Maciej Pinkwart
Prekursor
|
O |
Zmartwychwstaniu
dowiedział się, jak wszyscy, w niedzielę przed południem. Od rana pracował
ciężko w sadzie, z trudem rozprostowywał grzbiet po każdym uderzeniu motyki,
którą okopywał drzewa, aż wreszcie otarł pot z czoła i gdy stwierdził, że słońce
stoi w zenicie, poczuł zmęczenie. Nie był już młody i czuł się staro, a ostatnia
choroba nie minęła bez śladu. Rzucił motykę w rosnący na miedzy krzew tamaryszku
i poszedł do domu. I po drodze to usłyszał. W domu usiadł pod ścianą i bez słowa
popatrzył na pusty stół, wokół którego kręcił się wychudzony pies, bez nadziei
na jakikolwiek kęs.
- Będzie obiad? - rzucił w
przestrzeń domu.
Siostry siedziały na zydlach
po drugiej stronie izby i patrzyły na niego, jak mu się wydawało, wrogo.
Wyglądały jak napuszone na zimną noc ptaki, mimo upału południa owinięte szarymi
chustami. Marta bez słowa pokręciła głową, a Maria wzięła się pod boki i swoim
zwyczajem dodawała sobie ważności podnosząc głos.
- Obiad! Dobre sobie. Kto by
miał głowę do obiadu! Takie rzeczy się dzieją, a ten o obiedzie… To nie
słyszałeś, co się stało?
Wyglądało na to, że o
obiedzie można zapomnieć, podobnie jak o spokoju w domu.
- Słyszałem, Joszko mi
powiedział. I to, że miałyście powiedzieć Uczniom. Powiedziałyście?
Skinęły głowami, jak na
komendę, każda dwa razy, w tym samym rytmie.
- No, to co jeszcze macie
takiego ważnego do roboty w tej sprawie, że nie możecie się zająć sprawami domu?
Maria już otworzyła usta do
krzyku, ale spokojniejsza Marta położyła jej rękę na ramieniu.
- Nie, poczekaj, on zdaje się
nie rozumie. Nauczyciel zmartwychwstał. Umarł, a potem zmartwychwstał!
Westchnął.
- Jakby nie umarł, to by nie
zmartwychwstał, nie?
Maria nie wytrzymała.
- Ale to przecież cud!
Największy na świecie, nie żył, a teraz znów żyje...
- Ciekawe, czy teraz nie jest
głodny, i czy ma kogoś, kto mu zrobi obiad? Czy też będzie musiał i tu posłużyć
się cudem?
- Nie, no to jest naprawdę
niesłychane! - Maria zsunęła chustę z głowy i potrząsnęła długimi, rudymi
włosami - Czy ty naprawdę nie wiesz, co znaczy to Zmartwychwstanie?
W Betanii, odległej o
zaledwie trzy kilometry od Jerozolimy, było zwykle cicho i spokojnie. Niewielkie
domki, otoczone polami, sadami i winnicami zamieszkiwali ludzie majętni, ale
pracowici, unikający sensacji i nieskorzy do gwałtownych emocji. Pamiętał jednak
dobrze tamten dzień, kiedy i tutaj był hałas, a ludzie pchali się jeden przez
drugiego, żeby właśnie jego dotknąć, żeby dostać na pamiątkę choć skrawek jego
bandaża czy całunu, żeby chociaż pociągnąć nosem, czy nadal śmierdzi trupem.
Otrząsnął się. Sam uważał, że długo jeszcze cuchnął wonią śmierci. Na dobrą
sprawę ten zapach nie opuścił go aż do dzisiaj.
Wstał, podszedł do okna.
Doskonale widać było elegancki grób ogrodowy. Mieli takie prawie wszyscy
mieszkańcy Betanii, która już dawno przestała być wsią i w coraz większym
stopniu stawała się willową dzielnicą Jerozolimy.
Odwrócił się i popatrzył na
siostry.
- No, ja akurat wiem, co to
znaczy zmartwychwstanie. Ma wiele wspólnego ze wskrzeszeniem z martwych, prawda?
Marta wyciągnęła w jego
stronę oskarżycielski palec.
