Maciej Pinkwart

Choćby potop…

 1 marca 2026

TUTAJ wersja audio

Jestem w rozterce, choć nie jestem kynologiem i to nie o mnie pisał Sławomir Mrożek. Nie znam żadnego kynologa i nie znam nikogo, kto by znał. Kynolodzy, zdaje się, wyginęli. Oczywiście, miłośników psów jest więcej niż miłośników ludzi, ale są to amatorzy. Zawodowo psami zajmują się specjaliści z różnych dziedzin: weterynarze, w poczekalni do których pies musi się rozpychać między chomikiem i żółwiem, a jak ma pecha, to i krowa w kolejce się trafi, oraz behawioryści, którzy próbują psy nauczyć ludzkich manier, a ich właścicieli – wykształcić w rozumieniu manier psich.  Do grona specjalistów od psów dołączyły ostatnio piosenkarki.

Dlaczego piszę o psach? Nie tylko dlatego, że raczkująca wiosna odsłania w kolosalnych ilościach dowody na to, że spacery z psami mają na celu nie tylko podziwianie nadlatujących bocianów i słuchanie pierwszych skowronków. Psy kochają prawie wszyscy, zwłaszcza na Podhalu, gdzie miłość do psów idzie w paragon (kto pamięta jeszcze taki idiom?) z miłością do koni w okolicach Morskiego Oka, do lokalnych niewiast i ogólnie do wszystkich istot słabszych. Przez tę deczko toksyczną miłość możemy na psach zaobserwować jak przez manipulacje genetyczne – najpierw naturalne, a potem hodowlano-biznesowe – człowiek zaingerował w spokojny bieg ewolucji, która w ciągu naszego gatunkowego żywota przeprowadziła te ukochane zwierzęta od wilków przez psy myśliwskie do buldożków francuskich i chartów rosyjskich oraz cziuał. Pomijam celowo metaforyczne i pseudonimiczne znaczenie słowa pies, które to znaczenie ewoluowało od pogardy do sympatii i z powrotem, od hipisów do policjantów i niechcianych kochanków.

A skąd rozterka, w którą popadłem nie będąc kynologiem? No bo w zasadzie nie wiem, czy moje ostatnie lektury o przebiegu ewolucji na naszej planecie powinienem Państwu w ogóle polecać w czasach, kiedy codziennych powodów do desperacji mamy aż nadto. I to w zasadzie we wszystkich dziedzinach. Zupełnym przypadkiem tak się złożyło, że obie te publikacje kupiłem mniej więcej w tym samym czasie i zacząłem czytać na raz – nie do końca wiedząc, na ile są wobec siebie komplementarne. Ale Historię naturalną przyszłości Roba Dunna zaoferowało mi szanowane bardzo przeze mnie wydawnictwo Copernicus Center Press w postaci elektronicznej, zaś niedługo potem trafiła do mnie reklama ABC ewolucji Marty Wrzosek, którą nieznane mi przedtem poznańskie wydawnictwo „Sorus” opublikowało tylko w wersji papierowej, i to kilkanaście lat temu, o czym nie wiedziałem wcześniej, a w aktualnej reklamie daty wydania nie było.

No i Dunna czytałem nocą, przed zaśnięciem – z tabletu, a Wrzosek – popołudniami, przed politycznym podsumowaniem dnia – na papierze. Nie wiem, czy to był dobry wybór, bo przez kilkanaście dni miałem koszmarne sny, a poczynania kretynów, bandytów i psycholi na stanowiskach prezydenckich i prezesowskich wydały mi się mdłą kaszką z mleczkiem. Ale wytłumaczyłem sobie, że po pierwsze obie te książki w pewien sposób się uzupełniają, a w zestawieniu – tworzą interesujące, choć mało optymistyczne continuum, a po drugie – jestem tak stary, że mogę przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, iż nie dożyję czasów, kiedy ten etap ewolucji życia na Ziemi, który obejmuje egzystencję homo sapiens doczeka ostatniego wyłączenia prądu. Choć nie wiem, czy to jest powód do pocieszania się.

