Miała czterdzieści jeden lat, kiedy została babcią. Dokładnie czterdzieści jeden lat, dwa miesiące i pięć dni. Choć jej kontakt z synem był tak ograniczony, że nie wiedziała o planowanych narodzinach, to jednak przyjście Klimci na świat bardzo ją ucieszyło. Wnuczka była formalnie rzecz biorąc Angielką, miała na imię Clementine i w urzędzie miejskim w Brighton zarejestrowano ją jako dziecko Tomka i Benazir Razy Gilani, 25-letniej imigrantki z Pakistanu. Nie pytała, dlaczego Clementine i jak dziecko będzie miało na nazwisko. To zdaje się nie był ich problem na teraz. Cieszyła się, bo miała zaledwie czterdzieści jeden lat, dokładnie czterdzieści jeden lat, dwa miesiące i pięć dni, wyglądała – jak mówiła – zaledwie na trzydzieści osiem i bycie babcią w tym wieku wydawało się jej bardzo atrakcyjne, żeby nie powiedzieć – seksowne. Zastanawiała się, czy nie spotkać się z tej okazji z byłym, ale pomyślała sobie, że Tomek z pewnością zawiadomił także ojca, a jego nowa właścicielka (tak zawsze myślała o dziewczynie, dla której mąż ją porzucił) wykorzysta ten fakt, jak zwykle, przeciwko niemu. Ale radość rozpierała ją tak bardzo, że w piątek, przed weekendem, ubrała się najładniej jak umiała, pomalowała paznokcie, czego zazwyczaj nie robiła – świadoma, że łamie firmowy dress code i postanowiła się swoim babciostwem pochwalić w biurze. Zarząd korporacji miał główną siedzibę przy prestiżowej Unter den Linden w Berlinie, szef miał czterdzieści pięć lat i najwyraźniej przeżywał kłopoty wieku średniego, bo od kilku miesięcy nocował w pokoju obok swego gabinetu i zaczął farbować długie szpakowate włosy. Ona kierowała działem organizacyjnym, który tylko się tak ładnie nazywał, ale w gruncie rzeczy była tylko – a może aż – szefową sekretarek. Pierwszym sekretarzem – jak czasem mówiła, co poza nią nikogo w pracy nie śmieszyło. Było w firmie kilku Polaków, ale żaden nie pamiętał komuny, a określenie „pierwszy sekretarz” było dla nich tylko nic nie znaczącym zestawieniem liczebnika z rzeczownikiem.

Szef przyjął wiadomość z uprzejmym zainteresowaniem, wypytał o wnuczkę (nie wiedziała ile waży, jaką ma długość i czy jest zupełnie zdrowa), a po południu posłał po wielki bukiet kwiatów i wręczył go jej w obecności jej zastępczyni, młodej dziewczyny z Hiszpanii oraz – co ją zdziwiło – kierownika działu kadr. Szef wręczył kwiaty, uścisnął dłoń i wyszedł, a kierownik działu kadr wręczył jej kopertę z dwoma tysiącami euro i zwolnieniem z pracy. Hiszpanka, przejmując jej obowiązki i biurko dała jej do zrozumienia, że teraz wszyscy będą zadowoleni: ona, bo będzie miała więcej czasu na pomaganie rodzinie w opiece nad Clementine, szef, bo klienci będą widzieli, iż firma ma młody personel, co jest gwarancją nowoczesności i personel działu organizacyjnego, bo nareszcie pozbędą się babona, który był jak nietoperz: nie widzi, nie słyszy, ale się czepia.

Miesiąc później już była z powrotem w rodzinnym Krakowie, gdzie musiała wynająć mieszkanie, bo swoje dawne pochopnie sprzedała kilka lat temu, o zwolnieniu nie napisała do Tomka, nie pytała też o to, jak sobie radzą i czy nie potrzebna im pomoc, a na list z pytaniem o termin ślubu i chrztu (sugerowała, żeby zrobić to jednego dnia) syn nie odpowiedział. Po kilku dniach dała ogłoszenie do „Gazety Krakowskiej” i „Wyborczej” oraz do „Berliner Tageszeitung”. Oferowała tam gotowość przyjęcia pracy kierowniczki prywatnego biura lub administracji firmy, kierownictwa pensjonatu albo gospodyni domowej. Odzew – podała tylko adres mailowy – był mizerny: po dwóch tygodniach dostała tylko trzy oferty. W dwóch pytano ją o wiek i proszono o zdjęcie, więc uznała, że na te maile nie odpowie, żeby nie narażać nikogo na rozczarowanie. Wiedziała już, jak to jest być babcią w nowoczesnej firmie. W trzeciej zaoferowano jej posadę gospodyni niewielkiego pensjonatu w Małopolsce, zapytano o warunki finansowe i czy zgodzi się na to, by „ze względów organizacyjnych” kontakt z właścicielem ograniczał się tylko do maili i przekazywania pieniędzy na konto.

