Tygodnik Podhalański, 23 lipca 2009

 

Tutaj skan artykułu

Inne komentarze w Tygodniku Podhalańskim (2009)

Maciej Pinkwart

Wychodek

 

 

Jak na razie, ani w Polsce, ani w Unii Europejskiej nie ma przepisów, które zabraniają trzymania domowych zwierząt w blokach, ani wyprowadzać ich na ulice. Ale ich wolność jest zdecydowanie ograniczana: w kagańcu ani pośpiewać, ani porozmawiać się nie da, na smyczy nie dogoni się zająca, a w końcu jak się nawet uda coś zjeść, to z pozostałościami po trawieniu trzeba też coś zrobić. W blokowych łazienkach wciąż nie wymyślono wucetów dla psów, a zresztą czworonogi nie koniecznie dają się przekonać do korzystania z tego typu cywilizacyjnych udogodnień, przedkładając nad nie filozoficzne uniesienia ogonów na łonie natury. Nic tak dobrze nie wpływa na trawienie jak biegi po trawnikach i przysiadanie pod pięknie pachnącymi krzakami róż, a już podnoszenie łapy przy słupkach i latarniach należy do rytuału obowiązkowego.

I to wszystko ma być zabronione.

Właściciel blokowego kanapowca wychodząc na spacer musi mieć z sobą rękawiczki, specjalne torebki, łopatki, zbierać spod psa wszystko to, co pozostawi i wyrzucać do odpowiednio oznakowanych pojemników. Pojemników na razie prawie nie ma, ale zapewne już się rozpisuje odpowiednie przetargi. Niewykluczone, że niebawem do sprzedaży trafią specjalne pampersy, które będą musiały nosić pieski, poruszające się poza mieszkaniami właścicieli. Na razie starannie posprzątane „twarde dowody” dobrego trawienia psów podrzucane są do ulicznych koszy na śmieci lub osiedlowych pojemników, najlepiej na sąsiednim osiedlu.

Wszystko to jest bardzo słuszne, bo dziś, wychodząc na przechadzkę na łąki nad Dunajcem w Nowym Targu trzeba wykonywać slalom specjalny pomiędzy efektami wcześniejszych spacerów domowych ulubieńców, a widok miejscowej ludności, która urządza wśród tego wszystkiego sobótkowe ogniska czy weekendowe piwkowanie przy grillu wywołuje skurcze żołądka. We współczesnej nowotarskiej polszczyźnie słowo wychodek bowiem już w niewielkim stopniu kojarzy się z miejscem, gdzie wychodzi się na tzw. stronę, a raczej z miejscem, gdzie się wychodzi z psem.

Aliści restrykcyjne zarządzenia antywychodkowe stosowane są dziwnie wybiórczo: nie dotyczą kotów, lubiących sobie czasem ustroić chodnik przed blokiem, gołębi wychodzących na stronę nad balkonami i samochodami czy wielbłądów z cyrku „Zalewski”, wypoczywających czynnie przy ulicy Sikorskiego. Najzabawniejszy w pewien sposób jednak jest widok osób sprzątających po pieskach w okolicy, gdzie kilka razy na tydzień pasie się stado owiec, stanowiących jeden wielki rozrzutnik nawozu. Ale cóż – owce są elementem kultury ludowej, z całym dobrodziejstwem inwentarza, więc zarówno zjadanie trawy, jak i jej, powiedzmy, użyźnianie, są zgodne z lokalnym prawem, co piszę na wypadek, gdyby ktoś doszukiwał się w moim tekście kolejnego bezprzykładnego ataku na magistrackich urzędników. Psy prawo chroni dopiero wtedy, gdy zostaną przez miejscową ludność przerobione na smalec.

A poza tym – widział kto kiedy owcę w kagańcu, na smyczy i z pampersem?