Maciej Pinkwart
Wolna sobota
Odcinek 5
Syn sołtysa podniósł się także i wziął leżącą na krześle kurtkę. Z kieszeni
wyjął komórkę, popatrzył na ekranik i pokręcił głową.
- Nic, nawet alarmowych. I prąd się kończy. Nawet jak będzie zasięg, to pewno
nikt się nie połączy.
- Mam solarny powerbank, jakby co, to damy radę. Tylko czy ktoś odbierze to
wezwanie w wolną sobotę? Bo jeśli przekaźnik zadziała, to na pewno tylko przez
moment, a jutro będzie tu piekło.
- Też masz wrażenie, że ciągle jest ta wolna sobota? A jak się skończy, to się
obudzimy i okaże się, że z kacem trzeba iść na mszę?
Wyszli. Dziecko się obudziło, Elżbieta odruchowo sprawdziła mu temperaturę,
wszystko było w porządku. Sołtysowa zaczęła sprzątać, odstawiając brudne
naczynia na podłogę koło zlewu. Piętrzyła się tam już sterta innych. Przez
otwarte drzwi wszedł młody podenerwowany człowiek.
- Ja przepraszam, panie sołtysie, ja do pani doktor… Pojedzie pani ze mną? Żona
rodzi…
„No, kurde flak, jeszcze tego mi brakowało” – pomyślała – „od studiów byłam przy
porodach może pięć razy”.
- A wodę jakąś macie? Czy będziemy dziecko myli nałęczowianką?
- Mamy deszczówkę, matka zbiera do podlewania ogrodu…
*
Postawienie anteny przekaźnika okazało się łatwiejsze niż myśleli, zwłaszcza że
od razu podeszło z pomocą kilku młodych ludzi. Jeden, mieszkający po sąsiedzku,
przyniósł długą, cienką linkę, którą przymocowali urządzenie do sporego drzewa
na placu przed Domem Ludowym. Ksiądz, o dziwo, bez słowa zgodził się pożyczyć
prąd, we dwóch z wikarym przyciągnęli kabel, Michał znalazł miejsce do
podłączenia, wszyscy w napięciu wyciągnęli smartfony – i oczywiście nic się nie
stało. Zasięgu nadal nie było. Postali chwilę, ksiądz poradził, żeby się nie
zniechęcać, bo może załapie po jakimś czasie, ale ten jakiś czas mijał i nic się
nie działo. Wreszcie rozeszli się do domów.
Słońce świeciło mocno i Michał odniósł wrażenie, że jest cieplej niż wczoraj.
Nie miał nic do roboty, więc przysiadł na ławce koło zaparkowanego wciąż na tym
samym miejscu motocykla, którego bezużyteczność tutaj, na skalistej wysepce,
uzmysłowiła mu kontrast między zaawansowaną techniką a prymitywnymi w gruncie
rzeczy, ale bezwzględnie egzekwowanymi prawami natury.
Powiał wiatr i przez ryneczek, dotąd ładny i zadbany, zaczęły przelatywać
śmieci: podarte papiery, paczki po papierosach, foliowe torebki… Podmuchy od
wschodu turlały ulicą kilka pustych pięciolitrowych pojemników na wodę,
wykupioną już oczywiście ze wszystkich trzech sklepów.
„Dlaczego nikt tego nie sprząta?” – zirytował się, a potem roześmiał: za parę
dni prawdopodobnie wszystkie śmieci zostaną dokładnie sprzątnięte, razem ze
śmiecącymi i śmietniskiem. Przypomniał sobie romantyczną zatoczkę gdzieś na
Krecie, dokąd jeździli przez kilka sezonów z rzędu – do czasu, aż wiatr się
zmienił i całą zatoczkę wypełniły śmieci, w tym identyczne pięciolitrowe
pojemniki, które pływały na powierzchni do czasu, aż opuścili to miejsce, by już
tam nigdy nie wrócić. Prawdę powiedziawszy – opuścili plażę natychmiast potem,
jak wysiedli z samochodu i zobaczyli, co tam pływa.
… Pływa…
Wstał i podszedł do jednego z pojemników. Był bez zakrętki. Na nic. Obok turlał
się zamknięty. Pusty, ale porządnie zakręcony. Odstawił go na bok, koło
motocykla.
I wtedy poczuł wibrację telefonu. Wyszarpnął aparat z kieszeni spodni, spojrzał
na ekranik: miał zasięg, na całe pięć kresek. Bez namysłu wbił 112. Łączyło!
Dyżurny stacji ratunkowej odebrał po dłuższej chwili.
- Proszę pana! – prawie krzyknął – Potrzebny jest natychmiast ratunek! Musicie
nas ewakuować śmigłowcami! Za chwilę zaleje nas woda!
- Burza była? Zalało piwnicę? To czemu pan nie dzwoni na straż pożarną?
