Maciej Pinkwart
Powrót na Itakę
29 lipca 2026
W ostatnich tygodniach dyskusję publiczną zdominowały dwa tematy: bynajmniej nie
aksamitny rozwód w PiSie, który mi przypomina bójkę na więziennym spacerniaku i
film Christophera Nolana Odyseja. Chcąc być na bieżąco i zarazem zachować
zdrowy rozsądek poszedłem do kina. Nadmieniam, że pierwszy raz chyba od czasów
przedpandemicznych. I pierwszy raz do nowego nowotarskiego Cinema City, które ma
cztery sale, w tym dwie Vipowskie. Do jednej z nich kupiłem bilet all
inclusive za 31 złotych, miałem fotel rozkładany z głośnikami w poręczach,
co mnie niemal ogłuszyło, miejsca na nogi więcej niż we własnym salonie (gdybym
go miał) i przyjemną klimatyzację.
A film? Cóż… Bardzo mi się podobał.
Ale myślę, że głównie dlatego, iż Odyseję Homera znam może nie na pamięć,
ale bardzo dobrze. Nie tylko dzięki Homerowi, także dzięki świetnym książkom –
że się tak wyrażę – wokółhomeryckim. Dlatego może było mi stosunkowo łatwo
uzupełnić te miejsca, które Nolan pominął, albo pozmieniał. Oczywiście, wolno mu
było, bo przecież stworzył film na podstawie Odysei Homera, a nie
sfilmował Odyseję Homera. W filmie nie ma ciągłości fabularnej wydarzeń –
ale nie ma jej też u Homera. I to w dziele sprzed tych 3 tysięcy lat jest takie
nowoczesne. Jeśli irytowały mnie Nolanowskie skróty – o nich za chwilę – to
tylko dlatego, że fajnie byłoby te opuszczone sceny obejrzeć. Ale wówczas
siedziałbym w kinie nie trzy, ale sześć godzin, no i, niestety, nie udałoby się
uzyskać hollywoodzkiej zasady niezbędnego happy endu, lub chociaż nadziei na
takowy.
Poza tym jest to film – przy całej, przyznaję – trochę pretensjonalnej
dydaktycznej filozofii, który ma trafić do wszystkich miłośników kina, a więc
ludzi, którzy oczekują na ekranie przygody, zwycięskiej walki dobra ze złem,
olśniewających efektów specjalnych i równie efektownego mordobicia. No i
wspaniałych, znanych i lubianych aktorów.
Zanim przejdę do tego, w jaki sposób Nolan wywiązuje się z tych oczekiwań –
kilka żalów postkastracyjnych. Dla znających oryginał literacki może to być
spojler, ale zakładam, że tych, co znają oryginał Homera, wśród tych, co to
czytają, a nie byli jeszcze na filmie Nolana, jest znikoma liczba.
Scena zdobycia Troi, pokazana na początku i obszerniej pod koniec filmu to po
prostu zwykła masakra, która mogłaby się znaleźć w każdym filmie wojennym. Nie
ma Priama, nie ma Hekuby, nie ma Parysa, nie ma Kassandry, nie ma Laokoona i
jego synów. Majestatyczny Agamemnon, triumfalnie wkraczający w pełnej zbroi i
zakrywającym całą twarz czarnym hełmie do podbitego już miasta to wypisz-wymaluj
Lord Vader z Gwiezdnych Wojen, albo – zostańmy przy Nolanie – mroczny
rycerz, który powstaje. W zasadzie – nie ma żyjącej jeszcze Troi i bitwy o nią…
Owszem, jest koń z ludzkim nadzieniem w brzuchu, to świetna scena, są cyklopowe
mury, budowane, jak wiemy, przez Posejdona i Apolla, jest przemyślnie
zabezpieczona Brama Skajska. Szkoda Troi, nie było jej nawet porządnie w filmie
Troja Wolfganga Petersena, no ale tam nie chodziło o Iliadę, tylko o
Brada Pitta i cały magazyn ilustrowany wybitnych gwiazd, wśród których doskonałą
rolę zagrał Sean Bean jako Odyseusz. To wyjątkowy film z tego względu, że w nim
Odyseusz tymczasowo przeżywa, podczas gdy w większości filmów, w których gra,
Sean Bean umiera za słuszną sprawę. Albo za niesłuszną, umarłemu jest wszystko
jedno.
