Maciej Pinkwart

Sardynia punktowo

 

Domo de Resteblas - Budoni – Su Tempiesu – Ozieri-San Michele – Santu Antine – Necropoli Sant’Andrea Priu – Rebeccu – Sant’Andrea – Domo de Resteblas

 

Plaża BudoniSobota, 22 czerwca 2024. Jesteśmy już czwarty dzień na wyspie, więc uznajemy (dokładniej: uznaje kierowniczka wycieczki), że najwyższa pora zawrzeć bliższą, bezpośrednią znajomość z otaczającym Sardynię morzem. Jedziemy na wschód i w niecałą godzinę jesteśmy na plaży w miejscowości Budoni. Plaża doskonale, może nawet przesadnie zagospodarowana, drewniane pomosty umożliwiające zejście niemal do samego morza, przestrzenie z parasolkami rozdzielone są miejscami wolnymi, dostępnymi za darmo dla osób z własnymi parasolami i leżakami. Piasek szary, dość gruby, wejście do morza łagodne, woda bardzo czysta. Jak wszędzie, także i tu pojawiają się czarnoskórzy sprzedawcy rozmaitych gadżetów, w tym – szalony kapelusznik ze stertą różnokolorowych kapeluszy na głowie.

W porze obiadowej zjadamy pizzę w pobliskiej restauracji (pizza stanie się naszym regularnym posiłkiem – jakoś nie puszczamy się więcej naPizza w Budoni eksperymenty z lokalną kuchnią). Budoni to niewielkie (5,5 tys. mieszkańców) miasteczko, którego tereny zamieszkiwane były od IV tysiąclecia p.n.e. W pobliżu znajdują się dwie nekropole typu domus de janas, najdalej na północ wysunięte stanowiska tego typu. Poza tymi świadectwami z epoki przednuragijskiej, są tu też dwa mocno zniszczone i nie zbadane dotąd nuragi (w pobliżu wiosek Solita i Ottiolu) z epoki brązu. Są też ślady osadnictwa rzymskiego. W pobliżu jest kilka stawów z ciekawą florą i fauną. Jedynym zabytkiem jest XIX-wieczny kościół parafialny pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, zbudowany w miejscu znacznie wcześniejszej świątyni. Kościół jest jednonawowy z niewielką absydą, w której znajduje się marmurowy ołtarz i pięć witraży – w środku Chrystus, po bokach – czterej ewangeliści. Fasadę zdobi rozeta przedstawiająca chrzest Jezusa w Jordanie. Drewniane drzwi są ozdobione sześcioma panelami z brązu przedstawiającymi najważniejsze momenty z życia św. Jana Chrzciciela.

Po obiedzie jedziemy najpierw na południe drogą państwową SS 131, by po kilkudziesięciu kilometrach skręcić w prawo, w lokalną drogę SP 51. Dojeżdżamy do miasteczka Orune. Omijamy centrum i po sześciu kilometrach docieramy do ulicy di Sa Costa ‘e Sa Binza, a dokładniej do parkingu przed stanowiskiem archeologicznym Su Tempiesu, będącym parkiem przyrody, otaczającym jedną z najsłynniejszych na Sardynii Świątyń Wody.

Otwarte w sezonie letnim w godz. 9.00-19, zimą 9.00-17.00, wstęp 5 €. Do przejścia jest ok. 800 metrów, 130 metrów pod górę. Ostrzegają, żeby osoby z problemami kardiologicznymi nie podejmowały wycieczki, zwłaszcza w najcieplejszych godzinach dnia. Zostaję przed zacienioną bileterią. Renata i Michał idą zwiedzać. Wytyczone są dwie trasy – botaniczna i zoologiczna. Na tablicy informacyjnej przy kasie sugerują, żeby do podejścia wybrać trasę zoologiczną, do zejścia – botaniczną.

Jest pusto, droga prowadzi lekko w dół między skałami i wśród dość skąpej roślinności, po terenie, który wygląda na mocno eksploatowany w starożytności. Ścieżka botaniczna sympatycznie ocieniona, na zoologicznej nie ma co prawda żywych zwierząt, ale prezentowane są plansze dydaktyczne z ich wizerunkami. Dziś teren ten zarządzany jest przez oryginalną spółkę LARCo, w skład której wchodzi archeolożka, dwoje przewodników i dwóch pracowników technicznych. Oraz pies i kot, czuwające obok kasy. Ale kiedyś miejsce to należało do miejscowej rodziny Sanna. Latem 1953 roku gospodarze zaczęli plantować część terenu, chcąc założyć ogród warzywny – i odkryli przemyślnie ułożone głazy bazaltowe tworzące świątynię, poświęconą kultowi wody – jednemu z najważniejszych kultów okresu nuragijskiego. Uwagę odkrywców zwrócił najpierw materiał, z jakiego wykonana jest świątynia: bazaltu ani na miejscu, ani w pobliżu nie ma, bo na terenie Su Tempiesu występują jedynie granity i łupki.

