Maciej Pinkwart

Uchachanie

 

25 lutego 2021

TUTAJ wersja video na YT

 

 

Ostatnio kilka osób napisało do mnie, że moje teksty są teraz smutne i przygnębiające. Przepraszam. Wydawało mi się, że skoro otaczająca nas rzeczywistość i gmerające w niej radośnie obecne władze są do spodu śmieszne (choć może nie koniecznie wesołe), to jakieś antidotum na bolącą ze śmiechu przeponę się przyda. Ale jeśli tamci trefnisie Państwu nie wystarczają – uchacham się i ja.

Strasznie się wszyscy oburzali na to, że dyrektorem jednego z oddziałów IPN-u miał zostać pan, który kiedyś szedł na czele sobie podobnych dziarskich patriotów, pozdrawiających naród untermenschów hitlerowskim gestem. Ależ to śmieszne jest niesłychanie. Ten pan po prostu wykonywał taką gimnastykę, najpierw fizyczną, a potem umysłową, jako że uzasadniał swoje przekonania w pracach naukowych opartych na publikacjach teoretyków faszyzmu – w końcu, jako historyk wie, że faszyzm po pierwsze był faktem, po drugie popierało go niemało osób we Włoszech, w Niemczech, w Austrii, na Węgrzech, na Słowacji, w Norwegii, Wielkiej Brytanii, Rumunii, Ukrainie i Polsce, a po trzecie jak inaczej można szczerze zamanifestować patriotyczny sprzeciw wobec lewackiej hołoty niż sięgnięciem do najbardziej skutecznej antykomunistycznej doktryny? A poza tym pan doktor za swoje heil Hitler przeprosił, więc o co chodzi? A haili-hajlo nie śpiewał, może tylko pomrukiwał piosneczkę z filmu „Kabaret” Tomorrow Belongs to Me… No i przez lewacko-żydowską nagonkę taki dobry fachowiec zrezygnował z posady, choć dalej będzie pracował na rzecz firmy, próbując zapewne przekształcić Instytut Pamięci Narodowej w Instytut Pamięci Narodowo-Socjalistycznej.

Ja zaś nie mogę wyjść z podziwu, jak świetnie sprawdza się technika władz PiS, polegająca na przykrywaniu starych afer nowymi. Wczoraj oburzał dziennikarzy pan z falangi, a zapomnieli już o IPN-owskim projekcie prawa, w myśl którego każdy, kto by mówił o udziale Polaków w zagładzie Żydów miał zostać oskarżony o zbrodnię przeciw Polsce. Żadne tam Jedwabne, żadne Kielce, żadne pogromy przedwojenne, żadne morderstwa w czasie przeprowadzania Żydów przez Tatry. To wszystko nieprawda i żydowski antypolonizm. Tę ustawę wymyślił wiceminister Jaki, wkurzył się cały świat z wyjątkiem Kazachstanu, więc ustawę cofnięto, a Patryka Jakiego w nagrodę wysłano do Brukseli, gdzie teraz uczy gustu Unię Europejską przy pomocy kamizelek w kratki i marynarek w paski.

A kto dziś pamięta o tym, że wiceministrem cyfryzacji jest inny działacz ONR, a nawet prezes Młodzieży Wszechpolskiej, zasłużony bojownik przeciw lewactwu i pedalskiej warszawce Adam Andruszkiewicz? Jego koledzy trochę się z niego chachali, bo słynął z niechęci nie tylko do lewaków, ale i do nowoczesnej techniki i podobno nie umiał odróżnić telefonu od laptopa, co jest już moim zdaniem zarzutem złośliwym, bo czymże się różni duży telefon od małego laptopa? Kartą SIM? Wiecie, jaka ona teraz mała jest?

Polska, być może, nie jest jeszcze krajem faszystowskim, choć oglądane z perspektywy normalnego świata polskie święto narodowe, ozdobione równo maszerującymi wielbicielami aryjskiej białej rasy podpalającymi balkony z tęczowymi flagami, pięknymi i silnymi chłopakami, których nie mogą się nachwalić psychopaci z obozu rządzącego sprawia takie wrażenie, że niebawem przy wjeździe do Polski-PiS trzeba będzie pokazywać nie tylko test na koronawirusa ale i świadectwo aryjskości, a może i okazywać fakt nieobrzezania, co pewno zniechęci do nas niektórych inwestorów. No, i czyż nie jest to radosne? Brak inwestycji oznacza mniejszy ślad węglowy, więc umrzemy zdrowsi.

W dodatku inwestorów – poza wójtem Obajtkiem - nam nie potrzeba. I tych unijnych dwustu pięćdziesięciu miliardów judaszowych srebrników też nie, bo polski honor, nie mówiąc już o stanowiskach rządowych dla sierot po faszystach jest ważniejszy od pieniędzy dla społeczeństwa polskiego. A rząd, jak wiadomo, się wyżywi, nie tylko zresztą się wyżywi, ale i się wynagrodzi, a jak kaski zbraknie, to wydoi ze społeczeństwa przy pomocy prezesa Orlenu. Aha, paliwko już po piątalu…

Wiem, że nie powinienem najśmieszniejszego pominąć, ale zachowałem to na koniec: oto rozpadająca się jak silnik w boeingu partia Porozumienie Jarosława Gowina zażądała od premiera wywalenia z rządu trzech swoich byłych ludzi, którzy dotąd w radzie ministrów byli ciekawostką anatomiczną, czyli członkami z ramienia. No i rząd przychylił się do tego wniosku, tylko że zamiast dwóch wiceministrów i jednego sekretarza stanu z Porozumienia wywalił jednego wiceministra z Solidarnej Polski. Wszystko zresztą dla jego dobra, bo Janusz Kowalski dziarsko krzyczał do premiera veto albo śmierć, premier veta nie postawił, nie umarł, ale nie zapomniał, a pan wiceminister wiceministrował w najlepszym zdrowiu. Wszyscy się z niego śmiali, więc premier słynący z poczucia humoru nie chciał mieć konkurencji. Teraz wszyscy odetchnęli z ulgą i śmieją się z wicepremiera od gospodarki, którego zdanie liczy się prawie tak samo mało jak zdanie prezydenta. Obu zresztą łączy postawa wobec pisowskiego karbowego: wymownie milczą i udają, że mają własne zdanie.

Wywalony wiceminister z miną Bustera Keatona żartował, że nie sprzedamy rządowej godności za te psie miliardy, jeśli księgowy ma panu Ziobrze patrzeć na ręce. Ale Unii ręce pana Ziobry nie obchodzą, bo to dla Brukseli jest monsieur Zero – jeden z urzędników, za którego oczami świeci Mateusz Morawiecki. A premier żartuje jeszcze weselej: codziennie mówi o tym, że w tej Unii to my jesteśmy najlepsi i wciąż ją uczymy gospodarować, walczyć z pandemią, a także jeść nożem i widelcem. No bo my najpiękniej jemy nożem i widelcem tę czarną polewkę, którą podaje nam cały świat – z wyjątkiem Kazachstanu, oczywiście.

Hej, wesoło! Wiosna idzie, a kiedyś było modne takie hasło, że wiosna będzie nasza. Obawiam się jednak, że wiosna będzie nasza może w 2050 roku, a na razie, jak śpiewano w wesolutkiej przedwojennej piosence Juliana Tuwima – nasza jest noc i oprócz niej nie mamy nic…

 

Poprzednie felietony