Maciej
Pinkwart
Preparat
Pamiętam, kiedy pojawiła się w Atmie. Było lato bodaj 1978 roku, siedziałem w
muzealnym biurze na piętrze, kiedy pracownica z ekspozycji przyszła po mnie,
informując, że na dole jest Anna Iwaszkiewiczowa i chce mnie widzieć. Zszedłem i
towarzyszyłem jej przy zwiedzaniu. Miała wtedy już ponad 80 lat, ale nie
wyglądała na tyle, chodziła szybko, mówiła wyraźnie, nie uśmiechała się.
Obejrzała wszystko dokładnie, zdjęcie swojego męża zauważyła, ale nie
skomentowała, postukała palcem w fotografię Antoniego Słonimskiego, wzdychając
Oj, Tolek, Tolek, uważnie obejrzała pamiątki po Szymanowskim. Nie mogłem
się oprzeć i powiedziałem jej, że zapraszałem ich oboje, ją i pana Jarosława (co
chyba w odniesieniu do niej nie było prawdą) na zebranie założycielskie
Towarzystwa Muzycznego im. K. Szymanowskiego i poskarżyłem się, iż Iwaszkiewicz
mi odpisał, że nie przyjedzie ze względu na te pogody okropne. To tym
razem z jego strony nie było prawdą – nie przyjechał, bo nie wiedział, jak się
odnieść do zaistniałego wówczas konfliktu między mną a Waldorffem, który obraził
się na to, że to nie on tylko ja zakładałem to Towarzystwo. Machnęła ręką i
powiedziała, najsłuszniej na świecie: starość nie radość. Jarosław był od
niej o 3 lata starszy.
Z Jarosławem Iwaszkiewiczem nie spotkałem się nigdy. Raz bodaj ze szkołą byliśmy
w Stawisku i pisarz mignął mi kilkakrotnie na ganku domu, potem kiedyś jadąc
rowerem po okolicach zauważyłem go z psem w ogrodzie. Ale w rodzinnym Milanówku
byłem abonentem prywatnej, jeszcze przedwojennej biblioteki, którą prowadzili
państwo Iwaszkiewiczowie, starannie zresztą podkreślający, że oni „nie z tych”
Iwaszkiewiczów. A potem, już w czasach Atmy, kilkakrotnie rozmawialiśmy
telefonicznie i wymienialiśmy listy. Był bardzo uprzejmy. I mądry. Kiedyś, jak
wpadłem w konflikt z Komitetem Miejskim PZPR, który chciał mnie zmusić do
sprzedawania w Atmie pisma „Podtatrze”, powiedział mi przez telefon: Wie pan,
ja mogę zadzwonić do Gierka, żeby ustawił tego waszego sekretarza, ale potem
Gierek odłoży telefon i zapomni, a sekretarz nie zapomni. W dodatku pierwsi
sekretarze KC częściej się zmieniają, niż sekretarze komitetów miejskich. A pan
tam dalej będzie mieszkał. Miał rację, oczywiście. Stuliłem uszy i wstawiłem
„Podtatrze” za paprotkę w Atmowskiej szatni.
Potem zmarli oboje, najpierw ona, w 1979, potem on, dwa miesiące z niewielkim
okładem później. A ja po latach zacząłem gromadzić książki o nich oraz ich
wspomnienia i opublikowaną korespondencję. Z dwóch powodów – Iwaszkiewiczowie
byli pasjonatami Zakopanego i prawdziwymi przyjaciółmi Karola Szymanowskiego, w
którego muzeum pracowałem 36 lat. I mieszkali parę kilometrów od mojego
milanowskiego domu. W dodatku – bywałem u nich niejako pośmiertnie: miewając
spotkania autorskie i w Stawisku, w muzeum ich imienia, i w Aidzie, w willi w
której mieszkali zaraz po ślubie, i gdzie niezapomniany Tadeusz Iwiński urządzał
koncerty i wieczory literackie. W zasadzie lepiej ich znałem z życia po życiu
niż przedtem.
