Maciej Pinkwart

Sardynia punktowo

Domo de Resteblas – Oschiri-Santo Stefano – Domo de Resteblas – Budduso – Loelle – Su Romanzesu – Termy rzymskie Benetutti – Domo de Resteblas – La Pelosa – Porto Torres – Monte d’Accoddi – Domo de Resteblas

 

Domo de ResteblasPołowa czerwca 2024. Po niespełna dwu-i-półgodzinnym locie z Krakowa wczesnym przedpołudniem lądujemy w Olbii na północy Sardynii. Wynajęty samochód to wygodny fiat tipo na polskiej rejestracji – właściciel wypożyczani jest Polakiem, osiadłym od lat na Sardynii. Tym razem nie musimy z duszą na ramieniu na ostatniej kropelce paliwa szukać najbliższej stacji benzynowej: bak jest pełen i taki sam mamy zwrócić za dwa tygodnie. Wyjeżdżamy na nowoczesną drogę szybkiego ruchu (autostrad na Sardynii nie ma) i zadziwia nas mały ruch i świetnie poprowadzona szosa. Po niespełna pół godzinie jazdy, mijając sporą miejscowość Berchidda, dojeżdżamy do gospodarstwa agroturystycznego Domo de Resteblas. Kilka małych domków otacza niewielki basen, wokół winnica z jasnymi winogronami. Wita nas najpierw starszy pan, rozmawiający z nami po włosku, potem przychodzi gospodarz, chyba jego syn, przedstawia się jako Maurizio, ale woli, jak się do niego mówi Mauro. Dostajemy klucze do apartamentu na pierwszym piętrze. Mieszkamy na wysokości 250 m n.p.m. Z balkonu widok na basen, a dalej, na horyzoncie po lewej stronie rysują się ostre szczyty Monte Limbara, ale najwyższych gór w tym rejonie, sięgających 1360 m, z naszego tarasu nie widzimy – zasłaniają je bliższe wzgórza, mające 500-900 m. Trochę odwrotnie niż u nas: szczyty są zalesione, poniżej są pola, łąki i hale, na których pasą się owce. Ten widok będzie nam rano i wieczór towarzyszył przez tydzień.

Ogarniamy się trochę, rozpakowujemy, kąpiemy w basenie (jest ok. 30 stopni w cieniu) i po niecałych dwóch godzinach wsiadamy z powrotem do samochodu. Jedziemy dziesięć kilometrów na południe, w stronę miasta Oschiri. Pierwszy zabytkowy obiekt wita nas zamkniętą żelazną bramą i brakiem jakiejkolwiek informacji. Przyzwyczaimy się do tego dopiero po kilku dniach. Parkujemy samochód pod tą bramą, przechodzimy przez dziurę między żelaznymi prętami a kamiennym murkiem i dalsze 300 m idziemy piechotą. Cała okolica tonie w przyjemnym cieniu liściastych drzew, w tym dębów korkowych. Po lewej stronie widzimy zrujnowany, nieczynny kościółek św. Stefana, po prawej wznosi się prawie pionowa ściana granitowa (niekiedy nazywana ołtarzem), ozdobiona szeregiem wyciętych w kamieniu figur geometrycznych. Na kamiennej płycie (10 x 3 m)Oschiri widnieją umieszczone w dwóch rzędach trójkąty, koła, kwadraty, prostokąty, półokręgi. Figur jest 21: 14 w dolnym rzędzie i 7 w górnym. Niektóre są otoczone obramowaniami z niewielkich okrągłych wgłębień, inne mają jakby ramki. Jeden z prostokątów z ramką wygląda jak telewizor w domu Flinstonów.

Rozglądamy się po okolicy. Obok i powyżej „ołtarza” mniejsze skały zdobione są w ten sam sposób. Gdzieniegdzie znaki krzyża, ewidentnie dodane znacznie później, podczas prób „chrystianizacji” zabytku, być może w czasach bizantyjskich. Na osobnej skale po prawej stronie jest coś, co na pierwszy rzut oka przypomina zegar słoneczny, choć bez gnomona: w środku, centralnie spory okrągły otwór, otoczony dwunastoma mniejszymi, także kolistymi otworami. Skała nachylona jest w kierunku południowym. Po lewej stronie, nieco wyżej, w czerwonawym granicie widzimy wyryte trzy kwadraty, nie umieszczone jednak w jednej linii, tylko lekko przesunięte względem siebie: miłośnicy teorii o starożytnych kosmitach (Robert Bauval, autor Tajemnicy Oriona, 1994) widzą tu to samo, co w usytuowaniu piramid w Gizie – usytuowanie trzech głównych gwiazd w Pasie Oriona, co ma dowodzić gwiezdnego pochodzenia Egipcjan, no i jak widać – wczesnoneolitycznych Sardyńczyków.

Erozja nieco stępiła krawędzie figur geometrycznych, ale i tak zabytek wygląda na – by tak rzec – mało używany. Co to było? Po co to stworzono?

Nie wiadomo. Za każdym razem, kiedy nie wiadomo jak zinterpretować odkryte dzieła ludzkich rąk z zamierzchłej przeszłości, archeolodzy zazwyczaj określają je jako obiekty kultu albo starożytne obserwatoria astronomiczne. Takie tłumaczenia pojawiają się i tu, choć wygłaszane są zdecydowanie mniej pewnie. Bowiem tego, co widzimy tu, w Oschiri, nie ma z czym porównać: drugiego takiego obiektu nie odnaleziono nie tylko w regionie Morza Śródziemnego, ale bodaj na całym świecie. W dodatku – choć trudno w to uwierzyć – podobno nie prowadzono tu nigdy żadnych systematycznych badań archeologicznych. Rozkładamy więc ręce i my: wiemy, że nic nie wiemy.

Kościółek św. Stfana, OschiriPodobnie z datowaniem obiektu: padają daty 8000 – 6000 – 3000 lat p.n.e. Już sam taki rozrzut pokazuje, że i w tym wypadku nauka poddała się po krótkiej walce z tymi reliktami. Jednego możemy być pewni: tajemniczy „ołtarz” musiał powstać na długo przed obiektami kultury prenuragijskiej, które też znajdują się w pobliżu. Jest tam też kilka grobowców typu domus de janas i ślady domu mieszkalnego, datowane na epokę brązu, 3200-2700 r. p.n.e. Wyżej – prawie zupełnie zniszczone ruiny nuragu.

