejscowy gospodarz rozwalił cegły, bo w jaskini chciał sobie urządzić oborę. Zobaczywszy ich, uciekł oczywiście z przerażeniem, a młodzieńcy, głodni okropnie, wysłali jednego z nich, by ostrożnie zszedł do miasta i kupił trochę jedzenia. Gdy przyszło do płacenia – okazało się, że posiadane przezeń monety straciły wartość, w dodatku na ścianach prawie wszystkich domów były krzyże, jako że w międzyczasie chrześcijaństwo stało się religią panującą.

Legenda o śpiących w jaskini młodzieńcach, którzy schronili się tam przed prześladowaniami ma też swoją wersję islamską, zapisaną nawet w Koranie, tylko w świętej księdze nie podana jest ani liczba śpiących, ani lokalizacja jaskini, w której wierni muzułmanie spędzili ponad trzysta lat, a dostępu do nich bronił – także śpiący – wierny pies. W interpretacjach podaje się zarówno Efez, jak i Tars, a nawet okolice Mekki. No cóż, my mamy śpiących rycerzy, w Giewoncie, albo w jaskini Pisanej…

Wersja efeska zyskała już w średniowieczu największą popularność, uznano ją oczywiście za cud i niebawem mieszkańcy okolicy w V i VI w. w pobliżu utrwalonej w legendzie jaskini chowali swoich zmarłych, w efekcie czego powstały tu katakumby z kilkuset niszami grobowymi. A Jaskinię Siedmiu Śpiących obudowano cegłami i przekształcono w średniowieczu w maleńki kościół, dziś w zasadzie całkowicie zrujnowany. I – co ważne – ogrodzony, z bramą zamkniętą na kłódkę i formalnie niedostępny do zwiedzania. Ale turyści radzą sobie z tym zakazem – z lewej strony bramy jest dziura w siatce, dostęp jest możliwy (choć trochę ryzykowny) od góry, samą bramę też daje się sforsować. Robi to zadziwiająco wielu turystów z różnych krajów.

Tyle, że – moim zdaniem – jest to strata czasu. Sam zabytek jest mało ciekawy, niewiele wnosi do naszej wiedzy o kulturze i tradycji i może tylko zidentyfikowanie miejsca, wiążącego się z polskimi ludowymi przysłowiami ma jakiś sens. No i ze zboczy góry Pion jest ładny widok na miasto Selçuk z górującym nad nim średniowiecznym zamkiem. I tam właśnie teraz pojedziemy, choć przejście bez zatrzymywania się koło otwartej tureckiej restauracji regionalnej, z ławami do siedzenia wyłożonymi pięknymi dywanami, wymaga od nas znacznego samozaparcie.

Wracamy do głównej drogi, niestety czteropasmowej, więc chcąc dotrzeć do kolejnego celu, który widzimy z okien samochodu po przeciwnej stronie szosy musimy wjechać do Selçuku, zawrócić – nie bez trudu – na rondzie i pojechać z powrotem pół kilometra na przedmieścia. Skręcamy za drogowskazem w prawo i parkujemy niemal na łące. Przed nami to, co pozostało z jednego z siedmiu cudów świata – słynnej świątyni Artemidy w Efezie. Prawdę powiedziawszy, zachwycać się nie bardzo jest czym, bo słynny niegdyś Artemizjon to dziś tylko jedna kolumna stojąca, kilka we fragmentach, parę kupek kamieni i mały stawek, który od biedy można uznać za rytualny. Turystów nie ma. Opędzamy się uprzejmie od jakiejś miejscowej biedoty, która usiłuje nam wcisnąć pocztówki z widokami tego, co właśnie sami fotografujemy, albo sprzedać niebotycznie drogie przewodniki po okolicy, które w sklepach są o połowę tańsze, ale i tak nie warto ich kupować.

Trudno sobie wyobrazić, że w miejscu gdzie teraz jest wilgotna łączka, po której dostojnie brodzą kaczki, stała największa i najwspanialsza budowla Efezu. Najstarsze tutejsze znaleziska archeologiczne – fragmenty ceramiki – pochodzą z okresu mykeńskiego, z XIV-XIII w. p.n.e. A więc osada już istniała, kiedy jakieś 400 km na północ Achajowie bili się z Trojanami o piękną Helenę… Ośrodek kultu powstał tu w XI w. p.n.e.,  a w latach 680-650 wybudowano pierwszą świątynię. Jej niewielki (13,5 x 8,5 m) budynek był otoczony drewnianymi kolumnami i zorientowany na zachód. W środku znajdowała się drewniana figura kultowa. Czy już wtedy była to Artemida? Nie wiemy na pewno. Ok. 570 r. tę pierwotną świątynię obudowano większą (100 x 60 m), marmurową, otoczoną w dwu rzędach 106 kolumnami o wysokości 18 m i średnicy u podstawy 2,5 m, z których część pokryta była płaskorzeźbami. Sanktuarium to ufundował ostatni król Lidii, Krezus. Znamy nazwiska jej architektów: byli to Chersifron i Metagenes z kreteńskiego Knossos oraz Teodoros z wyspy Samos. Świątynię zdobiły płaskorzeźby, m.in. na otaczających ją fryzach, zaś głównym obiektem kultu była wielka cedrowa figura Artemidy. Wśród rzeźbiarzy, pracujących dla efeskiej inwestycji w późniejszym czasie (budowa trwała sto kilkadziesiąt lat), wymieniani są m.in. Fidiasz i Poliklet.

