Maciej Pinkwart
Przeprowadzka
|
S |
iedemnasta paczka była szczególnie niewygodna do niesienia: pudło nie miało
uchwytów, jego szerokość nie pozwalała na objęcie go obiema rękami, w dodatku
położony na wierzchu egzemplarz „Baudolino” Umberto Eco, w czarnej, śliskiej
obwolucie ześlizgiwał się co chwilę i trzeba było balansować kartonem, żeby go
zatrzymać w ostatniej chwili. Na trzecim piętrze przystanął. Położył paczkę na
schodach i otarło czoło. Do końca transportu miał takich paczek jeszcze ponad
siedemdziesiąt. A czas, wyznaczony przez nabywcę nowego mieszkania biegł coraz
szybciej.
- Dam
radę – pomyślał – starożytni Egipcjanie gołymi rękami budowali piramidy i dali
radę, a ile to było lat temu. Umierali w wieku 25 lat jako staruszkowie, a ja,
proszę, jak się trzymam.
Pokręcił głową. Ta argumentacja nie całkiem go przekonywała. Egipcjan przy
budowie było kilka tysięcy, mieli na to ze 30 lat i przenoszenie kamieni było
dla nich zupełnie dobrą alternatywą do codziennego chodzenia za sochą ciągniętą
przez woła w upalnym słońcu, w dodatku z perspektywą oddania ponad połowy
ewentualnego zbioru na rzecz nomarchy. A on był sam, miał jeszcze 10 dni i
żadnej alternatywy, nawet wołu, sochy czy nomarchy. No i trzymał się dość
marnie. W tej chwili akurat trzymał się poręczy dość stromych schodów.
Wyrównał oddech, wzruszył ramionami, podniósł paczkę i spokojnie zaniósł na
czwarte piętro. Podobnie jak w piramidach, w bloku, w którym wynajął mieszkanie,
nie było windy. W samochodzie zostały jeszcze trzy paczki, ale już lżejsze i
wygodniejsze do niesienia. Nie było się co rozczulać. Zastanowił się, czemu w
tych nowoczesnych bądź co bądź blokach, usytuowanych na snobistycznych
peryferiach miasta nie budowano choćby wind towarowych: przecież wszyscy się
wprowadzali i wyprowadzali, robili niekiedy remonty, starsze osoby miały kłopoty
z wnoszeniem na piętra zakupów… Koszt czynszu wzrósłby niewiele, a wygoda –
sporo.
Ale
faktem też było, że mimo zmęczenia czuł się coraz lepiej, co dowodziło tylko
tego, że większość jego dolegliwości miała charakter psychiczny. Jednak
zdecydowanie nie wszystkie, niestety: wiek i zużycie materiału też dawały o
sobie znać. Otworzył drzwi z klucza i zaczął wnosić ustawione przedtem na
podeście kartony. Ustawiał pod ścianą prawie pustego pokoju, starając się nie
zagracać ciągu komunikacyjnego. Najgorsze było schylanie się i dźwiganie pudeł z
ziemi, a potem stawianie równo jeden za drugim. Samo przenoszenie wydawało się
drobnostką – książki trzeba pakować w niewielkie pudła, żeby zbytnio nie
obciążać kręgosłupa, który i tak przy tym wszystkim dostaje, nomen omen, w kość.
–
Książki trzeba pakować w niewielkie pudła, żeby zbytnio nie obciążać kręgosłupa,
który i tak przy tym wszystkim dostaje, nomen omen, w kość – pomyślał,
przeciągając się w fotelu. Cieszyły go wszystkie nowe rzeczy, które pojawiały
się w mieszkaniu i z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że to jedna z
najlepszych rzeczy, jakie mu się ostatnio przytrafiły. Zwykłe porządki nie są w
stanie zlikwidować wszystkich śmieci i niepotrzebnych rzeczy, jakie człowiek w
ciągu lat gromadzi w swoim życiu – w czasie przeprowadzki instynkt
samozachowawczy każe ci wyrzucać rzeczy zbędne, które bezproduktywnie obciążają
kręgosłup.
Sterta
książek pod ścianą rosła. Spoglądał na leżące w paczkach, jeszcze nie
rozpakowane regały, które miały stworzyć już niebawem pierwszą w jego długim
życiu bibliotekę – czyli coś, o czym zawsze marzył, a co zawsze w poprzednich
układach musiało ustępować innym priorytetom. Biurko do pracy, telewizor, łóżko
dla dziecka, łoże małżeńskie, szafy, szafki, garnki… Na książki miejsce
znajdowało się na końcu, między jednym meblem a drugim, między jedną miesięczną
wypłatą a drugą. To znaczy, kupował, kładł byle gdzie i czekał na możliwość
przeczytania. Nie dlatego, żeby zrecenzować i nie dlatego, żeby się czegoś
dowiedzieć – dla czystej przyjemności rozkoszowania się kunsztem wiązanych słów
i tej przyjemnej igiełki zazdrości, która pojawiała się zawsze, gdy czytał
dzieło kogoś, kto osiągnął większy sukces dzięki większym umiejętnościom.
