Maciej Pinkwart
Choćby potop…

Jestem w rozterce, choć nie jestem kynologiem i to nie o mnie pisał Sławomir
Mrożek. Nie znam żadnego kynologa i nie znam nikogo, kto by znał. Kynolodzy,
zdaje się, wyginęli. Oczywiście, miłośników psów jest więcej niż miłośników
ludzi, ale są to amatorzy. Zawodowo psami zajmują się specjaliści z różnych
dziedzin: weterynarze, w poczekalni do których pies musi się rozpychać między
chomikiem i żółwiem, a jak ma pecha, to i krowa w kolejce się trafi, oraz
behawioryści, którzy próbują psy nauczyć ludzkich manier, a ich właścicieli –
wykształcić w rozumieniu manier psich.
Do grona specjalistów od psów dołączyły ostatnio piosenkarki.
Dlaczego piszę o psach? Nie tylko dlatego, że raczkująca wiosna odsłania w
kolosalnych ilościach dowody na to, że spacery z psami mają na celu nie tylko
podziwianie nadlatujących bocianów i słuchanie pierwszych skowronków. Psy
kochają prawie wszyscy, zwłaszcza na Podhalu, gdzie miłość do psów idzie w
paragon (kto pamięta jeszcze taki idiom?) z miłością do koni w okolicach
Morskiego Oka, do lokalnych niewiast i ogólnie do wszystkich istot słabszych.
Przez tę deczko toksyczną miłość możemy na psach zaobserwować jak przez
manipulacje genetyczne – najpierw naturalne, a potem hodowlano-biznesowe –
człowiek zaingerował w spokojny bieg ewolucji, która w ciągu naszego gatunkowego
żywota przeprowadziła te ukochane zwierzęta od wilków przez psy myśliwskie do
buldożków francuskich i chartów rosyjskich oraz cziuał. Pomijam celowo
metaforyczne i pseudonimiczne znaczenie słowa pies, które to znaczenie
ewoluowało od pogardy do sympatii i z powrotem, od hipisów do policjantów i
niechcianych kochanków.
A skąd rozterka, w którą popadłem nie będąc kynologiem? No bo w zasadzie nie
wiem, czy moje ostatnie lektury o przebiegu ewolucji na naszej planecie
powinienem Państwu w ogóle polecać w czasach, kiedy codziennych powodów do
desperacji mamy aż nadto. I to w zasadzie we wszystkich dziedzinach. Zupełnym
przypadkiem tak się złożyło, że obie te publikacje kupiłem mniej więcej w tym
samym czasie i zacząłem czytać na raz – nie do końca wiedząc, na ile są wobec
siebie komplementarne. Ale Historię naturalną przyszłości Roba Dunna
zaoferowało mi szanowane bardzo przeze mnie wydawnictwo Copernicus Center Press
w postaci elektronicznej, zaś niedługo potem trafiła do mnie reklama ABC
ewolucji Marty Wrzosek, którą nieznane mi przedtem poznańskie wydawnictwo
„Sorus” opublikowało tylko w wersji papierowej, i to kilkanaście lat temu, o
czym nie wiedziałem wcześniej, a w aktualnej reklamie daty wydania nie było.
No i Dunna czytałem nocą, przed zaśnięciem – z tabletu, a Wrzosek –
popołudniami, przed politycznym podsumowaniem dnia – na papierze. Nie wiem, czy
to był dobry wybór, bo przez kilkanaście dni miałem koszmarne sny, a poczynania
kretynów, bandytów i psycholi na stanowiskach prezydenckich i prezesowskich
wydały mi się mdłą kaszką z mleczkiem. Ale wytłumaczyłem sobie, że po pierwsze
obie te książki w pewien sposób się uzupełniają, a w zestawieniu – tworzą
interesujące, choć mało optymistyczne continuum, a po drugie – jestem tak
stary, że mogę przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, iż nie dożyję czasów,
kiedy ten etap ewolucji życia na Ziemi, który obejmuje egzystencję homo
sapiens doczeka ostatniego wyłączenia prądu. Choć nie wiem, czy to jest
powód do pocieszania się.