Naprzeciwko ołtarza skalnego stoi niewielki kościółek pod wezwaniem św. Stefana (Szczepana), pierwszego męczennika, którego budowa datowana jest na przełom XV i XVI w. Świątynia jest jednonawowa, nad dachem niewielka sygnaturka. Na jednej ze ścian mocno zniszczona rzeźba głowy, a poniżej napis w języku logudoreskim – lokalnym dialekcie języka sardyńskiego, informująca o tym, że budowę kościoła prowadził niejaki Lorettu i ukończył ją 6 maja 1492. W 1504 r. kościół został konsekrowany. Inna rzeźba znajduje się po drugiej stronie kościoła. Obie przedstawiają jakoby boginię Astarte – może to wskazywać, że świątynię wzniesiono w miejscu dawnego kultu fenickiego.

Tak więc już pierwszy kontakt z zabytkami Sardynii pokazuje, że nie będzie łatwo. Ale czy to nie interesująca odmiana z poznawanymi dotąd i opisywanymi w dziesiątkach, a czasem setkach publikacji zabytkami Grecji?

Wracamy do samochodu. Wychodzimy przez dziurę w płocie i odjeżdżamy. Robimy zakupy i po ósmej wieczorem lądujemy z powrotem w domu. W lodówce czeka na nas dobrze schłodzony prezent od gospodarza: Mauro zostawił nam butelkę wina „Resteblas”, produkowanego przez niego z rosnących wokół winogron. Białe, półwytrawne, smakuje świetnie. Słońce powoli zachodzi za góry. Zbyrkają dzwonki owiec. Latają nietoperze.

Czwartek, 20 czerwca 2024, wstaje pogodny, ale wietrzny, co wcale nie zmniejsza uczucia gorąca. Śniadanie, wliczone w cenę noclegu, jemy na wspólnej werandzie w domku po drugiej stronie basenu. Nakrycia i produkty przynosi i rozstawia sam właściciel, co daje okazję do porannych uprzejmości. Co prawda, ograniczają się do miłego buon giorno, ale lepsze to niż nic. Musimy się nauczyć, że po południu – wcale nie wieczorem – zaczyna obowiązywać formuła buona sera. Buona notte mówimy, gdy już idziemy spać… Na śniadanie są duże, puchate buły, Budussowyglądające jak wyroby lokalnej piekarni – ale tu nie ma piekarni, sklepu, ani niczego poza gospodarstwem Maura. Z pieczywa są jeszcze kupne, zapakowane w celofan bułeczki ze słodkim nadzieniem. Do tego trochę pokrojonej szynki i kiełbasy oraz twardy, chyba owczy serek. Poza tym dżem pomarańczowy, nutella, kawa, herbata, sok morelowy, kompot. To menu, bez żadnych zmian, będzie nam towarzyszyć codziennie przez tydzień.

Aż dwie godziny potrzebuje nasz samochód, by przejechać (wciąż doskonale utrzymanymi i pustawymi drogami) do miejscowości Budduso, gdzie błądzimy piechotą po peryferyjnych uliczkach, usiłując dotrzeć do położonej zaledwie dwieście metrów od ostatnich zabudowań nekropoli typu domus de janas. Kiedy wreszcie, przy bodaj czwartej próbie znajdujemy właściwą uliczkę, która wyprowadza w kierunku celu, schodzimy ostro w dół i utykamy przy zamkniętej bramie. Na upartego można by iść dalej przez dziurę w płocie, ale dziura mała, a za nią ostrokrzewy i makia. Rezygnujemy. Ale wyprawa nie jest zmarnowanym czasem: przy ulicy świętego Sebastiana (równoległej do via Nicoló Copernico!) jest skromny, liczący kilkanaście straganów jarmark, na którym nie ma nic ciekawego. Nasze rozczarowanie podzielają chyba też mieszkańcy: przebierając w gratach, podobnych do tych, jakie widywałem na Spiszu, gdy przyjeżdżali tam handlarze ze Wschodu, miejscowa dama wyraża swoją dezaprobatę, wykrzykując głośno Porca mizeria!, cholera jasna. Pierwszy raz słyszę to w oryginale.

Domus de janas niezaliczony, jedziemy dalej. Na trasie tym razem obiekt poważny, dostępny i zdecydowanie wart zwiedzania. Pozostawiamy za sobą miejscowość Budduso i jadąc w kierunku Bitti po pięciu kilometrach piękną drogą przez las docieramy do stanowiska archeologicznego Loelle. Na parkingu pusto, w bileterii nudy, teren rozległy, sporo zieleni. Gdzieś za płotem znajdują się źródła rzeki Tirso – największej i najdłuższej (152 km) rzeki Sardynii. Najpierw oglądamy dwa groby gigantów, mocno zniszczone, ale widać ogólne zarysy budowli: krótki korytarz schodzi łagodnie pod ziemię do zawalonej teraz komory grobowej, na zewnątrz jakby półkolista eksedra, zapraszająca do wnętrza. Nie korzystam, natomiast z przyjemnością oglądam niewielkie menhiry.

Na niewysokim wzgórzu zrujnowany nurag, w podstawie jakieś 9 metrów, wysokość może dwóch pięter. We wnętrzu dostępne jedno pomieszczenie główne i obok sala, nad którą wznosi się tolos – kopulaste zadaszenie, też zrujnowane. Opodal wieży musiała być wioska, z której zostało kilka zarysów zabudowań. Mój pierwszy nurag nie robi na mnie wielkiego wrażenia i kojarzy mi się – zupełnie niesłusznie – z Mysią Wieżą w Kruszwicy. Ta nasza jest większa, hurra! Obok nuragu niewielki (2,40 x 2,20 m) dolmen, z wejściem skierowanym na południowy zachód. Ta megalitowa budowla (skalna płyta wsparta na głazach wkopanych w ziemię, pierwotnie przysypana ziemią, tworzącą kurhan) to grobowiec, najprawdopodobniej neolityczny, najstarszy obiekt w całym tym kompleksie. Groby gigantów z menhirami to zapewne epoka przednuragijska, czyli jakiś XX wiek p.n.e., zaś nurag i wioska mogą być o tysiąc lat młodsze (późna epoka brązu – 1200-800 p.n.e.). Przy drodze w kierunku Bitti rośnie imponujący, wielowiekowy dąb – reklamowany jako najstarszy na Sardynii. Ale gdzie mu tam do naszego Bartka!

Loelle

Drogą SS 389 ruszamy dalej na południe, w kierunku Bitti. Po kolejnych sześciu kilometrach docieramy do wielkiego kompleksu archeologicznego Su Romanzesu. Duży, w zasadzie pusty parking, kasa biletowa połączona ze sklepikiem (pamiątki, książki, w zasadzie tylko po włosku, kilka niemieckich). Nazwa, oznaczająca teren rzymski bierze się stąd, że gdy w 1919 roku odkryto to miejsce, jednym z pierwszych zabytków była stela nagrobna rzymskiego żołnierza Decumusa, który zmarł w wieku 32 lat po kilkunastu latach służby w Kohorcie Akwitańskiej.

