Paul Cezanne, Mont Sainte Victoire Maciej Pinkwart

 Dziewczyna z Ipanemy

 

đ Spis treści

đ Odcinek 25

 

Odcinek 26

23-06-2003

 

Kawę podała w malutkich filiżankach, za to mocną jak diabli. Do tego jakieś takie słodziutkie ptysie i hiszpańskie wino. W domu sprawiała zupełnie inne wrażenie niż w bibliotece, a nawet niż w kawiarni, gdzie widzieliśmy się ostatni raz. Była serdeczna, ciepła, chyba coś zrobiła z włosami, bo już nie wyglądały na siwe, a ich ułożenie zupełnie nie przypominało “oficjalnego” koka. Na dużym stole w salonie była rozłożona mapa, ale na razie siedzieliśmy pod lampą na fotelach i ciągle jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy, jak ułożyć nasze wzajemne relacje. Chodziło przede wszystkim o wiek, o czas według jakiego mamy liczyć różnice lat: jeśli miałem jej wierzyć, to według czasu z uwzględnieniem jaskini była dokładnie moją rówieśniczką, jeśli chodzi o lata metrykalne, miałaby teraz siedemdziesiątkę. Na tyle nie wyglądała, nie wyglądała też na mój wiek - starzej, ale niewiele.

- Po doświadczeniach z tymi reportażami zapewne wycofał się pan z dziennikarstwa? - jako dobrze wychowana kobieta przy kawie starała się prowadzić luźną rozmowę, nawiązując do poprzedniego spotkania. Na szczegółowe plany wyprawy zapewne przyjdzie czas potem.

- Niezupełnie. Było jeszcze coś w rodzaju post scriptum.

*

 

Z okna w kuchni doskonale widać było linię kolejową, prowadzącą na wschód do Raciborza, a na zachód do Głubczyc. Wieczorem, akurat w porze kolacji, którą tu jadaliśmy dość wcześnie, przejeżdżał ostatni pociąg. Zbliżał się od wschodu, pióropusze dymu nad lokomotywą frunęły nad nim jak latawiec, dźwięk gwizdka docierał do nas dopiero po chwili. Oświetlone okna w wagonikach, żółto-zielony kolor składu i ta staromodna, węglowa lokomotywa sprawiały, że z naszej perspektywy pociąg wyglądał jak zabawka dla dzieci. Kiedyś poszedłem specjalnie bliżej, żeby mu się przyjrzeć, zanim zniknął wśród zabudowań Kietrza, za budynkami fabryki dywanów. Na zewnątrz wagoników biegły drewniane kładki, po których można było przejść między drzwiami, a przy odrobinie zręczności - także wzdłuż całego pociągu. Nigdy nie jechał zbyt szybko, więc i zręczność nie była potrzebna zbyt wielka.

Gdy żółto-zielona gąsienica przeciągała wachlarz dymu w głąb miasteczka i wypełzała za lewą krawędź okna - siadaliśmy przy dużym, kuchennym stole, otwieraliśmy puszkę z rybną “Sałatką Gdańską” i rozlewaliśmy do szklanek czterogwiazdkowy koniak Napoleon. Taki zestaw - absurdalny, jak wszystko tutaj - był jedynym luksusem, w jaki można było się zaopatrzyć w najbliższym sklepie spożywczym. Obiady jadaliśmy w stołówce, gdzie zawsze było to samo - krupnik i świńska rąbanka z kartoflami, która wyglądała tak, jakby świnka wpadła pod wielotarczową cyrkularkę.

Z sąsiedniego pokoju dobiegał kaszel śpiącego dziecka - dziecko przeziębiło się pierwszego dnia, jak tu przyjechaliśmy, i z tym przeziębieniem chodził albo do żłobka, albo do przychodni. Z tym samym skutkiem, to znaczy żadnym. Nie mogło być inaczej, gdy bez względu na deszczową jesień trzeba go było budzić przed szóstą tak, by odwiózłszy go w wózeczku do zakładowego żłobka, samemu zdążyć do pracy na siódmą. Zapytania mojej żony, kierowane do dyrektora, jaką to kulturę można robić o siódmej rano, od miesiąca pozostawały bez odpowiedzi. Pogoda była okropna, prawie cały czas siąpił dokuczliwy kapuśniaczek i wiał wiatr. Wydawało się, że wiał z południa, z alpejskich hal prosto przez Bramę Morawską i pierwszą przeszkodę napotykał na ścianie naszego domu..

Siedzieliśmy więc przy stole, piliśmy koniak pod rybki, syn kasłał w sąsiednim pokoju, a my zastanawialiśmy się, czy wytrzymamy choćby do końca okresu próbnego.

Reportaż z tego PGR-u, jednego z najlepszych w Polsce, pisałem wiosną 1974 roku. Imponujące było tu wszystko - dyrektor, po studiach i praktykach w Ameryce, rozległe pola jednolitych kultur, kukurydzy czy rzepaku, ciągnące się całymi kilometrami proste jak strzała asfaltowe drogi, siedziby kierownictw poszczególnych zakładów przypominające rezydencje południowo-amerykańskich milionerów... Darmowe mieszkania służbowe, garaże, działki na ogródek warzywny, darmowe ziemniaki i mleko, po przepracowaniu całego roku pracy z dość wysokimi zarobkami otrzymywało się premię w wysokości do 100 procent rocznych dochodów...