No to zacznijmy od niewielkiej, ale treściwej i świetnie napisanej książki Marty Wrzosek, która w trzech częściach pokazuje dotychczasową historię ewolucji. W omówieniach publikacji czytałem, że przeznaczona jest ona zarówno dla uczniów szkół ponadpodstawowych i studentów, jak i osób dorosłych, zainteresowanych tematem – co nie było specjalnie zachęcające. Ale ponieważ walkę z demencją należy rozpocząć od pogodzenia się z tym, że co nieco cofamy się do dzieciństwa – otworzyłem pierwsze strony. Niestety, moje dzieciństwo i młodość upłynęły bez szczegółowej wiedzy o kolejności następujących po sobie epok geologicznych ani o nazwach poszczególnych królestw życia na Ziemi. Musiałem to teraz nadrobić – i to było pierwsze niełatwe ćwiczenie.

ABC ewolucji to systematyczny i mimo wszystko przystępny wykład naszej wspólnej, ziemskiej, historii. Część pierwsza – która powinna być wykładana w szkołach równolegle z katechizmem (jeśli ten przetrwa najbliższe dekady…) tłumaczy mechanizmy ewolucji. Chyba niełatwo będzie nam zaakceptować to, że wszystkie żywe istoty, i te zmieniające się na naszych oczach, i te podlegające zmianom w ciągu milionów lat – to efekt powielania się przypadkowych błędów w trakcie procesu replikacji łańcuchów DNA w komórkach. Mówi się czasem, że nie ma przypadków, są tylko znaki. W tym przypadku naszym znakiem rozpoznawczym jest przypadek…

Rzuciłem się na ten rozdział w nadziei, że dowiem się, jak to się wszystko zaczęło, jak z małżeństwa chemii z fizyką powstała ich córka – biologia. Niestety… Czytam: [W wodzie] Tworzące się spontanicznie cząsteczki związków organicznych (zawierających łańcuchy węglowe) mogły swobodniej łączyć się w różne układy, z których trwalsze pozostawały, podczas gdy inne rozpadały się. […] W pewnym momencie pojawił się związek chemiczny mogący się powielić, odtworzyć, rozmnożyć. Niektórzy sądzą, że cząsteczki takie przybyły z kosmosu.

JAK się te cząsteczki tworzyły i zaczęły rozmnażać – tego dalej nie wiem. Ale w sumie zasada ignoramus et ignorabimus, nie wiemy i wiedzieć nie będziemy – wciąż obowiązuje i obawiam się, że tak już zostanie.

Druga część książki pokazuje ewolucję Ziemi, a trzecia – ewolucję człowieka. Tę czyta się szczególnie dobrze, bo niejako pozwala śledzić w nas to, co i jak działo się w naszej własnej przeszłości. Jednego tylko nie doczytałem, a bardzo chciałem. I znów ten przeklęty zaimek pytajny: jak: otóż nadal nie wiem JAK to się stało, że my, ludzie, zyskaliśmy – nie, nie umiejętność posługiwania się narzędziami, porozumiewania się, wyrażania radości i smutku,  nie – dalej nie wiem jak powstało to, co nas drastycznie różni od zwierząt: samoświadomość istnienia w czasie i przestrzeni, chęć przetrwania w symbolach, twórczość, kultura, religia… Milion razy już to pisałem: znamy tysiące wizerunków mamuta, namalowanych przez człowieka, ale nie znamy ani jednego wizerunku człowieka, namalowanego przez mamuta…

Narracja autorki doprowadza nas do współczesności, do naszego etapu rozwoju kulturowego i technologicznego. I tu się zatrzymam, przechodząc do Historii naturalnej przyszłości. Jeśli Marta Wrzosek opowiada nam ciekawie o naszej przeszłości, to Rob Dunn prowadzi nas przez niełatwe ścieżki teraźniejszości z perspektywą na przyszłość, oby jak najodleglejszą. A wszystko to także tropami ewolucji. Autor jest biologiem, pisarzem i profesorem na Wydziale Ekologii Stosowanej Uniwersytetu Stanowego Karoliny Północnej. W tej publikacji opisuje własne i swoich kolegów badania nad współcześnie dziejącą się ewolucją zwierząt i człowieka oraz perspektywy, jakie nasza wiedza, technologia i zasady postępowania stwarzają dla naszego rozwoju – który nieuchronnie prowadzi do samozagłady naszego gatunku.