No to zacznijmy od niewielkiej, ale treściwej i świetnie napisanej książki Marty
Wrzosek, która w trzech częściach pokazuje dotychczasową historię ewolucji. W
omówieniach publikacji czytałem, że przeznaczona jest ona zarówno dla uczniów
szkół ponadpodstawowych i studentów, jak i osób dorosłych, zainteresowanych
tematem – co nie było specjalnie zachęcające. Ale ponieważ walkę z demencją
należy rozpocząć od pogodzenia się z tym, że co nieco cofamy się do dzieciństwa
– otworzyłem pierwsze strony. Niestety, moje dzieciństwo i młodość upłynęły bez
szczegółowej wiedzy o kolejności następujących po sobie epok geologicznych ani o
nazwach poszczególnych królestw życia na Ziemi. Musiałem to teraz nadrobić – i
to było pierwsze niełatwe ćwiczenie.
ABC ewolucji to systematyczny i
mimo wszystko przystępny wykład naszej wspólnej, ziemskiej, historii.
Część pierwsza – która powinna być wykładana w szkołach równolegle z katechizmem
(jeśli ten przetrwa najbliższe dekady…) tłumaczy mechanizmy ewolucji. Chyba
niełatwo będzie nam zaakceptować to, że wszystkie żywe istoty, i te zmieniające
się na naszych oczach, i te podlegające zmianom w ciągu milionów lat – to efekt
powielania się przypadkowych błędów w trakcie procesu replikacji łańcuchów DNA w
komórkach. Mówi się czasem, że nie ma przypadków, są tylko znaki. W tym
przypadku naszym znakiem rozpoznawczym jest przypadek…
Rzuciłem się na ten rozdział w nadziei, że dowiem się, jak to się wszystko
zaczęło, jak z małżeństwa chemii z fizyką powstała ich córka – biologia.
Niestety… Czytam: [W wodzie] Tworzące się spontanicznie cząsteczki związków
organicznych (zawierających łańcuchy węglowe) mogły swobodniej łączyć się w
różne układy, z których trwalsze pozostawały, podczas gdy inne rozpadały się.
[…] W pewnym momencie pojawił się związek chemiczny mogący się powielić,
odtworzyć, rozmnożyć. Niektórzy sądzą, że cząsteczki takie przybyły z kosmosu.
JAK się te cząsteczki tworzyły i zaczęły rozmnażać – tego dalej nie wiem. Ale w
sumie zasada ignoramus et ignorabimus, nie wiemy i wiedzieć nie będziemy
– wciąż obowiązuje i obawiam się, że tak już zostanie.
Druga część książki pokazuje ewolucję Ziemi, a trzecia – ewolucję człowieka. Tę
czyta się szczególnie dobrze, bo niejako pozwala śledzić w nas to, co i jak
działo się w naszej własnej przeszłości. Jednego tylko nie doczytałem, a bardzo
chciałem. I znów ten przeklęty zaimek pytajny: jak: otóż nadal nie wiem JAK to
się stało, że my, ludzie, zyskaliśmy – nie, nie umiejętność posługiwania się
narzędziami, porozumiewania się, wyrażania radości i smutku,
nie – dalej nie wiem jak powstało to, co
nas drastycznie różni od zwierząt: samoświadomość istnienia w czasie i
przestrzeni, chęć przetrwania w symbolach, twórczość, kultura, religia… Milion
razy już to pisałem: znamy tysiące wizerunków mamuta, namalowanych przez
człowieka, ale nie znamy ani jednego wizerunku człowieka, namalowanego przez
mamuta…
Narracja autorki doprowadza nas do współczesności, do naszego etapu rozwoju
kulturowego i technologicznego. I tu się zatrzymam, przechodząc do Historii
naturalnej przyszłości. Jeśli Marta Wrzosek opowiada nam ciekawie o naszej
przeszłości, to Rob Dunn prowadzi nas przez niełatwe ścieżki teraźniejszości z
perspektywą na przyszłość, oby jak najodleglejszą. A wszystko to także tropami
ewolucji. Autor jest biologiem, pisarzem i profesorem na Wydziale Ekologii
Stosowanej Uniwersytetu Stanowego Karoliny Północnej. W tej publikacji opisuje
własne i swoich kolegów badania nad współcześnie dziejącą się ewolucją zwierząt
i człowieka oraz perspektywy, jakie nasza wiedza, technologia i zasady
postępowania stwarzają dla naszego rozwoju – który nieuchronnie prowadzi do
samozagłady naszego gatunku.
I tu książka Dunna spotyka się z książką Marty Wrzosek (która też jest
biologiem, profesorem na Uniwersytecie Warszawskim, specjalistą-mykologiem).