I zero jakiejkolwiek działalności kulturalnej. Pracownicy umysłowi w nowoczesnych blokach lub domkach jednorodzinnych, pracownicy fizyczni w slumsach.

- Dlaczego? - pytałem dyrektora, gdy już odnotowałem wszystkie kwintale z hektara, tony eksportowanych bukatów, hektolitry doskonałego mleka, nagrody krajowe i zagraniczne.

- Nie ma ludzi - wzruszył ramionami - kto ma robić tę kulturę i te sprawy socjalne, ja? Ja się na tym nie znam. O, proszę - od pół roku nie mam zastępcy, głównego specjalisty do spraw pracowniczych. Jak pan taki mądry, to może pan tu przyjdzie do pracy?

- No wie pan... - obruszyłem się, po czym zastanowiłem się. Kariera w Warszawie układała mi się nie najlepiej, na mieszkanie miałem czekać nie wiadomo ile, dziecko rosło w zaduchu spalin, w dodatku w szkołach stolicy robiło się coraz niebezpieczniej... - no wie pan, ja nie jestem sam! Mam żonę i dziecko...

- A żona kto jest? - dyrektor słynął z konkretności.

- Muzyk jest, pracuje jako akompaniator i redaktorka w radiu.

- Radia to ja nie mam - uśmiechnął się - ale mogłaby pracować jako specjalistka od spraw kultury.

Obiecałem porozmawiać w domu i dać znać. Naturalnie nie brałem tej rozmowy poważnie. Ale jak opowiedziałem całą sprawę, w charakterze wesołej anegdoty, żona spojrzała na mnie i wbrew faktom zapytała:

- A tak poważnie to jak?

- A co, pojechałabyś?

Podliczyliśmy nasze finanse, nasze szanse na mieszkanie, nasze możliwości wyjazdów z dzieckiem na świeże powietrze i dwa dni później zadzwoniłem do dyrektora z zapytaniem, czy on serio traktował swoją propozycję. Miesiąc później jechaliśmy przez pół Polski pod plandeką prawie pustej ciężarówki, w której jedynymi meblami, jakich dorobiliśmy się w czasie dwuletniej pracy zawodowej i korzystania z wynajętego mieszkania, było łóżeczko dziecinne, pianino Bechstein i różowy nocniczek. Poza tym adapter, kilka płyt z dobrym jazzem i pudła z książkami. Tych pudeł to nawet do końca nie rozpakowaliśmy.

Zajechaliśmy pod wieczór. Ojciec żony, który pomagał nam w przeprowadzce, załamał ręce, kiedy zobaczył, że pianino nie mieści się na wąskiej klatce schodowej - dwupokojowe mieszkanie służbowe, które nam przydzielono, usytuowane było na pierwszym piętrze i nijak nie dawało się wykręcić na schodach, mimo, że pomóc chciało nam pół PGR-u. Przyszedł dyrektor, popatrzył i za kilka minut przyjechał wielki dźwig budowlany. Kwadrans później pianino stało w pokoju.

Wszystko szło pomyślnie przez pierwszy tydzień, potem zaczęły się schody. Pomijając już niemożność prowadzenia jakiejkolwiek kulturalnej działalności w godzinach pracy, zaczęliśmy się zastanawiać, po co my właściwie jesteśmy tutaj potrzebni. To znaczy, dla ludzi, dla zwyczajnych pracowników już wkrótce okazaliśmy się przydatni. Najpierw nieśmiało, potem coraz chętniej zaczęła się garnąć do nas przede wszystkim młodzież - chętna do nauki gry na fortepianie, na gitarze, zainteresowana tworzeniem zespołu teatralnego, wydawaniem lokalnej gazetki. Byliśmy dla nich “ludźmi ze świata”, dla których warto zrzucić brudne robocze ciuchy, umyć się i przebrawszy się w coś bardziej eleganckiego, zająć czymś tak całkowicie odległym od codziennych zajęć w polu czy zakładach produkcyjnych. Naturalnie, takie spotkania mogły się odbywać wyłącznie po południu, a więc praktycznie - po naszych godzinach pracy. Przed południem główna specjalistka do spraw kultury siedziała w gabinecie i czytała książki.

Wieczorami - późno, gdy gasły już światła w gabinetach dyrektorskich - zaczynali przychodzić do nas pracownicy umysłowi. Najpierw, żeby nas poznać, potem, żeby podglądać, jak się urządziliśmy, na koniec - by nam wyrazić zazdrość o naszą niezależność...