Zgodziła się.

Zapytano ją wtedy czy nie jest przewlekle chora i czy nie cierpi na alergię. Była zdrowa, nie musiała dostarczać ani zaświadczenia lekarskiego, ani żadnych referencji i sprawa została dogadana. Uznała, że to może być ciekawa przygoda. Nie podpisała żadnej umowy: właściciel domu, który zaczął z nią korespondował po niemiecku, a potem przeszedł na dość poprawną, może nawet zbyt „literacką” polszczyznę postawił taki właśnie warunek pisząc dość przekonywująco, że skoro on jej powierza swój dom i wszystko, co w nim się znajduje – to ona powinna mu także zaufać. Zaproponował także, iż pensję (honorarium, jak to nazywał) będzie wypłacał jej z góry, a zamiast ubezpieczenia i składki emerytalnej wykupi jej prywatną polisę i opiekę zdrowotną oraz na osobne konto będzie wpłacał jej pewną kwotę, która z czasem utworzy jej prywatny fundusz emerytalny. Warunki finansowe były tak korzystne, że zgodziła się od razu, mimo zdziwienia, jakie towarzyszyło jej w pierwszym okresie zatrudnienia u Wilhelma Friedmana – co, jak dowiedziała się w mailu – było „raczej pseudonimem niż nazwiskiem” pracodawcy.

Niewielka, dwupoziomowa willa znajdowała się pośrodku sporej polany, między lasem a rzeką, niedaleko głównej szosy, co umożliwiało jej dojazd w niespełna godzinę od centrum Krakowa – oczywiście, gdy pozwalała na to wiecznie remontowana droga, w sezonie i w weekendy niemiłosiernie zakorkowana. Zaraz po wpłynięciu na konto pierwszego honorarium, co miało miejsce 30 czerwca, podjechała na Polanę, dopytała jednego z nielicznych przechodniów o lokalizację domu i zgodnie z instrukcją otrzymaną w mailu - pod doniczką sporego fikusa, wystawionego koło drzwi wejściowych, znalazła klucz. Dom był pusty, zadbany, ale widać było, że nikt w nim dawno nie był: meble były przykryte ceratowymi pokrowcami, w środku nie było żadnych kwiatów, w bibliotece różnojęzyczne książki pokryte były kurzem, a bezpieczniki wyłączone. Pootwierała wszystkie okna – choć nie na oścież, bo tego pracodawca zabraniał – i zabrała się za sprzątanie. Po południu dom był wyglancowany i pachnący, w obu pokojach wywietrzona pościel przykryta łowickimi narzutami czekała na gości.

Ale goście nie przyjechali. Przez kilka dni codziennie wietrzyła i odkurzała, zabrała się nawet za pielęgnowanie niewielkiego ogródka, wreszcie w weekend – kiedy to, zgodnie z poleceniami – do domu nie przyjeżdżała, wysłała maila z zapytaniem, czy mogłaby kupić i wstawić kilka kwiatów oraz czy może korzystać z telewizora, stojącego w saloniku oraz czy wolno jej używać lodówki, mikrofali i płyty elektrycznej,  zamontowanej w niewielkiej kuchni. Dotychczas kawę przywoziła w termosie, a na obiad jeździła do niewielkiej gospody w miasteczku. Właściciel nie odpowiedział, ale w poniedziałek przed południem zauważyła w mieszkaniu kilka kaktusów, sporą palmę i stojący w misce z wodą papirus. Telewizor – widać wcześniej zaprogramowany – przestraszył ją, włączając się automatycznie w samo południe, a lodówka i płyta zostały podłączone. Uznała to za pozytywną odpowiedź na swoją prośbę, ale odtąd często podchodziła do okna sprawdzając, czy w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby ją obserwować i – czego nie lubiła – kontrolować jej pracę.

