Maciej Pinkwart
Wolna sobota
Odcinek 1
-
Pochyl się do przodu, zaczyna być naprawdę stromo!
Nie musiała tak krzyczeć, kask był wyposażony w mikrofon i słuchawki, ale ciągle
o tym zapominała. Posłusznie przytulił się do niej mocniej, podkręciła manetkę
gazu, kawasaki ryknął głębszym tonem, automatycznie zmieniając bieg na niższy,
złapała tylnym kołem trochę pobocza, to jej się nie zdarzało, ale teraz było
wszystko trochę trudniej, miała wrażenie, że droga odchyla ją od pionu.
Minęli tablicę z nazwą miejscowości, zaczynało być bardziej płasko, skręciła gaz
i dopiero usłyszała, że przez huk motoru przebija się potężny grzmot burzy.
Niebo jednak było jednolicie szare i z tej szarówki padał deszcz. Dojechała do
zatoczki przystanku autobusowego, zsiedli z motoru i schowali się pod stylowym
daszkiem. Chwilę potem przystanek złożył się jak domek z kart, ledwo uskoczyli
na bok. Postawiony na nóżkach kawasaki zakołysał się jak zawodnik sumo na macie,
ustabilizowali go razem podbiegając do maszyny.
- Co się dzieje, do cholery? – spytał. Zawsze oczekiwał od niej odpowiedzi na
wszystkie pytania i podejmowania wszystkich decyzji.
Tym razem jednak nie odpowiedziała. Zakryła ręką twarz i przerażonym wzrokiem
patrzyła w stronę, z której przyjechali. Wreszcie ją odblokowało.
- Ja pierniczę...
Podszedł parę kroków w stronę, w którą pokazała ręką.
- Kurde, stój, nie idź tam!
Sam już to widział. A raczej nie widział: droga zniknęła. Widać było tylko
kilkanaście ostatnich metrów. Dalej była przepaść. Na jej krawędzi chwiał się
drogowskaz z nazwą miejscowości. Po chwili i słupek, i napis Jeziorna
znikł im z oczu. Nie było słychać, jak upadł.
*
Wieś Jeziorna leżała jakieś 20 km od miasta powiatowego, skąd prowadziła
znakomita, niedawno wyasfaltowana szosa wykonana kosztem Unii Europejskiej.
Droga na ostatnim odcinku prowadziła między jeziorami, które dały wsi nazwę i tu
zaczynała wspinać się nieco pod górę. Ten odcinek zawsze wywoływał wśród
kierowców uczucie jakiejś niedoróbki: parę razy do roku kruszył się świeżo
położony asfalt, pobocza stawały się nierówne, znaki poziome dość szybko traciły
swoją jasną barwę. Narzekali, ale jeździli, bo reszta drogi była równa jak stół
i miała doskonałą przyczepność, co w podgórskiej okolicy o mocno wilgotnym
klimacie miało niebagatelne znaczenie. A poza tym innej drogi do Jeziornej nie
było. Nawet mieszkańcy, łowiący niekiedy ryby w trzech sporych jeziorach
leżących wokół wzgórza, chodzili skrajem szosy – dawne leśne ścieżki zarosły
zielskiem albo pokryte były wiecznym błotem.
I
właśnie teraz droga znikła. Od zakrętu, gdzie szosa wjeżdżała między jeziora aż
do początków wsi ziała pustka. Dołem, pod stopami snuła się mgła, a może nisko
schodzące chmury, nie było widać zbyt daleko, ale wyglądało na to, że na
kilkudziesięciu metrach przewyższania ziemia po prostu spłynęła z deszczem, a
miejsce drogi zajęło jezioro. Kolejne, albo może to samo, obok którego biegła
szosa – tak czy inaczej, wyglądało na to, że wieś położona na wysokim wzgórzu
nagle znalazła się na wciętym między wody cyplu. Może na wyspie – nie widzieli,
co było po drugiej stronie góry.