Przy czym Dunn pociesza nas tym, że choćbyśmy nie wiem jak się starali,
byli proekologiczni, poskromili wybujałą technikę, a nawet opanowali problemy
energetyczne – to życie na Ziemi wcześniej czy później wymrze, nawet nie
czekając na zmiany aktywności naszego Słońca. Cóż, nic nowego: w dziejach Ziemi
było już pięć wielkich wymierań, teraz trwa szóste – w którym kluczowy udział ma
działalność ludzi. Obecnie na Ziemi żyje 8,7 mln gatunków organizmów
eukariotycznych (czyli takich, które mają jądra komórkowe: glony, grzyby,
rośliny i zwierzęta). W ciągu dziejów Ziemi już wyginęło 99 % żyjących
organizmów, ponad pięć miliardów gatunków). Aż dziwne, że my jeszcze żyjemy.
Człowiek od wieków próbuje ingerować w naturalny proces ewolucji, starając się
skłonić ją by tworzyła byty, dla ludzi przydatne. O psach już mówiliśmy.
Stworzyliśmy posłuszne nam producentki mleka i befsztyków, żywe przechowalnie
schabowych, dostarczycielki jajecznicy i dewolajów, wymyśliliśmy pyszne
truskawki i ohydne bezsmakowe jabłka i pomidory… Ale ingerujemy też w nas
samych.
Marta Wrzosek pisze o sprawie, która jest w naszym kręgu kulturowym tabu: o tym,
jak człowiek przy pomocy medycyny przeciwstawił się podstawowej zasadzie rozwoju
gatunków. Mówiliśmy już o tym, że ewolucja następuje na skutek przypadkowych
błędów w replikacji DNA. Jeśli zmiany są negatywne – organizm umiera lub nie
jest w stanie powołać do życia potomstwa, wskutek czego wraz z nim umierają
błędy. W następnych pokoleniach utrwalają się tylko te zmiany genetyczne, które
dla gatunku są pozytywne albo przynajmniej obojętne. Brutalnie: genetyczne
zmiany koloru oczu czy włosów nie mają znaczenia dla przeżycia i przetrwania.
Więc się mogą utrwalić. Ale brak oczu, uszkodzenia mózgu czy wady termoregulacji
w organizmie nie przeniosą się same z siebie w następne pokolenie. Uszkodzony
osobnik umrze i nie stworzy dzieci, które też będą miały uszkodzone ważne części
ciała. Ale tu wkracza medycyna, neonatologia, farmakologia – w efekcie czego
organizmy, które w naturalnym świecie, jako słabsze czy niezdolne do
samodzielnego życia nie przetrwałyby i nie przekazałyby swoich uszkodzonych
genów następnym pokoleniom – mogą przetrwać i przekazać. I tą ścieżką gatunek –
przynajmniej jakaś jego część – może zmierzać ku zagładzie…
Popularną, wręcz anegdotyczną pointą rozwoju gatunku ludzkiego może być
stworzenie – uproszczę – myślących, inteligentnych, samonaprawiających się i
samoreprodukujących się robotów. Efektem tej fazy będzie oczywiście wyginięcie
ludzi: nie dlatego, że owe roboty rzucą się by nas eksterminowaźć, tylko że ich
technologia wygra z nami w konkurencji o źródła energii.
Ale niech to nas pocieszy: one też wyginą. I w końcu ziemia stanie się na powrót
naturalna, ekologiczna, wręcz dziewicza. I być może przyjdzie jakiś porządny
potop, a w środowisku wodnym znów utworzą się spontanicznie cząsteczki
związków organicznych i w pewnym momencie pojawi się związek chemiczny mogący
się powielić, odtworzyć, rozmnożyć. Być może cząsteczki takie znów przybędą z
kosmosu.
Dodam, że w książce Marty Wrzosek jest szalenie przydatny
kilkudziesięciostronicowy Dodatek, zawierający przejrzystą tablicę
prezentującą dzieje Ziemi i ewolucji biologicznej, drzewo genealogiczne życia na
Ziemi oraz szczegółowy słownik ważnych dla zrozumienia tej sprawy pojęć.
--------------------------------------------
Rob Dunn, Historia naturalna przyszłości. Co prawa przyrody mówią o losie
człowieka, tłumaczenie Krzysztof Skonieczny, Wydawnictwo Copernicus Center
Press, Kraków 2023, 320 stron (e-book: 299 stron)
Marta Wrzosek, ABC ewolucji, Wydawnictwo Sorus, Poznań 2010, 244 strony.