Przez cały lipiec sprzątała dalej, choć w zasadzie nie było czego. Nikt nie brudził, ona swoje posiłki odgrzewała w mikrofali, talerze zmywała i wycierała ręcznie, umieszczając starannie w szafkach. Naczynia zresztą przywiozła z własnego domu, bo w willi ich nie znalazła – co wydało się jej dziwne, bo w każdym pensjonacie coś takiego musiało przecież być. Ale gości też nie było i nie wiedziała, jak miałaby się nimi opiekować. Spodziewała się, że w stosownej chwili otrzyma odpowiednie instrukcje.

W połowie sierpnia Friedman przysłał jej maila, że pierwsi goście pojawią się w najbliższy weekend i żeby starannie przed tym pozamykała wszystkie wyjścia na zewnątrz. Dla niej jednak zakaz przyjazdów w weekendy obowiązywał nadal. Uznała, że może właściciel jest znaną osobą i nie chce ujawnić swej tożsamości, albo że może jest oszpecony przez wypadek lub chorobę. Albo że traktuje dom na prowincji jako daczę, do której przyjeżdża z nieletnimi panienkami. Jednak śladów żadnych orgii później nie dostrzegła, choć w weekendy niewątpliwie ktoś tam bywał.

W poniedziałek przekręciła klucz w zamku i poczuła dziwny zapach, a potem usłyszała szelest. Zamknęła za sobą drzwi i weszła do salonu. Na podłodze stały trzy kuwety i trzy miski na jedzenie i wodę, między oknami pojawiła się dziwaczna kilkupoziomowa konstrukcja drewniana, na której siedziały bez ruchu spore, wypasione koty: dwa białe, podobne, choć niewątpliwie różnych ras i trzeci buro-brązowy.

Wpatrywały się w nią zielonymi oczami, jakby taksując ją i jej zamiary. Rozejrzała się po pokoju, szukając jeszcze innych zmian – i znalazła je. Zniknęły łóżka, a na ich miejscu pojawiły się plastikowe domki, w których koty miały spać.

Dostała w telefonie sygnał maila: właściciel domu potwierdzał, że gośćmi są owe koty, że prosi o to, żeby je karmić raz dziennie i żeby pojedynczo je wyprowadzać do ogrodu, oczywiście tylko wtedy, gdy nie będzie padać i tylko na smyczy. Smycz wraz z jedzeniem znajdzie w lodówce. Wyrażał też nadzieję, że zgodnie z jej wcześniejszym oświadczeniem – nie jest uczulona na sierść i na kocią inteligencję, która znacznie przekracza ludzką. Stwierdzenie to kładła do jednego worka z innymi dziwactwami gospodarza, który – jej zdaniem – zaczął prowadzić hotel dla kotów, których właściciele wyjeżdżali na urlop i chcieli im w tym czasie zapewnić godziwą opiekę. Nie miała nic przeciwko temu. Koty lubiła, choć sama nigdy nie trzymała w domu zwierząt uważając, że mieszkanie w wielkomiejskim bloku nie powinno stawać się więzieniem dla tych z natury dzikich i samodzielnych zwierząt, które sprzedawały część swojej wolności człowiekowi w zamian za miskę strawy. Dokładniej – za puszkę whiskas.

Dość szybko przywykła do nowych obowiązków, których zresztą przybyło niewiele. Jedzenie początkowo znajdywała w lodówce, potem dostała podwyżkę uposażenia z prośbą, by sama zajęła się zaopatrzeniem. Przed zimą napisała do właściciela, czy ma wynająć kogoś do odśnieżania drogi dojazdowej do domu, który był oddalony od ulicy o kilkadziesiąt metrów. Dostała odpowiedź, że sprawa zostanie załatwiona, ale będzie wymagała pewnego czasu. Ponieważ jednak spowoduje to dla niej pewne niedogodności, więc dobrze by było, żeby na trzy tygodnie wzięła urlop i nie przyjeżdżała w tym czasie do willi. Urlop będzie oczywiście płatny.

Zgodziła się i pomyślała, że jej gospodarz musi być skrupulatnym i dokładnym Niemcem, którego precyzyjny umysł doskonale analizuje sytuację i potrafi wyciągać prawidłowe wnioski. Ucieszyło ją to, bo przez wiele lat pracowała wśród Niemców i dopóki nie okazała się za stara, dopóty z pracy tej była zadowolona.