Teraz
to wszystko będzie możliwe. Jeszcze tylko kilka, kilkanaście dni ciężkiej pracy,
a wszystko znajdzie się na nowym miejscu i można będzie, tak jak teraz,
wyciągnąć się w starym fotelu, który, oświetlony intymnym światłem stylowej
lampy posłuży do miłego, intelektualnego dolce far niente. No, oczywiście
nie bez tego, że czasem posłuży i do czego innego… Trzeba tylko wyprostować
przygarbione przez czas i wysiłek plecy i przekonać samego siebie, że można i
trzeba jeszcze raz pokonać pewną drogę, której początek widać, ale ciąg dalszy
mimo wszystko niknie za zakrętem.
-
Trzeba tylko wyprostować przygarbione przez czas i wysiłek plecy i przekonać
samego siebie, że można i trzeba jeszcze raz pokonać pewną drogę, której
początek widać, ale ciąg dalszy mimo wszystko niknie za zakrętem. Na razie ciąg
dalszy oznacza kolejne schody i kolejne paczki.
Wstał.
Przytrzymał się fotela i ruszył po następną paczkę. Na podeście drugiego pietra
przystanął, żeby wyrównać oddech. Był stary i choć na ogół starał się o tym nie
myśleć, bywały momenty, kiedy metryka wyraźnie dawała o sobie znać. Kilka dni
temu znajoma studentka opowiadała mu o swoim profesorze, młodszym - jak
podkreślała - od niego, który przez znaczną część wykładu epatował dziewczęta
opisami dręczącej go dny moczanowej.
- Co
za dupek - powiedział wtedy, ale w głębi ducha przyznawał profesorowi racje:
studentki powinny wiedzieć o dolegliwościach pedagoga... Może wtedy okażą mu
trochę współczucia, no, a wiadomo w jaki sposób kobieta może wyrazić
współczucie… Ale żeby wzruszać dną? To dno – stwierdził głośno, a po cichu
pomyślał, że jego kłopoty z sercem, kręgosłupem i nerkami są znacznie bardziej
romantyczne. O prostacie lepiej nie wspominać na pierwszej randce... On by na
pewno potrafił zainteresować sobą studentki lepiej niż facet z dną. Jego
nadciśnienie wymagało większego skupienia i empatii. Pamiętał, jakim uczuciem
XIX-wieczne panienki obdarzały umierających na suchoty artystów. Pewno w
znacznej mierze dzięki ich talentom, ale i gruźlica jako afrodyzjak też miała w
tym swój udział. A może to lekki dreszcz obcowania z kimś odchodzącym,
adrenalina balansowania między życiem a śmiercią? No, ale żeby dna moczanowa…
Pokręcił głową, zszedł do auta, wyciągnął następny karton z książkami. Odliczał
schody, które składały się na kolejne etapy wspinaczki: parter, półpiętro,
pierwsze piętro, półtora piętra… Drzwi na podeście drugiego piętra otworzyły się
i zobaczył faceta w swoim wieku z paczką w rękach. Miał identyczną kurtkę i
podobny szalik, tylko figurą znacznie różnił się od niego.
Drzwi
na podeście drugiego piętra otworzyły się i zobaczył faceta w swoim wieku z
paczką w rękach. Miał identyczną kurtkę i podobny szalik, tylko figurą znacznie
różnił się od niego. Był zmęczony, przygarbiony i wyraźnie niższy, tak jakby
uginał się pod ciężarem trzymanej paczki, która przecież na oko wyglądała
podobnie jak te, które właśnie wynosił. Najwyraźniej się wyprowadzał, bo ciężko
dyszał, jakby starał się wyrównać oddech.
-
Magda, podaj mi jeszcze jedną paczkę – zawołał w głąb mieszkania.
Dziewczyna, która wyszła na klatkę schodową, miała niestarannie spięte włosy,
rozsypujące się na twarzy, była boso i w kusym szlafroczku, jakby wywołał ją z
łazienki. Sięgnęła po ustawiony w korytarzu pakunek, z trudem podniosła, a on z
niemniejszym trudem wcisnął go pod pachę.
- No
to idę - powiedział, uśmiechnął się porozumiewawczo do faceta z paczką, który
właśnie zaczął pokonywać kolejny odcinek schodów w górę i zaczął schodzić do
samochodu.