Bowiem właśnie totalna podległość była główną zasadą działania firmy. O wszystkim decydował dyrektor - nawet, gdy kiedyś chciałem powiesić obrazek w swoim gabinecie, przerażona sekretarka zapowiedziała mi awanturę, gdy szef dowie się, że bez jego akceptacji wbiłem gwóźdź w ścianę. Od widzimisię dyrektora zależało wszystko - umowa i jej rozwiązanie, wysokość rocznej premii, mieszkanie, urlop... Był świetnym fachowcem, ale sprawował rządy w sposób dyktatorski, co więcej - twierdził, że się tego nauczył w Ameryce. Pracownicy fizyczni czasem się buntowali, zabierali swoje nieliczne graty i szli szukać pracy do innych zakładów na Opolszczyźnie. Mówili nam zresztą, że tolerują wszystko - choć do czasu - by zarobić na tyle dużo pieniędzy, żeby ich dzieci nie musiały zostawać na wsi. Umysłowi nie buntowali się nigdy - za dużo, mawiali, mają do stracenia.

Pierwsze starcie miała moja żona. Była zatrudniona jako starszy specjalista do spraw kultury. Jak wszystkim, także i jej kazano przychodzić do biura na siódmą, gdzie zupełnie nie miała nic do roboty. Jak długo można zapoznawać się z regulaminem pracy, regulaminem BHP i folderem kombinatu? Napisała więc pismo do dyrektora - zaopiniowane pozytywnie przeze mnie, gdyż jako wicedyrektor od spraw socjalnych byłem jej zwierzchnikiem - w którym prosiła o zwolnienie z obowiązku podpisywania listy o siódmej oraz o urządzenie i wyposażenie świetlicy, która miałaby być pracownią artystyczną. Na pismo nie dostała odpowiedzi, proszony - za pośrednictwem sekretarki - o wyznaczenie terminu rozmowy dyrektor milczał. Przestała więc przychodzić na siódmą, licząc na to, że mający hopla na punkcie formalnej dyscypliny szef ją sam wezwie. Któregoś dnia dyrektor się zirytował i wezwał, ale mnie.

- Pańska pracownica jest niepunktualna. Ma już sześć spóźnień! Dostanie naganę, a pan, jako jej zwierzchnik - upomnienie.

Rozłożyłem ręce i próbowałem obrócić sprawę w żart:

- Wie pan, jacy są artyści! A poza tym - co ja mogę kazać lub zabronić własnej żonie?

Poczucia humoru nie miał za grosz.

- Ja panu za to płacę! Nagana i upomnienie. A skoro pan nie umie jej zdyscyplinować - proszę mi ją tu przysłać!

O to jej właśnie chodziło. Nazajutrz przyszła, też niepunktualnie i weszła nie pytana do gabinetu:

- Bardzo się cieszę, że chce się pan ze mną spotkać! Już tak długo pana o to proszę!

Zamurowało go. To przecież on ją wzywał na dywanik, a ona się cieszy, że jej prośbę spełnił! Wysłuchał jej żądań, prośby o zakupy zapisał, w końcu pomilczał chwilę i spytał:

- Niech pani mi powie, czy zdaniem pani uczenie muzyki to jest w ogóle kultura?

Teraz zatkało ją. Spojrzała na niego jak na idiotę:

- A pana zdaniem nie jest?

- Nie wiem. Niech mnie pani przekona. Daję pani na to czas do końca miesiąca...

Wściekła przyszła do mnie do gabinetu, ale nie porozmawialiśmy, bo teraz wezwał mnie. Nie mówił o swojej z nią rozmowie, tylko zlecił mi napisanie rutynowego raportu o stanie socjalnym przedsiębiorstwa.

- Weźmie pan ubiegłoroczne, zmieni pan tylko daty i już. Nic się od tamtego czasu nie zmieniło.

- A może ja skorzystam z okazji i objadę wszystkie zakłady, żeby się naocznie przekonać? W końcu, muszę to znać, jak mam tym kierować!

- Pan, kierować? Aha, chce pan się zapoznać - no cóż, proszę bardzo, chociaż według mnie to szkoda benzyny. A jak pan już to przepisze, proszę o kontrasygnatę przewodniczącego związku zawodowego i do mnie. Za tydzień.

To był prawdziwy Dziki Zachód. Niekiedy jeździło się kilkadziesiąt minut drogą między jednorodnymi polami kukurydzy czy rzepaku, by na koniec wjechać do wpół zrujnowanej wioski czy miasteczka. Niektóre zniszczenia pochodziły jeszcze z czasów wojny, a remontu nie miał kto zacząć. Inne, całkiem nowe były efektem rabunku po wyjeździe właścicieli. Pustoszały całe wsie i miasteczka, w jednym na zrujnowanym pałacyku jeszcze przedwojennych właścicieli znalazłem kartkę z napisem: Lekarz przyjmuje ostatni raz w czwartek od 10-tej...

Kierownika zakładu rolnego, należącego do naszego kombinatu poprosiłem o wyjaśnienie - w końcu, opieka zdrowotna nad pracownikami także była w zakresie moich kompetencji.

- To był ostatni lekarz na całą gminę. Teraz i on wyjeżdża do Niemiec. Nikt tu nie zostanie. I nikt nowy nie chce przyjechać...

