Maciej
Pinkwart
Pączek z błyskawicą
Zawsze się zastanawiałem, co sprawiło że mój Tato poszedł do powstania. Nie
umiałem go sobie wyobrazić z bronią, bo poddawał się (Mamie, oczywiście), gdy
trzeba było wbić gwóźdź w ścianę czy wymienić bezpieczniki prądu, a raz, gdy
zaszarżował i sam zabrał się za gotowanie mleka na kuchni, potknął się i wrzący
garnek wylał sobie na nogi, co skończyło się oparzeniem trzeciego stopnia i
szpitalem, bo w skórę wtopiły mu się nawet plastikowe skarpetki. Nie miałem go
też za najbardziej walecznego, bo ciągle przegrywał domowe wojny ze wszystkimi
kobietami, z którymi bywał związany. Ale był heroiczny, nie powiem: raz gdy
wywinął orła na oblodzonym chodniku na Dębowej i wybił rękę ze stawu, biało
zielony z bólu doczłapał do domu, wszedł jakoś na drugie piętro, w drzwiach –
kiedy mu otworzyłem, bo sam z klucza już nie dał rady – oddał mi swoją ciężką,
skórzaną teczkę, po czym nie zdejmując płaszcza powiesił swoje przeszło sto kilo
na otwartych drzwiach, w stawie chrupnęło, wszystko wskoczyło na swoje miejsce,
Tato zdjął płaszcz, odebrał teczkę i zapytał mnie, co tam było dziś w szkole.
Może więc jednak nie był takim łamagą?
Poszedł do tego powstania ze swoim późniejszym szwagrem, wujkiem Zdziskiem. Obaj
pracowali wtedy w warszawskiej fabryce piwa Haberbusch i Schiele, z tym, że Tato
na prestiżowym i dość lukratywnym stanowisku głównego księgowego. Zarabiał kupę
kasy, miał siedmiopokojowe mieszkanie w centrum i piękny domek na leśnej działce
w Choszczówce pod Warszawą, dokąd woził go kierowca służbowym samochodem
Studebaker na białych oponach.
A jego ojciec, a mój dziadek Karol był rodowitym Niemcem z Frankfurtu am Oder,
który w XIX w. uciekł na teren zaboru rosyjskiego, bo tam ślusarzom lepiej
płacili. Kiedy wybuchła wojna, jako obcy element został wraz z całą rodziną
wysiedlony do Tobolska, gdzie im się wiodło całkiem nieźle, tylko mój Tatko
wyłysiał, bo jego włosy nie tolerowały syberyjskiej zimy. W 1918 roku wszyscy
szczęśliwie wrócili do Warszawy, dziadek zmarł w 1935, babcia 1 sierpnia 1944
wyszła z domu z zamiarem dotarcia do młodszego ze swoich synów, ale nie dotarła
i tyle o niej wiemy. A mój Tato musiał być w konspiracji razem z wujkiem
Zdziskiem już długo wcześniej, bo zaraz po godzinie W pojawił się jako dowódca
oddziału walczącego w rejonie ulicy Jasnej, koło Filharmonii.
Nie wierzyłbym w te rodzinne klechdy, których sporo dotarło do mnie w dawnych
latach i większość okazała się bajkami z mchu i paproci, gdyby nie dwie sprawy.
Pierwsza to wizyta dawnego podwładnego mojego Taty, który po wojnie osatał się w
Stanach Zjednoczonych, skąd po Październiku przyjechał do Warszawy i specjalnie
spotkał się z naszą rodziną, chcąc wylewnie podziękować Tacie za to, że gdy
tenże Gienio dostał w powstaniu postrzał w niepolityczne miejsce i nie mógł
chodzić, ojciec na własnych plecach przeniósł go kanałami poza Śródmieście i tak
uratował mu życie. A druga – to kilka fotografii z powstania, które dotarły do
mnie długo po wizycie Gienia. Widać na jednym Tatę, jak w battle-dresie z
podwiniętymi rękawami, z powstańczą opaską na prawym ramieniu stoi na baczność
asystując temu, jak kilku innych mężczyzn kopie na ulicy grób. Smutnej ceremonii
przygląda się tłum – cywilów i powstańców.
U mnie w domu o powstaniu w zasadzie się nie rozmawiało. W sumie czasy, kiedy
mogłem coś z tego zrozumieć to był okres, w którym za powstanie szło się na UB,
skąd można było już nie wrócić, albo wrócić w kiepskim stanie. Ale strzępy
rozmów docierały do mnie, zwłaszcza po Październiku. Mama, sanitariuszka w
powstańczym szpitalu w Milanówku, uważała, że powstanie było bohaterstwem.