Lista opuszczeń Nolana jest oczywiście długa, ale jak mi się wydaje
uzasadniona. Choć żałuję. Pominął świetną i przemyślaną przez Homera scenę, w
której przebiegły Odyseusz przedstawia się Polifemowi jako człowiek o imieniu
Nikt, co powoduje, że gdy oślepiony cyklop woła swych braci o pomoc, a ci pytają
go, kto go zaatakował, ów odpowiada – Nikt, więc inni cyklopi uznają, że skoro
nikt Polifema nie zaatakował, to nie ma sprawy – brat pewno przedawkował piwo.
Wiem, że to skomplikowane i dlatego Nolan wydarzenia w jaskini cyklopa uprościł.
Samego Polifema też: potwór wygląda jak monstrualny Gollum – Sméagol
z jednym okiem na środku czoła, co go z kolei upodabnia do Minionka. A film o
Minionkach akurat idzie w sąsiedniej sali kina, więc wszystko jest na miejscu. Z
potworami zresztą w ogóle nie idzie Nolanowi najlepiej – dramatyczne
przepłyniecie między Scyllą a Charybdą, dwiema śmiertelnymi pułapkami w pobliżu
Cieśniny Messyńskiej jest w zasadzie opłacone niewielkimi stratami,
przepowiedzianymi zresztą przez Kirke: Scylla (notabene niegdyś piękna nimfa,
którą Kirke zmieniła z zazdrości w monstrum) porywa i pożera tylko sześciu
marynarzy, a reszta płynie dalej bezpiecznie. Tej Scylli w zasadzie nie widzimy
– zza skał wyłaniają się tylko końcówki macek, zakończonych mordami żarłocznych
psów. Prawdę powiedziawszy – mordkami ratlerków. A może to cziłały.
Żal mi syren, których ani nie widać, ani nie słychać. To znaczy owszem, pokazują
się – ale z daleka, szare na szarym i robią takie wrażenie jak na mnie sąsiadka
na balkonie pięć bloków dalej – może i ładna, ale bez teleskopu efekt niewielki.
Wkurzył mnie Nolan okropnie i postacią, i całym epizodem z pobytem Odyseusza na
Ajaji – wyspie Kirke. To oczywiście zasługa – a może wina? – Madelaine Miller,
która w 2018 r. opublikowała fantastyczną książkę o tej nimfie – córce boga
Heliosa, czarodziejce, zielarce i wiedźmie, która – jak wiemy też od Homera – w
legendzie odysjańskiej odegrała ogromną, a nawet, powiedziałbym, podstawową
rolę. Naturalnie, to też czysta fantazja – to moje wyobrażenie o tym jak
wyglądała, co robiła, jak zdobyła Odyseusza. Nolan wypreparował z Homera w
zasadzie tylko incydent z przemienianiem przez Kirke ludzi Odyseusza w świnie
(świetne efekty! problemy gastryczne u słabszych niewykluczone…) i jej porady
dla herosa, co ma czynić dalej, żeby wrócić na Itakę. Nie ma powstałego między
nimi uczucia (patrząc na taką Kirke, trudno się dziwić…), nie ma Telegonosa, ich
syna, skutkiem tego oczywiście nie ma włóczni z zatrutym kolcem płaszczki, nie
ma ciągu dalszego w postaci romansów pokolenia A z pokoleniem B (piszę tak
zawile, żeby nie spojlerować nie filmu, ale mitologii)… Tego żałuję.
Spotkanie Odyseusza i jego ludzi z duszami wypełzłymi z Hadesu jest straszne,
ale mało widać, bo jest ciemno. Nie było wzruszającego przecież u Homera
spotkania Odysa z cieniem własnej matki, która umarła z tęsknoty za nim, z
Achillesem i Ajaksem, nie wiem czemu wróżbita Terezjasz z Teb był okropny i
agresywny jak wampir z Sosnowca… A w sumie przecież chodziło tylko o to, żeby
Odyseusz dowiedział się, jak wrócić do domu…
No i na plaster mu się ta wiedza przydała, jeśli wylądował na wyspie pięknej
Kalipso i tam, karmiony snusami z kwiatów lotosu, wszystko zapomniał.
Pobyt na wyspie Ogygii, pięknym pępku morza to główna oś konstrukcyjna
filmu: tam nagabywany przez Kalipso, żeby sobie przypomniał co się działo w jego
życiu (tę samą Kalipso, która pasąc go lotosem, spowodowała, że stracił pamięć)
Odyseusz wydłubuje fragmenty wspomnień, na które nakładają się przebitkowe
relacje z tego, co się dzieje w jego domu na Itace i z podróży poszukiwawczych
jego syna Telemacha.