Schodzenie z pakunkami jest oczywiście łatwiejsze, ale ma w sobie pewien cień,
taki jak mijający ciepły i długi letni dzień, który każdą godziną przypomina o
tym, że ta następna będzie już o 60 minut bliżej mroźnej i ciemnej zimy.
Grawitacja jest naszym niewiernym sojusznikiem, bo mamy świadomość, że za chwilę
to, co nam pomagało przy znoszeniu, będzie naszym wrogiem przy marszu w górę.
Czując na sobie spojrzenie mijanego sąsiada, przyspieszył kroku.
Grawitacja jest naszym niewiernym sojusznikiem, bo mamy świadomość, że za chwilę
to, co nam pomagało przy znoszeniu, będzie naszym wrogiem przy marszu w górę.
Czując na sobie spojrzenie mijanego sąsiada, przyspieszył kroku. Postawił paczkę
pod drzwiami i nie zatrzymując się dla odpoczynku, ruszył po następną.
Dziewczyna otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją o
sekundę.
-
Jedni wchodzą, inni wychodzą… państwo się wyprowadzają? Szkoda, bo miałbym już
jednych znajomych sąsiadów. Bo ja się właśnie wprowadzam…
Jak
automat pokręciła głową, bez słowa chowając się do mieszkania. Kątem oka
zauważył, że korytarz jest niemal cały zastawiony paczkami, torbami i walizkami,
ale meble w środku nie wyglądają na przygotowane do wywózki.
Rzeczywiście, żałował, że ludzie na oko sympatyczni wyprowadzali się w tym samym
czasie, kiedy on miał tu lada dzień zamieszkać. Nie znał tu żywcem nikogo, a
kilkudniowe przenosiny wykonywał rzecz jasna na raty, i to w godzinach, w
których mieszkańcy albo byli w pracy, albo spali, bo jak dotąd nikogo nie
spotkał. Do towarzystwa w przesadnych ilościach nie był przyzwyczajony, ale miło
by było mieć do kogo wstąpić w kapciach na wieczorne winko. No, ale najwyraźniej
tym kimś nie mieliby być ludzie z drugiego piętra – Magda i dobrze trzymający
się facet w jego wieku.
Pstryknął alarmem i otworzył drzwi samochodu. Miejsc na parkingu przy jego
klatce schodowej jak zwykle nie było i trzeba było dygować pudła dobrych
kilkadziesiąt metrów, co w końcu nie było bez znaczenia.
Pstryknął alarmem i otworzył drzwi samochodu. Miejsc na parkingu przy jego
klatce schodowej jak zwykle nie było i trzeba było dygować pudła dobrych
kilkadziesiąt metrów, co w końcu nie było bez znaczenia. Bagażnik był już pełen
i kolejnych kilka kartonów musiało się zmieścić na tylnim siedzeniu. Żałował, że
nie zdołał zorganizować sprawy tak, żeby wyprowadzić się za jednym zamachem –
uszykować pudła z książkami i techniką, meble, worki z ubraniami, zamówić ekipę,
dać jej klucze i nowy adres, a samemu spędzić dwie godziny na dobrym obiedzie w
dobrej restauracji, i oczywiście w odpowiednio miłym towarzystwie. A potem z tym
towarzystwem pójść pod nowy adres i kochać się w nowym miejscu w nowym łóżku, w
jakiś nowy sposób…
A
potem przypomniał sobie, że kiedyś właśnie z takim nowym towarzystwem wprowadził
się pod ten właśnie adres, z którego właśnie teraz wynosił kolejną paczkę
książek. I miało być coś nowego i coś wspaniałego, a wyszło jak zawsze. Niemniej
jednak wspominał te minione lata bardzo mile, a o ostatnich miesiącach starał
się zapomnieć. Jak zwykle patrzył w przyszłość z optymizmem, jak zwykle
egoistycznie nie myślał o tych, których przyszło mu zostawić. „Widziały gały co
brały” – powiedział kiedyś w czasie kolejnej awantury i wierzył w to głęboko, że
nigdy nikogo nie oszukiwał, bo niczego specjalnego nie obiecywał.
Zamknął auto. Pewno nikt by się nie połaszczył na jego książki i spokojnie można
byłoby zostawić drzwiczki otwarte, ale konieczność pokonania sporego dystansu z
parkingu do jego klatki nieco nadwątlała jego wiarę w dobroć i uczciwość
sąsiadów. Zresztą, prawdę powiedziawszy, mało osób tu poznał, a z nikim nie
utrzymywał bliższej znajomości. Facet w brązowej kurtce powoli wchodził przed
nim po schodach, a w jego ruchach było coś znajomego. Pomyślał, że peregrynacje
schodowe z bambetlami na rękach powinny zbliżać ludzi, nawet, jeśli dzieli ich
przeznaczenie owych podróży. Postanowił, że na następnym półpiętrze zatrzyma się
i zagada do niedoszłego sąsiada. W końcu, niezbyt często dwóch ludzi w tym samym
wieku jest w tak podobnej, a zarazem tak odmiennej sytuacji.
