Maciej Pinkwart

Lepszość

 

16 września 2021

Tutaj wersja video na YT

 

Dzieci uwielbiają biegać, jeździć na hulajnodze czy na rowerze, nie interesuje ich otoczenie, a nawet cel obranej drogi: fascynuje je szybkość. Starzy ludzie chodzą wolno, ostrożnie, rozglądając się wkoło. Ich pociąga nie szybkość tylko wolność... Premier wyzłośliwiał się ostatnio na temat TVN mówiąc, że to nie wolne media tylko wolne żarty. Pyszny dowcip, ale zarazem kalumnia. Premier powinien być poważny i powstrzymywać się od zbyt szybkich żartów.

Czy zauważyli Państwo, że ostatnio rządzący jakoś nie nadużywają terminu „dobra zmiana” w odniesieniu do swojej działalności wobec społeczeństwa? Nie jest to, jak przypuszczam, skutek autorefleksji, zawierającej element samokrytyczny: nie była to zbyt dobra zmiana, mogłaby być lepsza. Jakakolwiek krytyka i refleksja pod własnym adresem jest tej władzy całkowicie obca, albo okazuje się zasłoną dymną, pozoranctwem czy kamuflażem. Pamiętamy akcję prowadzoną pod kryptonimem „Tłuste Koty”, będącą niby to walką z nepotyzmem w szeregach PiS. Z intratnych fuch zrezygnowało kilkunastu swojaków, kilka tysięcy pozostało na stanowiskach, a podczas szukania poparcia dla coraz bardziej konwulsyjnych ruchów sejmowych rozdano parę następnych stołków i napchano kolejne portfele. We współczesnej Polsce jedyna zmiana, która z pewnością byłaby dobra, to codzienna zmiana skarpetek. Jednakże korzystanie ze środków komunikacji publicznej w sezonie letnim wykazuje, że i to się u nas nie przyjęło.

Przejdźmy na chwilę na bardziej ogólne i bezpieczniejsze podwórko filologiczne. Język polski, jest, jak wiadomo językiem trudnym i całkowicie nieprzetłumaczalnym dla cudzoziemców, nawet takich, z którymi pozostajemy w bliskich kontaktach – czego dowodzą trwające podobno nadal próby porozumienia się z Czechami na temat trucicielskich działań polskiej kopalni i elektrowni w Turowie. Brak porozumienia polski premier Morawiecki nazywał porozumieniem, czeski premier Babiš dementował informację o wycofaniu przez jego rząd skargi na Polskę do trybunału unijnego, co polski rząd tłumaczył trudnościami z tłumaczeniem. I zapewniał nas, że trwa szukanie porozumienia, do czego oddelegowany został wicepremier Jacek Sasin. Osoby znające choć trochę język czeski, albo i słowacki kiwały głową ze zrozumieniem: do szukania czegokolwiek ten akurat członek rządu nadaje się jak mało kto. Pamiętamy naturalnie kłopoty z wytłumaczeniem władzom Unii Europejskiej, że dla rządu polskiego podpisane przed laty traktaty akcesyjne i ich zasady są nieobowiązujące, że to, iż zobowiązaliśmy się do uznawania wyższości prawa unijnego nad lokalnym prawem polskim oznacza iż się do tego nie zobowiązaliśmy. Ktoś nie rozumie? To proszę powiedzieć uniokratom, że dla nas to normalne, bowiem w języku polskim słowo i jego zaprzeczenie oznaczają to samo, jak na przykład opodal i nieopodal. Ponadto jesteśmy regionalistami i za nic nie będziemy się tłumaczyć z tego, że jesteśmy jedynym krajem unijnym, który ma w swoim języku słowo, zawierające naraz podmiot, orzeczenie i pierwiastek ludowości. Słowem tym jest srogość.