Su Tempiesu - świątyniaSama świątynia, datowana na 1350-1200 r. p.n.e., a więc na okres kultury nuragijskiej, ma kształt pustego w środku ostrosłupa, którego boczne ściany, ułożone z obrobionych starannie bloków bazaltowych (im wyżej, tym większych) schodzą się na sporej wysokości – fasada pierwotnie wznosiła się na siedem metrów. Nad nią znajduje się trójkątny tympanon pierwotnie zwieńczony blokiem w kształcie ściętego ostrosłupa, który geometrycznie nawiązywał do spadzistych ścian. W górnej części pochylone ściany połączone są ciekawym konstrukcyjnie łukiem. Wewnątrz znajduje się komora zwieńczona niewielkim tolosem, zawierająca niewielki basen z wodą, do którego można zejść po czterech stopniach i z którego woda przelewa się do mniejszego, usytuowanego nieco niżej baseniku przepływowego. Na specjalnych półkach kamiennych składano niegdyś liczne wota – brązoweSu Tempiesu trasa szpilki, sztylety, amulety, opaski na ramiona, pierścienie, spinki do włosów, pleciony miniaturowy koszyczek, guziki w kształcie głów zwierząt oraz koraliki i paciorki naszyjnikowe z brązu i bursztynu pochodzące z późnej epoki brązu (XII-IX w. p.n.e.). Odnaleziono także miniaturowe figurki, – jak można sądzić – przedstawiające darczyńców. Wszystkie te przedmioty trafiły do muzeum archeologicznego w odległym o 30 km Nuoro.

Powyżej Świętej Studni znajdowała się osada z czterowieżowym nuragiem Santa Lulla, gdzie również znajdowała się święta studnia, tyle że mniejsza od Su Tempiesu. Tam także odnaleziono liczne wota, co świadczy o tym, że kult wody był na tyle powszechny, że wywoływał ruch pielgrzymkowy. Jego ślady znajdziemy również w następnych dniach wędrówki.

Wizerunki roślin i zwierząt na obu ścieżkach dydaktycznych umieszczone są na tablicach z korka. Z tego samego materiału wykonane są ławki w „poczekalni” – cienistym miejscu przed wejściem na teren parku archeologicznego, gdzie czekam na powrót awangardy wycieczkowej. Towarzystwa dotrzymuje mi biało-czarny kundelek Artur. Dęby korkowe rosną wokół – wszystkie pozbawione kory do wysokości wzrostu człowieka.

Robi się całkiem chłodno, choć to dopiero parę minut po 18-tej. Czeka nas teraz prawie dwie i pół godziny jazdy po górach. Kolacja na balkonie w Domo de Resteblas, ale przebieram się do niej w sweter i długie spodnie: mistral nadal wieje, a temperatura spadła do 15 stopni.

Niedziela, 23 czerwca 2024. Mimo niedzieli ze słońcem krucho, ciepło, choć nie gorąco, wieje coraz silniej, więc Mauro zaprasza na śniadanie pod dachem – na parterze domku, w którym rezydujemy na piętrze, gospodarze mają mieszkanie, biuro, kuchnię i stołówkę na chłodniejsze dni. Śniadanie jak co dzień, zajmuje nam coraz mniej czasu, ale zagadujemy gospodarza o jego wino, zgłaszając chęć kupna. Mauro wychodzi na zaplecze i przynosi flaszkę białego „Resteblasa”. Nie chce żadnych pieniędzy. Parę dni później, na pożegnanie, sam dorzuci nam jeszcze jedną.

Ozieri - San Michele z zewnątrzO 9.30 wyruszamy w drogę spod naszego parkingu na skraju winnicy. Droga prowadzi od Berchiddy mniej więcej na południowy zachód. Po godzinie omijając centrum Ozieri zatrzymujemy się na parkingu przed Grotą San Michele. Kasa i pomieszczenie recepcyjne jest kilkanaście metrów od wejścia do groty, po drugiej stronie niewielkiej uliczki. Stanowisko archeologiczne jest czynne codziennie z wyjątkiem poniedziałków, latem w godz. 10.00-13.00 i 14.30-18.00, zimą 10.00-13.00 i 14.00-17.00. Zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem (język angielski). Bilety 10 € dla dorosłych i 5 € dla dzieci.