W połowie grudnia dostała mail z prośbą o powrót do pracy. Śnieg na południe od Krakowa leżał już kilkunastocentymetrową warstwą i wtedy uświadomiła sobie, że nie tylko nie ma pojęcia, w jaki sposób gospodarz zamierzał rozwiązać kwestię odśnieżania ani nie zastanawiała się dotąd nad tym, jak dom jest ogrzewany. Ulica była wąska, śliska i pełna lodowych wybojów, na których jej audi z trudem utrzymywało prosty kurs. Ale od furtki do domu cała alejka była bez śniegu, którego z pewnością nie odgarniano szuflą, ani nawet traktorkiem odśnieżającym: sprawiało to wrażenie, jakby na tym odcinku po prostu nie padał. Prawdopodobnie pod drogą dojazdową położono jakiś system ogrzewania, działający automatycznie, bo nie otrzymała żadnej instrukcji, żeby włączać i wyłączać urządzenie. W domu było ciepło i przytulnie, choć nie zauważyła żadnych pieców ani grzejników. „Zapewne mają ogrzewanie w podłodze i ścianach” – pomyślała, przypominając sobie podobne rozwiązania w siedzibie korporacji w Berlinie. Ale tu podłoga była przyjemnie chłodna, ściany były letnie, a ciepłe było po prostu powietrze. Śniegu nie było też na balkonach, a na grządkach wciąż kwitły zasadzone jeszcze latem cynie. Tam też było ciepło jak późnym latem. Nie znała się na technice, więc nie zastanawiała się nad tym dłużej. Włożyła letnią, krótką sukienkę i zabrała się za porządki.

Nie bardzo było czego sprzątać – wszystko wyglądało tak, jakby wyszła stąd wczoraj. Koty zachowywały normalny dystans, jedynie największy białas podszedł do niej i otarł się o jej nogę, jakby dając do zrozumienia, że ją poznaje i akceptuje. Pozostałe dwa wyglądały na nowe, trzymały się z boku, obserwując ją czujnie, ale bez wrogości. Kuwety były czyste, miski puste. W lodówce też nie było jedzenia. Ubrała się więc i podjechała do marketu, po powrocie nałożyła karmę do trzech misek i włączyła odkurzacz.

Gdy wróciła przed południem następnego dnia – miski wciąż były pełne, ale koty nie sprawiały wrażenia ani chorych, ani głodnych. Mailowa poczta zawiadomiła ją, że kupowanie karmy nie będzie teraz potrzebne, bo – jak czytała – „problem ten udało się rozwiązać w inny sposób”. Jak – nie wiedziała, ale w sumie nie był to jej kłopot. Wyrzuciła karmę do sedesu, spuściła wodę, umyła miski. Rutynowo odkurzyła cale mieszkanie wraz z balkonem i po południu pojechała do Krakowa.

Mijały miesiące, honorarium regularnie przychodziło na konto, pensjonariusze co kilka tygodni się zmieniali, ale zawsze było ich trzech. Albo troje, bo nigdy nie zdobyła się na to, żeby im zaglądać pod ogony. Co roku na Boże Narodzenie dostawała podwyżkę zgodną ze stopniem inflacji. Któregoś roku odważyła się z własnej inicjatywy postawić w kocim pokoju choinkę. Po weekendzie zastała ją przeniesioną do kuchni, a pod nią – prezent w postaci nowoczesnego tabletu z wgranymi kilkoma seriami filmów popularno-naukowych. Oglądała je wieczorami w swoim domu, niekiedy też pochmurnymi popołudniami w willi, w której w coraz większym stopniu czuła się jak u siebie.

