Maciej
Pinkwart
Zamordowany świat
Ojciec opowiadał dowcipy o Żydach. Były zabawne, zresztą potem wiele odnalazłem
w książkach z humorem żydowskim. Nie wiem, czy to można byłoby nazwać
antysemityzmem. Mama ostrzej włączyła ten temat w 1968 roku, kiedy jej – i mój,
niestety – znajomy ubek i endek (częste wówczas połączenie) zaczął jej przynosić
powielane pismo „Nasza Walka”, gdzie rozmaici moczarowcy demaskowali kto z tzw.
komandosów i ich rzekomych popleczników we władzach jak naprawdę się nazywa,
komu to służy i kto za tym stoi.
A ja początkowo myślałem, że wszyscy polscy Żydzi zostali zamordowani w czasie
wojny, a jeśli zdołali uciec, to siedzą teraz w Izraelu albo w Ameryce.
Pierwszego prawdziwego Żyda zobaczyłem w 1967 r., kiedy jeden z kolegów
studenckich, po wybuchu czerwcowej wojny sześciodniowej po zajęciach w katedrze
egiptologii stanął przed nami i powiedział, że tak naprawdę to on nie ma na imię
Ignacy, tylko Levi i w tej wojnie popiera Izrael, bo jest Żydem. Przyjęliśmy do
wiadomości, ale nie zaaprobowaliśmy: w końcu, byliśmy egiptologami.
I dopiero w marcu ‘68, kiedy ludzi, z którymi byliśmy blisko od paru lat i
których nikt nigdy nie pytał o pochodzenie, bo wyglądali tak samo jak my,
ubierali się tak jak my, tańczyli do tej samej muzyki co my, słowem – byli tacy
sami jak my – zaczęło jakoś nieoczekiwanie ubywać. Wyjeżdżali profesorowie, u
których już nie zdążyliśmy zdać ekonomii, filozofii czy socjologii, wyjeżdżali
koledzy, którzy mieli razem z nami zaliczać kolejny semestr, dziewczyny nie
przychodziły na randkę…
A potem w 1989 r. przyszła wolność i niebawem okazało się, że to jest nie tylko
wolność „od”, ale i wolność „do”. I to „do” w niektórych wyzwoliło demony. Przed
kościołami i wyższymi uczelniami znów pojawiły się książki z dowcipami o Żydach,
przy czym to zwykle już nie byli Żydzi, tylko żydzi, albo żydki i nie były to
dowcipy tylko ohydne pomyje, rodem nie tylko z Marca ‘68, ale i z nazistowskiego
„Stürmera”.
Faszyści i antysemici zaczęli pojawiać się w kampaniach wyborczych, kandydowali
na posłów i prezydentów, przegrywali – ale z biegiem czasu mieli coraz lepsze
wyniki. Zamawiali po pięć piw przy pomocy salutu rzymskiego, obchodzili urodziny
Adolfa, niby to w konwencji zgrywy, więc bez żadnej stanowczej reakcji władz,
choć kodeksowo to już były do przyklepania artykuły 256 i 257 KK. Ale
szkodliwość społeczna była niewielka, bo co to za antysemityzm bez Żydów. No
owszem, Żydzi się pojawiali, ale tacy bardziej symboliczni: palone kukły Judaszów na Wielkanoc, kupowane pejsate figurki z grosikiem, które miały
przynieść powodzenie w interesach, Żydami dla ŁKS-u byli piłkarze Widzewa czy
odwrotnie… Żydem mógł być każdy obcy, nie swój, a więc wrogi, którego można, a
nawet trzeba nienawidzić w sposób społecznie akceptowalny. Jednak realny
antysemityzm – dla mnie – był czymś zamierzchłym, zatrzymanym w kadrze
przeszłości. Pisząc pracę doktorską o dawnej prasie lokalnej zająłem się też
zakopiańskim antysemityzmem, który pojawił się w gazetach w początku lat
dwudziestych, a kulminował na łamach tygodnika „Góral” (1925-27), organu Związku
Ludowo-Narodowego, gdzie był już chamski, agresywny i polityczny, połączony z
atakami na działaczy PSL „Piast”, zwolenników Piłsudskiego i aktywistów
Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Irytujące, ale raczej folklorystyczne.