Facet
w brązowej kurtce powoli wchodził przed nim po schodach, a w jego ruchach było
coś znajomego. Pomyślał, że peregrynacje schodowe z bambetlami na rękach powinny
zbliżać ludzi, nawet, jeśli dzieli ich przeznaczenie owych podróży. Postanowił,
że na następnym półpiętrze zatrzyma się i zagada do niedoszłego sąsiada. W
końcu, niezbyt często dwóch ludzi w tym samym wieku jest w tak podobnej, a
zarazem tak odmiennej sytuacji. Półtora piętra to dobre miejsce, żeby postawić
karton po bananach, tym razem z książkami na literę „P” i trochę odpocząć.
Wytarł spocone ręce o spodnie i odwrócił się. Sąsiad z drugiego miał
wysportowaną sylwetkę narciarza albo bywalca siłowni, ciemniejszą od niego cerę,
nie był siwy i nie nosił okularów. I to były w zasadzie wszystkie różnice między
nimi. Poczuł się tak, jakby nagle odnalazł zaginionego brata, albo przynajmniej
kuzyna. Tę twarz oglądał już od kilkudziesięciu lat codziennie przy goleniu. Nie
wiedział, co powiedzieć. Tamten też się zatrzymał, ale jemu na śmiałości nie
zbywało.
-
Śmieszna historia, co? Jedni wchodzą, drudzy wychodzą… Szkoda, że dopiero teraz,
bo miałbym już jednego znajomego sąsiada. I to, zdaje się, dobrze znajomego, co?
To może ja się przedstawię. Krzysiek jestem.
- Nie,
to ja jestem Krzysiek.
Roześmieli się obaj.
No
oczywiście, jak w końcu mógłbyś mieć na imię, mój sobowtórze? Jesteś moim
odbiciem w lepszym lustrze, takim, które pokazuje to co, chcielibyśmy zobaczyć.
Jesteś w moim wieku, ale młodszy, w tym samym ubraniu, ale lepiej wyglądasz, w
tym samym domu, ale w lepiej położonym mieszkaniu. Jesteś w moim wieku, ale
starszy, bardziej doświadczony, sceptyczny i mniej ufny, a więc lepiej się
urządzisz w całym tym życiu, które nam jeszcze zostało. Nasza rodzina jest
długowieczna, osiemdziesiątka to wiek, który osiągnęli kuzyni w zupełnie dobrej
formie. Nie, nasza rodzina jest mało odporna na stresy i historię –
sześćdziesiąt i niewielkim hakiem i kops w kalendarz, więc nie ma co robić
dłuższych planów. O tyle się z tobą zgadzam, że to prawda z tymi planami. Żyjmy
póki się da, ale ponieważ nie wiadomo jak długo się da, trzeba żyć tak, jakbyśmy
mieli jeszcze dwa życia przed sobą. Tak, twoje i moje…
- To
może zrobimy sobie przerwę na kawę? Ja zapraszam, bo u pana pewno jeszcze nie
urządzone, co? Pańskich poprzedników w ogóle nie znałem, ale z tego co się tu
mówiło, od lat już tam nikt nie mieszkał, bo podobnie jak większość lokali w tym
bloku, to był pustostan.
-
Chętnie skorzystam, bo prawdę powiedziawszy, trochę już wykończony jestem.
Zresztą to ostatnia paczka na dzisiaj. Poniosę na górę i zaraz schodzę, jeśli
tylko pani Magda…
- E,
co pan… Córka lubi towarzystwo, a od czasu, kiedy zostaliśmy sami, niewiele ma
okazji do tego, żeby ją ktoś odwiedzał… To za dziesięć minut, dobrze?
Skinął
głową i poszedł do swojego mieszkania. Cisza na schodach wskazywała, że sąsiedzi
jeszcze nie wrócili z pracy, albo nie chce się im wychodzić w kiepską jesienną
pogodę. Krzysiek, też coś… Na szczęście, jednak coś ich dzieli: Magda, tatusina
córeczka, nie opuszczająca ojca w trudnej sytuacji.
