Maciej Pinkwart
Tylko wanny żal…
27 listopada 2025
Nie ukrywam, że nie tylko ostatnie sukcesy, jakie w naszych stronach odnoszą
niespodziewana zima i spodziewana głupota niektórych polityków, wpływają mocno
na moje – widoczne być może – przygnębienie. Nie pociesza mnie wcale
przypominanie misiowatego cytatu, że jak jest zima, to musi być zimno,
oraz tego, że do polityki nie idą platońscy filozofowie, tylko przeważnie ćwoki
i garkotłuki, które nie miałyby szans na jakąkolwiek uczciwą pracę, wymagającą
doświadczenia, wiedzy i poczucia odpowiedzialności. Zwłaszcza że hipertrofia
poczucia odpowiedzialności jest w coraz większym stopniu moim udziałem i obniża
mi horyzonty bardziej, niż deformacje kręgosłupa. W tym kontekście patrzę też na
kwestię wanny i jej niebezpieczeństw dla zagrożonego osteoporozą kośćca.
Ale zimowa depresja zaczęła się od sprawy wydawałoby się błahej, a w każdym
razie nie związanej ani z szalonymi opadami śniegu na Podhalu, ani z poczuciem
desperacji, wywołanej faktem, że starsze ode mnie dziecko, we własnym mniemaniu
rządzące światem, znów się zesikało w śpioszki i każe nam wszystkim chwalić jego
cudowne zwieracze. Bynajmniej. Po prostu usłyszałem w radiu piosenkę Krystyny
Prońko Jesteś lekiem na całe zło.
Kwestia leków od dawna jest mi bliska, a myślę o nich szczególnie ciepło od
momentu, kiedy na moich receptach znalazła się uwaga wywodząca się z peselu (nie
mylić z PSL-em), że leki mi się należą bezpłatnie. To znaczy należy się tylko
część, ale to i tak miło. I autobusami mogę jeździć po mieście za darmo, tylko
nigdy nie wiem, w którym mieście i czy to obowiązuje mnie również w Zakopanem.
Zapytałem o to nawet sztuczną inteligencję, ale moja inteligencja okazała się
zbyt naturalna, żeby zrozumieć takie oto wyjaśnienie:
Tak, w Zakopanem darmowe przejazdy komunikacją miejską przysługują
mieszkańcom po ukończeniu 65. roku życia (na podstawie dowodu osobistego lub
zaświadczenia o zameldowaniu) oraz mieszkańcom, którzy ukończyli 70 lat (na
podstawie dowodu osobistego). Osoby te muszą być mieszkańcami Zakopanego, a
turystom nie przysługuje ta ulga.
Nie zdołałem rozumowo ogarnąć dlaczego mieszkańcy po ukończeniu 65. roku życia i
mieszkańcy, którzy ukończyli 70 lat to dwie osobne kategorie. Jeśli moje
umiejętności logiczne jeszcze są coś warte, to desygnat pojęciowy zbioru „osoby
które ukończyły 65. rok życia” mieści się w desygnacie „osób, które ukończyły
70. rok życia”, więc może wystarczyłoby napisać – po ukończeniu 65. roku życia i
już. Ale może to jest jak w bridżu – lepsze są dwa trzymania, niż jedno.
Jeśli ukończyłeś 70. rok życia, to najprawdopodobniej ukończyłeś też 65. rok
życia, więc ci się te darmochy należą niejako w dwójnasób, co poprawi twój
psychiczny dobrostan.
Jeśli, oczywiście, jesteś mieszkańcem.
A nie turystą.
I znów powód do frustracji: po pierwsze – dlaczego w Krakowie, Warszawie,
Poznaniu czy Budapeszcie wystarczy być seniorem – obywatelem Unii Europejskiej i
już ci przysługują takie prawa, jak tamtejszym mieszkańcom, przynajmniej w
zakresie komunikacyjnym, a w Zakopanem nie? A może też przysługują, tylko
sztuczna inteligencja o tym nie wie?
Ale nie, SI wyraźnie stosuje dla Zakopanego apartheid: albo jesteś mieszkańcem i
ci przysługuje, albo jesteś turystą i ci nie przysługuje. OK, ale jeśli nie
jestem ani mieszkańcem – bo nie mam szczęścia i pieniędzy, żeby mieszkać w
Zakopanem – ani nie jestem turystą, bo kiedyś już tu wszystko zwiedziłem i
przyjeżdżam tu tylko, przepraszam za wyrażenie, za potrzebą, albo – też
przepraszam – dla przyjemności? Albo nawet do pracy?
