Maciej Pinkwart

Chopin u Szymanowskiego 2

Uroki fortepianu

 TUTAJ skan artykułu

 

Po uroczystej inauguracji (tak naprawdę była nader skromna!) w Miejskiej Galerii, festiwal Szymanowskiego przeniósł się do Atmy, gdzie 19 lipca zagrała skrzypaczka Maxima Sitarz, której na fortepianie towarzyszył Marcin Sikorski. Młoda artystka (studentka II roku Akademii Muzycznej w Poznaniu) jest laureatką I nagrody Międzynarodowego Konkursu im. K.Szymanowskiego w Łodzi (2009), a występ w Atmie był specjalną nagrodą za wykonanie utworów patrona. Może więc dziwić, że w programie koncertu znalazł się tylko jeden utwór Szymanowskiego, a i to nie kompletny – pierwsza część z tryptyku Mity op. 30 – słynne Źródło Aretuzy. Podobno profesor, z uwagi na to, że artystka szykuje się do innych konkursów, nie zgodził się na pełny recital Szymanowskiego. Głównymi punktami występów w Muzeum Szymanowskiego były więc dwie sonaty – klasyczna c-moll op. 30 Ludwiga van Beethovena i neoklasyczna d-moll op. 94 bis Sergiusza Prokofiewa. Obie (podobnie jak Aretuza) wykonane z dużą wrażliwością muzyczną, wręcz romantycznie. Doskonałym partnerem był realizujący partię fortepianu Marcin Sikorski. Wszystkie utwory grane były z nut, a pulpit skutecznie przysłaniał drobną postać skrzypaczki. Zawsze się zastanawiam, jak publiczność teatralna przyjęłaby Krystynę Jandę, podającą tekst Białej bluzki z egzemplarzem sztuki w ręce…

W czwartek, 22 lipca 2010 miał w Atmie grać Marian Sobula. Ale nagła niedyspozycja pianisty, postawiła organizatorów w trudnej sytuacji. Na szczęście, był na miejscu Maciej Łukaszczyk, prezes Towarzystwa Chopinowskiego w Darmstadt, który dzień wcześniej mówił o Chopinie w Białej Izbie Związku Podhalan, a nazajutrz zgodził się zastąpić nieobecnego artystę. I na tej zmianie festiwal z pewnością nie stracił. Bowiem wywodzący się z Poronina muzyk pokazał się z najlepszej strony jako koncertujący chopinista. W wypełnionej tłumem słuchaczy „Atmie” zaprezentował najpierw cztery Impromtus, potem Rondo a la Mazurka Fryderyka Chopina, a na koniec – Mazurka op. 50 nr 1 i słynną Etiudę b-moll Karola Szymanowskiego. Wykonanie bez zarzutu (z pamięci!), może trochę – w dobrym znaczeniu – oldskulowe, to znaczy artysta po prostu grał: nie robił min, nie rzucał się po klawiaturze, nie przeżywał nadmiernie… Koncert tym razem prowadził Sławomir Czarnecki, który trochę zabił nas swoją wiedzą o Chopinie, ale słuchało się go z przyjemnością, bowiem mówił ciekawie i z prawdziwie śródziemnomorską ekspresją, co dobrze konweniowało z upałem w „Atmie” i jej okolicy.

W piątkowy wieczór w „Atmie” zabrzmiały pieśni Chopina, Szymanowskiego i Karłowicza, w wykonaniu Jolanty Kowalskiej, laureatki wielu prestiżowych konkursów międzynarodowych, m.in. zdobywczyni nagrody specjalnej Międzynarodowego Konkursu im. Ady Sari w Nowym Sączu (2009) za najlepsze wykonanie pieśni Karola Szymanowskiego. Tą nagrodą był właśnie recital w „Atmie”. Młoda artystka wyglądała pięknie w długiej wieczorowej sukni, która interesująco kontrastowała zarówno ze skromnym drewnianym wystrojem muzealnej salki, jak i czarną rozpiętą koszulą Craiga White’a – angielskiego pianisty, który towarzyszył wokalistce przy fortepianie. Artystka wykazała wielki talent aktorski i urodę, a jej występ nagrodzony został długimi oklaskami licznej publiczności, czego skutkiem był brawurowo wykonany bis: żartobliwa pieśń Grażyny Bacewicz Boli mnie głowa.

Sobotni koncert (24 lipca) w Galerii miał być lekki i rozrywkowy, jako „wieczór improwizacji jazzowych”, a zapowiadający go Sławomir Czarnecki zaprezentował historię jazzu – głównie nowoorleańskiego – z taką ekspresją, że mogłaby starczyć za całą „Hot Five” Armstronga, a może nawet „Hot Seven”. Jednakże wykonawca - znakomity pianista Mateusz Kołakowski, dyplomant Akademii Muzycznej w Katowicach, przedstawił nam improwizacje – głównie na temat Chopina – dość sieriozne i nawet okrutne dla Frycka, a ich niebywale wirtuozowskie wykonania reprezentowały styl alleluja i do przodu, to znaczy szybko, głośno i z pedałem. Rozbawił mnie dopiero przy wariacjach na temat Marsza Żałobnego Chopina, gdyż jakoś mi się tak to skojarzyło ze standardem St. James Infimary, a poza tym przypomniał mi się mój kolega z plutonu na Studium Wojskowym UW – Maciej Zembaty, śpiewający basso profondo ów marsz ze słowami Jak dobrze mi w pozycji tej, pozycji horyzontalnej… Potem Mateusz Kołakowski testował galerianego bechsteina przy pomocy swoich kompozycji, a na bis zagrał wariacje na temat góralskiego standardu Bucyna, wzbudzając niebywały entuzjazm publiczności, co przypomniało, że instrumentem najbardziej lubianym w Zakopanem wciąż jest ciupaga.

Nazajutrz znów przenieśliśmy się do Atmy, by tam słuchać dzieł fortepianowych. W niedzielę zagrali Słowaczka Zuzana Paulechová i Austriak Otto Niederdorfer, a w programie znalazły się utwory Chopina, Szymanowskiego (śladowo!) i Schumanna, którego Imprompus wykonano na cztery ręce. Znów nuty były w robocie – czego zdecydowanie nie powinno być w Atmie… W poniedziałek zaś z pełnym recitalem chopinowskim wystąpił Michał Jacek Kozłowski, ubiegłoroczny laureat Międzynarodowego Konkursu im. F. Chopina w Darmstadt.