Właśnie tutaj na początku XX wieku odkryto po raz pierwszy ślady kultury przednuragijskiej, którą od nazwy miasta nazwano kulturą Ozieri, czasem też cywilizacją San Michele. Datowana jest na okres 3500-2800 lat p.n.e. Sama jaskinia jest pochodzenia krasowego i została wypłukana przez wodę w wapieniu paleozoicznym (400 milionów lat temu). Obecna nazwa wywodzi się ze średniowiecza, kiedy to (do XVIII w.) istniał tu ośrodek kultu św. Michała Archanioła, uważanego za obrońcę przed siłami nieczystymi, zamieszkującymi jaskinie. Grota jest niewielka – jej całkowita głębokość wynosi 80 metrów, długość 160 metrów, z czego udostępnione do zwiedzania jest zaledwie 60. Zejście jest strome i wymaga uwagi. Na trasie jest 15 punktów informacyjnych. Znalezione tu artefakty świadczą o funkcji sakralnej i grobowej. Są to fragmenty kości, krzemienne noże i topory, bryły obsydianowe i przede wszystkim wiele okazów ceramiki, wykazującej wyraźne pokrewieństwo z wyrobami z obszaru egejskiego (Cyklady) i z terenu Malty. Wszystkie trafiły do muzeów archeologicznych w Ozieri, Sassari i Cagliari. Dziś główną atrakcją, z którą zapoznajemy się podczas zwiedzania sąSan Michele zjawiska krasowe (stalaktyty, stalagmity i nacieki wapienne), umiejętnie eksponowane podświetlaniem. Naturalnie wielkie wrażenie robi przebywanie we wnętrzu, w którym bywali ludzie (choć raczej tu nie mieszkali) może nawet pięć tysięcy lat temu. W jaskini żyją nietoperze.

Niezwykłe jest także i to, że owo ważne w starożytności miejsce znajduje się niejako może nie w centrum, ale na peryferiach dużej miejscowości, między szpitalem miejskim (nad jaskinią), a dawnym boiskiem piłkarskim, na terenie którego obecnie znajduje się spory parking. Dziś Ozieri to miasto o przeszło 9 tysiącach mieszkańców, którego historia osadnicza sięga może nawet IV tysiąclecia p.n.e. Poza odkryciami w grocie San Michele (szczególnie ważne są tu liczne ceramiczne figurki świadczące o kulcie bogiń kobiecych, a także wspólne dla całego obszaru śródziemnomorskiego przedstawienia rogów lub głów byka (tu także: barana), są w okolicy liczne nekropole typu domus de janas. W czasach kultury nuragijskiej w rejonie Oziero są liczne nuragi (123 na terenie gminy), grobowce gigantów i święte studnie. Fenicjanie najprawdopodobniej tu nie dotarli, w każdym razie nie osiadali tu na dłużej, w przeciwieństwie do Kartagińczyków i Rzymian. Bizancjum sprawowało władzę jedynie formalnie. Potem, w okresie podziału Sardynii na cztery judykaty, Ozieri było podległe administracji Torres.

Gospodarczo Ozieri było jednym z większych dostarczycieli zboża na Sardynii – taki też charakter miała ta okolica za czasów sporów między usiłującymi tu dominować Genuą a Pizą, a także potem za czasów dominacji aragońskiej. Miastem miejscowość stała się za czasów sabaudzkich, w 1836 roku.

Poza obiektami prehistorycznymi, w okolicy najwięcej jest zabytków sakralnych. Spośród szesnastu kościołów warto na pewno odwiedzić bazylikę świętego Antiocha – romański kościół z XI wieku o fascynującej architekturze, położony 12 km na północny zachód od Ozieri, na terenie wsi Chilivani. Niegdyś siedziba biskupa diecezji Bisarcio, dziś świątynia stoi samotnie w środku łąk i pól i zadziwia swoim wyglądem. Nad dolną częścią fasady, ozdobioną trzema łukami odpowiadającymi trzem nawom świątyni wznosi się konstrukcja wyglądająca tak, jakby nad wejściem do kościoła ktoś postawił sporą willę. Tak też po części i było – w górnej części bazyliki znajdowała się wybudowana w XII wieku rezydencja biskupa z osobną, prywatną kaplicą. Wejście na piętro prowadzi z przedsionka kościoła. Po prawej stronie do murów kościoła przylega dzwonnica, której górna część zawaliła się, z nieznanych powodów – prawdopodobnie przez wady konstrukcyjne.

Główna nawa ma sklepienie kratowe, boczne nawy, oddzielone kolumnami korynckimi połączonymi łukami mają sklepienia krzyżowe. W absydzie jest skromny ołtarzyk, z lewej strony znajduje się niewielka figura patrona – święty Antioch był męczennikiem z przełomu III i IV wieku, który poniósł śmierć w czasie prześladowań cesarza Dioklecjana.