Z moich wojaży wyłaniał się przerażający obraz zupełnej pustyni, już nie kulturalnej, tylko społecznej. Przyzakładowe budownictwo tylko w samym Kietrzu pokazywano dziennikarzom - w pozostałych ośrodkach bloki, postawione w początku lat 60-tych, już po 10 latach nadawały się do rozbiórki. Inna rzecz, że ludzie o to, co dostawali za darmo i co można im było w każdej chwili odebrać, zupełnie nie chcieli dbać. Oświata, w związku z wprowadzeniem gminnych szkół zbiorczych, we wsiach zanikała, a wraz z nią upadały lokalne ośrodki, skupiające jakąkolwiek aktywność społeczną. Jeszcze gdzieniegdzie remizy strażackie grupowały ludzi, ale w zasadzie tylko w czasie odpustów i wesel. Jednak religijnie teren był raczej mało zorganizowany, a żenić mało kto się tutaj żenił - uroczystości odkładano, by je celebrować dopiero tam, po tamtej stronie Łaby.

O zdrowie i warunki hodowanego w pegeerze bydła dbano znacznie bardziej niż o ludzi - do wielkich hal produkcyjnych, w których tuczono świnie i krowy, weterynarze przyjeżdżali co najmniej raz w tygodniu. Ludzie musieli szukać lekarza w dalszych okolicach - Otmuchowie, Głubczycach, samym Kietrzu, czy nawet w Nysie lub Paczkowie. W Paczkowie na rynku, na straganie w którąś niedzielę kupiłem nieosiągalnego wtedy w Warszawie “Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Leżał sobie spokojnie, nikt się nim nie interesował i choć bardzo podejrzliwie go obejrzałem z wszystkich stron - nie miał żadnych usterek...

Najbardziej przygnębiające wrażenie zrobiły na mnie dwie miejscowości, położone na samej czeskiej granicy - Ściborzyce, niemal zupełnie wymarłe, gdzie tylko sporadycznie ludzie przemykali się pod ścianami walących się, niekiedy zabytkowych domów i Pilszcz, w którym kierownik zakładu rolnego mieszkał w przeszklonym, parterowym bungalowie z oranżerią i marzył o organizowaniu koncertów we własnym salonie. Po ogrodzie biegały rasowe dogi, a w garażu stał nowiutki opel-kadett.

- Nie smutno państwu na tym pustkowiu? - pytała Lidka, wypróbowując piękny, koncertowy fortepian. Stanowczo wymagał strojenia.

- Albo nam tu źle? Mamy wszystko, czego chcemy. W niedziele jeździmy do teściów do Opola, na wakacje na wczasy do Bułgarii albo do Sopotu, kupujemy książki, płyty, mamy kwiaty... Dziecko dobrze się uczy, ma świeże powietrze, świeże mleko, czasem wozimy ją do kina, chcielibyśmy żeby pani ją uczyła grać, jest dopiero w piątej klasie...

- A jak skończy podstawówkę to co, pójdzie do liceum z internatem?

Kierownik obejrzał się na zamknięte drzwi.

- Jak skończy szkołę, proszę pana, to nie wiem, czy nawet powiemy do widzenia i już nas nie będzie.

- A to wszystko? - pokazałem na salon, który mógłby służyć jako dekoracja w jakiejś holywoodzkiej produkcji filmowej. Machnął ręką.

- Ani się na to nie obejrzę.

Po tygodniu raport o stanie spraw socjalnych w kombinacie był gotowy. Z obowiązku przeczytałem też tekst z zeszłego roku, jak się okazało - pisany przez szefa związków zawodowych, ale miał tyle wspólnego z oglądaną przeze mnie rzeczywistością, co ja z arcybiskupem. W moim tekście była ocena istniejącego stanu rzeczy - którego przyczyny były przeważnie obiektywne, choć w wielu sprawach - na przykład w opiece zdrowotnej, dostępie do kultury, oświacie - kombinat jeśli nie zawalał, to przynajmniej nie pomagał. A mógłby. No i właśnie propozycje tej pomocy zajmowały w raporcie znaczną część.

Dyrektor przeczytał dokument i wezwał mnie do siebie. Obok siedział przewodniczący Rady Zakładowej.

- Ciekawie pan to napisał. Pojeździł pan sobie przynajmniej, trochę benzynki się wypaliło, ale zobaczył pan jak to tu sobie żyjemy. No to teraz, skoro już się pan redaktor zabawił, to proszę zrobić tak, jak panu poleciłem - wziąć ubiegłoroczne sprawozdanie, przepisać, uaktualnić jeśli chodzi o daty, podpisać i przynieść mi jutro rano. A to - wziął mój raport i delikatnie zsunął do stojącego obok biurka kosza - nadawałoby się do gazety, gdybyśmy tutaj wydawali gazety. Ale dla Ministerstwa się nie nadaje.

Jeszcze tego samego dnia dyrektor przyjmował jakąś wycieczkę zagraniczną. Wezwał nas oboje do siebie i przedstawił gościom z Francji, którym towarzyszyła dwójka dziennikarzy.

- Widzicie państwo - zwrócił się do gości, którzy z zadowoleniem rozglądali się po eleganckim gabinecie - mamy tu nawet zatrudnionych na etacie artystów, prawdziwego dziennikarza i prawdziwą pianistkę, oboje po wyższych studiach. Tacy jesteśmy nowocześni i kulturalni.