Dąb korkowyPiękny skalisty (granity) a zarazem zalesiony teren (dęby korkowe!) był najprawdopodobniej początkowo kompleksem sakralnym, w którego centrum znajdowała się Święta Studnia, którą zbudowano w postaci konstrukcji tolosowej, z kopułą nad naturalnym źródłem. Studnia datowana jest na XIII-XI w. p.n.e. Nieco później wokół powstała wioska nuragijska, z domami rozmaitego przeznaczenia – blisko sto chat mieszkalnych, dom – świetlica, dwa megarony, w pierwotnym kształcie, zapewne pełniące funkcję świątyni – dość duże izby (tak z greckiego tłumaczy się dosłownie ta nazwa), służące na zebrania ludności wsi oraz symboliczny labirynt z uliczką prowadzącą do środka. Megarony wybudowano w XV w. p.n.e., labirynt datowany jest na okres od XIII do IX w. p.n.e. W ruinach tego obiektu odnaleziono niezwykły przedmiot, świadczący o tym, że teren ten był celem pielgrzymek. Jest to ceramiczna flaszka, noszona ze sobą przez odwiedzających obiekty sakralne, znana z terenów Syrii i Palestyny, a odnajdywana także na Sardynii w kilku egzemplarzach, z okresu XII-IX w. p.n.e. To w zasadzie przenośna manierka, o zaokrąglonym i spłaszczonym kształcie, z gniazdami do przewleczenia sznurka, tak, żeby mogła być noszona na szyi. Lokalność sardyńska flaszki uwidacznia się w tym, że podłużna szyjka wymodelowana jest na wzór miniaturowej wieży nuragu. Zapewne pielgrzymi czerpali tu wodę ze świętej studni i zabierali ją do domu. Opodal kamienny obrys wyznacza miejsce, gdzieLu Romanzesu znajdował się haroon – świątynia, poświęcona kultowi jakiegoś miejscowego wodza czy bohatera wojennego.

Od świętej studni wyłożony kamieniami kanał prowadzi do niewielkiego, eliptycznego amfiteatru, gdzie zamiast areny jest basen o głębokości 160 cm, otoczony sześciopoziomowymi schodami – trybunami. Odbywały się tu rytualne ablucje i inne liturgie religijne, być może także sądy, połączone z próbami wody. Dziś jest upał, podobnie jak wiele dni wcześniej, wody nie ma ani kropli, ale siedzimy na trybunach w cieniu i ciszy – do czasu, aż pojawia się wycieczka. Wycofujemy się między dębami korkowymi. Mimo, że jesteśmy na terenie parku przyrodniczo-archeologicznego, drzewa są eksploatowane i wyglądają jak Indianie pozbawieni skalpów z głowami do dołu: kora, z której robi się prawdziwe korki, jest obdarta do wysokości człowieka, a ogołocone pnie są smutno-brązowo-czerwonego koloru. Czytam, że kora odrasta, ale powrót do poprzedniej grubości zajmuje drzewu dziesięć lat. No i, rzecz jasna, jest ono przez długi czas pobawione naturalnej ochrony. Takie oskalpowane dęby będziemy co i raz spotykali w północnej Sardynii.

Upał na Sardynii to, wbrew powszechnemu u nas przekonaniu, nie jest stan trwały. Będziemy mieli okazję przekonać się o tym już niebawem. W starożytności też pogoda była zmienna – w ruinach chat spotkań, których pięć odkryto dotychczas w Su Romanzesu, wszędzie w centralny miejscu pomieszczenia znajduje się kamienne palenisko.

Ale dziś przyjemnie się przechadzać po zacienionych ścieżkach Su Romanzesu, co zajmuje nam godzinę. W przyszłości zapewne trzeba będzie poświęcić na to znacznie więcej czasu: do tej pory zbadano ok. 20 procent liczącego sześć hektarów terenu.

Termy rzymskie, BenetuttiMamy nadzieję wypocząć w ostatnim punkcie naszej dzisiejszej wycieczki – w termach rzymskich koło miasta Benetutti. Sama nazwa miasta (dobre dla wszystkich?) nastraja optymistycznie, ale jak się okaże – pozory mylą. Przed nami trzydzieści parę kilometrów, ale najpierw krętą drogą, przez góry: startujemy prawie na wysokości 800 m n.p.m., nieopodal drogi przesuwają się w oknach samochodu kolejne ruiny nuragów, omijamy miasteczko Nule, zjeżdżamy zakosami 200 metrów w dół, przejeżdżamy przez wąskie uliczki Benetutti, a za nim podążamy przez pustą, bezleśną równinę. Nawet przez zamknięte okna i mimo działającej klimatyzacji czujemy narastający upał: samochodowy termometr zewnętrzny powoli mija 45 stopni w cieniu. Przypomina się nam Sycylia, gdzie sirocco przywiał nam plus 51 w cieniu. Zatrzymujemy się w niewielkiej zatTermy rzymskie, Benetuttioczce, gdzie nawigacja każe nam wysiąść i iść dalej na piechotę. 350 metrów to nie jest dużo, ale wydaje mi się, że polna dróżka nigdy się nie skończy, zresztą żadnych term nie widać, tylko trawę i mniejsze czy większe krzaki. Wlokę się na końcu i ledwo dyszę, kiedy Renata nagle skręca w prawo, oznajmiając, że to tutaj.

Wśród niewielkich krzaczków, wysokiej trawy i trzcin pojawia się ocembrowany basenik, tak z 6 x 2 metry, z nieprawdopodobnie przejrzystą, szmaragdową wodę, przez który widać każdy żwirek na dnie. Nie wygląda głęboko, ale oczywiście nie ma żadnych schodków ani kamieni, po których można by spokojnie wejść do środka. Nie można też sprawdzić ostrożnie, jak gorąca jest ta woda, ale ten żwirek i przejrzystość wody sugerują, że można będzie się ochłodzić. Michał ogranicza się do fotografowania, Renata, w sandałach odważnie ześlizguje się z krawędzi – woda sięga jej do pasa. Ściągam portki, zostaję w kąpielówkach, chcę odłożyć plecak i ręcznik na stojące na brzegu plastikowe krzesełko, ale w ostatniej chwili spostrzegam, że ma tylko trzy nogi – czwarta, odłamana, schowała się chyba w krzakach. Zdejmuję buty, wchodzę na kamienny brzeg – i krzyczę z bólu: cembrowina musi mieć przynajmniej 50 stopni. Zejść można tylko do wody, bo gęste krzaki nie pozwalają uciec w bok. Kładę ręcznik na kamieniach, z trudem siadam opierając się ręką, czując, że ją właśnie oparzyłem, wkładam nogi do wody, ale nie mam odwagi wskoczyć do wody. Jest chłodniejsza od nagrzanych słońcem kamieni, ale niewiele. Wytrzymuje chwilę, pomagają mi wstać, ubieram się i uciekam z tego inferna. Dopiero potem zauważam, że jednak schodki do wody są i gdybym się tak nie spieszył do wodnej ochłody, to bym się nie poparzył.