Proboszcz milanowski, późniejszy biskup Jerzy Modzelewski, który czasami do nas
przychodził, był zdania, że powstanie nic nie dało, poza śmiercią, nieszczęściem
i zniszczeniem miasta i wręcz ułatwiło zajęcie kraju przez Sowietów. Tato
uważał, że ludzie byli już tak wściekli na Niemców, że walki i tak by wybuchły,
może po wkroczeniu Rosjan, a wtedy mogłoby być jeszcze gorzej. Powstanie miało
tej ludzkiej nienawiści dać jakiś pozór zorganizowania i utrzymać wszystko w
karbach. A poza tym ludzie uważali, że powalczą parę dni, potem wejdą Rosjanie i
Niemcy uciekną, albo się poddadzą. Ja sam nigdy, kiedy już w miarę dorosłem, nie
odważyłem się rozmawiać na ten temat z Tatą. Z Mamą tym bardziej. Pewno
uważałem, że to ich sprawy, nie moje. Ja mam się uczyć, nauczyć i albo przejąć
rządy w Polsce, albo wyjechać do ciepłych krajów.
I kilka dni temu znajomy (dziękuję, panie Andrzeju!), położył mi na biurku
niezwykłą książkę: wywiad-rzekę Michała Wójcika z bohaterką powstania,
żołnierzem AK i w ostatnich latach powstańczą celebrytką – Wandą
Traczyk-Stawską. I na samym początku zobaczyłem taką samą opinię o powstaniu jak
ta, którą podsłuchałem u Taty: powstanie musiało wybuchnąć. Bo
bestialstwo Niemców i ich widoczna, zwierzęca nienawiść do Polaków już od
pierwszego dnia wojny, musiała obudzić nienawiść w żyłach napadniętych i
bestialsko zabijanych cywilów. Pragnienie zemsty było zapewne równie silne, albo
nawet silniejsze od dążenia do wyzwolenia kraju.
Niezwykła książka, a w niej niezwykła rozmowa, bez wywołującej ostatnio wymioty
pseudopatriotycznej tromtadracji, proste słowa o wcale nieprostych rzeczach. O
tym, jakie przetrącone kręgosłupy wynieśli z wojny także ci, którzy przeżyli, a
może nawet nie byli ranni. Choć w zasadzie ranni zostali wszyscy. I jeśli nawet
w tej wzajemnej nienawiści były momenty przerw, kiedy do głosu dochodziło, po
obu stronach, człowieczeństwo – o czym Wanda Traczyk-Stawska kilkakrotnie
wspomina – to jednak po powstaniu nie tylko zginęło miasto, które tylu ludzi
kochało i kocha do dziś, nie tylko zabito dziesiątki tysięcy – nawet nie wiemy
dokładnie, ilu – ludzi, ale w wielu przypadkach zabito też w ludziach ludzkie
uczucia.
Przeczytałem dawniej wszystko, co trzeba było przeczytać o powstaniu. Były tam
opowieści historyków, analityków, polityków, wojskowych, obserwatorów, także
żołnierzy powstania. Ale ta książka jest zupełnie inna. O wiele bardziej
osobista, emocjonalna, choć zarazem w pewien sposób zdystansowana, jakby te
okruchy powstańczych wspomnień były przefiltrowane przez długie życie pani
Wandy. Przez jej dzieciństwo w przedwojennej Warszawie – młodość w powstaniu,
dorosłość w PRL-u i solidarność powstańczą w chwilach, gdy z jej oddziału
zostało już tylko parę osób. To książka bardzo subiektywna, i jak to w
subiektywnych emocjach bywa – niekiedy nie dająca za sobą podążyć osobom
postronnym. A postronnymi są wszyscy, którzy TAM nie byli, TEGO nie doświadczyli
i z TYM nie muszą żyć. Ta książka nie pokazuje historii militarnej powstania,
nie pokazuje nawet historii jej bohaterki, żołnierza armii powstańczej.
Żołnierza, nie żołnierki: pani Wanda nie akceptuje w tym wypadku feminatywów, bo
w popularnej a krzywdzącej opinii powstańców – dziewczyny, choć piękne,
potrzebne i waleczne, były w powstaniu gorszą siłą militarną. Ta książka
pokazuje, że to nieprawda, ale żeby to udowodnić, najpierw bohaterka musiała
starannie swoją dziewczęcość ukryć.
Życie Wandy Traczyk-Stawskiej po powstaniu było także niezwykle ciekawe i bardzo
trudne, a momentami fascynujące. Więc trochę mi żal, że opowieść o tej części
jej biografii zajmuje zaledwie ostatnie sto stron i opowiedziana jest bardzo
skrótowo. Naturalnie, jest w tej części opisany znany wszystkim incydent, kiedy
Robert Bąkiewicz, wynajęty i wyposażony akustycznie przez ówczesną władzę,
zagłuszał jej słowa tej władzy się nie podobające. Zwyzywała go od chamów, ale
moim zdaniem to za mało. Za takie barbarzyńskie chamstwo należało po prostu go
zrobić unplugged i dotkliwie mu wytłumaczyć, że powstańcom należy się
szacunek. Zwłaszcza ze strony tych, którzy obnoszą się po dzisiejszych ulicach z
powstańczymi opaskami – często na lewej ręce. Czy dlatego, że prawej używają do
wykonywania rzymskiego salutu, zamawiania pięciu piw i wykrzykiwania 8-8? Nie
wszyscy zrozumieli? No to tłumaczę: ósmą literą niemieckiego alfabetu jest „h”.