Diecezja Bisarcio, powstała w XI wieku, w XVI w. została zniesiona, a jej teren włączony do diecezji w Alghero, a potem – w Ozieri. Od 1997 Bisarcio jest biskupstwem tytularnym.

Katedra Niepokalanego Poczęcia Matki Boskiej (Duomo dell’ Immacolata, nazywana także Santa Maria di Ozieri), usytuowana w centrum Ozieri (Piazza Duomo) to świątynia istniejąca co najmniej od XV wieku, od XVI wieku przejęła funkcję katedry po opustoszeniu wsi Bisarcio. W 1550 r. została przebudowana w stylu gotyku katalońskiego. Kolejny remont, w 1846 r. nadał kościołowi dzisiejszy, neoklasycystyczny wygląd. Dalsze zmiany zaszły już w czasach faszystowskich – z 1926 roku pochodzą freski, a z 1933 – monumentalne organy. W 2005 roku w katedrze wybuchł pożar, spowodowany przez nieostrożne podpalenie bożonarodzeniowej szopki. Po remoncie świątynię otwarto ponownie w 2007 r. Do wejścia prowadzą monumentalne schody z balustradami. Trzynawowy kościół zbudowany na planie krzyża łacińskiego (50 x 40 m), ma trzy boczne kaplice po każdej stronie, półkolistą absydę, a w XVIII-wiecznym ołtarzu głównym są figury Najświętszej Marii Panny i dwóch aniołów.

Most Pont’ezzu, OzieriKilkadziesiąt metrów na północ od katedry, przy Piazza Pietro Micca, znajduje się Miejskie Muzeum Archeologiczne (Il Civico Museo Archeologico „Alle Clarisse” di Ozieri), ulokowane w dawnym klasztorze sióstr klarysek (stąd włoska nazwa), założone w 1985 r., od 2003 r. w obecnym miejscu. Na dziedzińcu znajduje się niewielkie lapidarium, gdzie umieszczono m.in. fragmenty z „Grobu Gigantów”, rekonstrukcję świętej studni i pozostałości wiejskiego kościoła Św. Łucji. W budynku na pierwszym poziomie zgromadzono obiekty z okresu prehistorycznego, przede wszystkim z czasów cywilizacji Ozieri, w tym artefakty z Groty San Michele i sąsiadującej z nią groty Mara. Jest to przede wszystkim ceramika. W kolejnym pomieszczeniu znajdują się zbiory z okresu kultury nuragijskiej. Poza okazami ceramiki, są to narzędzia kamienne i brązowe oraz sprzęty domowe. W trzeciej sali pokazywane są zabytki z okresu panowania fenickiego, kartagińskiego i rzymskiego, czwarta poświęcona jest zabytkom średniowiecznym.

Na drugim poziomie jest duży dział numizmatyki i kolekcja etnograficzna.

Muzeum czynne od wtorku do piątku w godz. 9.00-13.00 i 15.00-19.00, w soboty i niedziele po południu do 18.00. W poniedziałki nieczynne. Wstęp: bilet normalny 5 € , ulgowy (<12, >60) 4€.

Wart zobaczenia jest także most Pont’ezzu (Stary Most po sardyńsku), zbudowany przez Rzymian w I w. n.e. w przysiółku San Nicola, 3,5 km na północ od centrum Ozieri. Konstrukcja oparta na sześciu łukach, o przeszło 87 m długości i 4,30 m szerokości, w najwyższym miejscu mająca 8 m wysokości, umożliwiała przeprawę przez rzekę Mannu. Most zbudowano z betonu, pokrytego obrobionymi skałami bazaltowymi, trachitowymi i wapiennymi. Przebudowywany w czasach bizantyjskich, a następnie w średniowieczu, przetrwał do dziś. W pobliżu, w centrum miejscowości znajduje się trzywieżowy nurag, a na wschodnim skraju wsi XIII-wieczny jednonawowy kościół św. Mikołaja.

Dwadzieścia trzy kilometry dalej na południe, po pół godzinie zatrzymujemy samochód na parkingu przy osadzie Santu Antine nuraghe. Nazwa kompleksu archeologicznego trochę zaskakuje: Sant’ Antine to święty Konstantyn, cesarz, którzy wprowadził chrześcijaństwo jako główną religię w Rzymie. Niegdyś była tu spora wieś, powstała wokół centralnie położonej wieży nuragijskiej, dziś jest to ogrodzone i dobrze utrzymane stanowisko archeologiczne, na którym prace wciąż trwają, choć chyba w umiarkowanym tempie, bo jakoś żadnych robót nie zauważyliśmy. Inna rzecz, że była niedziela.Santu Antine - Toralba

