Maciej Pinkwart

Last minute

 

(Uwaga – tekst zawiera informację o treści i zakończeniu!)

 

Należę do starszego pokolenia, które lubi czytać książki, słucha muzyki klasycznej (Bacha, Mozarta, Beatlesów…), podziwia urodę, wdzięk i elegancję kobiet oraz filmy ogląda najchętniej w kinie.  Zwłaszcza, gdy projekcja jest niejako nagrodą za trud, jaki ją poprzedza: trzeba podjąć decyzję, sprawdzić godziny, wyjść z domu, przedefilować przez zimne i deszczowe miasto, kupić nie tani bilet i zasiąść na jednym z podniszczonych foteli w nielicznym towarzystwie kilkudziesięciu co najwyżej widzów, chrupiących popcorn i gulgających coca-colę.

 

Harry z przyjaciółmi na gruzach HogwartuNowotarskie kino „Tatry” zawsze lubiłem, między innymi dlatego, że pozwala mi zapomnieć o starczej przypadłości niedosłuchu; przeciwnie – zawsze na początku seansu mam wrażenie, że zaraz ogłuchnę. Teraz dodatkową atrakcją jest bardzo dobra jakość projekcji w 3 D, co pozwala uniknąć jeżdżenia do kin krakowskich. Wobec aktualnych cen benzyny jest to zaleta niepodważalna.

Nie ukrywam, że jestem zapalonym fanem Harrego Pottera, przede wszystkim w wersjach książkowych. Od czasów Kamienia filozoficznego, książki Joanny Rowling zdobywałem w pierwszym dniu sprzedaży i nie kładłem się spać, póki ich nie przeczytałem do końca. Filmy zawsze wydawały mi się nieco komiksowym uproszczeniem dość skomplikowanych i piekielnie logicznie skonstruowanych powieści. W przypadku ostatniej części sagi (Harry Potter i insygnia śmierci) mam wrażenie odwrotne: film wydaje mi się lepszy niż powieść. Może tym razem uproszczenie konstrukcji wychodzi odbiorcom na zdrowie, bo przyznam, że czytając książkę w grudniu 2008 r. musiałem poświęcić na to aż trzy dni i kilkakrotnie miałem ochotę cofnąć się o kilka tomów wstecz i z kartką papieru i ołówkiem ustalić wszystkie powiązania między bohaterami i ich sprawami. W kinie, wiadomo, jest to niemożliwe.

Krótko o treści, kto chce być zaskoczony – niech nie czyta przed projekcją. Jak wiemy, to ostatnia część ostatniej części Harrego. Już w poprzedniej bywało niemiło i ryzykownie, a wojna między światem dobrych i złych coraz bardziej upraszczała się do starcia między głównymi kowbojami – Harrym, któremu towarzyszą Hermiona i Ron (trzej muszkieterowie?) oraz Czarnym Panem. Voldemort, beznosy białas w sutannie jest coraz bardziej samotny, coraz bardziej sadystyczny i coraz bardziej szalony. W sumie nie wiadomo, czemu jeszcze ma jakichkolwiek zwolenników, poza ładną wariatką Bellatrix Lestrange, coraz bardziej nieprzekonanymi Malfoyami i poczwórnym agentem Snape’m, bo w sumie niczego im nie oferuje, może poza bezkarnym czynieniem zła. To musi być jednak silny magnes… Harry z trudem dowiedział się, że Sami-Wiecie-Kto rozdzielił swoją duszę (czyli, że ją miał, nie jest źle!) na kilka elementów i ukrył ją w rozmaitych artefaktach – starej biżuterii, złotych kielichach i tak dalej. Nie jest jasne, czy jakąś część duszy pozostawił w samym sobie… Te pojemniki duszne nazywają się horkruksy i nie pytajcie mnie dlaczego to musi być takie trudne do wymówienia, z duszą w ogóle nie jest łatwo. Zadaniem Harrego jest po prostu (po prostu!) odnaleźć owe rzeczy na samo h i je zniszczyć, przy czym zniszczyć je można tylko albo specjalnym mieczem, albo kłem smoka. Jakoś to idzie pomału, ale prawdziwe schody zaczynają się, kiedy Voldemort organizuje pospolite ruszenie rozmaitych parszywców dla zniszczenia Hogwartu, a Harry orientuje się, że jednym z horkruksów jest… on sam. Nie ma zmiłuj, Harry idzie do Zakazanego Lasu i daje się zabić. Ale nie całkiem, okazuje się, że Czarny Pan zabija tylko tę swoją własną cząstkę w Harrym (może mu było bardziej familiarnie), Harry – przebywając jakiś czas w zaświatach (gdzie spotyka dwuznacznego Dumbledore’a, który wygląda jak Pan Bóg z filmu Bruce Wszechmogący, tylko nie jest Murzynem) w odpowiednim momencie zmartwychwstaje, by w pojedynku jak z filmu W samo południe mocno osłabić przeciwnika, z którego ostatnią część duszy wygania poczciwy Neville Longbottom, odcinając łeb Nadine, wężycy ukochanej Voldemorta, która też była horkruksem. I czarny Pan efektownie rozpada się na takie białe glutowate piórka, które przez dłuższy czas fruwają po całym kinie, zgodnie z możliwościami technologii 3 D.

Luna LovegoodA potem nasi bohaterowie przechadzają się po ruinach Hogwartu, co wygląda jak spacer ulicami Warszawy w 1945 r. i na koniec widzimy ich 19 lat później z dziećmi na peronie 9 i ¾ dworca King’s Cross, gdy te dzieci jadą do Hogwartu. Nie wiem, dlaczego na 11-te urodziny dzieci (bo w tym wieku przyjmuje się do Szkoły Magii), trzeba było czekać 19 lat, może pierwsze osiem poświęcone było na coś innego. I ten koniec jest wzruszający, choć nieco rozczarowuje: Hermiona w ostatnim odcinku, zarówno w wersji dziewczęcej, jak i kobiecej (wersje te zupełnie się zresztą nie różnią) wygląda znacznie gorzej, niż w dzieciństwie, Ron jak Ron, niczego specjalnie nie można się było po nim spodziewać, ale Ginny! Dlaczego najmłodsza Wesleyówna, zostając żoną Harrego musi być taka brzydka?

Na szczęście Harry i jego syn są fajni, i to pozwala mieć nadzieję, że dobro może być nie tylko dobre, ale także sympatyczne.

Efekty są fantastyczne, a technologia 3 D po prostu momentami wpiera w fotel. Dzięki temu pożegnanie z Harrym, Hermioną, Ronem, że nie wspomnę o uroczej Lunie, która dziwnym trafem zostaje dziewczyną Neville’a, łatwiej znieść, bo efektowne rozstania są zawsze lepiej widziane niż nieefektowne. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z trzema D.