Podobno symbole powstańcze są jakoś tam prawnie chronione. To czemu znaki Polski
Walczącej mogą sobie malować na tyłkach samochodów lokalne chamidła i naziole?
Jakim prawem w klapie marynarki kotwicę PW nosi Marian Banaś i Jarosław
Kaczyński? I rozmaity inny plankton sejmowej prawicy? Kto pozwolił na to, żeby
powstańcza kotwica była oznaką Wojsk Ochrony Terytorialnej Macierewicza i
niektórych jednostek komandosów? Czy to wyraz szacunku, czy chęć wykonania sobie
kamuflażu politycznego z symbolu, który się nikomu z nich nie należy. Ja
oczywiście wiem, że w czasie stanu wojennego kotwicę z literką P rysowano na
murach i malowano na ścianach budynków, ale chyba poza Zbigniewem Ziobrą nikt
przy zdrowych zmysłach nie uważa, że rządzą nami teraz okupanci i trzeba wywołać
przeciwko nim powstanie, a po jego wybuchu przyjdą Amerykanie i pomogą ten
zbrodniczy reżim obalić?
Wanda Traczyk-Stawska mówi o narodowcach, którzy 11 listopada wrzeszczą
śmierć wrogom Ojczyzny! A przecież święto odzyskania niepodległości to
jest święto radości. Życia, a nie zabijania. (…) Jak widzę tych narodowców, to
mi ich nawet żal. Coś im się w tych głowach kotłuje, jakieś straszliwe problemy,
ale mam wrażenie, że pomóc im może tylko lekarz, a nie minister z dotacjami…
Ja do Warszawy zacząłem jeździć z Milanówka (z Mamą, oczywiście) kiedy miałem
może 3-4 lata. Jeszcze tu i ówdzie były ruiny, ale Nowy Świat był już piękny.
Bywałem tam, bo Tato pracował – znów jako księgowy – w Towarzystwie Biblijnym,
które tam miało siedzibę. Mama kiedyś pokazała mi i przeczytała napis,
wyrzeźbiony rzymską antykwą na ścianie budynku na rogu Alei Jerozolimskich i
Nowego Światu: CAŁY NARÓD BVDVJE SWOJĄ STOLICĘ, właśnie z literką V zamiast U. I
parę lat temu falanga Bąkiewicza zaatakowała mieszczący się tam, za tym napisem
budynek Empiku. Widać dostrzegli tam wrogów Ojczyzny. A może powieść
Czarodziejska góra niemieckiego noblisty.
Śmierć wrogom… No tak, to
oczywiste i sprawiedliwe. Ale jeśli tych wrogów będzie nam wyznaczał Bąkiewicz,
Braun, Kaczyński, Putin, Trump czy operetkowi Kamraci – to nie dajmy się
zwariować. Szermowanie śmiercią, jako celem działania, to nie patriotyzm. To
nawet nie nacjonalizm. To zwyczajny faszyzm, albo bandytyzm. Co zresztą na jedno
wychodzi.
Warto przytoczyć jeszcze jeden z końcowych fragmentów książki Błyskawica
(tak nazywał się pistolet maszynowy, do którego prawo niejako wywalczyła sobie
Wanda T-S, ps. Pączek):
Ale zabijanie zostaje w człowieku tak czy siak. Zawsze, gdy
opowiadam na spotkaniach o powstaniu, to wraca i okrywa mnie cieniem ta
świadomość zadawania cierpienia innym. Tak, zabijałam. I to jest straszne.
Dlatego do końca mego życia będę walczyć o ludzką godność. O prawo do życia dla
każdego z nas. W sposób, jaki każdy uzna za stosowny. Niech każdy żyje, jak mu
się podoba i wara politykom od tego! Wara każdemu! Człowiek jest wolny. Taki się
rodzi i taki umrze. Inaczej nigdy z tego piekła nie wyjdziemy.
I jeszcze słówko usprawiedliwienia, dlaczego sporą część tekstu recenzji na
temat książki o Wandzie Traczyk-Stawskiej poświęciłem swojemu Tacie i jego
sprawom powstańczym. Po pierwsze dlatego, że książkę o Wandzie Traczyk-Stawskiej
właśnie napisano, a o moim Tacie nie napisano i nikt o nim nie napisze. Po
drugie dlatego, że moje pokolenie jest zapewne ostatnim, dla którego sprawy
powstania warszawskiego są sprawami osobistymi, rodzinnymi. I gdy ktoś ważny
mówi o tamtych 63 dniach, mówi też o 63 dniach z życia moich rodziców. Tym samym
o ważnej części mojego życia.
---------------------------------
Michał Wójcik, Błyskawica. Historia Wandy Traczyk-Stawskiej, żołnierza
powstania warszawskiego, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2022, 400 stron.