Parking trochę odległy od terenu zwiedzania i od kasy. Zwiedzać można codziennie w okresie letnim (kwiecień – wrzesień) w godzinach 9.00 – 20.00, zimą (październik – marzec) do 17.00, bez przerwy na sjestę. Drogo: bilet normalny (umożliwiający zwiedzanie stanowiska archeologicznego oraz Muzeum Doliny Nuragów (w pobliskiej miejscowości Torralba, via Carlo Santu Antine - ToralbaFelice 151) kosztuje 10 €, ulgowy 8 € (grupy powyżej 20 osób i młodzież szkolna), bezpłatny wstęp – osoby z niepełnosprawnością z osobą towarzyszącą (należy w trybie online uzyskać Kartę niepełnosprawności UE), studenci historii sztuki i akademii sztuk pięknych, nauczyciele i kierowcy autokarów z grupami wycieczkowymi i dziennikarze. Muzeum czynne latem z przerwę na sjestę (9.00-13.00, 14.00-19.00), ale może nie warto tam iść, bo ani znaleziska z Doliny Nuragów, ani liczne późniejsze zabytki rzymskie i średniowieczne nie są ciekawsze od wioski nuragijskiej imienia św. Konstantyna. Lokalsi od wieków nazywali największy nurag Domem Króla (sa domo de su re). Miejsce to zaczęto zwiedzać i opisywać już w XVIII wieku (pierwsze rysunki pochodzą z 1774 r.), szczegółowo badano je w XX wieku. Dziś jest własnością gminy Torralba.

Dobrze wytyczona droga prowadzi wprost do górującego przed nami nuragu, mijając po drodze okrągłą chatę przypominającą trochę domy z puszczy afrykańskiej, tyle że z ułożonych jeden na drugim kamieni. Jest zamknięta, można ją tylko obejść dookoła. Widzimy, jak po prawej stronie, za ogrodzeniem, na polnej dróżce parkuje samochód z włoską rejestracją. Wysiada z niego pięcioosobowa grupka – troje dorosłych i dwoje dzieci. Nie zwracając uwagi na obciach, przełażą przez płot, oszczędzając zapewne kilkadziesiąt euro.

Osada pochodzi z XV wieku p.n.e. Oglądana z lotu ptaka, czy z drona, jej nuragijska część ma kształt trójkąta równoramiennego o bokach liczących ponad 40 m, w którego centrum znajduje się główna wieża, pierwotnie mająca 25 m wysokości. Dziś najwyższa kondygnacja już nie istnieSantu Antine - Toralbaje: centralny obiekt ma 17 m wysokości i w podstawie 15 m szerokości. W wierzchołkach trójkąta stoją pozostałości niższych wież. Droga, wytyczona między kamiennymi murkami doprowadza do nuragu. Rozchodzimy się po przestronnych wnętrzach: korytarze, komory boczne, schody prowadzące na kilka poziomów: sprawia to wrażenie twierdzy, a zarazem pałacu, a trochę labiryntu. Naukowcy dorzucają informację, że budowla była zorientowana astronomicznie, zgodnie z położeniem słońca w momentach letniego i zimowego przesilenia. Niektóre pomieszczenia całego kompleksu przykryte są czymś w rodzaju znanego z Grecji tolosu – półkolistej kopuły kamiennej z otworem świetlikowym w środku. We wnętrzu panuje przyjemny cień, a nawet chłód, co pozwala na spokojne zwiedzanie. Zauważam kilka reflektorów – wieczorami zapewne całość jest iluminowana. Informacje na miejscu są skąpe i tylko po włosku.Santu Antine - Toralba

Na zewnątrz zauważam coś jakby pozostałość po grobie gigantów, ale może takie wrażenie sprawiają kamienie, rozłożone na kształt rogów byka, które w innych miejscach oznaczały takie nekropole. Bo zrekonstruowany (zauważam betonowe spojenia kamieni, z pewnością nieistniejące kilkanaście wieków przed naszą erą) jest jedynie główny nurag, jedna chata wiejska, no i ten murek obok drogi. Reszta to tylko kamienne obrysy murów.

A wokół toczy się normalne życie rolnicze: w nuragijskiej wiosce co i raz mijamy zrolowane przez kombajny bele siana…

Odjeżdżamy z parkingu, ale niewiele ponad 300 metrów dalej na zachód zatrzymujemy się: w polu „rosną” kolejne dwa nuragi, tym razem zachowane w takim kształcie, w jakim pozostawiła je historia i natura. Informacji nie ma. Pewno nie warto było – w okolicy Torralba jest przeszło 30 nuragów, w tym kilkanaście rozbudowanych podobnie jak ten, który właśnie zwiedzaliśmy w Santu Antine, kilkanaście grobów gigantów, kilka dolmenów. Nadmiar tego bogactwa powoduje najwyraźniej inflację.