- Powinieneś się wstydzić, po
tym wszystkim co dla ciebie zrobił, powinieneś okazywać mu więcej szacunku. I
wdzięczności. W końcu, nie co dzień się powstaje z martwych!
Łazarz podszedł do siostry i
położył ręce na
jej
ramionach.
- Ja dobrze wiem, co znaczy
Zmartwychwstanie - powtórzył - wiem, co to znaczy umrzeć i nie być. Nie istnieć.
Nie przechodzić do innej rzeczywistości, tylko leżeć w grobie na twardym
kamieniu i go nie czuć. Nie siedzieć po niczyjej prawicy, bo tam nie ma prawicy
ani lewicy, tam nie ma nic. Nie słuchać chórów anielskich, bo słuch umiera razem
z tobą. Nie czuć nawet jak ciało cuchnie i kawałami odkleja się od
próchniejących kości. Ja to wiem, siostrzyczko, ale tylko z doświadczeń wielu
pokoleń. Sam tego jakby nie doświadczyłem, bo po prostu umarłem. A po czterech
dniach przyszedł Rabbi i mnie wskrzesił. A teraz po trzech dniach ktoś wskrzesił
jego. Jestem mu głęboko wdzięczny, tym bardziej, że świetnie go teraz rozumiem.
Ale nie pojmuję, dlaczego mam mu tę wdzięczność okazywać na głodniaka?
Spoglądały to na siebie, to
na niego nie wiedząc, czy uznać argumenty, czy się obrazić, w imieniu tego,
który zmartwychwstał.
Popatrzył na Marię, która
wyglądała, jak dziecko, któremu ktoś odebrał ulubioną zabawkę.
- Przecież to było jasne, że
zmartwychwstanie. Sam to nieraz mówił, powtarzał aż do znudzenia, żebyśmy sobie
dobrze zapamiętali. W końcu jak wskrzesił mnie, to by mu nie wypadało tak
zwyczajnie umrzeć, nie? Jak go aresztowali, to przecież każdy rozsądnie myślący
człowiek wiedział, że to wszystko tak się skończy. Wszyscy go doskonale znali,
bo starał się bardzo o to, żeby być znanym. Kłócił się i dyskutował z
faryzeuszami i saduceuszami, ale jak przyszło co do czego – to ktoś go musiał
zdradzić i pokazać, że to on, choć to pewno nawet ci tępi żołdacy wiedzieli. Dał
się zamknąć, choć nie musiał. Dał się
torturować, choć mógłby ich wszystkich posłać do piekła jednym kiwnięciem palca.
Dał się zabić, co nawet dla takiego kogoś jak on jest na pewno bardzo
nieprzyjemne – dał się zabić, żeby umrzeć po to, by zmartwychwstać. I wszystko
to po to, żeby udowodnić coś, co jest dość oczywiste: że jak się jest synem
Bożym, to wszystko można. No, ale to już wszyscy wiedzieli po tym, jak ja
wyszedłem z grobu. Tylko po co się tak męczył…
Poszedł do kuchni, ułamał
spory kawał chleba, odwinął z wilgotnej szmaty garnek z zimną wodą i wrócił do
sadu. Siadł pod drzewem oliwnym na przewróconym wiadrze i zajadał ze smakiem. To
właśnie najlepiej zapamiętał ze swego wskrzeszenia - powrót apetytu. Chorował
długo przed śmiercią, umierał wycieńczony, nie mogąc przełknąć ani kęsa. Gdy
Nauczyciel go wskrzesił i będący z nim ludzie odwinęli go z całunu - cichym
głosem poprosił o picie i jedzenie. Nikt go nie usłyszał. Wszyscy tak głośno
śpiewali hosanna i wznosili okrzyki na cześć Wskrzesiciela, że o nim po
prostu zapomniano. Gdy tylko odzyskał władzę w pozbawionych przez cztery dni
krążenia nogach - poszedł do kuchni, by zjeść kromkę chleba. Nigdy w tamtym
życiu nic mu tak nie smakowało.