I tu książka Dunna spotyka się z książką Marty Wrzosek (która też jest biologiem, profesorem na Uniwersytecie Warszawskim, specjalistą-mykologiem). Przy czym Dunn pociesza nas tym, że choćbyśmy nie wiem jak się starali, byli proekologiczni, poskromili wybujałą technikę, a nawet opanowali problemy energetyczne – to życie na Ziemi wcześniej czy później wymrze, nawet nie czekając na zmiany aktywności naszego Słońca. Cóż, nic nowego: w dziejach Ziemi było już pięć wielkich wymierań, teraz trwa szóste – w którym kluczowy udział ma działalność ludzi. Obecnie na Ziemi żyje 8,7 mln gatunków organizmów eukariotycznych (czyli takich, które mają jądra komórkowe: glony, grzyby, rośliny i zwierzęta). W ciągu dziejów Ziemi już wyginęło 99 % żyjących organizmów, ponad pięć miliardów gatunków). Aż dziwne, że my jeszcze żyjemy.

Człowiek od wieków próbuje ingerować w naturalny proces ewolucji, starając się skłonić ją by tworzyła byty, dla ludzi przydatne. O psach już mówiliśmy. Stworzyliśmy posłuszne nam producentki mleka i befsztyków, żywe przechowalnie schabowych, dostarczycielki jajecznicy i dewolajów, wymyśliliśmy pyszne truskawki i ohydne bezsmakowe jabłka i pomidory… Ale ingerujemy też w nas samych.

Marta Wrzosek pisze o sprawie, która jest w naszym kręgu kulturowym tabu: o tym, jak człowiek przy pomocy medycyny przeciwstawił się podstawowej zasadzie rozwoju gatunków. Mówiliśmy już o tym, że ewolucja następuje na skutek przypadkowych błędów w replikacji DNA. Jeśli zmiany są negatywne – organizm umiera lub nie jest w stanie powołać do życia potomstwa, wskutek czego wraz z nim umierają błędy. W następnych pokoleniach utrwalają się tylko te zmiany genetyczne, które dla gatunku są pozytywne albo przynajmniej obojętne. Brutalnie: genetyczne zmiany koloru oczu czy włosów nie mają znaczenia dla przeżycia i przetrwania. Więc się mogą utrwalić. Ale brak oczu, uszkodzenia mózgu czy wady termoregulacji w organizmie nie przeniosą się same z siebie w następne pokolenie. Uszkodzony osobnik umrze i nie stworzy dzieci, które też będą miały uszkodzone ważne części ciała. Ale tu wkracza medycyna, neonatologia, farmakologia – w efekcie czego organizmy, które w naturalnym świecie, jako słabsze czy niezdolne do samodzielnego życia nie przetrwałyby i nie przekazałyby swoich uszkodzonych genów następnym pokoleniom – mogą przetrwać i przekazać. I tą ścieżką gatunek – przynajmniej jakaś jego część – może zmierzać ku zagładzie…

Popularną, wręcz anegdotyczną pointą rozwoju gatunku ludzkiego może być stworzenie – uproszczę – myślących, inteligentnych, samonaprawiających się i samoreprodukujących się robotów. Efektem tej fazy będzie oczywiście wyginięcie ludzi: nie dlatego, że owe roboty rzucą się by nas eksterminowaźć, tylko że ich technologia wygra z nami w konkurencji o źródła energii.

Ale niech to nas pocieszy: one też wyginą. I w końcu ziemia stanie się na powrót naturalna, ekologiczna, wręcz dziewicza. I być może przyjdzie jakiś porządny potop, a w środowisku wodnym znów utworzą się spontanicznie cząsteczki związków organicznych i w pewnym momencie pojawi się związek chemiczny mogący się powielić, odtworzyć, rozmnożyć. Być może cząsteczki takie znów przybędą z kosmosu.

Dodam, że w książce Marty Wrzosek jest szalenie przydatny kilkudziesięciostronicowy Dodatek, zawierający przejrzystą tablicę prezentującą dzieje Ziemi i ewolucji biologicznej, drzewo genealogiczne życia na Ziemi oraz szczegółowy słownik ważnych dla zrozumienia tej sprawy pojęć.

--------------------------------------------

Rob Dunn, Historia naturalna przyszłości. Co prawa przyrody mówią o losie człowieka, tłumaczenie Krzysztof Skonieczny, Wydawnictwo Copernicus Center Press, Kraków 2023, 320 stron (e-book: 299 stron)

Marta Wrzosek, ABC ewolucji, Wydawnictwo Sorus, Poznań 2010, 244 strony.

 

Inne komentarze i recenzje