Mógłbym skorzystać z darmowego przejazdu, jeśli bym miał Zakopiańską Kartę
Mieszkańca, ale nie mam i zazdroszczę tym, którzy mają. A wyobraźmy sobie w
jakiej szczęśliwej sytuacji są zakopiańskie osoby, które: a. ukończyły 65. rok
życia, b. ukończyły 70. rok życia, c. mają Zakopiańską Kartę Mieszkańca, d. mają
potwierdzenie zameldowania w Zakopanem? To może nie tylko nie płacą za bilet,
ale przysługuje im kuszetka? Albo noszenie na rękach? Albo za przejazd im
burmistrz dopłaca?
W dodatku, w Zakopanem jeżdżą też, i to w dużej liczbie, prywatne mikrobusy. W
nich zdaje się nic nie obowiązuje.
A Krystyna Prońko wyśpiewuje o kimś, przypuszczam, że o jakimś panu w średnim
wieku (może nawet takim, któremu jeszcze nie przysługuje darmocha), który na
koncertach krzyczy więcej czadu! To oczywiście jest metafora, ale w
gruncie rzeczy trochę bez sensu, bo czad jest najczęściej pokazywanym w
telewizji mordercą krajowym, do bronienia się przed którym zachęcają strażacy
przy pomocy reklamowania specjalnych czujników. Wyobrażam sobie, że jeśli na
koncertach zrealizowano by apel tego pana w średnim wieku i puszczono by więcej
czadu, to frekwencja mogłaby się radykalnie zmniejszyć, albo sprawnie działające
czujniki zdewaluowałyby wartość muzyczną wykonawców. Rzecz jasna wiem, że czad
to tlenek węgla, trujący, bezwonny i bezbarwny. Ale najwyraźniej w pewnych
kręgach jest pożądanym dodatkiem do koncertowej akustyki, co jest w zasadzie
poza sferą moich doznań muzycznych. Ani na koncertach Rolling Stonesów, ani na
występach Academy Saint Martin in the Fields, ani nawet na showach
zespołu Trebunie-Tutki czadu na szczęście nie było, bo przeżyłem, choć niekiedy
nie było łatwo.
Czad, jak wspomniałem, jest bezwonny, czego nie można
powiedzieć o innych składnikach zapachowych, w znacznej mierze dominujących nie
tylko na koncertach, ale także w środkach komunikacji miejskiej (także tej
darmowej), aptekach z darmowymi lekami, szkołach i innych miejscach lokalnej i
państwowej indoktrynacji. I tak doszliśmy do dalszej części piosenki o panu
(chyba?), który (która?) jest lekiem na całe zło.
Pan (?) ten mianowicie sporo czyta, więc należy do mniejszości w naszym kraju,
lecz lekturę uprawia w wannie, w której czytając traci wzrok. I tu, przyznaję
się, mocno temu panu (?) zazdroszczę, bo od lat nie mam wanny i muszę tracić
wzrok w inny sposób, co mi się oczywiście udaje, ale jest o wiele mniej
przyjemne. Lektura w połączeniu z delikatnym masażem wodnym, może z podkładem
akustycznym bez czadu, ale z elementami aromatoterapii była w dawniejszych
czasach moją ulubioną rozrywką, której oddawałem się najchętniej jeszcze wtedy,
gdy mieszkając w Warszawie miałem ciepłą wodę z elektrociepłowni za darmo. Gdy
przeniosłem się w okolice bojlerowe, a zwłaszcza gdy zainstalowano liczniki
ciepłej wody, sprawa zaczęła wyglądać trochę gorzej, a już zupełnie fatalnie
zrobiło się, gdy wannę przymusowo mi zlikwidowano, zastępując ją prysznicem, co
miało być dla mnie zbawienne ze względów zdrowotnych.
Prysznic ma, naturalnie, mnóstwo zalet, ale nie należy do nich możliwość
łagodnego wypoczynku, aromatoterapii i wysłuchiwania – na przykład – ze trzech
Koncertów Brandenburskich Bacha jako wyznacznika czasu kąpieli. No i
spróbujcie czytać pod prysznicem.
A już szczególnie depresyjnie podziałała na mnie apostrofa Krystyny Prońko,
ubolewającej nad tym, że jej lek na całe zło chodzi w tej samej kurtce
szósty rok. Policzyłem, kiedy kupiłem swoją zimową kurtkę i wyszło mi
siedemnaście lat. Co, oczywiście, dowodzi nie tylko mojego tradycjonalizmu, ale
i tego, że kiedyś jakoś porządniej to wszystko było szyte. Być może zresztą
grubymi nićmi. Albo – co nie jest wykluczone – nasz klimat istotnie się tak
ocieplił, że z zimowej kurtki korzystam coraz rzadziej.
Jak ze wszystkiego, niestety.