Maciej
Pinkwart
Trop stomatologiczny
Mariusz Koperski w ostatnich wyborach samorządowych nie został burmistrzem
Zakopanego. Miasto pod Giewontem być może na tym straciło, Zakopiańczycy
zdecydowali jednak inaczej, ale jeśli dziś sarkają i biją się w piersi za tę
decyzję, to mają za swoje: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało, jak
pisał Molier piórem Boya-Żeleńskiego. Ja to się nawet z tego cieszę, bo po
pierwsze i tak zostałem skazany na dożywocie w Nowym Targu, a poza tym widząc,
jak jest teraz w Zakopanem wiem, że jako burmistrz Koperski nie miałby czasu ani
na sympatyczne spotkania w Kmicicu, ani na jeżdżenie na nartach na Kasprowym,
ani na pisanie kryminałów. Tego ostatniego byłoby mi szkoda najbardziej.
Od ukazania się poprzedniej książki tego autora (w wydawnictwie Astraia) minęły
cztery lata, a Pasja Mateusza nie była kryminałem, tylko podhalańską
wersją Stu lat samotności Marqueza. Choć i tam trup ścielił się gęsto, to
jednak poprzedni pełnokrwisty, że się tak wyrażę, kryminał Mariusza
Koperskiego dotarł do czytelników w 2021 roku i nosił niezbyt atrakcyjny tytuł
Amator zbrodni. Tytuł najnowszej książki zafrapował mnie od razu: na
okładce (autorka: Marta Brincken-Czech, no bo ja wiem…) pojawiły się słowa:
Widziałam Joannę.
Rzecz jasna, natychmiast chciałem to przeczytać, i ze względu na imię tytułowe,
i ze względu na femininum w orzeczeniu. Nie mówiąc już o dość oczywistym
nałogu czytania Koperskiego.
Główna (choć nie tytułowa) bohaterka powieści, dentystka z Krakowa i pasjonatka
narciarstwa, kobieta po przejściach, wsiada do wagonika kolejki jadącej na
Kasprowy. Jest wietrznie, mgła, pada śnieg – kolejarze ostrzegają, że
najprawdopodobniej powrotny kurs już nie dojdzie do skutku z powodu nasilającego
się wiatru. Pani doktor spostrzega w wagoniku kobietę w kurtce modnej firmy,
jaką sama chciała kiedyś kupić i z tego powodu ją zapamiętuje. Na górnej stacji
kolejki okazuje się, że kobiety w modnej kurtce wśród wysiadających pasażerów
nie ma – alarm podnosi jej mąż, który widział ją jeszcze, jak odjeżdżali z
Myślenickich Turni.
Zniknięcie z zamkniętego wagonika w czasie jazdy na Kasprowy jest – bez
interwencji sił nadprzyrodzonych – niemożliwe. Wszelkie inne ewentualności są
nieprawdopodobne. I w tej sytuacji do akcji śledczej wkracza bohaterka – jedyna,
poza zrozpaczonym mężem, osoba, która potwierdza, że Joanna w modnej kurtce
naprawdę w kolejce była. Na Kasprowym szaleje wichura, nie widać niczego nawet
na odległość kijka od nart. Przekonuje się o tym dentystka Iza, którą pogoda
zawraca z trawersu na Goryczkową, mimo że jest dobrą narciarką i zna Kasprowy
doskonale. Tymczasem w zatłoczonej poczekalni górnej stacji, przed wejściem do
restauracji, umiera starszy narciarz. Obecny wśród uwięzionych przez pogodę na
Kasprowym ponad trzydziestu osób lekarz, przypadkiem profesor-kardiolog
stwierdza rozległy zawał. W dodatku matka Izy, wierząca we wszystkie teorie
spiskowe, donosi jej telefonicznie, że telewizja już podaje informacje o
horrorze na Kasprowym. Dentystka rozpoczyna śledztwo.