Potem, rzecz jasna, była
wielka uczta, pamiętał ją również, bo to właśnie wtedy Maria wyznała mu, że
kocha Nauczyciela i budząc irytację Uczniów, namaściła go drogim olejkiem i
wytarła mu nogi włosami. Jej włosy długo jeszcze pachniały tym nardem i nawet
dziś, dziesięć dni później, delikatny zapach balsamu unosił się w pokojach. Ale
Łazarz byłby gotów przysiąc, że i w nim czuje jakieś zapachowe echo cuchnącego
grobu.
Z daleka widział, jak siostry
wyszły z domu i nie patrząc na niego skierowały się na drogę prowadzącą do
Galilei. Od syna sąsiadów wiedział, że trzy Marie, które rano poszły do Grobu
otrzymały polecenie, żeby Uczniów skierować tam właśnie, daleko od Jerozolimy,
na spotkanie z Nauczycielem. Rozumiał to dobrze. Dla Sanhedrynu, a w pewien
sposób także dla Rzymian człowiek, który zmartwychwstał, był bardziej
niebezpieczny, niż przywódca powstania. Był symbolem nieskuteczności czegoś, co
wydawało się argumentem ostatecznym - prawa do zadawania śmierci. Jeśli ludzie
nie będą się bać, nie będą posłuszni. A tego żadna władza tolerować nie będzie.
Kwestie religijne wydawały się tu drugorzędne. W końcu, i prorok Elizeusz, i
Eljasz zajmowali się wskrzeszaniem umarłych, więc tradycja już była i raczej ich
za to nie kamienowano. Ale we współczesnych czasach on, Łazarz, był pierwszy...
Mimo wiosennego słońca poczuł
gęsią skórkę. On był pierwszy, który pokonał śmierć… Nie zrobił tego sam, i był
raczej obiektem niż bohaterem tego wydarzenia, ale i tak nie wróżyło to nic
dobrego. Nigdy przedtem o tym nie myślał, ale w końcu to, co wobec niego zrobił
Nauczyciel, było tylko odłożeniem sprawy w czasie. Śmierć i tak przyjdzie, i
drugi raz odgonić się nie da. Przez zapach wiosennego, kwitnącego sadu przedarł
się lekki cuszek grobu.
Motyka leżała nadal pod
krzakiem tamaryszku, więc wiedziony poczuciem obowiązku sięgnął po nią i z
trudem się pochyliwszy, zaczął okopywać dorodne sadzonki soczewicy.
Słońce miało się już ku
zachodowi, kiedy zobaczył na drodze zbliżającego się człowieka. Widząc, jak się
wyprostował i z motyką na ramieniu ruszył w stronę domu - nieznajomy zatrzymał
się, najwyraźniej na niego czekając.
- Witaj, Łazarzu - pochylił
się nisko tak, że zobaczył rzednące włosy na czubku głowy. Musiał być dość
stary, choć trzymał się krzepko. Nie znał go, ale się nie zdziwił - od czasu
cudu wskrzeszenia stał się dość popularny. Niebezpiecznie popularny, jak myślał
teraz.
I on skłonił głowę, czekając
na wyjaśnienia. Nie kwapił się z zapraszaniem gościa do domu, tym bardziej, że u
jego boku zauważył krótki miecz, a tunika zaopatrzona była w ochronne kółka z
żelaza. Wyglądał na żołnierza, ale ani Rzymianie, ani żołdacy Heroda tak się nie
ubierali. Gość rozejrzał się, ale w okolicy nie było nikogo. Łazarz mocniej
chwycił motykę, ale tamtej podniósł rękę w uspokajającym geście.
- Nie lękaj się, jestem
Koros, Grek z domu Nikodema. Mój pan serdecznie cię pozdrawia w imię Nauczyciela
i przesyła ci przeze mnie wiadomość.
Podał Łazarzowi spory rulon
pergaminu. Wziął, obejrzał nie rozwiązując i zwrócił przybyszowi.
- Nie umiem czytać. Powiedz,
o co chodzi Nikodemowi.
Koros popatrzył na niego
uważnie.
- W tym piśmie jest
postanowienie Sanhedrynu o natychmiastowym aresztowaniu wszystkich Uczniów.
Łazarz pokręcił głową.
- Nie jestem Uczniem. Nigdy z
nim nie chodziłem. Odwiedzał tu czasem moje siostry, ale to raczej sprawa
osobista. Mnie raz kiedyś pomógł, kiedy umarłem, jak wiesz zapewne.
