Cien wiatru - okładkaMaciej Pinkwart

Kot i książki

 

Jesteśmy przyzwyczajeni, że pewne rzeczy mają pewne miejsca i pewne zachowania zarezerwowane są dla pewnych sytuacji. Gdy nastąpi odejście od tego schematu – mamy do czynienia z kreatywnością lub brakiem dobrego wychowania. Kreatywni niesłychanie więc zrobili się ostatnio dziennikarze, wydzierając przemocą atrybuty zarezerwowane do nie dawna dla przedstawicieli innego medialnego zawodu. Tuż po konklawe, dziennikarka renomowanej stacji telewizyjnej rozmawiała z księdzem, który mówił, że tak szybki wybór papieża musiał skutkować elekcją Ratzingera, jako że była to jedyna znana przez wszystkich kandydatura i gwarancja kontynuacji polityki Jana Pawła II. Na co dziennikarka:

- A nie uważa ksiądz, że to oczywista interwencja Ducha Świętego?

Ksiądz, zaskoczony, wybąkał:

- No, zapewne tak...

A pani redaktor, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, kontynuowała pseudometafizyczne rozważania tak, jakby relacjonowała posiedzenie sejmowej komisji do spraw Orlenu.

I dlatego ucieszyłem się, że sprawami książek w tej książce zajmują się księgarze i pisarze...

Powieść Carlosa Ruiza Zafóna „Cień wiatru”, opublikowana w Barcelonie po raz pierwszy w 2002 r., dotarła do Polski w tym roku, poprzedzona sławą głośnego bestsellera, wydanego w 30 krajach, który w samej tylko Hiszpanii sprzedał się w nakładzie miliona egzemplarzy. Czyli co 40 Hiszpan jest posiadaczem tej książki. W anonsach reklamowych porównywano ją do dzieł Artura Peréza-Reverte i Umberto Eco, co oznaczało rekomendacje na najwyższym literackim szczeblu. Nie muszę dodawać, z jakim dystansem do niej podszedłem...

Zaczyna się niemrawo i dość schematycznie – młody chłopak wchodzi w posiadanie tajemniczej książki „Cień wiatru” nieznanego mu bliżej autora, próbuje się coś o nim więcej dowiedzieć i nagle jakby wchodził w świat owej książki. Nawet spotyka jednego z jej bohaterów, który w powieści jest... diabłem.  „Klub Dumas” jak żywy! Co więcej – autor co i raz daje nam dymny sygnał, że w gruncie rzeczy narrator i główny bohater to alter ego Juliána Caraxa, autora tego pierwszego „Cienia wiatru”: takie same ciągoty pisarskie, takie samo pióro montblanc, takie same romanse, pochodzenie z „nieprawego łoża”, podobieństwo fizyczne, nawet powołanie do wojska... Ale...

Ale to duża książka. Gruba. Akcja ma gdzie się rozkręcić. Na przeszło 500 stronach rozwija się coraz żwawiej, pojawiają się coraz nowe postacie i nowe wątki i nagle czujemy, że zostajemy wciągnięci w wir wypadków, których geneza sięga czasów wojny domowej w Hiszpanii, a skutki trwają we frankistowskich latach po II wojnie światowej i ogarniają coraz liczniejsze grono osób, które łączy postać tajemniczego autora zapomnianej powieści. Schemat „książki o książce” rozpada się z czasem i powieść przekształca się w pełnokrwisty (w całym tego słowa znaczeniu) kryminał z licznymi wątkami romansowymi, w powieść jak najbardziej nowoczesną, napisaną współczesnym, barwnym językiem (kapitalny przekład Beaty Fabjańskiej-Potapczuk i Carlosa Marrodána-Casasa), momentami przypominającą autoironiczną prozę Eduardo Mendozy. Dialogi z udziałem pseudoarystokratycznego lumpa Fermína brzmią, jakby toczone były w salonie fryzjera damskiego... Widzimy też w nim dalekiego kuzyna Sancho Pansy... Podobnie jak u Mendozy wędrujemy z zapartym tchem po urokliwych, choć niebezpiecznych uliczkach Barcelony i choć w zasadzie nie trudno nam rozwikłać zagadki przeszłości, to jednak do końca pozostajemy w napięciu, zwłaszcza, że skomplikowane romanse momentami przysłaniają sprawy kryminalne. No, bo w gruncie rzeczy zbrodnia jest sprawą banalnie prostą w porównaniu z miłością...

Pewnym zgrzytem, pójściem na łatwiznę, jest mocno schematyczne rozwikłanie głównej zagadki w formie listu zza grobu, pisanego przez jedną z bohaterek do narratora. Carlos Ruiz Zafón nadaje też swojej powieści ten sam tytuł, jaki nosi książka, której tajemnicę rozwiązuje bohater, co jest podkreśleniem pointy czerwoną kredką, żeby broń Boże nikt nie przegapił owego zatoczenia koła przez historię... To też wydaje się być działaniem na skróty. Niemniej jednak wszystko to są drobiazgi niewarte uwagi wobec faktu, że  mamy oto do czynienia z powieścią, która nie jest bynajmniej echem arcydzieł takich jak „Klub Dumas” czy „Imię róży”. Jest świetną, doskonale napisaną, współczesną książką, której główne przesłanie trafi z pewnością do kolejnych milionów czytelników: miłości nie da się zamknąć w książkach. Nawet jeśli ją wymyślimy i opiszemy – odnajdzie nas i pomoże nam żyć.

No, chyba, że pozbawi nas życia, co jest równie prawdopodobne, ale to jest promocyjna cena ryzyka...

Kapitalne są w tej książce ilustracje – fotografie, wykonane przez Francesca Catalá-Rosa, całą gamą czarno-szaro-białych światłocieni pokazujących rozmaite zaułki Barcelony. I tajemniczego kota, siedzącego na książkach.

Jeden z bohaterów powieści zachwyca się nowoczesnym amerykańskim wynalazkiem – telewizją, który już w najbliższym czasie zlikwiduje teatr, kino, książki, nawet radio i msze święte. No, jak widać, prognoza całkowicie chybiona: telewizja niczego nie zlikwidowała, tylko na wszystkim pasożytuje, przerabiając wszystko na lekkostrawną papkę dla milionów. Ale, mimo wysiłków, nie zastąpi niczego: ani teatru, ani kina, ani książek ani mszy świętych. Każda z tych rzeczy ma swoje miejsce i zdecydowanie lepiej jest, gdy się go trzyma. Tak jak kot, który siedząc na książkach ma się lepiej, niż przywalony książkami.