I teraz na scenę historii Efezu, a poniekąd i świata, wchodzi szalony szewc Herostrates, któremu szycie butów zdecydowanie nie wystarczało do szczęścia i zapragnął unieśmiertelnić swoje imię poprzez dokonanie wielkiej zbrodni. W 356 r. p.n.e. podpalił więc świątynię Artemidy i doprowadził do jej niemal całkowitego zniszczenia. Nie umiem sobie wyobrazić, jak tego dokonał – poza figurą bogini i niektórymi innymi elementami wystroju wnętrza Artemizjon był w zasadzie wykonany z kamienia… Jakich środków technicznych i w jaki sposób użył mistrz dratwy i kopyta, by pokonać wielką budowlę? Co ważniejsze – Herostrates osiągnął to, co zamierzył: skazano go co prawda na śmierć i wyrok wykonano, a ponadto jego imię miało zostać wymazane ze wszystkich dokumentów i zapomniane, ale - jak widać – nie zrobiono tego i o szewcu z Efezu pewno mówi się częściej niż o siostrze Apolla Artemidzie, zwanej przez Rzymian Dianą. Bogini myślistwa, okrutna morderczyni dzieci Niobe, wieczna dziewica, nienawidząca mężczyzn, którym się podobała, nienawidząca kobiet, które interesowały się mężczyznami, dbała tylko o swój orszak panienek, ale… Uważana była też za patronkę rodzących kobiet, ba! – za boginię matkę, utożsamianą z frygijską boginią Kybele, Matką Bożą, którą w Grecji najpierw utożsamiono z Reą i nazywano Matką Bogów. Nazywano Artemidę także Królową-Matką-Dziewicą, której symbolem była złota pszczoła. Dla wielu jej kult w Anatolii był echem minojskiego kultu kobiet-bogiń, prezentowanych w długich sukniach i z odkrytymi piersiami, które znamy z Krety i z Santorini.

Herostrates zniszczył więc świątynię, ale rychło przystąpiono do jej odbudowy. Podobno chciał się do tego przyczynić Aleksander Wielki, ale mieszkańcy Efezu odrzucili jego ofertę, gdyż Macedończyk uzależniał przekazanie subwencji od tego, by on sam stał się – obok Artemidy – obiektem kultu. Odbudowę podjęto zatem ze środków własnych miasta w 334 r. p.n.e., a ukończono w 260 r. p.n.e. Świątynia była identyczna co do rozmiarów jak poprzednia, a w jej środku stanął posąg bogini, wykonany ze szlachetnych kruszców, kości słoniowej, hebanu i kamienia. Zadziwiającym elementem figury były odsłonięte piersi Artemidy – w liczbie bodaj dwudziestu… To właśnie o adorację tej figury i sprzedaż jej miniaturek spierał się w Efezie św. Paweł z miejscowymi kupcami. Świątynia była miejscem kultu przez blisko pięć wieków, a potem, w 262 r. n.e. została zniszczona podczas najazdu Gotów. Efekty widzimy.

Ruszamy do miasta Selçuk. Osadnictwo dotarło do tej okolicy już w okresie minojskim, na przełomie 3 i 2 tysiąclecia p.n.e. Przez wieki była tu odrębna osada, potem – przedmieście Efezu, a gdy port efeski został zniszczony i mieszkańcy przenieśli się tutaj, a nowopowstałe miasto nazwano tak, jak sąsiednie wzgórze – Ayasuluğ. W 1914 r., dla upamiętnienia panujących tu przed wiekami Turków Seldżuckich przemianowano je na Selçuk. Dziś ma ono ok. 25 tys. mieszkańców, a najciekawsze obiekty, które chcemy zwiedzić położone są na wzgórzu Ayasuluğ, którego nazwa ma pochodzić od zniekształconego imienia Agios Teologos: w czasach cesarza Justyniana obdarzono nim świętego Jana Ewangelistę.