Popatrzyliśmy po sobie - już wiedzieliśmy do czego jesteśmy dyrektorowi potrzebni. Nie koniecznie nam to odpowiadało.

Następnego dnia przed południem żona poszła do dyrektora i powiedziała mu, że nie potrafi pracować z człowiekiem, który nie wie czy muzyka jest elementem kultury. I że jej pensja nie jest aż taka wysoka, żeby to jej rozgoryczenie opłacać. Po czym położyła mu na stole wypowiedzenie. Po południu ja przyszedłem na rozmowę na temat raportu o stanie spraw socjalnych.

- Gdzie uaktualniony raport? - spytał.

- Przejrzałem tamten materiał. Być może w zeszłym roku był prawdziwy. W tym roku, niestety, nie jest. Więc jedyny raport jaki mogę przedstawić, dałem panu wczoraj.

- Przewidzieliśmy, że pan sobie z tym nie poradzi. Tu kolega ze związków za pana tę pracę wykonał. Proszę tylko podpisać, może pan nawet nie czytać, wszystko jest dobrze.

Zabawa w budowanie drugiej Polski wydawała się skończona. Chyba to nie było nasze powołanie.

- Nie podpiszę. Wie pan, każdy ma swoje nazwisko i swój honor. Nieprawdy nie podpiszę.

- Ale ja panu za to płacę!

- W umowie nic nie ma, że mam dla pana kłamać. Miałem pracować uczciwie, i to nie dyrekcja decyduje co jest uczciwe a co nie.

Zacisnął pięści, aż kłykcie mu zbielały, ale powstrzymał wybuch. Przewodniczący Rady Zakładowej z zainteresowaniem obserwował całą scenę, patrząc na mnie, jak mi się wydawało, z pewną sympatią.

- Nie szkodzi. Pan przewodniczący podpisze. A pana już zdaje się nie potrzebujemy. Tutaj albo się robi co ja każę, albo szuka się pracy gdzie indziej. Aha, i jeszcze jedno - przyjmowałem państwa oboje i jako małżeństwo dostaliście mieszkanie służbowe. Ponieważ żona złożyła wymówienie, więc mieszkanie się wam już nie należy, chyba, że pan ją zmusi żeby wycofała wypowiedzenie. Potem ja ją zwolnię.

- Proszę mi pokazać w umowie, gdzie jest taki punkt.

Wstałem, ukłoniłem się i wyszedłem. Sekretarka, która jak zwykle podsłuchiwała pod drzwiami, miała z emocji czerwone plamy na policzkach. Takich scen tu jeszcze nie bywało.

Odczekałem kilka dni, ale wypowiedzenia nie dostałem. Miałem odejść po zakończeniu trzymiesięcznego okresu próbnego - dyrektor nie chciał zostawiać w papierach żadnego śladu po swojej pomyłce kadrowej. Wezwał mnie na koniec drugiego miesiąca i powiedział:

- Nie chcę was tu już widzieć. Dostanie pan wynagrodzenie za ten trzeci miesiąc i proszę wyjechać, choćby jutro.

Wyjechaliśmy na dwie raty za kilka dni. Dźwigu na wyniesienie pianina już nie było - musieliśmy je sprzedać komuś, kto mieszkał w tej samej klatce schodowej, bardzo tego potem żałowaliśmy, ale nie było innego wyjścia. Wieczorem ostatniego dnia przyszli do nas w środku nocy trzej pracownicy kierownictwa.

- Zazdrościmy wam, że mogliście ot tak, wypiąć się na niego. I na wszystko to, co tu macie - mieszkanie, premię, pieniądze...

Wprowadzaliśmy się wielkim ciężarowym samochodem, który był prawie pusty. Wyprowadzaliśmy się tekturowo-plastikowym autkiem P-70, należącym do teścia. Samochód był pełny i musiał obracać dwa razy. Do większych kawałków, jak łóżko, wynajęliśmy zdezelowaną nyskę.

*

Bańska Bystrzyca pod wieczór powitała nas nadal upalną pogodą i jakąś taką atmosferą, w której nie można było myśleć o niemiłych rzeczach. W hotelu w centrum miasta, przy placu Powstania, na szczęście były miejsca, parking był niedaleko, więc szybko zostawiliśmy niezbędne rzeczy, przebraliśmy się i wyszliśmy na miasto. Weronika była wesoła i szczęśliwa, trzymała mnie pod rękę i domagała się objaśnień na temat miasta, w którym była pierwszy raz. Obiad jedliśmy wcześniej, w jakiejś przydrożnej knajpce pod Nitrą, więc teraz tylko siedliśmy w wystawionym na stronę placu ogródku jednej z kawiarni. Opodal grało dziwne trio: saksofonista, keybordzista i skrzypaczka. Zestaw dość egzotyczny, ale jazzowe standardy w ich wykonaniu brzmiały zupełnie profesjonalnie i, co najważniejsze, świetnie komponowały się w nastrój zapadającego wieczoru. Wzięliśmy kawę i czerwone wino.

- Czuję się jak na wakacjach - powiedziała wesoło - w końcu, mam wakacje i jestem z miłym człowiekiem za granicą. Każdy by o tym marzył!