Żałuję trochę, że Nolan wyciął z fabuły ostatnią przed powrotem na Itakę
sekwencję – pobyt na wyspie Feaków i bardzo ciekawe spotkanie nagiego Odyseusza
z mało ubraną królewną Nauzykaą i jej ojcem, w szatach królewskich. Zwłaszcza,
że wyspa owa, Scheria, utożsamiana jest z bliską, znaną i lubianą grecko-włoską
wyspą Korfu. No, ale nie można mieć wszystkiego. W sumie nasz bohater do Itaki
wraca i robi porządek, mając przeciwko sobie ze setkę osiłków, a za sobą –
niezbyt dorosłego syna, ślepego świniopasa i umierającego, ale przed śmiercią
witającego go kiwnięciem ogona przeszło 20-letniego psa Argosa. Bogowie do tej
ludzkiej nawalanki się nie wtrącają, tylko patronująca Odyseuszowi Atena doradza
mu trochę i przygląda się łomotowi z aprobatą.
Wielkie wrażenie robią sceny morskie – rzecz przecież dzieje się na Morzu
Śródziemnym, które przede wszystkim kojarzy się nam z letnią zupą, gdzie
chlapiemy się przy brzegu lub w pełnym słońcu płyniemy promem z wyspy na wyspę…
Ale to też płynny grób: w jego nurtach spoczywa od 1919 r. twórca polskiego
harcerstwa Andrzej Małkowski wraz z 400-osobową załogą statku, którym płynął i
który wpadł na minę koło Sycylii, a dziś co roku giną tu ludzie wypadający z
przepełnionych pontonów…
Kapitalne jest spotkanie młodziutkiego Telemacha, wypytującego o ojca z królem
Sparty Menelaosem (wcześniejszej wizyty w Pylos u Nestora nie ma, żałuję, bo
najstarszego uczestnika wojny trojańskiej mógłby pięknie zagrać Anthony
Hopkins…) oraz jego żoną, piękną (a oszpeconą przez zdradzonego męża) Heleną.
Zupełnie mi nie przeszkadza, że gra ją niebiała aktorka, raczej mnie irytuje jej
wymądrzanie się na temat prawdziwych przyczyn wojny: to nie przeze mnie i
Parysa, to przez Agamemnona i jego ambicje polityczne i gospodarcze. Prawda, ale
pewnie lepiej, żeby to mówił kto inny. Nestor na przykład. Aha, Nestora nie ma…
Przebitki wspomnieniowe na temat tego, jaki los spotkał króla królów,
wszechpotężnego zwycięzcę tej wojny, władcę Myken Agamemnona po szybkim i
bezpiecznym powrocie do domu są doskonale, choć tylko migawkowo pokazane, ale
dla tych, którzy nie zetknęli się z tym fragmentem mitologii kryminał z udziałem
wszetecznej (choć rzeczywiście pięknej) bliźniaczej siostry Heleny –
Klitajmestry, jej kochanka, a stryjecznego brata męża, Aigista, Agamemnona i
jego syna Orestesa, który zabiwszy matkę i jej kochanka ożenił się z własną
kuzynką, córką Heleny – Hermioną – będą zupełnie niezrozumiałe. No, ale śmierć
takiego mięśniakowatego macho w wannie z ręki własnej żony i szwagra – jak tego
nie pokazać?
Trochę się nabijam, ale taki już mam wredny charakter. Film bardzo mi się
podobał – jako film właśnie, czyli dzieło sztuki zupełnie inne i od literatury i
od mitologii. I od Homera w pewnym sensie. Nolan wywalił z homeryckiej
Odyseji w zasadzie wszystkie boskie aluzje i determinizmy, pozostawiając
nijaką Atenę i ciągłe odwoływania się do nakazanego przez Zeusa prawa
gościnności. Ciekawe, że prawo to samych bogów nie obowiązuje: gdy niemal
umierający z głodu żeglarze Odysa lądują na wyspie Trynakrii, na której pasą się
stada krów i owiec, należące do Heliosa – gościnności nie ma, za zabicie i
zjedzenie któregokolwiek zwierzęcia grozi śmierć. No i niestety tak się dzieje:
z całej załogi ocaleje tylko Odyseusz, ograniczający się na wyspie Heliosa do
owoców i korzonków. Resztę piorunami wygubił Zeus, który ustanowił prawo
gościnności…
Sztuka filmowa nie polega na odwzorowywaniu rzeczywistości – choć i takie
zadanie może mieć, o czym od prawie stu lat przekonuje nas sir David
Attenborough. Wiele osób chodzi do kina, żeby poddać się jego czarowi, ulec tzw.