Skinął
głową i poszedł do swojego mieszkania. Cisza na schodach wskazywała, że sąsiedzi
jeszcze nie wrócili z pracy, albo nie chce się im wychodzić w kiepską jesienną
pogodę. Krzysiek, też coś… Na szczęście, jednak coś ich dzieli: Magda, tatusina
córeczka, nie opuszczająca ojca w trudnej sytuacji. Przełknął ślinę, odwrócił
wzrok. Tego zazdrościł – on między innymi wyprowadził się do nowego mieszkania
po to, by uniknąć agresji ze strony młodszego pokolenia w swojej rodzinie, w
której miłość była słowem, zarezerwowanym dla popołudniowych seriali, namiętnie
oglądanych przez żeńską część rodziny i żywo komentowanych potem w trakcie
wielogodzinnych rozmów telefonicznych, wykonywanych na jego koszt. Stare sprawy,
stare życie, na szczęście już daleko za nim. Teraz czekała go kawa u Krzyśka,
interesujące spotkanie z jego córką i powrót pod stary adres, z którego miał się
niebawem wyprowadzić. Umył ręce w pełnej pajęczyn łazience i wytarł w chusteczkę
do nosa: nie pomyślał wcześniej, że jednak przed książkami trzeba było przenieść
trochę rzeczy nieco bardziej praktycznych.
Spojrzał w lustro: nie było tak źle. Po tylu rundach wnoszenia pakunków na
czwarte piętro, przedtem znoszenia ich z drugiego, a jeszcze wcześniej pakowania
w kartony – wyglądał nie najgorzej i czuł się zupełnie dobrze. Niemniej jednak
na dziś miał dość i z chęcią spędzi kilkanaście minut w towarzystwie tego
dziwnego brata-bliźniaka, rozmawiając o jego nie znanym mu życiu, rodzinie i
problemach, które zmusiły go do zmiany mieszkania.
Niemniej jednak na dziś miał dość i z chęcią spędzi kilkanaście minut w
towarzystwie tego dziwnego brata-bliźniaka, rozmawiając o jego nie znanym mu
życiu, rodzinie i problemach, które zmusiły go do zmiany mieszkania. Magda
oczywiście podsłuchiwała pod półotwartymi drzwiami, więc gdy wszedł do
mieszkania i chciał umyć ręce w łazience, zastał drzwi zamknięte, a na jego
dobijanie się córka powiedziała, że skoro bez konsultacji z nią zaprosił gościa,
to musi teraz poczekać aż ona zrobi się podobna do ludzi, bo chyba przecież goła
i nieumalowana do jego brata nie wyjdzie, co nie?
To „co
nie” zawsze irytowało jego poczucie poprawności językowej, ale oduczył się już
zwracania uwagi w sprawach mniej istotnych, bo wywoływały awanturę taką samą,
jak protesty w kwestiach pierwszej wagi. Poza tym zawsze fascynowało go to, jak
Magda potrafi starannie dbać o siebie, kiedy jej naprawdę zależy, a w innych
sytuacjach zachowuje się jak kompletna abnegatka. Powiesił kurtkę w korytarzu,
odsunął nogą kilka stojących w przejściu pakunków i rzucił krytycznym okiem na
duży pokój – było na czym usiąść i na czym postawić piwo czy kawę. On kawę, a on
piwo – pomyślał. Magda wyszła z łazienki, ubrana dość skromnie, co nieco go
zdziwiło, bo odbiegało od jej ostatnich zwyczajów, kiedy to minispódniczka i
mocno wydekoltowana bluzka towarzyszyły jej od rana, nawet do zbożowej kawy z
sucharkami, co zwykle stanowiło jej śniadanie, bo podobno musiała dbać o linię.
Na
jego oko – nie musiała. No, ale nie on w tych sprawach decydował. Ostatnie
miesiące nauczyły go, że mimo dość autokratycznego charakteru musiał dopiero
wywalczyć sobie prawo do samostanowienia, a i to tylko w najbardziej osobistych
i zarazem mało istotnych sprawach. O większości decydowała rodzina, znajomi,
środowisko, koledzy w pracy, obyczaje. Spojrzał na zegarek. Dziesięć minut
minęło. Za chwilę przyjrzy się dokładnie nowemu sąsiadowi, który już niebawem
przestanie być sąsiadem i wypyta go o jego rodzinę. Te wszystkie podobieństwa
mogą oczywiście być przypadkowe, ale mogą nie być.
Spojrzał na zegarek. Dziesięć minut minęło. Za chwilę przyjrzy się dokładnie
nowemu sąsiadowi, który już od jutra przestanie być sąsiadem i wypyta go o jego
rodzinę. Te wszystkie podobieństwa mogą oczywiście być przypadkowe, ale mogą nie
być. Wyszedł z łazienki, obciągnął sweter, po namyśle zabrał do ręki kurtkę i
starannie zamknąwszy drzwi, zszedł na drugie piętro. Uczył się w praktyce
ergonomii: nie ma potrzeby wracać potem na górę, od sąsiada pojedzie prosto do
domu.