Wzgórze i stojący na nim zamek, nad którym powiewa turecka flaga, widać z daleka, ale dojazd nie jest prosty, w dodatku parking niewielki. Jest późno, ale szczęśliwie zdążamy przed zamknięciem. Okazuje się, że wzgórze Ayasuluğ jest od 2015 r. – tak jak i Efez – wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Twierdza, wybudowana w czasach bizantyjskich, miała na celu obronę przed zniszczeniem znajdującej się poniżej pierwotnej bazyliki, wybudowanej w VI w. staraniem Justyniana wokół grobu św. Jana. Według tradycji ukochany uczeń Chrystusa przybył do Efezu ok. 40 r. z Matką Jezusa i zamieszkał z nią w domku na Wzgórzu Słowików. Po jej śmierci został aresztowany, dwukrotnie skazany na śmierć i – dzięki cudom oczywiście – uratowany, a potem, w 81 r. deportowany na wyspę Patmos. Powrócił do Efezu w 95 r. i tu, prawdopodobnie właśnie na wzgórzu Ayasuluğ mieszkał przez ostatnie lata życia, pisząc swoją Ewangelię (Apokalipsę miał napisać na Patmos). Zmarł ok. 100 r. i tutaj zgodnie ze swoją ostatnią wolą został pochowany. Najpierw na grobie była tablica pamiątkowa, w IV w. wybudowano nad nim kaplicę, dwa stulecia później – bazylikę, ozdobioną kolumnami i zwieńczoną sześcioma kopułami. Do jej budowy posłużyły m.in. materiały ze zburzonej w III w. świątyni Artemidy.

Postawienie twierdzy, która miała bronić grobu świętego Jana, nie na wiele pomogło. Sąsiedni Efez praktycznie podupadł już po najeździe Arabów w latach 654-655, potem – jak już wiemy – skończyła się działalność jego portu, a mieszkańcy osiedli wokół wzgórza z bazyliką Janową. Turcy Seldżuccy w 1304 r. zdobyli miasto, przekształcili bazylikę w meczet, ale grobu Jana nie zniszczyli, choć od pojawiających się tu pielgrzymów pobierali opłaty za zwiedzanie.

Nam opłat udaje się uniknąć. Przedstawiciel miejscowej ludności w arabskiej galabiji najpierw wręcz za rękę prowadzi nas do miejsca, gdzie cztery kolumny, stojące w rogach kwadratu z marmurowych płyt, oznaczają miejsce, gdzie podobno dwa tysiące lat temu spoczął Ewangelista. Wrażenie spore, ale jakby niezupełne: kolumienki nieduże, między nimi sznurek, jak w kiepskim muzeum, chroniący przed namolnymi turystami (ale podczas mszy na Janie ustawiany jest ołtarz i depczą po apostole księża i ministranci), przy marmurach niewielka tablica informuje o tym co to jest za miejsce. Do niedawna obok Jana podobna tablica upamiętniała papieża Pawła VI, który tu był i się modlił. Dziś papież zniknął. Rozrzuceni malowniczo po okolicy lokalsi dyskretnie podchodzą i proponują nam kupno zupełnie autentycznych monet z czasów św. Jana. Odpowiadamy, że posługujemy się tylko kartami kredytowymi, co nie wywołuje spodziewanego wybuchu śmiechu, bo nikt na szczęście nas nie rozumie.

Szczątki bazyliki niegdyś przykrywał drewniany dach, dziś naturalnie nie ma po nim śladu i porozrzucane bębny kolumn, marmurowe tablice i sterty kamieni sprawiają wrażenie, jakby była to cała spora miejscowość, przekształcona przez czas i naukę w stanowisko archeologiczne. Trwają prace rekonstrukcyjne, nawet w pobliżu grobu św. Jana stoi cała fabryka, w której jacyś panowie produkują zabytki. Lepiej wygląda twierdza, niestety niedostępna dla zwiedzania, ale wciąż imponująca: w murach osadzonych jest piętnaście wież z malowniczymi krenelażami, ma dwie bramy wejściowe i coś w rodzaju donżonu. Po bliższym przyjrzeniu się widzimy, że to nie bastion ostatniej obrony, tylko piękny, zabytkowy minaret seldżuckiego meczetu, który wybudowano w XIV w. w środku dawnego zamku.

 

Żegnamy się z doczesnymi pamiątkami po najmłodszym z apostołów i pozostawiamy za sobą Selçuk, Efez i ich okolicę. Ale dzień jeszcze się nie skończył. Renatka znów nastawia nawigację, która tym razem prowadzi nas w głęboki plener. To tylko niewiele ponad osiem kilometrów od miasta, ale przenosimy się w inny świat. Najpierw dojeżdżamy do słynnej ze swego folkloru miejscowości Şirince, skąd od wieków prawosławna ludność pielgrzymuje do Domu Marii nad Efezem, co nas jakby wiąże z poprzednim tematem, ale potem skręcamy na północ, w wąską, nieutwardzoną drogę między polami (śmierdzi…), łąkami, gajami oliwnymi i lasami, by dotrzeć do niezwykłej oazy spokoju i ciszy, miejsca gdzie nawet głośniejsze rozmowy są zabronione, a do niedawna nie było elektryczności i Internetu – nie z zacofania technologicznego, tylko z wyboru. Nadal nie ma dostępu do telewizji.