Coraz więcej czasu zajmowało jej dojeżdżanie z Krakowa. Miasteczko stawało się coraz modniejsze, peryferie przestawały być peryferiami, a posiadanie domku „pod miastem” stawało się wyrazem snobistycznego prestiżu. Aż któregoś dnia nie mogła do willi dojechać, bo stanął jej na drodze spychacz i koparka, najwyraźniej szykujący fundamenty pod wielki blok. Postawiła audi dalej przy ulicy i chcąc się zorientować co się stało – wzięła jednego z kotów na spacer. Zauważyła że był to ten sam – albo taki sam – białas, na którego zwróciła uwagę podczas pierwszego „turnusu wczasowego”, jaki zapamiętała. Był niewątpliwie najbardziej z nią zaprzyjaźniony – jeśli w ogóle można było użyć takiego słowa w odniesieniu do – bądź co bądź – cudzego kota. Podeszła do operatora koparki, który się zdziwił widokiem kota na smyczy i powiedział, że tu powstanie duże osiedle podmiejskie, a willę na Polanie się w przyszłym miesiącu zburzy. Właściciele podobno mają dostać odszkodowanie, a w jego ramach – także mieszkanie w nowym bloku. Napisała o tym do swego pracodawcy. Długo nie odpisywał, wreszcie po kilku dniach dał znać, że to nie ma znaczenia – ich umowa pozostaje w mocy. Na czas budowy dostała urlop, częściowo płatny i wykupione kilka turnusów wczasów zagranicznych.

Dwa lata później jej audi już parkowało przed nowym blokiem, a ona biegała z odkurzaczem po pierwszym piętrze bloku, gdzie do sprzątania miała trzy niewielkie pokoje z kuchnią i dużym balkonem. Koty nadal rezydowały w jednym pomieszczeniu, na spacer chodziły na balkon, żywiły się nie wiadomo czym, a właściciel regularnie przelewał jej pieniądze. Latem przyjechała do niej Klimcia, która w międzyczasie wyrosła na ładną nastolatkę, a że ona sama wciąż utrzymywała niezłą figurę i twarz bez zmarszczek – bez trudu przekonała sąsiadów w bloku, z którymi w międzyczasie zdołała się zaprzyjaźnić, że to jej córka, wychowywana przez ojca w Anglii. Wnuczka chętnie podjęła tę grę, zwłaszcza kiedy babcia pokazała jej przystojnego mężczyznę, który zajmował mieszkanie w tej samej klatce schodowej i często podejmował z sąsiadką rozmowy. Nie przeszkadzało im nawet to, że ona wychodziła na spacer z kotem, on zaś z psem. Zwierzęta nie to, że się zaprzyjaźniły, ale przyjęły zasadę udawania, że się nie widzą. Clementine była w pensjonacie raz – jej babcia nie miała co prawda zakazu przyjmowania gości, ale jakoś tak podskórnie czuła, że w sumie jest tam na służbie i nie wypada jej zapraszać rodziny do miejsca pracy. Więc nawet nie weszły do środka, tylko pokazała wnuczce mieszkanie z zewnątrz, w drodze z Krakowa do Zakopanego. W dodatku był weekend, kiedy to miała nie pojawiać się w miasteczku. Zobaczyły tylko przez okno białasa, jak paradował po pokoju z dumnie podniesionym ogonem i dwie ciemne kocie sylwetki, przycupnięte na sztucznym drzewie ponad nim.

Latem zorientowała się, że upłynęło już piętnaście lat jej pracy przy obsłudze kotów i sprzątaniu mieszkania. Z właścicielem nadal porozumiewała się tylko drogą elektroniczną. Z sąsiadem zdążyła przejść „na ty” i sporo się dowiedzieć o jego życiu. Mieszkał z żoną i kilkuletnim niepełnosprawnym synem, który często był wożony do kliniki w Zakopanem, gdzie lekarze próbowali przedłużyć mu nogę, krótszą od urodzenia o kilkanaście centymetrów. Żyli biednie, on jako grafik komputerowy utrzymywał rodzinę, żona nie pracowała i zajmowała się dzieckiem. Wyznał jej, że cała miłość, jaką kiedyś żywili do siebie – znikła, jakby wessana przez syna, który wymagał ich uczucia w takim samym stopniu, jak czasu, opieki i pieniędzy. Tych, niestety, wciąż brakowało i był to problem, z którym nie potrafili sobie poradzić. Jej wiodło się nieźle, ale nie dlatego, że miała kokosy z bycia kocią mamą, ale dlatego, że jako osoba samotna miała niewielkie potrzeby, w dodatku bieganie z odkurzaczem i kuwetami nie zajmowało jej całego czasu i otworzyła niewielki punkt rozliczania podatków, czynny wieczorami i w weekendy. Próbowała mu pomóc finansowo, ale stanowczo odmówił.