A książkę o Annie Iwaszkiewiczowej napisaną przez Sylwię
Górę poleciła mi Urszula, moja przyjaciółka z Grodziska, bywalczyni Stawiska.
Sięgnąłbym po tę publikację i tak, bo ma ambitny podtytuł Biografia Anny
Iwaszkiewicz.
Już na wstępie wstępu autorka pisze:
To nie jest klasyczna biografia. Nie znajdziemy tu: „urodziła się, żyła,
tworzyła, zmarła”. Będziemy poznawać Annę Iwaszkiewicz we fragmentach, jej
postać będzie się odsłaniać po kawałku. Tak jak wtedy, kiedy na wakacjach
rozsuwamy powoli zasłony w pokoju hotelowym, żeby ostatecznie zobaczyć krajobraz
ciągnący się aż po sam horyzont. Ale tam dalej, za horyzontem, wciąż jest coś,
co umyka naszym oczom. Podobnie jest z życiem Hani Lilpop, a potem Anny
Iwaszkiewicz. Zawsze pozostanie coś, czego nie widać. Czasem zauważymy: „czegoś
tu brakuje”. Anna Iwaszkiewicz nadal jest kobietą pełną tajemnic, których nie
potrafię, ale też nie chcę odkryć.
No i tę zapowiedź – zapowiedź planowanej niepełności – Sylwia Góra realizuje w
pełni na kartach swojej trzystustronicowej książki. W efekcie dostajemy do ręki
trochę poskładane, ale przeważnie rozsypane puzzle, z których układana postać
Anny Iwaszkiewiczowej pojawia się tylko – też zgodnie z zapowiedzią autorki – we
fragmentach, choć te jakoby nieodkryte tajemnice ani nie czynią z bohaterki
kobiety ciekawszej, ani nie sprawiają, że chcemy te tajemnice poznać.
Oczywiście, nie jest to pierwsza książka, z której możemy dowiedzieć się o Annie
Iwaszkiewicz i pod tym względem Sylwia Góra postawiła przed sobą rzeczywiście
trudne zadanie. Bo i sama bohaterka sporo pisała rzeczy wspominkowych, i o niej
pisywali inni. Najwięcej chyba dowiedziałem się o Iwaszkiewiczach z książki
Piotra Mitznera Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie, z 2000 roku,
przeczytałem Dzienniki obojga Iwaszkiewiczów, ich wspomnienia i listy. A
dodatkowo sporo wiedziałem o nich od strony Zakopanego, no i z punktu widzenia
Karola Szymanowskiego. Zatem nie specjalnie mi przeszkadzało to, że autorka
pokazuje nam Annę fragmentaryczną.
Przepraszam za tę poufałość – ale niech mnie usprawiedliwi tytuł książki: W
stronę Anny. Sylwia Góra, zapowiedziawszy, że jej dzieło nie będzie
klasyczną biografią, prowadzi nas przez życie swojej bohaterki nie tylko
fragmentarycznie, ale jeszcze achronologicznie. Najpierw czytamy o nienormalnych
zachowaniach Anny, obserwowanych w ostatnich latach jej życia przez wnuków i
sąsiadów, potem dowiadujemy się o traumatycznym przeżyciu, jakim było porzucenie
męża i czteroletniej Hani przez matkę, Jadwigę ze Stankiewiczów Lilpopową, która
uciekła ze znanym pianistą Józefem Śliwińskim, zmieniła wyznanie, rozwiodła się,
wyszła za mąż za muzyka i obsesyjnie unikała kontaktu z córką – po czym, po
śmierci drugiego męża, zwaliła się na głowę Iwaszkiewiczom i mieszkała z nimi w
Stawisku. Po ucieczce matki Anna była wychowywana przez despotyczną ciotkę,
siostrę ojca – Anielę Pilawitzową. A Stanisław Wilhelm Lilpop, przemysłowiec i
podróżnik, myśliwy i fotograf córkę kochał i rozpieszczał, ale tylko wtedy, gdy
od czasu do czasu wpadał do domu w Podkowie Leśnej, w przerwach między
polowaniami w Afryce i podróżami po Europie. Ale gdzieś w głębinach tego
podróżniczego życia czaiła się depresja – w 1930 roku Stanisław Lilpop, w
wynajętym pokoju hotelowym w warszawskiej „Polonii” popełnił samobójstwo.