Grek machnął ręką.
- Wiem. Wszyscy wiedzą. I z
tym też jest kłopot. Mój pan każe ci powiedzieć, że jest również tajne
postanowienie Rady, która wydała na ciebie wyrok. Jesteś nieczysty, bo nikt,
kogo Bóg powoła do siebie, nie śmie sprzeciwić się jego woli. Twoje wskrzeszenie
stworzyło precedens, potwierdzony jeszcze przez zmartwychwstanie Nauczyciela.
Masz umrzeć ponownie, tym razem na dobre. Zostaniesz ukamienowany jutro rano.
Ale Nikodem daje ci łódź z przewoźnikiem, musisz tylko dotrzeć bezpiecznie nad
brzeg morza. Przepraw się i uciekaj do Elamu. Tam możesz spotkać się z
Nauczycielem, którego mają także stracić ponownie, i zapewniają, że tym razem
już nie będzie żadnych cudów. Masz zatem z dziesięć godzin. Uciekaj.
- A moje siostry?
- One także muszą uciekać, bo
widziały pusty grób. Ale na nie Sanhedryn na razie nie dał zlecenia. Gdy
przyjedzie czas, pomoże im Józef z Arymatei.
Koros skłonił się jeszcze raz
i odszedł. Łazarz usiadł na progu i poczuł, jak spływa na niego spokój.
Najgorsza była dotychczasowa niepewność. W podświadomości cały czas od
Wskrzeszenia czuł, że żyje na kredyt, że mu się to życie nie należy. Że celem
jego dotychczasowej egzystencji była ta choroba i śmierć. A to, co działo się
potem, odbierał tak, jakby piasek w klepsydrze się przesypał i teraz to dalsze
życie odbywało się poza czasem i przestrzenią. Nareszcie się dowiedział, że ten
darowany czas musi zostać zwrócony.
Rzucił motykę w kąt, umył się
i zabrawszy co było do jedzenia, przebrał się podróżne szaty, zamknął dom na
kołek i wyruszył w drogę.
Po dwóch dniach wędrówki
zobaczył morze. Nigdy nie odszedł tak daleko od Betanii i nigdy nie był tak
zmęczony, ale sił dodawała mu świadomość, że już ponad dobę żyje na drugi
kredyt, że uciekł Sanhedrynowi. Morze było wzburzone, tył łodzi unosił się na
falach, ale przewoźnik, szczelnie zawinięty w burnus, siedział na brzegu twarzą
do nawałnicy, mocno przytrzymując linę.
- Wejdź, Łazarzu -
powiedział, nie odwracając się do niego - długo czekałem na ciebie.
Poznał go po głosie i po
słowach, niemal identycznych z tymi, którymi wywiódł go z grobu w Betanii. Miał
takie same długie włosy i szarą kapotę jak przedtem, ale na odsłoniętych rękach,
ściskających linę, widać było ledwo przyschnięte rany. Przysiadł koło niego na
piasku i w pierwszym odruchu chciał go objąć, ale Nauczyciel odsunął się
delikatnie.
- Nie dotykaj mnie…
- Boli cię?
- Ciało nie.
Zastanowił się przez moment,
czy nie widzi po prostu ducha, czy całe to Zmartwychwstanie nie jest jakąś
mistyfikacją. Potem uśmiechnął się sam do siebie: a może i jego wskrzeszenie
jest mistyfikacją? Ale czuł przez okrywające go płótno wilgoć nadmorskiego
piasku, bryza od morza miała słony smak, a od ciała Nauczyciela czuć było
ciepło, mimo dzielących ich kilku centymetrów. Pochwycili nawzajem swój wzrok.
- Chcesz dotknąć moich ran?
Sprawdzić czy są prawdziwe?
Łazarz wzruszył ramionami.
Potem, nie chcąc by wypadło to niegrzecznie, udał, że poprawia burnus.
- Nie przyszedłem tu, żeby
cię sprawdzać. Akurat ja dobrze znam twoją moc i twoją przyjaźń. I jeśli
postanowiłeś tak rozegrać tę sprawę, to na pewno wiesz, co robisz. Wierzę ci,
choć cię nie rozumiem.