Miała krótką letnią sukienkę na ramiączkach, białą w brązowawe wzorki, w ręku małą torebkę z przewieszonym sweterkiem i świetnie wyglądała w perspektywie placu Powstania. Przed nami szumiała fontanna przy Pomniku Wyzwolicieli - Armii Czerwonej. Kiedyś zapytałem z ciekawości jednego z Bańszczan, dlaczego tej pamiątki komuny nie zdejmą.

- A co, nie wyzwolili nas? - spytał. - A poza tym jesteśmy za biedni na takie puste gesty...

Wieczór był ciepły, choć od Rudaw z południa wiał lekki wiatr, to swetry nadal nie były potrzebne. Siedzieliśmy obok siebie, dotykając się ramionami i nic nie mówiliśmy. Nie, żebyśmy nie mieli o czym - wiele spraw jeszcze wymagało może nie tyle wyjaśnienia czy omówienia, ile potwierdzenia, nazwania po imieniu. Obraz jaki z tego puzzla układanego od dwóch dni mi się wyłaniał, wyglądał mocno skomplikowanie z jednej, a nadzwyczaj prosto z drugiej strony. Jeszcze nie wiedziałem, jak układanka będzie wyglądać jutro. Nie rozmawialiśmy, bo widać oboje nas cieszyło to milczenie, wymowne i pełne wspólności. Czasem łapaliśmy tylko wspólne spojrzenia i to też było czymś miłym. Położyła mi dłoń na ręce i tak bez słowa spoglądaliśmy na plac, zakończony w perspektywie murami starego miasta, renesansową zabudową przypominający Kazimierz nad Wisłą. Reflektory wydobyły z granatowego mroku, gęstniejącego nad kościołem Marii Panny, jego romańsko-gotycką wieżę. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że będzie nam zaglądać do okna przez całą noc.

Bo noc szła już do nas w gęstniejącym szumie liści, poruszanych przez ciepły wiatr z południa, w zapalanych światłach domów, w cichnącym gwarze ulicy, w piosenkach, śpiewanych przez spotykających się przed fontanną młodych ludzi, w synkopowanych rytmach jazzowego trio. Przenieśliśmy się do środka lokalu i zamówiliśmy kolację.

Weronika opowiadała zabawne historie ze swoich studiów w Rzymie, gdzie uczyła się historii sztuki, ja wspominałem swoich starych profesorów z Uniwersytetu, którzy usiłowali i mnie podobnych rzeczy nauczyć - Rudolfa Ranoszka i Kazimierza Michałowskiego. Rozmowa jednak co i raz utykała, patrzyliśmy na siebie podejrzliwie, jakby to, co naprawdę mieliśmy sobie do powiedzenia, siedziało gdzieś w kątach piwniczki, w której jedliśmy kolację, czekając na noc. Dwa piętra wyżej, w pokoju 205, były nasze rzeczy i nasze sprawy do załatwienia.

Poszliśmy wreszcie na górę. Na trójkątnym stoliku-jamniczku postawiliśmy butelkę wina i dwa kieliszki. Weronika zniknęła w łazience i po kilku chwilach wyszła stamtąd uśmiechnięta, ubrana w niebieski sweter, który zdaje się traktowała trochę jak szlafrok; był mocno porozciągany, trochę o wymiarach mini-sukienki, ale miły w dotyku i bardzo seksowny. Ja narzuciłem sweter na plecy i przysiadłem w wygodnym fotelu. Wzięła napełniony wcześniej kieliszek i kucnęła na szerokim, dwuosobowym tapczanie.

- Będziesz tam siedział daleko?

- Nie będę. Ale chcę na ciebie popatrzeć. I dowiedzieć się jeszcze paru rzeczy.

Upiła trochę wina, uśmiech powoli znikał z jej twarzy.

- Przecież już wszystko wiesz...

Nie, nie wszystko. Nie wiem, jakie słowo powiedziała pierwsze - mama czy tata. Nie wiem, jak wyglądały jej sukienki, kiedy miała trzy lata, czy rzeczywiście ubierały się tak samo z mamą. Do jakiego parku poszły najpierw razem - w Nowym Jorku? W Rio? W Paryżu? Jak się uczyła? Czego się nauczyła? Czego matka nauczyła ją o ojcu?

- Słuchaj... - jej szept ledwie było słychać w szumie miasta, dobiegającym nas przez otwarte okna. Z ulicy dalej brzmiały dźwięki jazzowego tria, ale melodię wieczorny wiatr rwał na kawałki i unosił gdzieś daleko w stronę Niżnich Tatr. - Czy musisz ciągle nad tym rozmyślać? Nie możesz brać spraw takimi, jak są? Nie układać tej mozaiki w jakiś obrazek z treścią, tylko patrzeć razem na kolor, kształt, intensywność barw? Jest dziś - tu, w Bańskiej Bystrzycy, i teraz - przed północą. Jesteśmy my. No, to bądźmy i już!

Potrząsnąłem głową.

- To nie takie proste, Weroniko... Nic nie jest proste między nami.