magii ekranu, gdzie wyimaginowani bohaterowie: śliczni, dzielni, szlachetni,
albo przynajmniej silni, choć wredni – wykonują to, czego nam się nigdy wykonać
nie uda. I są tacy, jakimi my chcielibyśmy być. Kobiety są piękne lub
przynajmniej mają ciekawą osobowość, mężczyźni przystojni, wysportowani albo
chociaż mądrzy. W to co się dzieje na ekranie raczej od dawna już nie wierzymy,
i wiemy, że jest to najczystszą fantazją, dzięki efektom specjalnym, które
Supermenowi pozwalają latać, dinozaurom powstać i żyć ponownie na wyspie Isla
Nublar, a Harrisonowi Fordowi odnaleźć świętego Graala. W Odyseji Nolana
tego wszystkiego nie ma: aktorzy są przeciętnie przystojni, kobiety owszem –
niektóre ładne, ale nie do szaleństwa, efekty specjalne raczej nie powalają, gra
aktorska jest taka sobie: mnie się najbardziej podobał Jon Bernthal w roli
Menelaosa, którego kiedyś znielubiłem po lekturze Pieśni o Troi Coleen
McCollough i oczywiście Anna Hathaway jako Penelopa, no może też jej bezczelny i
nieszczery zalotnik Antinoos, grany przez Roberta Pattinsona. A historiozoficzne
rozważania, pojawiające się może nawet nieco za często sprawiają wrażenie na
siłę doczepionego do dzieła uzasadnienia wydania 250 milionów dolarów i
nakręcenie filmu w całości na taśmie Imax 70 mm. Fantastyczne jest to, że koszty
produkcji zwróciły się z nawiązką już w pierwszy weekend otwarcia. Nolan bankowo
za Odyseję dostanie Oskara, a Matt Damon za rolę Odyseusza – nominację, co nie
będzie słuszne. Homer za scenariusz nie dostanie nic, bo nie wiemy czy w ogóle
istniał, chociaż wiemy, że na pewno był ślepy.
Dlaczego jest to świetny film i ludzie walą nań drzwiami i oknami? Na
wczesnopopołudniowym seansie w nowotarskiej Cinema City było może nawet 12 osób!
Czy dla geniuszu reżysera i zarazem scenarzysty? Dla filmowej materii, doskonale
Nolanowi znanej i przez wielu docenianej?
Pewno tak. Ale myślę, że to przede wszystkim jeszcze jeden dowód na to, że w
naszych dziejach Grecja jest wciąż – słusznie – uważana za podstawę kulturową,
za początek naszej cywilizowanej historii, za nasz, europejski, mit
założycielski. I z tym mitem chcemy się utożsamić, albo mu się sprzeciwić, a w
każdym razie go poznać, choć kupując bilet nie musimy sobie z tego zdawać
sprawy. Oczywiście, nie każdy tak myśli i nie każdy pójdzie na Odyseję do
kina. Miłośnicy piaszczystych plaż, lekkiego zefirku, kolorowych oleandrów i
bugenwilli, musaki, suflaków, twarożku tzatziki i panierowanych kalamari nie
odnajdą swojej Grecji na trasie Odyseji. Ale Grecja, i ta all
inclusive, i ta historyczna, i prehistoryczna, i mityczna jest – czy o tym
wiemy, czy nie, czy się to nam podoba, czy nie – naszym domem, do którego wciąż,
mniej czy bardziej świadomie, wracamy.
Jak Odyseusz na Itakę.
--------------------------------
Christopher Nolan (reżyseria i scenariusz), Odyseja, 2026; Odyseusz –
Matt Damon, Penelopa – Anne Hatheway, Kalipso – Charlize Theron,
Helena/Klitajmestra – Lupita Nyong’o, Telemach – Tom Holland, Atena – Zendaya,
Antinoos – Robert Pattinson, świniopas Eumajos – John Leguizamo, Menelaos, Jon
Bernthal, Agamemnon – Benny Safdie, Polifem – Bill Irwin, Kirke – Samantha
Morton. Muzyka (doskonała!) – Ludwig Göransson, kostiumy - Ellen Mirojnick.
Czas: 172 minuty. Plus reklamy (u nas 16 minut)…