Przed nami kilkanaście kilometrów drogi na południowy wschód, do jednej z najczęściej odwiedzanych nekropol, noszącej imię Świętego Andrzeja Apostoła. No i mamy tu doświadczyć i śmiesznej, i irytującej manifestacji sardyńskiego podejścia do turystyki. Zatrzymujemy samochód (między kilkoma innymi) przy drodze (parkingu nie ma), opodal bramy z napisem Necropoli Sant’Andrea Priu. Wyładowujemy rzeczy, wytarabaniamy się z auta i podchodzimy do bramy. A na niej „stoi napisane”, że sprzedaż biletów odbywa się w kasie, która znajduje się kilometr dalej. I strzałka wskazuje kierunek – dalej tą drogę, tylko dość stromo pod górę. Nie wiadomo dlaczego, bo tu, przy bramie jest odpowiednia stróżówka, w której nikogo zresztą nie ma, a przy bramie jest szeroka szczelina, przez którą można by się przedostać. Ale wracamy do samochodu i jedziemy w kierunku, wskazanym przez strzałkę.

Sant'Andrea Priu - info

Duży dom, najwyraźniej okazała siedziba administracji, bileteria, niewielki barek, stoisko z wydawnictwami i pamiątkami, trochę dalej toalety. Ale biletów nie możemy kupić – trwa sjesta. No, rzeczywiście, 13.00 już minęła. Pani w kasie uprzejmie informuje, że mogą nam bilet sprzedać po 15.00, a w międzyczasie – radzi nam – możemy pojechać na obiad do pobliskiej restauracji. Trudno – świetnie. Pobliska restauracja znajduje się ze sześć kilometrów stąd, w miejscowości o wdzięcznej nazwie Rebeccu. Jedziemy więc tą samą drogą z powrotem, mijamy zamkniętą nekropolę, po paru kilometrach skręcamy w boczną drogę i docieramy do ryneczku otoczonymi niewysokimi domkami, a całe wzgórze z pięknym widokRebeccuiem na otaczające nas góry sprawia takie wrażenie, że czujemy się jakbyśmy się przenieśli w wieki zdecydowanie średnie. Na miejsce w restauracji „Su Lumarzu” musimy chwilę poczekać, ale jest sympatycznie. Duży dziedziniec, coś jakby rynek w tej wsi, wyłożony jest czymś podobnym do greckich chochlaków. Widok na położone znacznie niżej pola i łąki jest rozległy i, powiedziałbym, sielski. Wszystkie stoliki Su Lumarzu – i w środku (gdzie trwa jakaś niedzielna impreza) i na zewnątrz zajęte, ale w końcu zasiadamy przy stoliku przed restauracją. Wiatr co chwilę usiłuje porwać nam Rebeccuobrus. Zamawiamy, Renata i Michał idą zwiedzać okolicę, ja zwiedzam stacjonarnie. Ale dostrzegam i doceniam, że przez miasteczko przebiega biało-czerwony szlak turystyczny. W pierwszej chwili, gdy dostrzegłem znaki, pomyślałem cytatem z Seksmisji: nasi tu byli!, ale przypomniałem sobie, że tu nie Tatry i nie obowiązują znaki, w których kolor umieszczony jest między dwoma paskami.

Dziś Rebeccu, zamieszkałe podobno przez jednego stałego mieszkańca, od 1875 roku jest częścią odległej o sześć kilometrów miejscowości Bonrova, ale dawniej (XII-XVI w.) było odwrotnie. Za czasów judykatu miasteczko zamieszkiwało 400 osób (najwięcej w okolicy), a centralne położenie i doskonałe dla obserwacji okolicy wyniesienie nad poziom morza (408 m) sprawiło, że miało spore znaczenie wojskowe i polityczne. Tutaj właśnie, 14 stycznia 1388 na placu przed kościołem Santa Maria (potem Santa Lucia) wynegocjowano traktat pokojowy między lokalną społecznością Sardynii a królem Aragonii Janem I (podpisany ostatecznie w tym samym miesiącu w Cagliari). Od XV Rebeccu, na skutek trapiących jego mieszkańców zaraz, głodu i pożarów zaczęło podupadać. W XVII w. mieszkało tu już tylko piętnaście rodzin, w XX w. – sześć.

Najcenniejszym zabytkiem Rebeccu jest przednuragijska (przełom trzeciego i drugiego tysiąclecia p.n.e.) święta studnia Su Lumarzu, składająca się z niewielkiego (5,15 x 1,80 m) basenu – atrium z dwiema kamiennymi ławami przylegającego do wypływającego ze skały źródła, obudowanego obrobionymi blokami bazaltowymi, ułożonego w formie tolosu, zamkniętego płaską kamienną płytą. W czasach wczesno-chrześcijańskich na tolosie wyryto łaciński krzyż.