- O Boże, a musi być proste? Byłoby ci lepiej, gdyby było proste? Gdybyśmy się spotkali tu, na Słowacji, gdybyś się przysiadł do mojego stolika i na przykład gdybyśmy mówili różnymi językami i potrafili się dogadać tylko co do podstawowych spraw? Gdybyśmy o sobie nic nie wiedzieli?

Spróbowałem to sobie wyobrazić: Ahoj, Zuzana! - akie vino piješ? Ładna jesteś... jesteś z kimś umówiona... chodźmy potańczyć... Wiesz, ja tu mieszkam... Może jeszcze wypijemy wino u mnie... Nie za gorąco ci? O, jesteś bardzo zgrabna.. Tak, bardzo mi z tobą dobrze... Jesteś wspaniała... Pewnie, że cię kocham, nie czujesz? Jasne, że zadzwonię... Tak, napiszę, a ty? Tylko wiesz, na wszelki wypadek pisz do pracy, bo wiesz, w domu może wpaść w czyjeś ręce... Tak, no wiesz, facet w moim wieku... Tak, dwoje... Świetnie, odprowadzę cię, oczywiście... Było fantastycznie, dziękuję... Maj dobrou noc...

- Ale wiemy - powiedziałem - przynajmniej ty wiesz, a ja się domyślam.

- A może się źle domyślasz?

Oby... Jeszcze jakiś czas temu martwiłem się tym, że tak dużo nas dzieli: wiek, status, doświadczenie życiowe, przeszłość i przyszłość... Teraz, od pewnego czasu, zacząłem się martwić o coś wręcz przeciwnego: że za dużo nas łączy.

Dopiła wino, poprosiła o napełnienie kieliszka i z determinacją w oczach wyciągnęła do mnie rękę:

- Chodź do mnie. Chyba się nie boisz, że ci zrobię krzywdę? Po prostu chcę się do ciebie przytulić. A potem możesz sobie znowu pójść na twój ulubiony mebel, ty fotelowcu!

Rzeczywiście wtuliła się we mnie tak, że przez moment nie czułem jej oddechu i martwiłem się, czy jej się coś nie stało. Leżeliśmy bez ruchu, nie mówiliśmy nic, i tylko w świetle latarni za oknem widziałem podskórne źródełko jej tętna, wybijające szybkie staccato na jej szyi. Wsunęła palce w moje włosy i przyciągnęła do siebie moją głowę. Gdy już odzyskaliśmy oddech, odsunęła się gwałtownie, podciągnęła kołdrę pod szyję i usiadła na łóżku. Podłożyła pod plecy poduszkę i objęła kolana rękami. Kieliszek, do połowy pełny, stał na nocnym stoliku. Wróciłem na fotel.

- Taka dziewczyńska zabawa w szczerość, chcesz? Ty będziesz pytał o co chcesz, a ja odpowiem prawdę. Ale w zamian odwrotnie, dobrze?

Wciągnąłem powietrze i napełniłem swój kieliszek. Ciągle jeszcze nie byłem pewien, czy chcę znać odpowiedź na te wszystkie pytania. Ale nie mogłem teraz powiedzieć sobie i jej, że nic nie wiem, że wszystko nieważne, że tylko ona, ja i ta noc... Za dużo już wiedzieliśmy, zwłaszcza ona. Poza tym, tych pytań nie było tak wiele...

- Jesteś córką Magdy! - bardziej stwierdziłem niż spytałem.

- Oczywiście! - kiwnęła głową - powinieneś się zorientować szybciej, tyle o mnie wiedziałeś wcześniej... A od kiedy wiesz?

Pierwsze wrażenie dejá vu miałem, gdy tylko wsiadła do samochodu. Nie była do Magdy wcale podobna fizycznie, twarz, oczy - zupełnie inne. Miała tylko znakomitą figurę i coś nieuchwytnie podobnego w ruchach. I głos... Ale wrażenie to minęło szybko, utopione w atakujących konkretach autostrady transalpejskiej...

- Od wczoraj, od tej wyliczanki rzeczy, które o mnie wie bardzo mało osób, a jedną z nich jest Magda. Co mama ci o mnie mówiła?

Roześmiała się, ale jakby trochę niepewnie.

- Jak słyszałeś - wszystko, no, może prawie wszystko. Zapewne był pewien obszar spraw mocno osobistych między wami, o których nie wiem. Pewno uważała, że to niestosowny temat między matką a córką... Wiem, że - głos jej się załamał, uciekła z oczami w kąt pokoju - że byliście szczęśliwi. A potem nagle zaczęło się nie układać i się rozstaliście. Nigdy nie umiałam zrozumieć dlaczego, jeśli tak wam było dobrze ze sobą. Znudziliście się?

- Nie wiem, prawdę powiedziawszy. Może okazało się, że nie całkiem pasujemy do siebie.

Co gorsza, nawet nie wiedziałem teraz, czy tego żałować. Ale tego jej już nie powiedziałem.

- Dalej nie rozumiem, nigdy od mamy nie słyszałam o tobie jednego złego słowa. Z jej opowiadań wyłaniał się obraz wręcz idealnego mężczyzny, wspaniałego partnera, wyrozumiałego i tolerancyjnego przyjaciela, mądrego i cierpliwego nauczyciela, no i - ale tego się już bardziej domyślałam niż słyszałam - fantastycznego kochanka...