Czy depresja jest schorzeniem dziedzicznym? Jej objawy dość szybko pojawiły się
też u Anny. Kolejna część książki dość dokładnie (nawet może
ekshibicjonistycznie drobiazgowo) omawia kolejne nawroty choroby psychicznej
Anny, które skutkowały najpierw prywatnymi kuracjami u dr. Jana Gallusa (który
leczył jeszcze jej ojca), potem pobytami w sanatorium (Monachium 1931) i w
szpitalach psychiatrycznych w Batowicach koło Krakowa i w podwarszawskich
Tworkach (1935), wcześniejszą depresją poporodową, późniejszym załamaniem po
wymuszonej przez psychiatrów aborcji… Dowiadujemy się o stosowanych terapiach, a
nawet – i to może jest już pewną przesadą – zapoznajemy się z obszerną notatką,
sporządzoną przez lekarza w Tworkach bezpośrednio po przewiezieniu chorej ze
szpitala w Batowicach, gdzie leczenie, poza tą aborcją, nie przyniosło żadnych
skutków. Ta notatka to niemal wiwisekcja psychiczna.
Potem cofamy się wraz z narracją książki do okresu wczesnego dzieciństwa i
późniejszego wzrastania w bogatym domu, gdzie trzeba było uczyć się kilku
języków i czytać obcojęzyczne lektury, poznawać i czynnie uprawiać muzykę, znać
się na historii sztuki i mieć perfekcyjnie opanowane zasady bon tonu –
ale dzięki temu, a może przez to Anna nigdy nie chodziła do normalnej szkoły i –
jak to jej Jarosław wypominał – nie miała nawet matury. Nie przeszkadzało to jej
w doskonałym obeznaniu z literaturą światową, w tłumaczeniu dzieł Prousta i
Conrada, zachwycaniu się Poematem ekstazy Skriabina i młodzieńczym
zafascynowaniu, wręcz zakochaniu się w Karolu Szymanowskim, która to fascynacja
przekształciła się w głęboką przyjaźń, może najważniejszą (choć nie do końca
przezeń docenianą) w życiu kompozytora.
Dalej dostajemy skrótowy opis działalności Iwaszkiewiczów w czasie wojny, kiedy
to w Stawisku przechowywali Żydów i pomagali im także w innych miejscach (w tym
w warszawskim getcie, dokąd Anna sekretnie przekradała się z pomocą), za co w
1991 r., pośmiertnie, zostali uhonorowani medalem „Sprawiedliwi wśród narodów
świata”, co daje autorce asumpt do opisania także wcześniejszych związków Anny
Iwaszkiewiczowej z innymi Żydami, przede wszystkim z Antonim Słonimskim w
Warszawie i Andrzejem Kramsztykiem w Milanówku, no i oczywiście z aktorką Marią
Morską, córką lekarza i wnuczką rabina z Sochaczewa.
W kolejnym rozdziale cofamy się do 1922 r., kiedy to Anna i Jarosław pobrali się
w brwinowskim kościele, a najbardziej honorni goście przyjechali na ślub
i wesele pociągiem z Warszawy. Dzieje małżeństwa, które przetrwało przez 57 lat
udało się ująć na niespełna 50 stronach, i to z przerwą na opisanie niesamowitej
ekscytacji Anny osobą intrygującej aktorki i poetki Marii Morskiej, właściwie
Anny Frenkiel, z którą – jak się właśnie dowiadujemy – nie łączyło jej nic poza
fascynacją, choć daj Boże każdej miłości takie emocje i zaangażowanie, któremu
nie brak było nawet erotyki, tutaj sprowadzonej jedynie do obcałowywania rąk…
Maria była muzą Skamandrytów, kochał się w niej Antoni Słonimski, ona sama
przyjaźniła się, poza Iwaszkiewiczową, także z Marią Pawlikowską i Ireną
Krzywicką. Poza tym była mężatką (mąż: matematyk, profesor Bronisław Knaster) i
tkliwą kochanką (kochanek: dr Herman Rubinraut), z którymi w trójkącie mieszkała
w jednym pokoju przez okupację we Lwowie.