Kobiety w roli detektywów, działające samodzielnie lub u boku dzielnych
zakopiańskich policjantów pojawiały się w książkach Koperskiego już wcześniej –
w Amatorze zbrodni była to oszałamiająco seksowna komisarz Ewa
Konarska, która w Joannie… pojawia się pod koniec akcji, by postawić w
niej przedostatnią kropkę. Teraz seksowność pani komisarz – jak zresztą
jakiejkolwiek innej opisywanej w ostatniej powieści kobiety – nie jest raczej
specjalnie eksponowana, czemu się zresztą wcale nie dziwię w
zakopiańsko-kościeliskich okolicznościach, w jakich funkcjonuje autor. Pod
względem seksualności Widziałam Joannę… mogłaby być omawiana w
podhalańskich liceach. Co prawda zarówno Iza – młodsza koleżanka panny Marple –
klnie jak szewc, podobnie jak prawie wszyscy bohaterowie powieści, ale
najprawdopodobniej i tak nie są oni w stanie przelicytować miejscowych
nastolatków. Ale cieszy to, że Mariusz Koperski wszystkie swoje powieści
traktuje jak swojego rodzaju zakopiańską sagę kryminalną, w której pewne wątki,
osoby i miejsca stają się elementami constans, pozwalającymi czuć się
trochę jak u siebie w celi. Takim elementem jest świat rekinów wielkiego
biznesu, komisarka (słowo daję, tak autor pisze!) Ewa Konarska, no i oczywiście
kawiarnia „Kmicic”, gdzie musi odbywać się choć jedno spotkanie, bez której
zresztą Zakopane byłoby równie nieprawdziwe, jak bez kolejki na Kasprowy.
Akcja biegnie ogromnie wartko, tak że momentami się gubimy, zwłaszcza że autor –
stosownie do jednej z reguł literatury kryminalnej – co i raz podsuwa nam
fałszywe tropy i kieruje nas w ślepe z pozoru zaułki, które z czasem jednak
okazują się bocznymi drogami, prowadzącymi do głównego wątku. On zresztą w
pewnym momencie okazuje się zupełnie inny, niż był na początku. Sprawa
znikającej w wagoniku Joanny nie jest bynajmniej błaha, lecz nasza doktor
stomatolog rozwiązuje ją zgodnie z regułą Sherlocka Holmesa: Gdy odrzucisz
to, co niemożliwe, wszystko pozostałe, choćby najbardziej nieprawdopodobne, musi
być prawdą (Znak czterech, 1890).
Mniej więcej w środku upiornego popołudnia, wieczoru i nocy na Kasprowym, gdzie
w budynku stacyjnym zostali uwięzieni przez pogodę uczestnicy dramatu, tempo
nieco spada, poprzez przeniesienie narracji na formę dialogu. Ale rozmowy, które
toczy bohaterka bezpośrednio, przez telefon czy w internecie, choć zatrzymują
akcję bieżącą, powoli zbliżają nas do prawdy, nieprawdopodobnej lecz
niepodważalnej. Czy na pewno? Cóż, nie tylko ksiądz Tischner udowadniał, że
prawd może być wiele. Odkrywa to też nasza dentystka.
Kolejne zwroty akcji zaczynają przypominać jazdę śmigiem z Kasprowego i gdy
wreszcie, jak się nam wydaje, mgła ustępuje, wiatr cichnie i możemy puścić się
na krechę nartostradą wiodącą do celu – autor funduje nam kolejny suspens. I
kolejny. I kolejny.
Widziałam Joannę to niemal
gotowy scenariusz filmowy. Zresztą pisałem tak już w odniesieniu do innych
powieści tego autora. Ale, oczywiście, to temat zbyt niepoważny dla polskich
filmowców. Jeden, dwa, trzy trupy to dla polskiego filmu za mało, trzeba od razu
brać się do uśmiercania przed kamerą dziesiątek, setek czy tysięcy osób,
odwracając Asnyka i z nieżywymi naprzód iść. A może jednak? Już mi się
marzy taka obsada, z niektórymi zakopiankami i zakopiańczykami w rolach
głównych… Nazwiska podam na kawce w „Kmicicu”.
Cieszę się, że wydawnictwo zrezygnowało z publikowanych wcześniej podtytułów
będących rzekomo marką serii: zakopiańska powieść kryminalna. Teraz w
podtytule na okładce widnieje powieść sensacyjna. Czy to konieczne? A
jeśli tak, to czy nie lepiej byłoby to umieścić na którymś z gęsto zadrukowanych
skrzydełek okładki?
----------------------------------------------
Mariusz Koperski, Widziałam Joannę, Wydawnictwo Astraia, Kraków 2024, 303
strony.