Wyglądało na to, że tak naprawdę, to wiele o mnie nie wie. Może trochę szczegółów, ale całej prawdy na pewno nie. Jakoś to mnie pocieszyło. Zebrałem się w sobie do następnego pytania.

- Kto jest twoim ojcem, Weroniko?

Popatrzyła na mnie nieco zdziwiona.

- No, kochany, spodziewałam się trudnych, bardzo osobistych pytań, w rodzaju “co ty o mnie naprawdę myślisz”, “czy chciałabyś, żebym...”, no, mniejsza z tym - a tu takie zeznania jak na formularzu podatkowym. Przecież ty dobrze wiesz, kto...

A więc jednak! I co ja mam teraz zrobić? Leżała przede mną w dużym, małżeńskim łóżku, ubrana tylko w wyłachany niebieski sweter dziewczyna, o której myślałem przeszło dwadzieścia lat, wymarzona, do którą tęskniłem latami, przez którą chciałem się zabić i bez której przyzwyczaiłem się żyć, bo wmówiłem sobie, że jej po prostu nie ma, nigdy nie istniała jako samodzielny człowiek, która nie urodziła się przeze mnie. Przeczuwałem to od wczoraj, ale miałem nadzieję, że to przeczucie jest złudne. Z drugiej strony - chciałem żeby tak było, ale zupełnie inne uczucia do niej mi się przyplątały, niż ojcowskie... U Maxa Frischa wyglądało to pasjonująco, ale jak się człowiek sam w coś takiego zaplącze... Zdecydowanie nie byłem żadnym Homo Faber, Weronika była mi obca, a jednocześnie bliska i nie czułem wobec niej już żadnych zahamowań poza tym jednym: co Magda sobie pomyśli...

- Coś tak posmutniał? Czy to ma dla ciebie aż takie znaczenie, kto był moim biologicznym ojcem?

Zdziwiłem się.

- Jak możesz w ogóle tak mówić? Przecież rozmawiasz nie z byle kim, tylko ze mną...

- Ależ oczywiście, tatusiu, już będę grzeczna...

Dopiłem wino i przysiadłem koło niej na łóżku. Wziąłem ją za rękę i pogłaskałem po głowie. Odstawiła swój kieliszek i przytuliła się do mnie, obejmując mnie obiema rękami.

- Dobrze, bo już mi się ta zabawa nie podoba - powiedziała - ale musimy to zakończyć, więc teraz ja ciebie zapytam: czy ty go dalej nie znosisz? Podobno byliście przyjaciółmi? Czy on ci zabrał mamę?

Zdziwiłem się jeszcze bardziej:

- O kim ty mówisz?

- Jak to o kim? O tym całym Jerzym, moim ojcu...

Muzyka za oknem już ucichła i cichło wszystko wokół nas. We mnie też... Zrobiło mi się nagle żal i wszystkie pretensje do losu wróciły ze zdwojoną siłą. Już coś miałem i znów coś mi zabrano. Jerzy? Był taki w naszym teatrze, który do Magdy przewracał oczami i nawet któraś z plotkujących chętnie naszych dziewcząt mi powiedziała, że widziała ich razem w kinie, ale uznałem, że musiała się pomylić - przecież tak wspaniale nam wtedy z Magdą było. A potem on wyjechał w czasie represji pomarcowych i z Magdą się już nie mógł widywać... Podszedłem do okna i otworzyłem je na oścież. Było mi duszno.

Weronika wyskoczyła z łóżka i przytuliła się do mnie. Oświetlało ją tylko światło z placu Powstania, lampek nie zapaliliśmy.

- Rany... Mnie mama mówiła, że ty wiesz o Jerzym... A ty myślałeś? Nie... Myślałeś, że to ty? Ale dlaczego? Przecież rozstaliście się dużo wcześniej!

No, więc tak. Nie wszystko Magda jej powiedziała. Nie powiedziała na przykład o zabiegu, o przyczynach wyjazdu, o moim postępowaniu.

Wzruszyłem ramionami.

- Byłem z twoją mamą prawie do końca jej pobytu w Polsce. Bardzo się kochaliśmy i chcieliśmy mieć dziecko. Podejrzewałem, że nie mówi mi wszystkiego o swoim stanie. A poza tym, ty i ja, jesteśmy z sobą tak podobni i tak nam jest z sobą wspaniale...

- Bo ja całe lata rosłam w przeświadczeniu, że to ty jesteś moim ojcem. Ona tak mówiła... A potem, kiedy się już dowiedziałam o George’u, zwłaszcza po rozwodzie z Jacquesem, kiedy zostałyśmy same, marzyłam, żeby to okazało się nieprawdą, żebyś to jednak był ty. I nawet mama mi zrobiła taką montowaną fotografię, na której stoję z tobą za rękę. Byłeś dla mnie uosobieniem wszystkiego tego, czego mi w życiu zabrakło...

- To tak, jak ty dla mnie...

đ Odcinek 27