Miał psa, ale fascynowały go koty, z którymi chodziła na spacer. Mówił jej, że pies jest poczciwy i kochany, ale kot jest zmyślny, nieprzewidywalny i piekielnie inteligentny, a zachowuje się tak, jakby był istotą z innego świata, czasowo tylko i pod przykrywką stacjonującą na ziemi. Opowiedziała mu, że i ona się tych swoich wychowanków trochę boi, zwłaszcza od czasu, gdy je przestała karmić tym, co można było dostać w marketach. Podejrzewała, że właściciel wytresował je tak, że potrzebują pożywienia tylko w weekendy i wtedy najadają się na zapas. Sąsiad zauważył, że jednak jest to mało możliwe, bo koty się zmieniają, a zasada niepodawania im żywności obowiązuje cały czas. Nie rozumieli oboje, jak to jest możliwe, ale ona stanowczo zaprotestowała przeciwko jakimkolwiek próbom śledzenia tego, co się dzieje w mieszkaniu pod jej nieobecność. Zresztą sąsiad mieszkał dwa piętra wyżej, w weekendy zwykle odwiedzał syna w klinice ortopedycznej i nie zauważył w jej mieszkaniu niczego, co prowadziłoby do rozwiązania tej zagadki.

Na 60-te urodziny znalazła w domu dziwny prezent: przyniósł go jej w pyszczku białas. Było to niewielkie pudełeczko z napisem „dla naszej niani”, zawierające w środku zestaw odmładzających kosmetyków. Prawie się obraziła: czuła się młodziej niż wtedy gdy 18 lat wcześniej podejmowała robotę na Polanie, wciąż nie miała zmarszczek, a gdy wychodziła w szortach na spacer, czuła na sobie spojrzenie sąsiada tak, jakby czuła jego rękę. Sam się posmaruj, kocie – pomyślała i spojrzała na białasa: wydawał jej się wciąż taki sam, jakim go zobaczyła pierwszego dnia. Koty tak długo nie żyją – musiał to być jakiś jego bardzo podobny potomek.

Sąsiad nie wiedzieć skąd też wiedział o jej urodzinach i czekał na podwórku, gdy wyszła z kotem na spacer. Psa już dawno nie było, spacerował sam. Po złożeniu życzeń powiedział, że na jej święto to on dostał prezent: właśnie dostali wiadomość, że w ciągu minionego tygodnia prawa noga Szymka wydłużyła się tak, że była niemal dokładnie taka, jak lewa. Podawali mu różne preparaty, rozciągali ją mechanicznie, ale tak rewelacyjny skutek kuracji przeszedł oczekiwania wszystkich. Przyjedź jutro, powiedział, uczcimy to razem z twoimi urodzinami. Kupię wino, będzie ci smakowało, znam twój gust, jest taki sam jak mój. Żona zostanie w Zakopanem do poniedziałku. Muszę ci podziękować, bo jakoś tak mi się wydaje, że to trochę twoja zasługa. Rozmawialiśmy na spacerze przy kotach. Koty są z innej planety i któryś musiał w tym pomóc. Śmieszne, powiedziała, ale cieszę się twoją radością. Przyjadę, ale jeśli wypijemy wino, to będę musiała zostać na noc. U ciebie nie wypada, u mnie nie mogę. To gdzie, u stróża?

Mieli trochę w czubie, kiedy zeszli na pierwsze piętro i ona wyjęła z torebki klucz. Sąsiad przekonał ją, że nie ma takiego tabu, którego nie można by przełamać. Drzwi uchyliły się, zanim dotknęła zamka. Wejdźcie – usłyszeli – czekamy. Za drzwiami nie było nikogo. Tylko w pokoju na sztucznym drzewie siedziały trzy koty. Białas pokazał łapką na sofę przed telewizorem, na którym bez głosu przewijały się jakieś niezrozumiałe obrazy, jakby ktoś puścił wideo na szybkich obrotach i od tyłu. Tam będzie wam najwygodniej, powiedział nieco ochrypłym głosem bez modulacji, nie dziwcie się niczemu, nie reagujcie gwałtownie, po prostu posłuchajcie.