Przy dojeździe do Rebeccu (jakieś 300 metrów od skrzyżowania główną drogą) znajduje się średniowieczny kościół św. Wawrzyńca (San Lorenzo di Rebeccu), wybudowany w XII w. w stylu romańskim z ciosów bazaltowych i wapiennych, z absydą od wschodu i dużą dzwonnicą nad portalem wejściowym. Jednonawowa świątynia liczy 11 m długości. Niegdyś znajdowało się tu centrum klasztorne San Pietro di Monticleta. Kościół stoi w szczerym polu i nie jest na co dzień otwarty. Kilometr dalej na zachód od św. Wawrzyńca można zobaczyć ruiny następnej romańskiej świątyni z XII wieku – kościoła pod wezwaniem św. Franciszka. Widać dość dobrze zachowaną dolną część absydy, fragmenty ścian bocznych (najwidoczniej służących jako źródło pozyskiwania materiału budowlanego), wspartą na kolumnach wnękę ołtarzową. Na kamieniach, tworzących absydę i w ścianie południowej zachowało się coś w rodzaju graffiti, w postaci wyrzeźbionych śladów butów, nazywanych „śladami pielgrzyma”, charakterystycznych dla wielu średniowiecznych kościołów chrześcijańskich.Rebeccu

Tuż koło placyku, przy którym jest nasza restauracja, stoi romański kościół pod wezwaniem św. Julii. Zbudowany w XII wieku, od ok. 1400 r. funkcjonował pod wezwaniem Marii Panny, którą w 1700 r. zastąpiła Santa Giulia. Dziś mocno zaniedbany, mimo kilku remontów (wykorzystywano przy nich m.in. kamienie z kościoła św. Franciszka), zwraca przede wszystkim uwagę wysoką dzwonnicą, wolno stojącą po prawej stronie świątyni.

Po prawej stronie, na wzgórzu podobno znajdował się zamek, w który mieszkał – według legendy – miejscowy król. Nazywano go początkowo Re Bello, piękny król. Miał on córkę, Donorię, która była czarownicą. Obawiając się jej zaklęć, mieszkańcy wymusili na królu, żeby ją wypędził. Dziewczyna przed odejściem rzuciła na wieś przekleństwo, w myśl którego może tu pozostać co najwyżej trzydzieści domów – jeśli ktoś postawi następny, to całe miasto się zawali. Następnie przyszła plaga malarii i mieszkańcy zaczęli z tego miejsca uciekać. Król przestał być piękny, twarz mu się zmieniła i zaczęto go nazywać Królem Kozłem, Re Beccu. I od tego poszła nazwa miejscowości, w której rzeczywiście wybudowano tylko trzydzieści domów. A dawny zamek królewski zamienił się w skałę i zostały po nim tylko kamienie.

Ciekawe: otwieram Google Earth i na miejscu wzgórza, które wznosi się po prawej stronie naszej restauracji, widzę wyraźny napis: Resti del Castello di Rebeccu. Ale po kliknięciu na ikonkę „zabytku”, kiedy to powinno się ukazać zdjęcie obiektu – pokazuje się fotografia kościoła świętej Julii.

RebeccuKelner przynosi nasze zamówione dania. Z dość niepewną miną przyglądam się czemuś, co powinno być dobrze wysmażonym stekiem: wydaje mi się, że widelec zgina się przy próbie wbicia go w mięso, a spod ugiętych zębów sztućca sączy się krew. Może za dużo horrorów… W każdym razie przypomina mi się stare powiedzenie, że krowa, z której zrobiono mój obiad, miała strasznie ciężkie i długie życie oraz okropną śmierć. Po raz kolejny zaczynam się zastanawiać nad przejściem na wegetarianizm.

Sjesta dawno minęła, a po obiedzie w restauracji, która bierze swoją nazwę od świętej studni, mającej niewątpliwe kontakty z lecznictwem, zaczynam myśleć poważniej o nekropol, którą mamy odwiedzić. Zjeżdżamy w stronę Bonorvy, ale mijając to miasteczko, skręcamy z powrotem w prawo, mijamy cel naszej wycieczki, kilometr dalej kupujemy bilety, wracamy kilometr bliżej i wchodzimy na teren Necropoli Sant’ Andrea Priu. Biletów nikt nie sprawdza. Od marca do października nekropola jest czynna w godz. 10.00-19.00 (z przerwą 13.00-15.00), Od listopada do lutego można ją zwiedzać po wcześniejszej rezerwacji. Bilet normalny kosztuje 7 €, ulgowy 5 € (uczestnicy grup powyżej 20 osób i ucząca się młodzież 10-17 lat). Wstęp bezpłatny mają przewodnicy grup i dzieci do 9 roku życia.