Michał próbował się uspokoić. Co chwilę z niedowierzaniem spoglądał to na
przekaźnik, kołyszący się razem z niezbyt grubym pniem jesionu, to na ekran
telefonu, który co prawda nadal miał świetny zasięg, ale czerwona dioda
pokazywała niski stan baterii.
- Proszę pana, mamy tu tragedię. Jeziorna, Podhale. Najpierw był wybuch, teraz
zaczynamy się topić.
- Co wybuchło?
- Woda.
- Aha, no jasne, woda wybuchła. I teraz się topicie. Rozumiem. Są ofiary
śmiertelne? Ilu jest rannych?
- Na razie nie ma. Ale jak pan coś nie zrobi, to za chwilę będzie 600 trupów.
Nie mamy prądu, kanalizacja nie działa, nie mamy wody, telefony nie działają.
- Aha, telefony nie działają, a pan dzwoni z dzwonka niedzielnego. A wody nie
macie, bo wybuchła, wszystko jasne. Proszę pana, jak się pan nie rozłączy, to
wyślę tam do pana policję i dostanie pan mandat za utrudnianie pracy ratowników…
- O niczym innym nie marzę, tylko o policji – powiedział Michał, ale mógł
przestać być ironiczny, bo bateria się wyczerpała i telefon się wyłączył.
Podbiegł do Domu Ludowego, wpadł do pokoju, szybko podłączył solar. Odblokował
telefon – zasięgu znów nie było. Usłyszał hałas i wyjrzał przez okno.
Przez rynek jechał traktor na niskim biegu. Dokładnie zauważył moment, kiedy w
lewe koło ciągnika wkręcił się koniec linki, którą do drzewa przywiązana była
antena przekaźnika. Jak na zwolnionym filmie maszt wraz z pniem jesionu pochylił
się do ziemi, sznur się urwał, drzewo wyprostowało się, resztki przekaźnika
wystrzeliły w górę i rozsypały się po całym rynku. Deszcz odłamków ominął
motocykl, ale jeden trafił w fergusona, traktorzysta zaklął aż echo poszło,
zatrzymał maszynę, otrzepał się, wyplątał linkę z tylnej osi, kopnął i odjechał.
Sieć telefoniczną definitywnie trafił szlag. A była mała szansa, że wkurzony
ratownik zorientuje się, że nie dzwonił do niego pijany góral na kwarantannie z
gorączką, tylko zdesperowany przyszły topielec. No, pewnie, mógł być bardziej
konkretny, ale w sumie miał prawo być zdenerwowany, nie? A może rzeczywiście
wyślą tu patrol policji, żeby sprawdzić co się dzieje, radiowóz utknie na
zerwanej przez wybuch szosie i zaczną coś robić?
Pomyślał, że jakiś procent szansy daje to, że woda wygląda na ciepłą, bo stale
podnoszą się z niej mgły. Chyba nie będzie wrząca, bo przecież ewentualne
przebicie warstwy termalnej spowoduje to, że ta gorąca zmiesza się z tą zimną i
zostanie co najwyżej ciepła. Tak jak w zakopiańskiej Jaszczurówce, gdzie chcąc
powiększyć wypływ ledwie ciurkającego ciepłego źródełka jakiś palant dokopał się
do źródełka zimnego, woda się zmieszała i było po sprawie, nawet salamandry się
stamtąd wyprowadziły. Trzeba po prostu się nie utopić i jakoś dopłynąć do
jakiegoś brzegu. Jak tak proboszczowska arka nie będzie arką, tak też potop w
Jeziornej nie będzie potopem, w czasie którego trzeba będzie moknąć przez
czterdzieści dni i wylądować na Araracie. W sumie, ten ratownik gdzieś istniał,
bo odebrał telefon i jakoś nie przejął się perspektywą utopienia się 600 osób…
Wiatr przyturlał następny pojemnik. „Woda źródlana niegazowana” – przeczytał na
etykiecie. Zakrętka była solidnie przykręcona. Przypomniał sobie, że w holu Domu
Ludowego widział kilka pustych butli dwudziestolitrowych. W sumie, jeśli
piankowy makaron do pływania ważący ledwie kilkanaście deko może utrzymać na
powierzchni stukilogramowego wczasowicza, to parę pojemników utrzyma jego żonę,
a i jemu pomoże, choć pływanie miał opanowane tak jak chodzenie, więc w sumie
nie było to mu nawet potrzebne, ale na pewno nie zaszkodzi.