A potem, po wielu latach przyszło Jedwabne, książki Tomasza Grossa, Jana
Grabowskiego i Barbary Engelking i brutalne ataki na tych, co o polskim
antysemityzmie zaczęli mówić głośno. Wreszcie pojawił się Sławomir Mentzen ze
swoją piątką i Grzegorz „Szczęść Boże” Braun, na jednym oddechu walczący z
żydokomuną, Eurokołchozem (z którego pobiera spore uposażenie),
Kominternem i rządzącym Polską establishmentem. A wielu współczesnych górali
zapewne nie lubiących pamiętać o tym, że część dawnej ludności Podhala w ramach
Komitetu Góralskiego w czasie okupacji niemieckiej ochoczo włączyła się do tzw.
ostatecznego rozwiązywania kwestii żydowskiej, stało się najwierniejszymi
stronnikami Korony Polskiej i jej programu.
Okazało się jednak, że wiedząc to wszystko, nie byłem przygotowany do tej
lektury. Dwa tygodnie temu na moim biurku pojawiła się wstrząsająca książka
Karoliny Panz o Żydach w Nowym Targu. Autorka jest warszawianką, od 2005 r.
zamieszkałą na Podhalu (obecnie w Rabie Wyżnej), socjolożką, absolwentką
Uniwersytetu Warszawskiego, zajmującą się naukowo tematyką Zagłady (praca
magisterska 2006 – Losy żydowskich mieszkańców Grójca – historia Zagłady.
Między pamięcią a zapomnieniem, doktorat 2018 – Zagłada żydowskich
mieszkańców Nowego Targu w perspektywie mikrohistorycznej – głosy, obrazy,
przybliżenia i oddalenia). Jest też autorką rozdziału o powiecie nowotarskim
w czasie okupacji w słynnej książce Dalej jest noc…, w opracowaniu
Barbary Engelking i Jana Grabowskiego.
To nie jest lekturka na sympatyczne, niedzielne popołudnie, o, nie! I w
ogóle ludzie o słabych nerwach nie powinni jej czytać. Nie jestem pewien, czy
dla mnie też nie byłoby lepiej, gdybym tego nie przeczytał i dalej tkwił w
nieświadomości, czy wręcz niewiedzy o historii tamtych czasów. Ale książkę
kupiłem. Wiem teraz więcej – i nie jest mi z tą wiedzą dobrze.
Przyznaję ze wstydem, że moje wyobrażenie o losach Żydów w czasie wojny, a może
w ogóle w czasach faszyzmu, pojawiającego się w Polsce przed wojną, podczas
wojny i po wojnie było dalekie od historycznej rzeczywistości. Karolina Panz
dość brutalnie uświadomiła mi, że z całą tą moją szkolną, peerelowską wiedzą
jestem o sto mil od prawdy. Myślałem bowiem, że tu, na Podhalu było tak, że
polski antysemityzm lat 30-tych był w zasadzie symboliczny, trochę inspirowany
zza granicy (zachodniej), wywodzący się z konkurencji gospodarczej, a potem
przyszli Niemcy i wysłali do obozów lub na śmierć wszystkich polskich Żydów. I
Karolina Panz pokazuje mi, jak bardzo się myliłem.
Ciężko się czyta i przykro się potem myśli. To jest przerażający dokument,
oparty na wręcz benedyktyńskiej pracy archiwistycznej. Książka, która
najbrutalniej jak tylko można ilustruje tezy Mariana Turskiego o Holocauście,
który nie spadł z nieba, który sobie tuptał powolutku w Polsce
przedwojennej, a w czasie wojny też nie uderzył od razu. Pierwsze lata okupacji
to pozory układania się Niemców z podbitym krajem, próby wciągnięcia do
kolaboracji Polaków (władz samorządowych, policji, służb miejskich), a także
Żydów. Ci, co prawda, od początku okupacji byli traktowani jak obywatele gorszej
kategorii, zmuszani do źle opłacanej lub zgoła darmowej pracy zgodnie ze swoimi
zawodami albo wykorzystywani do robót fizycznych znacznie poniżej ich
kwalifikacji, jednak byli organizacyjnie uporządkowani, z własnymi samorządami i
władzami (Judenrat), z rozbudowaną siecią pomocy społecznej dla dorosłych i
dzieci, kuchniami dla bezrobotnych, z własnym systemem komunikacji, a nawet z
własnymi żydowskimi czasopismami…
Potem przyszedł następny etap, w którym okupanci, wspomagani niekiedy przez
okupowanych, pozbawiali Żydów majątków, planowali utworzyć w Nowym Targu
żydowskie getto (co się nie udało), czasem stawiali się w roli arbitrów w
sporach między Polakami i Żydami, a nawet – między jednymi Żydami a drugimi.