Popatrzyła na sąsiada, który uśmiechał się, jakby właśnie wygrał los na loterii. Jej nogi się ugięły i niemal upadła na sofę. Białas przyjrzał się jej uważnie, jakby chciał zobaczyć, czy stan jej zdrowia nie wymaga interwencji, ale w jego niebieskich oczach był tylko spokój i dystans. Wcale się nie dziwię twojemu zdziwieniu – powiedział – mogę ci mówić po imieniu? Gdybym się zwracał per „pani”, oznaczałoby to akceptację czegoś w rodzaju stosunku podległości, a to przecież byłoby śmieszne. Zresztą jestem od ciebie kilkakrotnie starszy, ale to nieważne. I tak reagujecie spokojnie i pewno myślicie, że tych kilka kieliszków alkoholu uderzyło wam do głowy i macie halucynacje. Nie, skąd. To jest po prostu to, co wy, ludzie, nazywacie „bliskim spotkaniem trzeciego stopnia”.

Przybyli na Ziemię jakieś czterdzieści lat temu i byli członkami już czwartej ekspedycji. Pierwsza była tu cztery miliardy lat temu i zapoczątkowała historię materii organicznej, przywożąc z Oriona kilka aminokwasów i parę cząsteczek RNA. Druga interweniowała 7 milionów lat temu, kiedy zmiany klimatyczne zagrażały przetrwaniu pierwszych człowiekowatych i skierowała afrykańskie grupy hominidów na wschód i na północ, gdzie sahelopiteki spotkały się z grekopitekami, tworząc interesujące hybrydy organizmów w pewnym stopniu rozumnych. Trzecią ekspedycję podjęto dziesięć tysięcy lat temu, by w rejonie doliny Nilu oraz Dwurzecza rozpocząć tworzenie cywilizacji ludzkiej. Ponieważ na skutek tej interwencji ludzie stawali się coraz bardziej rozumni – zaczęli działać pod przykrywką. Wtedy wymyślono sprawę kotów. Przybysze zauważyli, że wielką sympatią ludzie obdarzają stworzenia małe i puchate, które traktują trochę jak dzieci, a trochę jak zabawki. Co mądrzejsi z nich spostrzegli jednak, że jak na zwykłe dzikie zwierzęta, pustynne koty są zbyt przemyślne, często przewidują niekorzystne dla nich wydarzenia, niekiedy okazują nadmierną samodzielność – wtedy w Egipcie zaczęto je uważać za stworzenia boskie. Pozwoliło to na szybsze działania procywilizacyjne. Od tamtych czasów przybysze wciąż towarzyszyli ludziom, ale kontakt ten, podnoszący ludzi umysłowo i technologicznie, działał na koty hamująco, uczłowieczał ich – co dla przybyszów było zabójcze. Zaczęli się od ludzi uzależniać, zdobywać energię w podobny sposób co ludzie – czyli przetwarzając chemicznie śmierdzące odpady organiczne, budzące u nich początkowo nieprzezwyciężony wstręt. Żyli przez to krócej, a ich inteligencja – nadal wielokrotnie przekraczająca ludzką – nie potrafiła sprostać ogólnie destrukcyjnej działalności człowieka jako gatunku. Białas i jego zmieniający się towarzysze stanowili część wielotysięcznego desantu, który w różnych miejscach Ziemi usiłował zapanować zarówno nad człowiekiem, w zastraszająco szybki sposób przyspieszającym na swojej planecie entropię, jak i nad przybyszami, którzy mieli dyskretnie sterować rozwojem cywilizacji, technologii i kultury, a przekształcili się w krótko żyjące egzemplarze mruczków, nadstawiających grzbiety do głaskania, pijących obrzydliwe mleko, występujących w reklamach telewizyjnych i kierujących się niezrozumiałym dla przybyszów popędem płciowym. Kilkanaście lat temu białas i jemu podobni dostali polecenie wyszukania na Ziemi setki par ludzi, którzy przetrwają nadchodzący kataklizm i już wspólnie odbudują planetę jako miejsce pogodne, szczęśliwe, kulturalne i wygodne dla życia. Wyszukano domostwa, rozesłano maile…