 Woda z gorącego źródła i baseniku, który nazywa się Terme Libere, że niby bezpłatne, wypływa na łąkę i rozlewając się po płaskim terenie, pół kilometra dalej na zachód wpada do największej rzeki Sardynii, Tirso. Opodal, w odległości 1-2 kilometrów są płatne, profesjonalnie urządzone termy San Saturnino i Aurora. Kuśtykam z powrotem te 300 metrów, jakoś daję radę. Siadam w samochodzie, który stał przez prawie godzinę w pełnym słońcu i przez chwilę tęsknię do Wolnej (od opłat) termy, ale ruszamy i wszystko wraca do normy. Wcale nie jestem poparzony. Przed 18-tą kapiemy się w zimnym basenie w Domo de Resteblas.

StintinoPiątek, 21 czerwca 2024. Śniadanie punktualnie o 9-tej, menu to samo co wczoraj, pół godziny później wyjeżdżamy – tym razem kierując się na północny zachód. Prawie dwie godziny zajmuje nam pokonanie 115 kilometrów i dotarcie do plaży La Pelosa. Dokładniej – do plaży nie docieramy, tylko stajemy przy drodze w miejscowości Stintino. Na parkingach nie ma już miejsc. Na plażę już chyba nie wpuszczają: można tam wejść po opłaceniu kilku euro od osoby i tylko wtedy, jeżeli mieścimy się w dziennym limicie. Włączany światła awaryjne i z daleka oglądamy plażę, uważaną za jedną z najpiękniejszych na wyspie. Rzeczywiście, gdyby nie setki samochodów, leżak przy leżaku, tłumy plażowiczów i hałas, byłoby jak na Malediwach: woda turkusowa, piasek lśniąco biały, lekki wiaterek. Jedziemy dalej, bo tu nawet zawrócić się nie da. Docieramy do Przylądku Sokoła. Jesteśmy na północno-zachodnim krańcu Sardynii. Plaża nazywa się tu Pelosetta, woda też turkusowa, ale zamiast piaseczku – skały i dość strome wejście do morza. I pusto. Na północy, w morzu leżą jeszcze wysepki satelickie: mała Isola Piana, rzeczywiście zgodnie z nazwą płaska, wystająca na 12 metrów nad powierzchnię morza, dalej wyższa i sporo większa Asinara. Najwyższa góra, Punta della Scomúnica, ma ok. 408 m n.p.m. To druga co do wielkości wyspa satelicka Sardynii (51 km2, długość 18 km, największa szerokość 7 km) – na pierwszą, Sant’ Antioco, przeniesiemy się za kilka dni. Dalej, za Asinarą, jest już tylko morze, aż do Korsyki, odległej o 65 km na północny wschód.

Dziś na Asinarze mieszka zaledwie 750 osób, turystycznie wyspa nie jest specjalnie atrakcyjna. Z uwagi na jej odosobnienie, wielokrotnie wykorzystywana była do przetrzymywania jeńców wojennych i więźniów. W czasach pierwszej wojny światowej przetrzymywano tu jeńców austriackich (musiało ich być wielu, jeśli aż pięć tysięcy tutaj zmarło), po agresji faszystowskich Włoch na Abisynię w latach 1936-41 więziono tu przedstawicieli etiopskiej rodziny cesarskiej i ich współpracowników, w latach 70. XX wieku zorganizowano tu, czynne do 1997 roku więzienie dla członków Czerwonych Brygad i innych terrorystów, a także władz włoskiej mafii.

Tylko patrzymy z daleka, po czym zawracamy, znów mijamy Stintino, w Rosario opuszczamy dotychczasową trasę SP 42 i skręcamy w lewo, na północ, by po kilku kilometrach zaparkować przy porcie w Porto Torres. Kilka kroków od parkingu jest Muzeum Archeologiczne Antiquarium Turritano, połączone z parkiem archeologicznym Colonia Iulia Turris Libisionis. Jak zawsze, Renata rozpoczyna konwersację zapytaniem Have you the free entrence for international journalists? Oboje mamy legitymacje Międzynarodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy, w większości muzeów w Grecji czy Francji to działa, więc zwykle kupujemy tylko bilet normalny dla Michała. Pani w bileterii kreci głową. Na Sardynii to działa jakoś dziwnie: w jednych muzeach wstęp wolny dla dziennikarzy jest, w innych – należących niekiedy do tego samego właściciela, jakim jest Państwo Włoskie – nie działa. Machamy ręką, 3 € nie pieniądz, prosimy o trzy bilety. Pani nadal kręci głową. Spoglądamy na godziny otwarcia, spodziewając się, że trafiliśmy na sjestę. Co prawda, nie ma jeszcze 13-tej, ale… Nie, muzeum ma być czynne od 9 do 20. Pani nadal kręci głową. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że ona po prosu nie rozumie po angielsku. W ruch idą translatory Google, Renata i pani pokazują sobie telefony, korzystam z tego i odwiedzam toaletę, szczęśliwie ulokowaną przed kasą. Gdy wracam, sytuacja jest już wyjaśniona: teraz pani może nam udostępnić tylko to, co jest w budynku, natomiast park archeologiczny jest do zwiedzania tylko z przewodnikiem, przewodnikiem jest ona i może zejść z kasy dopiero o 15-tej, więc serdecznie zaprasza: albo teraz tylko wnętrze, albo przyjdziemy za dwie godziny i ona nas oprowadzi.

To co jest do obejrzenia na parterze jest w zasięgu wzroku i bez biletu doskonale widać, że są to wyłącznie zabytki rzymskie, takie same jak wszędzie: połamane płyty ołtarzowe, bezgłowe posągi ze starannie udrapowanymi marmurowymi szatami, szczątki kolumn, z kapitelami lub bez. Doczytuję w opisie, że jest też marmurowy ołtarz egipskiej bogini Bubastis, czyli Bastet z głową kota, ale z czasów późnych – z 35 r. n.e. Kawałek piętra też widać – fragmenty wyposażenia domów, naczynia ceramiczne, lampy, fajki wodne. Nuda. Park archeologiczny jest znacznie ciekawszy, bo zawiera autentyczne zabytki z czasów urbe condita, a więc z czasów Juliusza Cezara (to do niego odnosi się ta „Iulia” w nazwie), ale jak sobie myślimy, jak nam będzie o tych zabytkach opowiadać pani nie znająca angielskiego, to obawiamy się, że nam się wyładują baterie w telefonach, a będą nam potrzebne jeszcze dziś i do nawigacji, i do robienia zdjęć. Rezygnujemy i idziemy na spacer wzdłuż nabrzeża portowego.