Żydzi byli dzieleni na nieużytecznych oraz przydatnych dla okupanta, stawali się
też na tym etapie niewolniczą siłą roboczą, wykorzystywaną w obozach pracy w
Nowym Targu, Czarnym Dunajcu i Zakopanem.
No i etap trzeci, który był planową eksterminacją – poprzez wywózki do obozów w
Bełżcu i potem Auschwitz, oraz przez bestialskie zabójstwa – na terenie miasta,
w okolicznych laskach, na stadionie miejskim i na żydowskim cmentarzu przy ul.
Strzelniczej (dziś: Jana Pawła II).
A potem umarło dla Żydów miasto, w którym Żydzi byli od czterystu lat, a teraz
już ich nie było. Spośród 2411 obywateli wyznania mojżeszowego sprzed września
1939, ocalało może kilkudziesięciu, którzy zdołali uciec i nie zostać zabitymi w
czasie ucieczki. I razem z nimi zamordowany został świat, w którym dawny Nowy
Targ istniał przez wieki.
Ale tak naprawdę to w zasadzie zawsze były dwa światy. Owszem, polskie i
żydowskie dzieci bawiły się razem na podwórkach, wałęsały się po mieście,
chodziły do gimnazjum, Nowotarżanie korzystali z usług żydowskich lekarzy,
adwokatów, notariuszy, kupowali w żydowskich sklepach czy żydowskich kramikach
na jarmarku… A potem Żydzi szli do domów, gdzie mieszkali po sąsiedzku z
Polakami, na Krzywej, na Waksmundzkiej, na Ludźmierskiej, na Kościuszki, na
Rynku, wchodząc dotykali mezuzy z cytatem z Tory, zamykali starannie drzwi i
okna i żyli w swojej Anatewce, gdzie skrzypkowie grali na dachach, gdzie
pachniał czulent, gdzie rabin wyjaśniał problemy i rozstrzygał spory, gdzie w
synagogach błagano Jahwe o opiekę, gdzie doświadczony rzezak dbał o koszerność
mięsa i gdzie gęsie szyjki trzeba było jeszcze nieść do rabina, aby zbadał,
czy nie ma w nich jakiś dziurek, bo w takim wypadku gdy w szyjce była dziurka,
to gęś została uznawana za „trefną”. Ten świat, istniejący obok o pół kroku,
posługujący się własnym językiem i choć znający polski, to jednak często niezbyt
dobrze, był może pociągająco egzotyczny, ale obcy i całkowicie niezrozumiały.
Byli oczywiście Żydzi zasymilowani, niczym na pozór nie różniący się od Polaków,
ale oni najczęściej byli traktowani nieufnie, przez jednych i drugich.
Aha, warto dopowiedzieć i to, co dziś nie jest wiedzą powszechną: Żydzi, bez
względu na stopień asymilacji, byli obywatelami państwa polskiego. Byli Polakami
narodowości żydowskiej i – choć nie zawsze – wyznania mojżeszowego, którzy
kończyli (lub nie) polskie szkoły i wyższe uczelnie, służyli w polskich hufcach
junackich i w polskim wojsku, walczyli w pierwszej wojnie w różnych armiach i w
wojnie przeciwko bolszewikom w 1920 roku. Ich ojczyzną była Polska – taka, jaka
wtedy była. Nawet, jeśli byli syjonistami i marzyli o własnym państwie w
Palestynie.
Okno do tego świata otwiera, czy może raczej uchyla książka Karoliny Panz, którą
na początku czytałem trochę jak reportaż z egzotycznego kraju, by potem z
przerażeniem przerzucać stronę za stroną patrząc, czy spomiędzy tych stron nie
wypłynie struga krwi. Która, żydowska czy polska, niemiecka, rosyjska czy
słowacka – zawsze ma ten sam kolor. Bestialstwo Niemców było podbudowane
ideologią i rozkazami rządzących nimi szaleńców. Podłość Polaków, którzy Niemcom
denuncjowali Żydów i starali się na ich eksterminacji wzbogacić – oburzająca i
ohydna, ale też jakoś uzasadniana chciwością, religią i poczuciem obcości, a w
dodatku jakby tonowana przez liczne przykłady pomocy, jakiej Polacy udzielali
żydowskim uciekinierom i ocalałym od zagłady dzieciom. Choć częściej do takich
bohaterskich gestów byli skłonni ludzie obcy, niż sąsiedzi. Natomiast
najbardziej odrażające było postępowanie mieszkańców Podhala, bestialsko
mordujących tych nielicznych Żydów, którzy po wojnie do Nowego Targu wrócili i
próbowali swój świat odtworzyć i zacząć tu żyć na nowo. Maniowy, Rabka, Nowy
Targ, Zakopane, Kiezmark… Ludzie od Kurasia „Ognia”, jak ich ostrożnie określa
autorka, swojego chamskiego bestialstwa nie uzasadniali w zasadzie niczym: ani
konkurencją ekonomiczną, ani religią, ani ideologią, ani patriotyzmem. Tylko
tym, że ich ofiary są Żydami (i Żydziętami, jak pisali w swoich
pseudowyrokach) – i jako tacy nie mają prawa żyć. Morderstwom towarzyszył zwykle
rabunek – ale co można było zrabować wiejskim czy małomiasteczkowym Żydom po
sześciu latach Zagłady?