Nauczyciel nie odpowiedział i
Łazarz zastanowił się, czy go nie uraził, czy nie sprawiło to wrażenia, że
zlekceważył jego mękę. Ale w końcu, jeśli był Synem Bożym, to nie trzeba mu było
za wiele tłumaczyć – zarówno czyny, jak i intencje były dla niego jasne.
Morze szumiało, fale
nadpływały od strony Moabu, zachodzące słońce rzucało ich długie cienie na
kamienie plaży. Milczeli. Za dużo ich teraz łączyło, żeby mieli zadawać sobie
pytania o to co słychać, o przyczyny i skutki ich postępowania.
Poznali się lata temu, kiedy
powstawała konspiracja antyrzymska. Łazarz był zwolennikiem radykalnych poczynań
i uważał, że raz rozpoczęte powstanie obudzi w plemionach Izraela dumę i chęć
walki, ale wielu uważało, że rozkład moralny i stagnacja społeczna, utrwalana
dodatkowo przez konserwatywną, odczłowieczoną religię zniweczą ich plany. Że
najpierw trzeba zmienić świadomość samych Żydów, żeby móc walczyć z Rzymem. I
wtedy pojawił się on – Galilejczyk, jak go nazywano, choć urodził się gdzie
indziej. Jednał sobie ludzi życzliwością i skutecznością, przeciwstawiał się
spetryfikowanym elitom, kolaborującym z Rzymianami, podobało się wszystkim to,
że zachwalał naturalny tryb życia, walczył z gromadzeniem dóbr materialnych, a
więc popierali go biedni, a także ci z bogatych, których pociągały nowinki
filozoficzne i etyczne. I tacy jak Łazarz, którzy szukali skutecznych metod na
obudzenie świadomości narodowej Izraelitów.
Ale Łazarz nie porzucił domu
w Betanii, nie rozdał majątku i nie poszedł za Nauczycielem. Robił swoje,
powstrzymywał siostry przez zbytnim angażowaniem się w nową naukę, zresztą i tak
ich nie lubili inni Uczniowie. A potem przyszła choroba, i to wszystko co
doprowadziło go tutaj, nad brzeg Morza Martwego, z niezbyt pociągającą
perspektywą banicji.
Poczuł na sobie wzrok
Nauczyciela, ale ten nadal nic nie mówił. Łazarz pomyślał sobie, że taka
wszechwiedza musi być męcząca i w sumie skazuje człowieka na samotność: Rabbi
przecież nie będzie go o nic pytał, bo przecież wszystko wie. Nawet tak
naturalne w ich sytuacji pytanie o Marię wydałoby się głupie w jego ustach.
Nauczyciel był skazany na bycie słuchanym – sam nie musiał słuchać nikogo.
Zastanawiał się, czy jego
milczący towarzysz ma do niego żal o to, że nie poszedł za nim na Golgotę, że
nie uczestniczył w tym spektaklu, który miał za zadanie dać po nosie jego
oprawcom, ale kosztem strasznych poniżeń i męczarni. Łazarz był zdania, że
spektakularna masakra prześladowców dodałaby narodowi ducha w znacznie większym
stopniu niż okrutna śmierć jednego z przywódców opozycji, choćby i zakończona
Zmartwychwstaniem. Co więcej – uważał, że Zmartwychwstanie odbiera śmierci
Nauczyciela patos, a jemu samemu wiarygodność. Skoro wiedział wszystko, to
wiedział także, że jego śmierć – choć bolesna i okrutna – jest śmiercią na niby,
że minie czas i minie śmierć. Więc to był teatr dla ludu, nieskuteczny i
niepotrzebny.
- Uważasz, że to było
niepotrzebne? – odezwał się Nauczyciel, nie patrząc na niego.
- Wiesz przecież. Myślisz, że
to nam doda zwolenników? Że przez to odejdzie z Palestyny choć jeden Rzymianin?
- Myślę, że tak – Nauczyciel
odwrócił się do niego i wyciągnął rękę, jakby chciał przemawiać, ale w końcu
schował dłonie pod płaszcz – więcej, myślę, że to my wejdziemy do Rzymu. Nie od
razu, ale całkiem niedługo.