Do
domu? Teraz dom miał tu, tam miał jeszcze tylko przez kilka dni mieszkanie.
Drzwi
otworzyły się jeszcze zanim zadzwonił. Magda uśmiechnęła się do niego i
powiedziała:
-
Czekamy na ciebie, wejdź.
Trochę
zdziwiła go ta bezpośredniość w formie powitania, ale nic nie powiedział. Był
dość rygorystyczny w relacjach międzyludzkich i takie „tykanie” ze strony na oko
20-letniej dziewczyny było dla niego czymś niespotykanym, ale z drugiej strony
miało jakiś urok bliskości, której mu ostatnio raczej brakowało. Cofnęła się pod
ścianę, przepuszczając go w głąb korytarza. Położył kurtkę na stercie kartonów,
kiwnął jej głową przecisnął się do dużego pokoju. Gospodarz gestem wskazał mu
fotel, usiadł.
-
Mebli państwo nie zabieracie? – spytał, widząc, że w salonie nic nie jest
przygotowane do wywózki.
- Nie,
w sumie nie będą mi potrzebne, tam, gdzie jadę mam wszystko umeblowane. Zresztą
Magda będzie czuła się najlepiej w otoczeniu, które zna i które jest dla niej
bezpieczne. Kawa, piwo?
- Za
piwo dzisiaj dziękuję, jestem samochodem, muszę zaraz wracać na stare
mieszkanie, a kawa o tej porze w moim wieku raczej też odpada. Herbaty, jeśli
można.
Ledwo
dostrzegalnie wzruszył ramionami, a w jego głosie dało się wyczuć lekką ironię.
- W
moim wieku kawa nie przeszkadza, a pewno nie jestem młodszy. A herbata ma
jeszcze gorsze podobno właściwości… Ale ja i tak piwo…
Magda
przysłuchiwała się rozmowie, oparta o futrynę. Była wysoka i szczupła, a zgrabną
figurę podkreślała długa zielona spódnica do ziemi. Na jasnej bluzce miała
zielone bolerko, włosy próbowała uczesać, ale kilka kosmyków nadal opadało jej
na twarz. Chciał zapytać, czy siądzie z nimi, ale w końcu to nie on był
gospodarzem.
Chciał
zapytać, czy siądzie z nimi, ale to w końcu był jego gość, a ona mogła robić co
chciała.
- Masz
bardzo podobny głos do ojca, łatwo się pomylić – powiedziała i uśmiechnęła się.
Ale w tym uśmiechu było coś dziwnego, wydało mu się, że okrutnego. Wrażenie to
sprawiał fakt, że uśmiechały się tylko jej usta – oczy pozostawały zimne,
nieruchome jak zimne bryłki lodu. Patrzyła zresztą nie na niego, tylko w kąt
pokoju, gdzie stała nowoczesna zielona szafa. – Zaraz przyniosę.
Wyszła
do kuchni, skąd dobiegł go dźwięk napełnianego czajnika, pstryknięcie gazu i syk
otwieranej puszki piwa. Milczeli, wpatrzeni w drzwi kuchni. Dziewczyna wróciła z
piwem i szklanką w jednej ręce i paczką słonych paluszków w drugiej. Ojciec
odebrał od niej rzeczy, postawił na niskim stoliku i obrócił się do niej:
- Może
siądziesz z nami? Sąsiad na pewno opowie nam coś ciekawego o sobie.
-
Zaraz będzie herbata – odpowiedziała nie na temat.
Zauważył, że między nimi panuje jakieś nieuchwytne napięcie, którego
wyznacznikiem było to, że w ogóle nie patrzyli na siebie. „Musiałem wpaść w
środek awantury” – pomyślał.
Po
chwili Magda wniosła czajniczek i pustą filiżankę. Ojciec znów odebrał od niej
naczynia, nalał herbaty do filiżanki, zapytał o cukier.
- U
nas nikt nie słodzi, więc na stole nie stoi. Przynieść?
Pokręcił głową.
- U
nas też nie. To znaczy, przepraszam, nie ma żadnego „u nas”. Dziękuję, nie
słodzę.
-
Pójdę do siebie, posłucham muzyki. Jakby było za głośno, to ściszę – Magda
odwróciła się ostrożnie i powoli znikła w drugim pokoju, skąd po chwili zaczęły
dobiegać dźwięki jednego z modnych ostatnio musicali. Patrzył za nią chwilę,
wreszcie zrozumiał. Podniósł szklankę do ust, było gorące, odstawił.
- Czy
ona…
- Tak.