Bywali tu już wcześniej, spacerując wokół największego jeziora, gdzie urządzono
nadbrzeżną promenadę, na brzegu było kilka pomostów dla wędkarzy, a nawet
niewielkie molo, do którego przywiązywano łodzie i kilka rowerów wodnych. Był
porządek, może dlatego, że teren był prywatny – należał do wiejskiej spółki,
która za niewielką opłatą wydawała zezwolenia na połów ryb. Kłusownicy byli
karani, często fizycznie: Jeziorna miała obywatelską straż wiejską, nad którą
czuwał wybierany przez mieszkańców szeryf. Prawo nie przewidywało takiej
procedury, ale władze gminy i powiatu przymykały na to oko: straż obywatelska
nie kosztowała ich ani grosza, na jej działalność nikt jak dotąd się nie
skarżył, a policja zaglądała tu rzadko. Nad jeziorem duże tablice ostrzegały
wyraźnie, że osoby łowiące tu bez wykupionego zezwolenia będą usuwane z
prywatnego terenu. No, to były.
Wioska była niewielka, ale rozrzucona po rozległej grapie, wznoszącej się ponad
jeziorami. W środku stał porządnie wymurowany dość nowoczesny kościółek, obok
duży Dom Ludowy z biblioteką, a kilkadziesiąt także murowanych budynków otaczało
coś w rodzaju ryneczku. Była też karczma i kilka sklepów.
Nie było po co patrzeć w tył. Wiadomo było, że tędy i tak nie wrócą. Na razie
nie było się nad czym zastanawiać, zresztą szosa nie kończyła się przecież w
Jeziornej tylko biegła dalej w stronę niewielkiego miasteczka przy granicy
słowackiej, skąd okrężnymi drogami na pewno dałoby się dojechać do miasta, gdzie
ona się urodziła, a on mieszkał od prawie ćwierci wieku. Na razie najważniejsze
było urodzone niedawno w Jeziornej dziecko, nad którym trzeba było roztoczyć
opiekę, zbadać wagę, sprawdzić odruchy, zobaczyć, czy ustąpiła żółtaczka
noworodkowa, dowiedzieć się, czy przybiera na wadze i sprawdzić, czy nie ma
jakichś wad, które lekarze przegapili w szpitalu.
Obciągnęła dres z wyhaftowanym napisem położna, uruchomiła starter w
motorze i nałożyła kask uśmiechając się: kawasaki był niezawodny. Silnik zagrał
od pierwszego kopa. Michał, pełniący funkcję pilota i ochroniarza sprawdził
jeszcze raz trasę na GPS-ie.
- Słuchaj, czy tu zawsze było tak wysoko? Wydaje mi się, że to niemożliwe, albo
GPS się popsuł, albo coś zmieniło się w konfiguracji terenu. Mam tu 720 metrów,
kilkadziesiąt więcej niż było zeszłym razem…
- Nieważne, na pewno źle odczytuje przez tę pieprzoną burzę. Albo
wysokościomierz się rozkalibrował. Siadaj, jedziemy.
Kilka chwil później podjechali do domu na kolejnym, jeszcze wyższym wzgórzu.
Płaczu noworodka nie było słuchać, ludzie nie rozmawiali, nawet pies szczekał
jakby z obowiązku. Dom był pusty. Nie było też nikogo w dwu sąsiednich domach.
Wyglądało na to, że wszyscy mieszkańcy tego osiedla pośpiesznie opuścili domy,
zostawiając niezamknięte drzwi, szczekające psy, niedojedzone obiady. Przed
domami ani w otwartych garażach nie było samochodów, z wyjątkiem jednej starej
Dacii, na dachu której suszyło się kilka par dziecięcych kaloszy. Suszenie było
o tyle mało skuteczne, że od dłuższego czasu lało i z kaloszy wylewała się woda.
Przy jednym z obejść porykiwała krowa, ale nie tego oczekiwali. Wybrała numer
pacjentki, z którą umawiała się na wizytę godzinę temu. Nikt nie odbierał.
Telefon matki dziecka nie odpowiadał.
- Ta Kaśka ma coś z głową – powiedziała – przecież tak mnie prosiła o wizytę,
konkretnie o tej porze, a teraz sobie gdzieś poszła. Przecież, kurde, to dziecko
ma tydzień. Gdzie to oni się szlajają z tym bachorem? I jeszcze w deszczu?
Michał, jak zwykle milczał. Wsiedli na motor i zjechali z powrotem do centrum.