- Dzięki temu, że dałeś się
zabić i potem dałeś się wskrzesić z martwych?
Popatrzył na niego i po raz
pierwszy zobaczył na jego twarzy uśmiech. Odniósł przykre wrażenie, że Rabbi
śmieje się z niego.
- Nie, Łazarzu. To ty
zostałeś wskrzeszony. Ja zmartwychwstałem.
Co za różnica – pomyślał –
zabawa słowami. Podkreśla swoją ważność i tyle. Pokazuje mi, że ja byłem skazany
na jego łaskawość, podczas gdy on to sobie zrobił sam. Albo zrobił to jego
Ojciec, co podobno na jedno wychodzi.
- Nie tak jest, jak myślisz –
Nauczyciel energicznie pokręcił głową – tobie przedłużono życie, na jakiś czas.
Zachorowałeś na śmierć i lekarz cię uzdrowił ze śmierci. A ja zmartwychwstałem i
śmierć już do mnie nie przyjdzie. Ty wróciłeś do życia, ja przeszedłem dalej. I
w to ludzie muszą wierzyć, żeby zrozumieć sens.
Zmierzchało. Słońce już dawno
schowało się za Hebronem i zaczynało być coraz chłodniej. Wyciągnął spod
płaszcza wyschnięty placek, przełamał, podał Nauczycielowi. Wziął, odrywał
palcami małe kawałki i przełykał, jakby z trudem. Szarpnął za linę, łódź
szorując dnem po piasku osiadła na brzegu. Wstał, sięgnął za burtę, wydobył z
bagażu niewielką amforę i wrócił do Łazarza, niosąc w ręku kielich z winem. Upił
trochę, pokiwał głową, podał Łazarzowi. Ten pomyślał chwilę i powiedział:
- Wiesz, ludzie teraz to
wszystko uproszczą. Po prostu dla nich nas dwóch udowodniło, że śmierć jest
odwracalna. Ja pierwszy, ty drugi. Że można umrzeć i ożyć. Więc nie trzeba się
śmierci bać. Nasze zdrowie w naszym nowym życiu! Nas dwóch!
Wypił spory łyk i oddał
kielich Nauczycielowi. Wino miało cierpki smak, najwyraźniej było ubiegłoroczne,
ale i tak zakręciło mu się w głowie. Od wczoraj nic porządnego nie jadł, a
alkoholu nie miał w ustach od wielu dni. Chyba od tej uczty z nardowym olejkiem.
- No tak… - Nauczyciel
pokiwał głową – faktycznie, jest z tym pewien problem. Dwóch to mniej niż jeden.
Ale czas to uporządkuje. Ty umrzesz naprawdę i zostaniesz zapomniany, ja będę
symbolem wiecznego życia.
Dopił wino, schował kielich
pod plandekę łodzi. Łazarz pokiwał głową.
- A więc znów muszę umrzeć,
żeby o mnie zapomniano… Teraz?
Nauczyciel milczał. Wsiedli
do łodzi, wiatr napełnił niewielki żagiel. Ciężka krypa wolno przesuwała się na
południe. Góry nad brzegiem ciemniały, tylko w dalekiej perspektywie niewielkie
światełka pełgały na murach twierdzy Masada. Fale chlupotały za burtą.
Nauczyciel zrefował żagiel, skręcił w stronę brzegu.
- To czy teraz, czy potem,
zależy od ciebie. Od twojej wiary. Będzie wojna. Zginie dużo ludzi. Ale co dzień
ktoś ginie – na wojnie, na ulicy, w czasie kamienowania, na morzu…
- Lądujemy?
Rabbi pokręcił głową.
- Żegnaj, Łazarzu. To czy
dotrzesz do Masady, zależy od twojej wiary. Pamiętasz opowieść o chodzeniu po
wodzie?
Łódź z Nauczycielem znikła we
mgle. Przyszła wysoka fala i Łazarz poczuł, jak bardzo ciąży mu płaszcz.
Przetarł oczy i popatrzył na strome mury Masady. Były ogromnie daleko.
Zakopane – Nowy Targ, 28 maja 2008