Od urodzenia. To chyba kwestia genetyczna, a w dodatku jej matka w czasie ciąży
miała kilkakrotnie nawroty nadciśnienia, bo za radą lekarzy odstawiła leki. No i
tak się stało, jak się stało. Magda radzi sobie całkiem dobrze, ale naturalnie
pewnych rzeczy nie da rady zrobić. Do sklepu za rogiem pójdzie i zrobi zakupy,
ale do samoobsługowego marketu już nie pojedzie. W mieszkaniu czuje się
swobodnie, potrafi się obsłużyć, ubrać, zrobić jeść i sprzątnąć, w pewnym
zakresie oczywiście. Dlatego ona tu zostaje i nie przenosi się ze mną na nowe
miejsce, gdzie jej byłoby niewygodnie, a mnie niezręcznie. W końcu – nie będę
tam sam.
Argumentacja wydała mi się dość okrutna, ale był jak najdalszy od oceniania
obcego człowieka. Trudności mieszkania z osobą niewidomą znał dobrze z tradycji
rodzinnej – jego babka nie widziała od urodzenia, przeżyła wojnę i radziła sobie
całkiem nieźle do momentu, kiedy zostawiła w łazience ich krakowskiego
mieszkania niedokręcony piecyk gazowy. Przechowywał w pamięci – oczywiście tylko
na podstawie opowiadań ojca – fakt, że matka, wówczas w ósmym miesiącu ciąży,
miała jej pomóc ufarbować włosy, bo starsza pani do końca dbała o wygląd i jak
mogła tak ukrywała zarówno swój wiek, jak i kalectwo. Matka, mimo zaawansowanej
ciąży, sporo paliła, no i właśnie weszła do łazienki z papierosem. Przeżyła,
tylko poród odbył się ciężko, przed czasem i on jako dziecko miał poważne
problemy neurologiczne. Starsza pani, niestety, była bliżej piecyka.
Przechowywał w pamięci – oczywiście tylko na podstawie opowiadań ojca – fakt, że
matka, wówczas w ósmym miesiącu ciąży, miała jej pomóc ufarbować włosy, bo
starsza pani do końca dbała o wygląd i jak mogła tak ukrywała zarówno swój wiek,
jak i kalectwo. Matka, mimo zaawansowanej ciąży, sporo paliła, no i właśnie
weszła do łazienki z papierosem. Przeżyła, tylko poród odbył się ciężko, przed
czasem i on jako dziecko miał poważne problemy neurologiczne. Starsza pani,
niestety, była bliżej piecyka.
-
Niestety, ślepota w naszej rodzinie jest prawdopodobnie genetyczna, bo cierpiała
na to także moja babka, która zresztą zginęła tragicznie wskutek wybuchu piecyka
gazowego, po którym, jak zresztą i po babce nie pozostał żaden ślad. Moja matkę,
wówczas w zaawansowanej ciąży, wydobyto spod gruzów…
Cofnął
się wraz z fotelem od stołu. Tego było już za wiele.
- Na
jakiej mieszkaliście ulicy?
Popatrzył na niego ze zdziwieniem.
- Na
Browarnej koło młyna, prawie w samym środku Poznania. 60 lat temu.
Odetchnął z ulgą.
- No
bo to zadziwiające, ale identyczny wypadek był w mojej rodzinie. Tyle, że w
Krakowie, na Piwnej koło Krakusa. Z kamienicy został tylko parter, a my
mieszkaliśmy na drugim. Ale matka ze mną w środku ocalała…
Gospodarz potrząsnął puszką, wylewając do szklanki ostatnie krople piwa.
-
Niesłychane… Ale to oczywiście jeszcze nie wszystko. Pan ma… Ty masz córkę?
Zastanowił się. Na ile mógłby mu zaufać? W końcu, nie wiedział o nim nic, nawet
tego jak się nazywa. Ujawnianie mu tego, że córka po tamtej ostatniej historii
ukrywa się za granicą, na pewno nie było wskazane, a samego wydarzenia, po
którym została mu spora blizna na głowie, też nie chciał opisywać. W końcu to
żelazko samo nie wlazło na pawlacz i nie stanęło na krawędzi idealnie w ten
sposób, żeby spaść mu na głowę akurat w momencie, gdy będzie pod nim wieszał
płaszcz? Policja doszła do tego samego wniosku i kiedy już oprzytomniał w
szpitalu, zapytała kto jeszcze oprócz niego miał klucze. No i okazało się, że po
wyprowadzeniu się żony – tylko oni dwoje.
- Tak,
mam. Ale nie utrzymujemy kontaktu, podobnie jak z żoną. Stąd też przeprowadzka,
jako że tamto mieszkanie trzeba było sprzedać, żeby się jakoś podzielić po
rozwodzie.