Porto TorresPorto Torres to oczywiście Port Wież i jedną z takich wież widzimy u wejścia do basenu portowego. Na pewno było ich więcej, także są tu pozostałości nuragów, jak wszędzie. Dziś miasto liczy ok. 20 tysięcy mieszkańców i jest jednym z młodszych na Sardynii: powstało w 46 r. p.n.e. i według miejscowej legendy, to sam Juliusz Cezar wybrał miejsce na założenie tu kolonii, osadzenie wojska (przybyłego z Afryki) i stworzenie portu. Najprawdopodobniej wybór był dobrze przemyślany – musiała tu istnieć jakaś nadmorska osada Kartagińczyków, o czym świadczy owa „Libia” w pierwotnej nazwie: Libią w czasach rzymskich nazywano Afrykę. Do zalet topograficznych portu należy i to, że powstał przy zatoce Asinara, której zachodnią i północno-zachodnią stronę zamyka wyspa o tej samej nazwie, doskonale chroniąc Porto Torres przed wiatrem zachodnim i północno-zachodnim mistralem.

Oczywiście, ani Rzymianie, ani Kartagińczycy nie byli tutaj pierwsi: w okolicy jest siedem nieźle zachowanych do dziś nuragów co najmniej z XIII w. p.n.e., jest też nekropola dziś nazywana Su Crucifissu Mannu, wielkiego krzyża, na którą składa się co najmniej dwadzieścia dwa grobowce typu domus de janas, powstałe najprawdopodobniej w IV tysiącleciu p.n.e. i użytkowane do końca epoki przednuragijskiej, czyli do ok. 1600 r. p.n.e. W jednym z grobowców odnaleziono czaszki ze śladami trepanacji.

W czasach rzymskich Porto Torres miało wielkie znaczenie i stanowiło niejako centralny punkt północnej części wyspy: było końcowym punktem głównej drogi, prowadzącej od Cagliari (wówczas: Caralis), głównego miasta południowej Sardynii, a dziś stolicy prowincji. Dla gospodarki ważne było i to, że funkcjonowały tu dwa porty: rzeczny na spławnej rzece Mannu oraz morski.

Efektowną pamiątką czasów Imperium Rzymskiego jest siedmioarkadowy most wybudowany w I w. n.e. nad rzeką Mannu, która niejako oddziela zachodnią, przemysłową część miasta od okolicy portu. Do lat 80. XX wieku był normalnym obiektem komunikacyjnym, pokrytym asfaltem i służącym wszystkim pojazdom, osobowym i ciężarowym – choć od XIX wieku co kilka lat podlegał generalnemu remontowi. Ostatecznie w 2020 roku rozpoczęto remont konserwatorski, który w finalną fazę wszedł w 2024 r. Most zamknięto, nawet zwiedzanie pieszo jest utrudnione.

Most rzymski ma 135 m długości i jest zbudowany z wapienia i skał wulkanicznych (głównie z trachitu). Dwie nisze przy głównych arkadach zawierały w starożytności posągi bóstw, prawdopodobnie m.in. Bachusa. Płaskorzeźby z wizerunkiem tego boga dalej są widoczne.

W dawnych czasach most służył do komunikacji z północno-zachodnim cyplem i wyspami Piana i Asinara, tędy też przywożono do portu pszenicę z żyznych pól płaskowyżu Nurra, którą następnie wywożono wprost do rzymskiego portu w Ostii. Wśród innych inwestycji rzymskich z pewnością największe znaczenie miał 30-kilometrowy akwedukt, doprowadzający tu wodę z okolic Sassari oraz kilka fontann i publicznych term z I-III w., z których zachowało się kilka mozaik i ogólny plan budynków.

Pod koniec istnienia imperium rzymskiego Sardynię, a w niej – Porto Torres najechali Wandalowie, którzy panowali tu do 533 roku, kiedy to zostali wyparci przez Bizancjum. W IX wieku miasto stało się siedzibą północno-zachodniego judykatu, którą to funkcję straciło w połowie XIII wieku na rzecz Sassari. Wcześniej, około połowy wieku XI wybudowano tu bazylikę katedralną San Gavino, co było zwieńczeniem rozwoju chrześcijaństwa, obecnego na wyspie co najmniej od III wieku, kiedy to Torres stało się siedzibą biskupstwa. Zwierzchnik lokalnego kościoła rezydował tu do 1441 roku, kiedy to katedra została ulokowana w Sassari. Bazylikę, jakoby z inspiracji samego świętego Gavina, który kilkakrotnie ukazał się inicjatorowi budowy, judykatorowi Comicie, choremu podówczas na trąd wybudowano w miejscu, które od dawna uchodziło za mogiłę pierwszych chrześcijan. Gavin, dawny żołnierz rzymski, w czasie prześladowań Dioklecjana skazany na śmierć za wyznawanie chrześcijaństwa i wraz z dwoma towarzyszami został w 303 roku ścięty właśnie w Torres, gdzie pełnili służbę. Najpierw we śnie, potem na jawie obiecał rządzącemu tu sędziemu, że gdy tylko uderzy motyką w ziemię na wzgórzu, gdzie Gavin został pochowany, trąd ustąpi. I tak też się stało – bazylikę pod wezwaniem świętych męczenników – Gavina, Prota i Januarego wybudowano na wzgórzu Angellu w 1080 roku. Dziś plac, na którym wznosi się świątynia, nosi nazwę Piazza Martiri Turritani (plac męczenników turytańskich – turytarianami nazywano dawniej mieszkańców Torres).

To największy kościół romański, oczywiście wielokrotnie przebudowywany. Dziś jest to wielka (60 m długości!) trójnawowa bazylika z dwiema absydami i kryptą, w której przechowywane są relikwie męczenników. Główne wejście zbudowano w XV wieku w stylu katalońskiego gotyku. Nawa główna, trzykrotnie szersza od naw bocznych, nakryta jest drewnianą kratownicą z XVII wieku, zaś przęsła naw bocznych mają gotyckie sklepienia krzyżowe. Dwie absydy ukrywają dwa ołtarze główne. Ten z południowo-zachodniej części to prosty posoborowy stół, ustawiony tu w XX wieku. Przeciwległy ołtarz, też nazywany głównym, to wykonany w XVII wieku drewniany katafalk ozdobiony posągami Gavina, Prota i Januarego. We wnętrzu bazyliki elementy gotyki, baroku i neoklasycyzmu występują łącznie, a w oczy rzucają się przede wszystkim marmurowe figury kilkunastu miejscowych męczenników chrześcijańskich, stylizowane na rzeźby antyczne.