Popatrzył ze smutkiem na motor. Kawasaki ważył prawie 300 kilogramów. Niestety,
raczej nie miał szans. Ale spróbować można…
Wyplątał z ruin przekaźnika linkę i krótszy kawałek wziął ze sobą, dłuższy
zaniósł do pokoju. Spacer między domami już po kilkudziesięciu metrach przyniósł
łup w postaci dziesięciu baniaków. Dotarł do miejsca, gdzie kilka dni temu
wybiła fontanna artezyjska i gdzie były gruzowiska po kaplicy Trzeciego Upadku,
której kamienie zmieszane były teraz z tym, co gejzer wyrzucił w powietrze.
Figurę Chrystusa ksiądz zabrał do kościoła. Michał zastanowił się przez moment,
czy proboszcz zabierze ją na arkę.
Gładki kamień, o kolorze srebrno-czarnym i gładkości obsydianu zobaczył niemal
natychmiast. Był wielkości studziennego kręgu – co zmierzył na oko, bo taki
krąg, co prawda trochę potrzaskany, leżał tuż obok. Kamień miał kształt idealnej
kuli, co w przyrodzie zdarza się raczej rzadko i był tak ciężki, że spadając na
ziemię, wbił się w nią niemal do połowy. Próba poruszenia go nie dała rezultatów
– poza jednym: zapiszczała jego komórka. Spojrzał na ekran: zasięgu nadal nie
było, nikt nie próbował się połączyć, po prostu uruchomiła się aplikacja będąca
androidowym wykrywaczem metali, połączonym z licznikiem promieniowania. To coś
leżące przed nim nie było kamieniem, tylko metalem. Promieniowanie było śladowe
i niegroźne dla człowieka. Kula nie była z pewnością zbudowana z uranu, bo
wówczas byłaby srebrzysto biała.
Leżał przed nim najprawdopodobniej powstały naturalnie we wnętrzu ziemi
przedmiot, będący stopem irydu i osmu – najcięższy minerał na ziemi. Kula miała
na oko ponad metr średnicy. Centymetr sześcienny osmu waży 22,6 g. Leżał przed
nim kawał metalu ważący prawie 12 ton. Czy nagłe powiększenie masy wzgórza, na
którym leżała wieś, nie mogło wpłynąć na dotychczasowy bieg czasu?
*
Weronika ważyła 3200 gram i problemem okazało się nie jej wykąpanie, tylko
umycie wagi, na której krew noworodka nie mogła pozostać. Deszczówka lekko
śmierdziała i pływały w niej larwy komarów, więc Elżbieta miała poważne opory.
Zanurzyła jednak szmatkę w kuble z wodą i w tym momencie wiadro się zakołysało,
wychlapując deszczówkową zupę prosto na jej nogi. Ale nikt nie zwrócił na to
uwagi, bo spod podłogi rozległ się potworny zgrzyt, zachwiał się dom, po czym z
odkręconych kurków poleciała woda, nad stołem kuchennym zapaliła się lampa, a w
salonie włączył się telewizor. Nie zwracając uwagi na okrzyki radości i
modlitewne westchnienia, starannie zawiązała pępowinę dziecka i położyła
dziewczynkę na brzuchu matki. Woda, lecąca z kranu była szarożółta i było w niej
więcej piasku, niż w deszczówce larw. Umyła wagę w wiadrze.
W telewizji szła turecka telenowela, ale jakoś nikt nie był zainteresowany
rozmową Perli z Keremem. Matka dziecka szeptem wyrażała wdzięczność za przyjęcie
porodu, ojciec wciskał jej do torebki jakieś pieniądze, babcia wręczała
reklamówkę z jajkami od szczęśliwych kur i pętem kiełbasy, a reszta rodziny
wybiegła na ulicę świętować powrót do normalności razem z sąsiadami.
Michał siedział na ławce koło motoru i patrzył na ekran komórki.
- Wrócił zasięg? – spytała.
Pokręcił głową.
- Nie ma. I nie będzie, traktor zniszczył przekaźnik.
- To na co patrzysz?
- Chciałem sprawdzić, jak długo będzie trwała ta stabilizacja gruntu. Bo wzgórze
trafiło dokładnie w to samo miejsce, z którego zostało podniesione. Co do
milimetra, zdaje się. I jeśli zostanie tu przez kilkanaście czy kilkadziesiąt
minut, to istnieje szansa, że na tym się skończy. Ale włączyłem stoper – i
stoper też nie działa: co minutę kręci się od początku.
Powiedział jej o odnalezionej kuli z osmu i jej hipotetycznym wpływie na
zatrzymanie upływu czasu. Postukała się w głowę i poszła do domu łapać wodę,
czyścić ubikację i ładować komórkę. Zdążyli jeszcze się wykąpać, dla
oszczędności razem i wyszli z powrotem na placyk. Pół godziny później podziemny
łoskot oznajmił koniec stabilizacji. Grunt się zakołysał, motocykl przewrócił
się na trawę, pogasły światła, wodociąg wysechł. Dzwony w kościele zaczęły
zwoływać ludzi na zebranie.