Zaparkowali pod rozłożystym jesionem koło Domu Ludowego. Deszcz przestał padać,
tylko gdzieś daleko słychać było jeszcze pomruki burzy. Znaleźli jakąś względnie
suchą ławkę, którą Elżbieta na wszelki wypadek przetarła chusteczką
dezynfekcyjną. Telefon położnicy nadal nie odpowiadał. Wciskając trzeci raz
klawisz wybierania zauważyła znaczek braku zasięgu. Spojrzała w stronę Domu
Ludowego – maszt przekaźnika komórkowego, który jeszcze w zeszłym tygodniu tkwił
na dachu i wywoływał awantury wśród starszych mieszkańców wsi, obawiających się
jego „promieniowania” – zniknął. Po chwili zobaczyli, że antena, pogięta i
połamana, leży na podwórku.
- Ty, słuchaj – powiedział Michał – nabożeństwo jakieś jest w kościele. Ale czy
się im coś nie pozajaczkowało? Przecież dziś nie jest niedziela. Wolna sobota
jest.
- W sobotę też się modlą. Zwłaszcza ci, co nie mogą iść na mszę w niedzielę.
- Ale tu chyba cała wieś nie może w niedzielę – pokazał na parking przy
kościele: był pełny. Między samochodami stało nawet kilka traktorów. Weszli do
środka. Było ciemno. Paliły się tylko świece przy głównym ołtarzu, kilka osób
trzymało gromnice, jak na Matki Boskiej Gromnicznej. Zapach nieodparcie kojarzył
się z cmentarzem. Trwało kazanie. Mikrofon nie działał i antyakustycznie
zbudowany, nowoczesny kościółek nie dawał się wypełnić głosem kapłana. Powoli
przepychali się do przodu.
- … w Sodomie. Tak, za grzechy, Pan spuścił na miasto niebieski ogień, który
spalił wszystkich z wyjątkiem Lota i jego córek, a jego żona poniosła karę za
nieusłuchanie boskich wysłanników, którzy zabronili jej odwracać się i oglądać
tego, jak spełniają się wyroki boskie. Dziś Bóg wybrał inną drogę. Zamiast ognia
– wodę. Ale przyczyna boskiego gniewu jest zawsze jedna i ta sama – nasze
grzechy. Bóg karze nas na pychę, za łamanie przykazań, za wszystko, czym go
obrażamy. Za rozpustę, za nieprzestrzeganie postów, za niechodzenie do kościoła,
za pogardę dla księży, za…
Doszli do pierwszych ławek. Przed ołtarzem stali rodzice z małym dzieckiem. Nikt
nie był odświętnie ubrany, dziecko płakało cichutko, księdza nikt nie słuchał.
Ale ewidentnie wyglądało to na chrzest.
- No to są jakieś jaja – Elżbieta nawet nie starała się szeptać cicho. Kilka
osób odwróciło się w jej stronę, zaczęli sobie ich pokazywać gestami. Byli widać
jedynymi obcymi na mszy. – Przecież do cholery ten bachor ma ledwie tydzień.
Baba dwa dni temu wyszła ze szpitala. Wczoraj do mnie zadzwoniła, zamawiając na
dziś wizytę. Jak można tak małemu dziecku robić chrzest? Złapie tu jakąś
infekcję i co ja wtedy zrobię? A ona przecież ledwie się rusza…
Michał wzruszył ramionami.
- Mnie chrzcili, jak miałem trzy dni podobno. Cherlawy byłem i bali się, że
kipnę.
- A ja nawet tego Szymka jeszcze nie miałam możliwości zbadać. Światła nie ma,
czy co?
Ludzie byli tak nieprzyzwyczajeni do tego, że w kościele nie działa podstawowy
sprzęt liturgiczny – mikrofon, że ksiądz nie miał szans na skupienie uwagi
wiernych. Skończył kazanie, po czym podszedł do rodziców i chrzestnych.
Ceremonia nie zainteresowała prawie nikogo. W kościele był gwar, jak w szkole na
przerwie. Wyszli z powrotem na plac przed głównym wejściem. Zmierzchało. Nie
paliły się żadne światła. Daleko na wschodzie widać było łunę od jarzeniówek nad
odległym miastem. Na zachodzie pojawiały się i znikały światła przejeżdżających
samochodów. Wyglądało na to, że awaria obejmowała tylko Jeziorną.