Dziwną symetrię kościoła podkreślają jeszcze okolone murem wewnętrzne dziedzińce, gdzie prace wykopaliskowe odkryły nekropolę wczesnochrześcijańską.

Tymczasem spacerując koło portu dochodzimy do głównej wieży portowej, nazywanej też wieżą aragońską, wybudowanej w 1325 roku, po podboju Sardynii przez wojska króla Jakuba II, monarchy połączonych królestwPorto Torres, Wieża Aragońska Aragonii i Katalonii, z polecenia admirała Francesca Carozza. Znajduje się ona na placu Krzysztofa Kolumba. Początkowo miała za zadanie strzec bezpieczeństwa portu i była wyposażona w lekką artylerię i co najmniej cztery armaty, gdzie stale dyżurowało pięciu strzelców i kilku artylerzystów. Przejściowo pełniła też funkcję urzędu celnego, straży ochrony przed zarazą, a na koniec – była latarnią morską. Na 14 metrów wysokości, zbudowana jest na planie ośmiokąta (inne wieże w okolicy mają podstawę okrągłą), kamienne płyty zewnętrzne ociosano na gładko tak, by nie można było się po nich wspiąć. Na szczycie jest taras obserwacyjny, wysuwający się poza obrys wieży. Wewnątrz są trzy kondygnacje: w dolnej początkowo znajdowała się cysterna z wodą, w środkowej były pomieszczenia mieszkalne, trzecią tworzył taras z wartownią. Po latach wizerunek wieży z krenelażowym tarasem i unoszącą się nad nią królewską koroną stał się herbem miasta.

Panowanie aragońskie, które rozpoczęło się od usunięcia z wyspy wojsk Genui i Pizy, doprowadziło z inicjatywy papiestwa do stworzenia osobnego królestwa Sardynii i Korsyki, które weszło w skład Korony Aragońskiej. Jednak dla Porto Torres nie oznaczało dalszego rozwoju, a wręcz przeciwnie: miasto zaczęło tracić na znaczeniu. Przyczyniły się do tego powtarzające się napady piratów, pustoszących miasto i uprowadzających jego mieszkańców. Nie pomagały kolejne budowane przez Aragończyków wieże obronne – na całym wybrzeżu Sardynii powstało ich wówczas przeszło sto, a w okolicy Porto Torres – pięć, w tym dwie na Asinarze i jedna na wyspie Piana. W 1527 roku koło pobliskiego zamku Castel Sardo wylądowały wojska tureckie, którym wszakże udało się tylko na pewien czas zająć wyspę Asinarę, ale zostali wkrótce wyparci przez Sardyńczyków. W 1538 r. słynny korsarz turecki Barbarossa dowodząc trzema galerami wylądował w okolicy, złupił bazylikę San Gavin, a jego następcy przez następne sto lat pustoszyli miasto, niszcząc jego najważniejsze obiekty. Dodatkowo kilkakrotnie pojawiała się epidemia malarii, dziesiątkująca mieszkańców. W efekcie Porto Torres pustoszało – większość z tych, którzy przeżyli napaści piratów i choroby, przeniosła się w głąb lądu, przeważnie do Sassari. Nieremontowany port przestał być użytkowany, miasto rozpadło się na dwa niewielkie ośrodki – wschodnią część wokół bazyliki i zabudowania przy porcie.

Dopiero z końcem XVIII wieku Porto Torres zaczęło się podnosić z upadku. Rozpoczęto remont portu, ludzie zaczęli ponownie się tu osiedlać, a dodatkowy impuls do rozwoju dało doprowadzenie tu drogi Carlo Felice, która w 1828 roku ponownie połączyła Porto Torres z Cagliari, przez Sassari. Rok wcześniej konsekrowano kolejny kościół, pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Pocieszenia (Beata Vergine della Consolata). Neoklasycystyczna budowla (projekt: architekt Giuseppe Cominotti) położona jest niecały kilometr na północ od bazyliki San Gavino, przy Via Ponte Romano. Z tego samego okresu i z tej samej pracowni projektowej pochodzi dwukondygnacyjny neoklasycystyczny Pałac Markiza, wybudowany dla markiza pochodzenia hiszpańskiego Don Raimondo de Quesada w pierwszej połowie XIX w. przy dzisiejszej Alei Wiktora Emanuela II, obok Piazza Peppino Bazzoni Marinaru. Kilkakrotnie zmieniał właścicieli, a od lat 90. XX w. należy do lokalnego samorządu i jest siedzibą kilku miejskich organizacji.

W 1872 roku Porto Torres zostało połączone ze stolicą prowincji, Sassari, przy pomocy linii kolejowej. Od tamtej pory miasto rozwijało się coraz pomyślniej. W czasie I wojny, jak już wiemy, pobliska wyspa Asinara stała się obozem jenieckim, potem więzieniem, które zamknięto w 1998 roku, a wyspę przekształcono w park narodowy. W czasie II wojny miasto zostało zbombardowane przez aliantów – na centrum spadło pięć bomb, powodując śmierć pięciu osób i nieznaczne straty materialne.

Porto Torres, restauracja OstricaW 1960 roku Porto Torres oficjalnie otrzymało prawa miejskie. Wkrótce potem powstały tu zakłady petrochemiczne, zlikwidowane w 2010 roku. Obecnie trwają prace, mające na celu przekształcenie ich w ekologiczny ośrodek zielonej chemii. Coraz większe znaczenie ma turystyka, a port cywilny z roku na rok przyjmuje coraz więcej osób, przybywających w ten rejon drogą morską. Uchodźców nie widzimy, choć mija nas kilkoro kolorowych cudzoziemców, którzy jednak sprawiają wrażenia osób tu osiadłych. Oficjalna statystyka pokazuje, że obcokrajowców mieszka tu ponad pół tysiąca, najwięcej z Nigerii (61) i Rumunii (56). W tej statystyce Polska jest na piątym miejscu – 32 osoby.