Napiętrzone, szare skały dominują nad wyżyną Santa Lucia. Wygładzone przez erozje i przez dotyk niezliczonych rąk i nóg, sprawiają raczej wrażenie zamkniętego w jaskiniSan Andrea Priu klasztoru niż domu zmarłych. Jest tu jednak około dwadzieścia grobowców typu domus de janas, w niektórych odtworzono wygląd domów, w których zmarli mieszkali za życia. Niektóre to małe wnęki w ścianach, ale są i takie, które wyglądają jak podziemne pałace. Największy grobowiec ma osiemnaście pomieszczeń. Nekropola ma wysokość dziesięciu metrów i rozciąga się na długości 180 metrów. Wejścia do grobowców znajdują się na wysokości kilku metrów nad powierzchnią łąki, na której wznoszą się skały. Powstały w końcowym okresie neolitu i należą do kultury Ozieri. Datowane są na lata 3500-2900 p.n.e., ale użytkowane były, oczywiście ze znacznymi modyfikacjami, do średniowiecza.

O 15.30 przychodzi przewodniczka (język włoski, krótkie streszczenia po angielsku) i dwudziestokilkuosobowa grupa wchodzi do zamkniętego przedtem pomieszczenia. To Tomba del Capo, grób wodza – właśnie ten o osiemnastu pomieszczeniach, z których trzy, położone jedno za drugim, są duże, a otacza je piętnaście niewielkich grot. Całość skryta jest kilka metrów pod ziemią i zajmuje powierzchnię 250 m2. Dziś oglądamy oczywiście nie to, czego dokonali tu Ozierijczycy, tylko stan z czasów wczesnego chrześcijaństwa w pierwszych latach naszej ery, a także w czasach bizantyjskich i w średniowieczu. W 1313 roku konsekrowano tu kościół, poświęcony świętemu Andrzejowi. Trzy największe pomieszczenia były użytkowane jako sala dla czekających na chrzest San Andrea Priukatechumenów, aula dla już ochrzczonych i prezbiterium dla księży. Podobnie jak w czasach prehistorycznych, istniała tu dwoistość funkcjonalna: domus de janas był użytkowany i jako miejsce kultu, i jako miejsce pochówków. Ściany ozdobione są kolorowymi freskami, a niektóre z nich przypominają mi trochę malowidła z Faras, odnalezione i uratowane przez profesora Kazimierza Michałowskiego. Najwięcej fresków jest w sali prezbiterium. Motywy większości to sceny z Nowego Testamentu.

Z najstarszego okresu, może nawet sprzed pięciu tysięcy lat, pochodzi wystrój liczącego 20 m2 przedsionka, umieszczonego zaraz za otworem drzwiowym. W kamieniu wyrzeźbione są imitacje drewnianych belek, z których kiedyś pewno zbudowany był dom, w którym mieszkały pochowane tu osoby. Pod nogami widzimy kupelle – półkolisty otwór, wydrążony w skale, otoczony przez koło podobnych otworów, ale mniejszych. Nie mamy pojęcia, co to robiono – archeolodzy „załatwiają” to stwierdzeniem, że służyły celom kultowym albo wotywnym.

W nekropoli św. Andrzeja warte obejrzenia są jeszcze dwa duże pomieszczenia: Grobowiec w chatce – okrągła salka o średnicy trzech metrów, do której wchodzi się przed niewielki prostokątny przedsionek i Grobowiec komorowy, składający się z kilku pomieszczeń, z których największe ma wymiar prostokątny 4,70 x 3,05 m - oba zachowały zdobienia z czasów przednuragijskich, odwzorowujące architekturę domów mieszkalnych. Na zewnątrz pokazują turystom wielką formację skalną, nazywaną Dzwonnicą, lub Grobowcem Świętego Byka. Jednak tak naprawdę jest to skała, ciekawie ukształtowana przez naturalną erozję.

San Andrea Priu

Jeździliśmy cały dzień, zwiedzaliśmy bez umiaru, wydaje się, że już poznaliśmy całą Sardynię, przynajmniej w jej północnej części i że jesteśmy gdzieś na końcu świata. Ale jak się okazuje, przed nami tylko pięćdziesiąt kilometrów do domu, które pokonujemy w godzinkę. Ryzykuję kąpiel w basenie, choć chyba źle zrobiłem: mimo słońca, temperatura nie przekracza 20 stopni, a wiatr sprawia, że wydaje się o wiele chłodniej.

Ù Ä