Wiem, że to znacie, że o tym już pisałem, ale jak wiadomo, dobrego nigdy dość i ciągle nie jesteśmy przekonani, że niedobre nie może stać się lepsze. I tu znów wchodzimy na chybotliwą kładkę przerzuconą nad bagnem filologii polskiej. Lepszy to teoretycznie stopień wyższy przymiotnika dobry. Brnijmy dalej, w gąszcz przysłówków: leżymy chorzy w łóżku. Ale podejmujemy wysiłki, żeby się wyleczyć i powolutku zaczynamy czuć, że przynosi to skutek. Kiedy nas pytają, jak się czujemy, odpowiadamy: lepiej. Ale jeszcze jesteśmy kiepscy i wiemy, że daleko nam do dnia, kiedy na to samo pytanie odpowiemy dobrze. Zatem – lepiej to gorzej niż dobrze.

Dla cudzoziemców oraz przedstawicieli polskich władz miałbym dobrą radę: trzeba opanować w językach obcych sformułowanie wyrwane z kontekstu, które może zakamuflować błędy znaczeniowe i trudności w porozumiewaniu się, a przede wszystkim ukryć nieoczekiwane chlapnięcie ozorem, zdarzające się przede wszystkim tym, którzy z głupoty czy nadgorliwości (to poniekąd synonimy) w chęci przypodobania się władzuchnie palną coś jak gołąb o parapet. Potem można zawsze rozłożyć ręce i powiedzieć, że na przykład konieczność walki z okupacją brukselską to sformułowanie taken out of context.

Niestety, wiem, że w Brukseli moje felietony mają dość ograniczony odbiór, zaś w Polsce jedyne dobre rady, które interesują sfery rządzące to rady nadzorcze w spółkach skarbu państwa. Przez moment myślałem, że gdyby członkowie sejmiku małopolskiego użyli swoich służbowych tabletów do przetłumaczenia sobie kilku pojęć, wokół których toczyły się ostatnio polemiki w obradach, mających cofnąć uchwały anty-LGBT, co otworzyłoby drogę do otrzymania dotacji z Unii Europejskiej – nie musieliby łykać jak indyk kluski nonsensów, opowiadanych przez przewodniczącego Jana Tadeusza Dudę. Ojciec polskiego prezydenta ma szczególne kompetencje filologiczne i polityczne, bo jest profesorem nauk technicznych, więc proponował, by sformułowania dotyczące sprzeciwiania się ideologii LGBT zastąpić chęcią do zahamowania wpływów genderu, rozumianego jako neomarksistowska ideologia płciowości kulturowej. Co według niego znaczy neomarksizm i co ten neomarksizm ma do genderu profesor nie wyjaśnił, jak również nie dokonał szczegółowej analizy tego bełkotu bez desygnatów znaczeniowych, nie było to zresztą potrzebne, bo jego wypowiedź została przyjęta z ogromnym aplauzem, jako że wszyscy uwierzyli w to, że profesor Duda w ten sposób okiwa władze Unii i unijne pieniądze dla Krakowa, zatrzymane w sprzeciwie wobec nietolerancji szerzonej przez radnych PiS, popłyną szerokim strumieniem. Uważam, że to działanie dobrze przemyślane: w walce z Unią Europejską, prowadzonej przez władze Polski, może dojść do sytuacji, w której główni politycy unijni po prostu umrą ze śmiechu czytając, że władze samorządowe Krakowa będą teraz walczyć z genderem, czyli z płcią. Ale nie ma się z czego śmiać: przewodniczący krakowskiego sejmiku powtarza po prostu bzdury, wygłaszane przez arcybiskupa Jędraszewskiego, no a wiadomo, że osoby z domu przy ulicy Franciszkańskiej 3 nie mogą się mylić, zwłaszcza co do płci, która – jak to o Irenie Krzywickiej mówił Tadeusz Boy-Żeleński – rzuciła się im na mózg.

Kiedyś marszałek Piłsudski powiedział, że tacy ludzie powinni raczej – tu wyrażę się oględnie – kury prowadzić na siusiu niż zajmować się polityką. Mężczyznom w sukienkach, walczącym z płcią, cudzą oczywiście, bo własnej nie mają (w Polsce powiedzenie do księdza „pan” uważane jest za obrazę uczuć religijnych), można by doradzić oczywiście pielęgnowanie cnót niewieścich w postaci robótek na drutach, gdyby nie to, że robótkami na drutach zajmują się teraz polskie władze w okolicach Usnarza Górnego.

 

Poprzednie felietony