Idąc nabrzeżem na wschód, docieramy do niewielkiego półwyspu, gdzie (przy skrzyżowaniu ulic Lungomare balai i Via Romagnosi) dochodzimy do dużej restauracji Ostrica (ostryga, po prostu), reklamującej się na internecie, że jest czynna całą dobę. To ewenement, bo we wszystkich okolicznych jadłodajniach właśnie trwa sjesta. Siadamy na zewnętrznym tarasie, podziwiamy piękny widok na morze i wyspę Asinarę, opodal powiewają dwie flagi – włoska i sardyńska, na stole popielniczka z herbem Sardynii. Zamawiamy – bynajmniej nie ostrygi, które zresztą wbrew nazwie, zdaje się nie są specjalnością zakładu. Renatka tradycyjnie zaczyna od kalmarów z grilla, Michał jakieś faszerowane warzywa, ja pierożki ravioli po sardyńsku, z serem i sosem pomidorowym. Nie, żeby cudnie smaczne. Wspominamy poprzednio jedzone ostrygi – było to w landwegockiej miejscowości o dziwacznej nazwie w Bouzigues na przesmyku pomiędzy zachodnim skrajem Zatoki Lwiej a stawem Étang du Thau. Ostrygi były sztucznie hodowane w tym stawie, smakowały jak słona woda z cytryną, którymi to ingrediencjami były polane, a one same były bez smaku w ogóle. Tak mi się przynajmniej wydawało. Moi przyjaciele jedli ostrygi pierwszy raz w życiu i bardzo to przeżywali (zdaje się, bardzo się też rozczarowując…). Ja pierwszy raz jadłem te zwierzątka w restauracji przydworcowej w Dębicy, za wczesnego Gierka. Nikt mi nie wierzy, kiedy o tym opowiadam, ale ponieważ to już kiedyś gdzieś opisałem, więc tematu nie rozwijam.

Tym bardziej, że tu ostryg nie jemy. Siedzimy trochę, odpoczywamy, po czym wracamy na parking, usiłujemy nie zwracać uwagi na panującą w jego wnętrzu temperaturę pieca martenowskiego i ruszamy na południe. Po kilkunastu minutach i dziesięciu kilometrach dojeżdżamy do parkingu i kasy biletowej przy drodze, prowadzącej do kolejnego zabytku prenuragijskiego, który znów stanowi niezwykłą zagadkę. Nazywany jest ołtarzem Monte d’Accoddi, ale ani słowo ołtarz nie do końca tutaj pasuje, a Monte d’Accoddi to coś jakby Góra Zgody, ale nie po sardyńsku, tylko po korsykańsku. Ale tu trochę ponosi mnie dusza Monte d’Accoddifilologa-komparatysty, uzbrojonego w sztuczną inteligencją – bo ze zgodą miejsce, w którym najprawdopodobniej składano krwawe ofiary, nie za wiele ma wspólnego.

Czynne od kwietnia do 30 września w godzinach 10.00-18.00 (ostatnie wejście 17.00). Pani w kasie informuje, że po opłaceniu biletu (5 € normalny, 4 € ulgowy, dziennikarze darmo, wolny wstęp w pierwsze niedziele miesiąca) będziemy mogli wjechać samochodem pod sam zabytek, z czego korzystamy. 600 metrów nie musimy iść na piechotę, co przy tym upale piechotą nie chodzi. Dojeżdżamy do kolejnego parkingu, gdzie poza nami nikogo nie ma, wysiadamy i zatyka nas z wrażenia. Moje pierwsze odczucie – przeniosło nas do Meksyku, do takiego małego Chichén Itzá: przed nami coś w rodzaju piramidy schodkowej, na szczyt której prowadzi rampa. Po prawej, obok wejścia na rampę – gigantyczne granitowe czy bazaltowe jajo, pęknięte co prawda, ale i tak robi wrażenie swoją gładkością. Dalej okrągły, też wypolerowany płaski kamień, wyglądający jak ołtarz ofiarny. Z lewej sterczący w niebo menhir. I to wszystko pośrodku łąki, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.

Pierwsze ślady obecności ludzi w tej okolicy datowane są na ok. 4300 r. p.n.e. Pierwsza odkryta tu wioska z czworokątnymi drewnianymi chatami, należy do kultury Ozieri, z 3500 r. p.n.e. W odległości ok. kilometra stąd są trzy nekropole domus de janas z końca czwartego i początków trzeciego tysiąclecia p.n.e.

Główna konstrukcja, nazywana ołtarzem (przez niektórych porównywana do babilońskiego zikkuratu) ma podstawę prostokątną (30 x 38 m) i wznosi się na wysokość ok. 10 m. Piramida (odniesienie egipskie jest mi bliższe niż mezopotamskie, ale to oczywiście tylko kształt, a nie funkcja), na którą teraz wchodzimy, to ostatnia faza rozwoju budowli, datowana na ok. 2800 lat p.n.e. Wewnątrz, niewidoczna dla zwiedzających, znajduje się budowla starsza, podobna w kształcie, ale mniejsza (27 x 27 x 5,5 m), z wieńczącym ją budynkiem, zapewne świątyni (12,5 x 7,2 m), z wejściem od strony południowej, pomalowanym na czerwono, ze śladami żółci i czerni. Prowadziła do niej rampa o długości 25 metrów. Ta pierwsza konstrukcja powstała według jednego z datowań prawdopodobnie ok. 4000 r. p.n.e. Inni naukowcy utrzymują, że ta pierwsza, mniejsza świątynia powstała „dopiero” między 3020 a 2860 r. p.n.e. Na tarasie, który wieńczył pierwszą „piramidę” stała pomalowana na czerwono kamienna świątynia, zapewne przykryta drewnianym dachem. Podobno wybuchł w niej pożar, skutkiem czego konstrukcja się zawaliła i świątynia została porzucona. Po kilkudziesięciu latach rozpoczęto jej odbudowę, już w większych rozmiarach.

To są tak odległe odniesienia czasowe, że w sumie trudno je ogarnąć umysłem człowieka, który mieszka w kraju, zachwycającym się swoją tysiącletnią historią, człowieka który uczył się szczegółowo o wielkich piramidach z ok. 2500 r. p.n.e., zachwycał paletą Narmera z ok. 3000 r. p.n.e., zastanawiał się nad nieco młodszą konstrukcją Stonehenge… Podchodzę 40 metrów rampą, pokonuję kilkanaście kamiennych schodów i staję na szczycie obiektu, który powstał cztery historie Polski temu.

I nie wiem, co to jest. Oczywiście, tradycyjnie: jak nie wiemy co to jest, to mówimy, że była to świątynia, obiekt kultu, miejsce sprawowania liturgii. Na płaskim tarasie szczytowym stała świątynia, gdzie mogli zabijać ofiary ku czci boga-słońca, albo księżyca. Krew spływała po schodach i wsiąkała w trawę. Spoglądam w dół i widzę mnóstwo rozrzuconych kamieni, pokrytych czerwonawym mchem. Albo było to obserwatorium astronomiczne – nocą musi tu być świetnie widać mnóstwo gwiazd, może i te, z których przybyli na Ziemię bogowie. Oczywiście, mogło być i jednym i drugim. Ale wiemy, że powstało sześć mileniów temu, potem je rozbudowali, potem – koło 1800 roku p.n.e., a więc kiedy zaczęto budować w okolicy nuragi – opuścili i odeszli. No i stoi.