A Jarosław Iwaszkiewicz, z którym Anna miała dwie córki był, jak wiemy,
zdeklarowanym homoseksualistą, z czym się nie krył – zwłaszcza przed Anną.
Współcześnie opinia publiczna – jak wiadomo zarazem wobec wszystkiego krytyczna
i wobec wszystkiego tolerancyjna, upraszcza sobie to wszystko tak, że było to
fikcyjne małżeństwo pederasty z lesbijką. Na pewno nie. Zwłaszcza na pewno Anna
nie była lesbijką i na pewno małżeństwo nie było fikcyjne.
Ostatnia część książki poświęcona jest religijnym obsesjom Anny, jej bigoterii,
a momentami wręcz obłąkanemu mistycyzmowi. I znów – upraszczanie tej strony
skomplikowanej duszy Anny Iwaszkiewiczowej do chorobliwej paranoi religijnej
jest bzdurą. To było coś o wiele głębszego, choć jednocześnie coś szalenie
odległego od współczesnego polskiego katotalibanu.
Nie mam rzecz jasna najmniejszej pretensji do autorki o taki a nie inny wybór
tematów z bogatej biografii jej bohaterki, ani nawet o taki a nie inny układ
treści, choć przyznam, że gdybym nie czytał o bohaterce w innych książkach,
zapewne bym się w tym wszystkim pogubił, a już na pewno niewiele bym się o Annie
dowiedział. Ale wszak tytuł pokazuje, że tylko podążamy w stronę Anny, że
w sumie nikt nam nie obiecał, że do niej dojdziemy i
przyjrzymy się jej z bliska, choć podtytuł – biografia - może to
sugerować.
Jednak mocno niepełne jest opowiadanie o Annie Iwaszkiewiczowej bez, by tak
rzec, właściwego jej – i w ogóle Iwaszkiewiczom – entourage’u, bez dokładnego
opisu Stawiska i wcześniejszej, przecież tak ważnej dla nich podkowiańskiej
Aidy, bez zarysowania choćby niezwykłej roli, jaką Jarosław Iwaszkiewicz
odgrywał w polskiej kulturze i polskiej polityce, bez szerszej wzmianki o jego
twórczości, bez podróży po Europie poza służbowymi wojażami dyplomatycznymi
Jarosława (czytelnik nie dowie się też, skąd poeta wziął się w dyplomacji)… Anna
Iwaszkiewiczowa z Ustką, ale bez Zakopanego, Jerzy Liebert wyłącznie w
kontekście religijnym (ale bez Litanii do Marii Panny Szymanowskiego),
pasje kulturowe Anny bez wzmianki o Królu Rogerze i Harnasiach, gdzie
współpraca Jarosława z Szymanowskim była także częścią aktywności Anny,
przyjaciele Iwaszkiewiczów ograniczeni w zasadzie do kilku osób, wśród których
nie wymienieni są tak ważni dla nich na przykład Jerzy Mieczysław Rytard i
Helena Rojówna… Strasznie puste to Stawisko się zrobiło. Ta książka to sztuka w
teatrze, w którym zabrakło pieniędzy na kostiumy i scenografię, a połowa aktorów
jest na zwolnieniu… A Anna przestała być prawdziwą kobietą, żywą i atrakcyjną
przez wiele lat i dla wielu, bo oglądamy tu tylko wypreparowane z ciała i
psychiki fotografie rentgenowskie, na których jest tylko szkielet, a ciała i
duszy widać niewiele.
No, cóż – przeczytałem, dziękuję, dowiedziałem się paru rzeczy, wstawiam na
półkę pod literą I. To zresztą niedaleko litery G.
------------------
Sylwia Góra, W stronę Anny. Biografia Anny Iwaszkiewicz, Wydawnictwo
Marginesy, Warszawa 2025, 301 stron