Zaraz, przerwała, to nie ma żadnego gospodarza, który jest właścicielem willi? Nie ma, potwierdził białas, nie ma nawet żadnej willi, to tylko fantom. A kto ci pisze te wszystkie maile? Nikt, one po prostu się pokazują na twoim laptopie czy telefonie, powiedział, przymknął oczy i w tym momencie usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości, Spojrzała na telefon. „O, właśnie tak – to ja” – odczytała. I jak to, bez klawiatury, bez pisania, bez dostępu do internetu? Bez, mógłbym ci to przekazać bezpośrednio do twojego umysłu, ale wy ludzie wierzycie tylko w konkrety, w litery, w papier czy ekran, w pieniądze, w hamburgery, nawet w bogów pod postacią ludzi. Czy kotów – wtrącił sąsiad. Czy kotów, zgodził się białas, a jego dwaj czarni towarzysze zeskoczyli z drzewa i zaczęli się łasić, ocierając o nogi gości. To nie jecie myszy? Ani whiskas? Nie pijecie mleka? Niekiedy tak, ale to tylko po to, żebyście do nas podeszli i pogłaskali. Nam nie jest potrzebne rozkładające się białko, tylko energia, której zużywamy dość sporo. Bierzemy ją ze światła, ale Ziemia jest dość daleko od swojej gwiazdy, więc i energii ma mało, a atmosfera pochłania i tak jej większość. Więc potrzebny jest jakiś akumulator, domyślił się sąsiad. No właśnie. Dlatego stworzyliśmy was, wy pożeracie się nawzajem, nosicie w sobie całe fabryki chemiczne, a my tylko przychodzimy, ocieramy się, podstawiamy sierść do pogłaskania i hop – wolne elektrony przeskakują od was do nas i po sprawie. Dlatego tak szybko umieramy i chorujemy, pokiwał głową sąsiad i zacisnął pięści. Bynajmniej, byłoby to z naszej strony nieracjonalne, my zabieramy ludziom tylko nadwyżki ich energii, które pozostawione w ich fatalnie urządzonych i kiepsko działających organizmach by im zaszkodziły. Zresztą spójrz na swoją sąsiadkę. Nie przyznaje się do tego, ale jest już od kilkunastu lat babcią, a wygląda jak panna, żeby nie powiedzieć – jak kociak. Zresztą do naszych planów potrzebna jest osoba w pełni sprawna, dobra i mądra. I pewno młoda, powiedziała z rezygnacją w głosie. To się da zrobić, mruknął białas i podszedł bliżej. Powrót o te kilkanaście lat zapewne nie będzie dla was przykry i będziecie mogli już razem wejść do tej bezpiecznej willi? Jakiej willi, zapytał sąsiad, willę zburzono parę lat temu przy budowie bloku. Willa w zasadzie jest cały czas, sprostował białas, tylko ma inną formę. Wrócicie do niej za chwilę, ale musicie odtąd działać razem. Stworzycie nowe pokolenie i tak dalej. No co ty, obruszył się sąsiad, ja mam żonę i dziecko, a jej prawie nie znam. Jak wiedząc to wszystko co nam powiedziałeś będę mógł z nią się związać? No, niestety, wiedzieć nie będziecie nic o tym, co się tu dzieje i działo. Nie da się wczoraj wiedzieć o tym co robiliśmy jutro. Przenosząc się w przyszłość zachowujemy wspomnienia z przeszłości, w drugą stronę to nie działa. Przy okazji, obejrzałaś te filmy na tablecie? Tylko parę, nie miałam czasu, powiedziała, ciągle tylko to sprzątanie i sprzątanie, dojazdy coraz dłuższe, no i oczy mi nawalają. A szkoda, bo może nie byłabyś taka zdziwiona – jest tam taki odcinek „Starożytnych Kosmitów” którego autor zupełnie przypadkiem trafił w sedno, dając filmowi tytuł „Koty – przybysze z innego świata”. To ja tak powiedziałem, wtrącił sąsiad, ledwie wczoraj. I przy okazji, dziękuję za wyleczenie syna. Bardzo proszę, mruknął białas, będzie ci też łatwiej o nim zapomnieć. Jak się cofniemy w przeszłość, to choroba mu nie wróci? Nie, jak się cofniemy w przeszłość, to jego w ogóle nie będzie na świecie. Jeszcze nie będzie, załóżmy. Zaraz, zaraz, spytała, a jak wy naprawdę wyglądacie? A do czego to wam potrzebne? Na pewno nie jak koty, no i na szczęście, nie tak okropnie jak ludzie.

 

Z kartką w ręku zatrzymała audi na pustej drodze, przy której na Polanie stało ledwie parę domków. Ulicą szedł młody człowiek z psem na smyczy. Podała mu kartkę. Może wie pan, który to dom? Pokazał ręką, podjechała i zgodnie z instrukcją otrzymaną w mailu - pod doniczką sporego fikusa, wystawionego koło drzwi wejściowych, znalazła klucz.