Ciężko się to czyta. Książka ma ponad dwa tysiące przypisów, które umieszczone
są na końcu, więc sięganie do nich jest – zwłaszcza przy obszerności publikacji
– tak uciążliwe, że w końcu dokupiłem wersję elektroniczną, bo w e-booku na
odnośnik do przypisu wystarczy kliknąć, by go przeczytać. Ponadto autorka
operuje w zasadzie omówieniami lub wręcz cytatami z setek dokumentów
archiwalnych, rzadko je komentując i próbując trzymać emocje na wodzy, choć tych
nie brakuje i w cytowanej korespondencji, i w wywiadach z ocalałymi lub
rodzinami wymordowanych Nowotarżan, które sama przeprowadziła lub przeczytała w
archiwach. Głównym źródłem informacji są tu archiwa dwóch nowotarskich rodzin
żydowskich – Becków i Singerów.
Jest w książce może za dużo pośpiechu, co przejawia się w sporej liczbie
literówek i drobnych nieścisłości, które zniknęłyby przy staranniejszej korekcie
i redakcji (np. słowackie Abrahamovce leżą nie sto kilometrów od Kiezmarku,
tylko niecałe piętnaście…). Poważniejsze zastrzeżenie mam w zasadzie tylko
jedno: w książce Karoliny Panz nie znalazłem informacji o zorganizowanym przez
Niemców obozie pracy dla Żydów na zakopiańskiej Pardałówce. Pisze co prawda
autorka o tym, że żydowscy robotnicy przymusowi pracowali m.in. w zakopiańskim
kamieniołomie pod Capkami i mieszkali w postawionych tam pięciu barakach. To
wszystko prawda, ale główny obóz dla zatrudnianych przez niemiecką firmę „Stuag-Strassen
und Tiefbau Aktiengesellschaft” Żydów z Zakopanego, Nowego Targu, Mszany Dolnej,
Jordanowa i Szczawnicy był na Pardałówce, a dokładniej w miejscu między
dzisiejszymi ulicami Salwatoriańską i Paryskich, koło willi Prymulka. Więziono
tam około czterystu osób. Dziwi mnie to o tyle, że w bibliografii znalazłem
książkę Henryka Josta Zakopane czasu okupacji, co prawda pierwsze
wydanie, z 1989 r. (ostatnie, czwarte, ukazało się w 2022 r., poprzednie w 2009,
oba już po śmierci autora), który o obozie tym pisze szeroko i kompetentnie.
Szkoda też, że w książce Karoliny Panz nie przeczytamy też więcej o działalności
żołnierzy Polski podziemnej – co prawda, dowiadujemy się o Konfederacji
Tatrzańskiej i co nieco o Związku Walki Zbrojnej, ale nic o działalności Armii
Krajowej, w tym plutonu „Żuraw”, dowodzonego przez Adama Palmricha. Inna rzecz,
że działał on głównie w Zakopanem (choć nowotarskie konteksty też tam były), no
a Karolina Panz pisze o zagładzie nowotarskich Żydów, a nie w ogóle o okupacji
na Podhalu.
To wszystko są sprawy nietrudne do poprawienia w kolejnym wydaniu, które
niewątpliwie nastąpi, bo tę książkę powinien mieć każdy umiejący jeszcze czytać
Nowotarżanin, każdy, kto interesuje się Podhalem – no a kto nie interesuje się
Podhalem? – i każdy, kto w dzisiejszych sondażach politycznych zobaczy, ile
procent poparcia ma Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
------------------------------------------
Karolina Panz, Chciałabym opowiedzieć, jak zginęło miasto. Zagłada żydowskich
mieszkańców Nowego Targu. Wydawnictwo: Centrum Badań nad Zagładą Żydów,
Warszawa 2025, 654 strony (e-book: 894 strony).