To Nesin, wioska matematyków. Dokładniej:  Nesin Matematik Köyü, czyli wioska matematyków Nesina. Miejscowość, złożona z kilkudziesięciu kamiennych domków z wygodnymi tarasami, położonych wśród drzew, gajów oliwnych i ogrodów, kilku sal wykładowych, pola namiotowego, restauracji i biblioteki z dużym lektorium powstała w 2008 r. z inicjatywy tureckiego profesora matematyki, Alego Nesina. On sam, urodzony w 1956 r. w Stambule, to wybitny uczony, absolwent wyższych uczelni w Stambule, Lozannie i Paryżu, doktorat zrobił na uniwersytecie w Yale, wykładał potem w Berkeley w Kalifornii i w Stambule. Tutaj, represjonowany przez władze za swe liberalne przekonania, tułał się przez kilka lat po różnych światowych uczelniach, wreszcie po śmierci ojca wrócił do kraju i zajął się rodzinną fundacją zajmującą się pomocą naukową dla niezamożnej młodzieży. Przez wiele lat usiłował zachęcić do nauki swego przedmiotu studentów i uczniów, pomagał im przez własne popularyzatorskie publikacje oraz prywatne, bezpłatne korepetycje, których udzielał w całym kraju, aż wreszcie postanowił utworzyć własną, nietypową uczelnię, prowadzącą stacjonarne kursy wakacyjne i weekendowe, a także obozy szkolne. Każdego lata uczy się tu stu pięćdziesięciu studentów i stu licealistów, wybieranych przez profesora spośród ok. tysiąca podań, na podstawie lektury ich listów motywacyjnych. Studenci nie płacą za naukę, kosztuje ich jedynie (niewiele) wyżywienie i nocleg, uczniowie płacą czesne w wysokości 90 TL dziennie za wszystko. Wykładowcami są pracownicy naukowi i wykładowcy akademiccy tureccy i zagraniczni, uczący za darmo. Nad wszystkim sprawuje patronat fundacja, założona przez ojca profesora – Aziza Nesina (1915-1995). A właściwie Mehmeta Nusreta, który trochę na złość wszystkim przyjął pseudonim Nesin, co po turecku znaczy czym jesteś… Krymski Tatar z pochodzenia, socjalista, ateista, liberał walczący z islamskim fundamentalizmem, a przede wszystkim – wybitny satyryk, dziennikarz i pisarz, był wielokrotnie aresztowany i więziony, zdołał jednak zdobyć popularność i pewne środki finansowe, co umożliwiło mu utworzenie fundacji i zakupienie gruntów w okolicach Selçuku, a także rozwinięcie systemu pomocy stypendialnej dla młodzieży. Gdy zmarł, zgodnie z jego ostatnią wolą został pogrzebany w nieujawnionym do dziś miejscu, należącym do fundacji.

Wioska matematyków jest dziś jeszcze pusta, sezon naukowy zacznie się dopiero za kilkanaście dni, więc nie nagabywani przez nikogo łazimy po zacienionych, wąskich alejkach, oglądamy okolicę, zabawiamy się liczydłem, stojącym w środku miejscowości – zapewne symbolem pracy nad matematyką, zaglądamy do biblioteki i podziwiamy nowoczesne rzeźby, ozdabiające niewielkie skwerki wioski. Co za wspaniały pomysł miała Renata, żeby w tak odmiennej, pełnej kwiatów i dzieł sztuki, w ochładzającej się pod wieczór atmosferze scenerii zakończyć wycieczkę po rozpalonych słońcem, zakurzonej wiekami egzystencji okolicy Efezu!

 

 

Wracamy do Kuşadası. Po kąpieli jest jeszcze czas, żeby przejść się promenadą i jeszcze raz podziwiać zachód słońca, tonącego w Morzu Egejskim.

- Aleś się pan rozpisał! – powiedział kiedyś do mnie jeden z moich poprzednich wydawców, tuż przed tym zanim zakończyliśmy współpracę. Mam nadzieję, że ci, którzy to czytali, dali radę oderwać się od naszej zbliżającej się ku niespokojnej jesieni rzeczywistości, albo przynajmniej zdążyli się dobrze wyspać. To był z pewnością najdłuższy i najbardziej męczący dzień naszej wycieczki. Przynajmniej dla czytelników.

 

Odcinek 6