Pokiwał głową, wstał.
-
Tutaj podobnie, tylko nie sprzedałem, bo zostawiam Magdzie, a sam wyprowadzam
się do znajomych. Jeszcze herbaty? Bo ja jeszcze piwa – uśmiechnął się. Podobnie
jak u Magdy, uśmiechały się tylko jego usta. Oczy jednak były pełne życia, choć
smutne.
- Tak,
chętnie, jeśli nie przeszkadzam, nie bardzo mam się dokąd spieszyć. A twoja
żona?
Z
pokoju Magdy dobiegały dźwięki Metaliki. Ojciec popatrzył w tamtą stronę, potem
pokręcił głową.
- To
chodź do kuchni.
Otworzył drzwi i przepuścił gościa przodem. Ściany niewielkiego pomieszczenia
były całe okopcone, jakby niedawno był tu pożar. Nie było mebli, tylko kuchenka
gazowa, lodówka i zlewozmywak, wszystko całkiem nowe.
-
Mieliśmy starą kuchenkę, jeszcze taką bez zabezpieczeń. Ktoś nie dokręcił gazu,
akurat jak byłem za granicą przez kilka dni. Żona chciała zrobić sobie
śniadanie, była niedziela, zawsze w niedzielę jadała jajka na miękko i to tak
raczej rytualnie, przy zapalonej świecy. Magda akurat wyszła do kościoła, zaraz
po śniadaniu, które jadła bardzo rano. No i żona zapaliła tę świecę. Wybuch był
niewielki, pożar szybko ugaszono, ale ścian nie dałem remontować, bo jakoś tak
głupio było po tym, jak ją z kilku płaszczyzn zebrano do jednej trumny…
Rozejrzał się, jakby szukał, że na tych ścianach coś jeszcze nie pozostało. Był
tylko brud i kopeć. Śmierdziało trochę i, jak mu się wydawało, czuć było gazem.
Gospodarz wyjął piwo z lodówki.
-
Potrzymaj, wstawię wodę. Dochodzenie zaraz umorzono, uznając sprawę za
nieszczęśliwy wypadek. Policja uznała, że to zapewne Magda nie dokręciła gazu i
nie widząc, nie spostrzegła tego faktu. Z powodu jej kalectwa, skończyło się na
spisaniu protokołu. Ale…
Popatrzył na niego. Chciał już jak najszybciej wyjść z tej kuchni, z tego
mieszkania i w ogóle z tego domu.
- Ale
ja właśnie kilka dni wcześniej powiedziałem Magdzie o tych lekarstwach, co jej
matka w czasie ciąży odstawiła i o możliwej przyczynie niedorozwoju nerwu
wzrokowego… To było wszystko niecały rok temu, no i teraz już nie mogę dalej.
Dlatego się wyprowadzam. A inni lokatorzy zrobili to wcześniej. Pewno bez
kłopotów znalazłeś tu mieszkanie i nawet niedrogo, co?
No
fakt, niedrogo. Cofnął się poza próg, ale kątem oka zobaczył Magdę, która stała
za nim w płaszczyku i butach.
-
Tato, ja pójdę teraz się przejść, może wstąpię do Kaśki na chwilę. A wy sobie
pogadajcie o starych sprawach rodzinnych, potem mi opowiesz.
Skinął
głową, ale zorientował się, że dziewczyna tego nie widzi, więc powiedział tylko,
żeby nie wracała za późno. Magda zapięła płaszcz i odwracając się, powiedziała
do gościa:
- Nie
we wszystko trzeba wierzyć, co tata opowiada, zwłaszcza po piwie czy dwóch…
Nawet w te jego podróże zagraniczne, które ostatnimi czasy kończyły się tylko na
Saskiej Kępie, u jednej mojej znajomej… A moja wada wzroku to kwestia
genetyczna, po prababci, niewątpliwie znasz już tę sprawę? I w niedzielę nigdy
nie jadam śniadań, za to mam dobry słuch i wiem, że tamtego ranka ktoś otwierał,
a potem zamykał drzwi z klucza… To do zobaczenia!
Pomyślał, że w jej ustach to banalne stwierdzenie brzmi szczególnie groteskowo.
Trzasnęły drzwi.
- Nie
słuchaj jej, po tym wypadku zrobiła się jeszcze bardziej dziwna. No i broni się,
jak może. Już włączam wodę na herbatę.
Pstryknęła zapalarka, ale kuchenka nie chciała zadziałać. Sięgnął po zapałki,
potykając się o leżący luźno wąż, prowadzący do odkręconej butli gazowej.
Nowy Targ, Wigilia 2008