Ale i to nie do końca prawda: to, co teraz oglądamy, to efekt rekonstrukcji, podjętej w latach 80. XX wieku, a ostatecznie doprowadzonej do obecnego kształtu w 2009 r. W efekcie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju matrioszki – w środku ruiny świątyni z czwartego tysiąclecia przed naszą erą, wokół niej ruiny świątyni z trzeciego tysiąclecia, a na wierzchu współczesna rekonstrukcja.

W dodatku tak naprawdę nie mamy pojęcia czym jest to, co zwiedzamy.

Monte d’AccoddiSpoglądając w dół na teren wokół świątyni można dostrzec zarys wioski, jaka znajdowała się u jej stóp, choć powstała na długo przed budową miejsca kultu. Naukowcy uważają, że powstała w epoce miedzi, jak wspomniano – zapewne ok. 4300 r. p.n.e. Pozostałości pięciu chat wskazują, że miały niskie podmurówki, na których osadzano ściany z suszonej cegły, trzciny i gałęzi, obrzucone gliną czy iłem, pokryte jedno- lub dwuspadowym dachem. Jedno z pomieszczeń nazwano „domem szamana”, bo znaleziono w środku rogi byka i inne przedmioty, które mogły mieć zastosowanie kultowe. Dom miał pięć pomieszczeń, a w środku odnaleziono wiele przedmiotów codziennego użytku, sprzęty, ceramikę i zapasy żywności. W kilku miejscach znaleziono fragmenty starodawnych krosien – być może wykorzystywanych do wytwarzania szat liturgicznych. Z tej chaty pochodzi też niewielka terakotowa figurka kobiety – przypominająca niecMonte d’Accoddio podobne obiekty, zaliczane do greckiej kultury cykladzkiej (ok. 4000 lat p.n.e.). Wioskę opuszczono dość nagle, prawdopodobnie w wyniku pożaru. Czy nastąpiło to jeszcze przed wybudowaniem sanktuarium, czy w czasie gdy nastąpiło zniszczenie pierwszej świątyni – na temat tego trwają spory w doktrynie.

Schodzę z piramidy i obchodzę ją wydeptaną ścieżką dookoła. Po lewej stronie, tuż obok wejścia na rampę, stoi grubo ociosany pionowy kamień który określamy celtyckim słowem menhir, bo takie lub podobne menhiry stawiano od 4500 lat p.n.e. na ziemiach północnej Europy, ale i na Półwyspie Iberyjskim, w Azji i Afryce, co jest informacją o niewielkim znaczeniu – bo tak prawdę powiedziawszy, wciąż nie wiemy po co. Oczywiście, pewno na chwałę jakiegoś bóstwa, albo w celu odnotowania położenia jakiejś gwiazdy. Albo w jakimkolwiek innym. Kamień ma ok. 4,5 m wysokości i waży prawie sześć ton. Jest prawdopodobnie jeszcze starszy od pierwszej świątyni, czyli ustawiono go przed 4000 rokiem p.n.e. Gdy odkryto to miejsce, menhir był przewrócony – leżał na ziemi obok wapiennego fundamentu, na którym był osadzony. Odkopano obok okopcone kamienie i spalone kości zwierzęce, przeważnie świńskie. Pozwala to sądzić, że odprawiano tu ceremonie ciałopalenia, a może i uczty rytualne, na cześć jakiegoś bóstwa, symbolizowanego przez menhir. W okolicy znaleziono jeszcze dwa inne kamienie o podobnym charakterze – jeden, o wysokości 190 cm, wykonany z czerwonawego piaskowca, drugi większy (210 cm) z białego wapienia. Pierwszy był na terenie świątynnym, drugi – za ogrodzeniem od wschodu.

Opodal północnej ściany sanktuarium stoi ponadmetrowa kamienna stela z płaskorzeźbą, interpretowaną jako postać kobieca – rzeczywiście, na upartego można się dopatrzeć kubistycznego przedstawienia twarzy, biustu, długich ramion zachodzących aż na tylną stronę pomnika. Tu znajduje się kopia – oryginał znajduje się w lokalnym Muzeum Archeologicznym im. Giovanni Antonio Sanny w Sassari. Inną stelę, znacznie mniejszą (36 x 40), znaleziono w ruinach nowej świątyni, choć zapewne pochodzi z tej pierwotnej, bo została użyta jako część materiału wypełniającego „piramidę”. Wykonana jest z wapienia i posiada wygrawerowany motyw spirali i prostych linii, który schematycznie odwzorowuje oczy i nos kobiecej postaci.

Po wschodniej stronie, za czymś w rodzaju fosy i resztkami kamiennego ogrodzenia jest wielki kamienny stół z otworami na wylot: funkcja stołu ofiarnego z odpływami na krew nasuwa się sama. Niewykluczone jest także, że było to miejsce rytualnych uczt. W pobliżu znaleziono wiele kości zwierzęcych – były to szczątki bydła, owiec, świń i jeleni.

Natomiast do czego służyło, co symbolizowało wielkie, ponad półtorametrowe gładko wypolerowane jajo, nawet nie próbuję się domyślać, tym bardziej że nie znajduje się ono w pierwotnym miejscu, gdyż znaleziono go daleko za obecnym ogrodzeniem od wschodniej strony. Ale wygląda, że kamień sferoidalny – jak się go nazywa – skądś spadł i przy tym pękł i tak go zostawiono te parę tysiącleci temu. Giganci grali w kraszanki? Oficjalna informacja na ten temat jest taka, że jest to święty kamień (oczywiście!), pełniący funkcję omfalosa, czyli „pępka świata”, takiego jak znajdował się w greckich Delfach i symbolizował obecność bóstwa, najprawdopodobniej słonecznego. W pobliżu tego kamienia znaleziono inny podobny, ale mały, wykonany z tego samego materiału, co omphalos. Wszystkie te drobne pozostałości dawnego kultu znajdują się w muzeach.

Monte d’Accoddi Monte d’Accoddi  Monte d’Accoddi

Berchidda

Ocienioną drzewami aleją jedziemy do wyjścia. Przelatują nad nami dwa dudki, w pięknym, kolorowym upierzeniu. Półtorej godziny później parkujemy przy markecie w Berrichdzie, gdzie wita nas namalowana na sąsiednim domu całoroczna szopka. Święta Rodzina namalowana awangardową kreską, towarzyszą jej krowa, wielbłąd i pies. Chyba, bo zwierzątka mają tylko twarze. W Domo de Resteblas kąpiel w basenie, mimo 18-tej na zegarze łapiemy jeszcze trochę słońca. Kolacja i balkon. Przed nami znajomy widok: nad górami pojawia się ciężki wał czarnych chmur. Wieje trochę i wyraźnie pochłodniało. Od północnego zachodu przychodzi mistral.

Mistral nad Domo de Resteblas

Ù Ä