Dygresje
greckie
Maciej Pinkwart
Wojna druga i pół
Gdzieś między jednym a drugim kawałkiem grillowanego kurczaka, zdejmując mięsko
z drewienka suvlaki, spojrzałem na prawy koniec basenu portowego. Stała
tam, niezauważona przedtem z powodu szarego koloru, grecka kanonierka patrolowa.
A spojrzałem, bo usłyszałem hałas śmigłowca, przelatującego nad zatoką. Pasowało
to do krajobrazu: kilka kilometrów dalej na wschód rozciągało się puste z pozoru
wybrzeże Turcji. Ja wiem, że Grecja i Turcja są w jednym pakcie obronnym i jako
członkowie NATO są sojusznikami, nie wrogami. Aha… Powiedzcie to mieszkańcom
Cypru. Albo tym, którzy wzięli na serio niedawne oświadczenie Erdogana o tym, że
trzeba zweryfikować przynależność państwową wschodniej części Morza Egejskiego,
wraz ze znajdującymi się tam wyspami i zasobami naturalnymi… Turcja, mimo że
jest członkiem NATO, jest w dalszym ciągu głównym hubem, łączącym ze
światem Rosję Putina.
Rok temu siedzieliśmy w niewielkiej tawernie w stolicy Lesbos, Mitylenie. Z
prawej strony mieliśmy pomnik poetki Safony (nie była piękna i pomnik też piękny
nie był), z lewej kolorowe kamienice i hotele, a przed sobą port. A w nim,
między jachtami z całego świata i srebrnymi motorówkami, z których kilka było
niemal wielkości „Titanica”, stał sobie dziarsko spory okręt wojenny. Z pokładu
płynęły dźwięki muzyki, bynajmniej nie wojskowej, a na rufie, ocienionej
płóciennym daszkiem, siedziało dwóch umundurowanych marynarzy, grających w
τάβλι, czyli tryktraka.
Dziś w porcie w Pithagorio jest tak gorąco, że wszystkie trójkąty na pomniku
Pitagorasa mają co najmniej po 180 stopni, i to nie Farenheita. Piwo Mamos
straciło miły chłód i dobry smak. Otworzyłem Onet na telefonie i minął mi dobry
humor, a z ekraniku powiało grozą: zaczęły po nim jeździć malutkie, ale
prawdziwe potwory: samobieżne haubice i moździerze, kołowe transportery
opancerzone, pływające bojowe wozy piechoty, przenośne zestawy przeciwrakietowe,
granatniki przeciwpancerne, czołgi… Nie nadążałem z odczytywaniem nazw całego
tego pancernego ogrodu zoologicznego: borsuk, krab, rosomak, rak, kormoran,
orka, miecznik (jego lubię, ale tylko w postaci grillowanego fileta), żubr, tur,
dzik, kleszcz, szerszeń, niedźwiedź, tygrysek… A nie, to akurat minister obrony,
który już niebawem zostanie ministrem wojny.
Tej wojny, którą już w zasadzie wygraliśmy, w 1945 roku. I w 1920. I w 1939… A
nie, w 1939 to początkowo nie wygraliśmy.
Na ekranie pojawiają się tysiące betonowych zapór przeciwczołgowych, które na
pewno zatrzymają wroga, a w dodatku zainspirują poetów, a bez poetów nie wygrywa
się wojen: na rubieży obecnych wschodnich kresów Polski ustawiono już tysiące
zębów smoka, dziesiątki tysięcy jeży i niepoliczalne ilości
tetrapodów, a między nimi czujnie stoją maszyny systemu minowania
narzutowego: baobaby, kaktusy i krotony.
Stop! Kroton… Jestem znów w Grecji: Kroton to był przyjaciel Heraklesa, którego
ten heros przez pomyłkę zabił, a potem pochował w miejscu, gdzie powstało
wspaniałe miasto, ochrzczone imieniem ofiary porywczości Heraklesa. No i w
Krotonie zatrzymał się, uciekłszy z Samos, wielki Pitagoras i tam stworzył swoją
słynną szkołę matematyczno-filozoficzną. Jednym z przyjaciół filozofa był Milon
z Krotonu, największy siłacz Grecji. Z legend o nim najbardziej podobało mi się
to, że potrafił na rękach wnieść na stadion wielkiego byka, zabić go jednym
uderzeniem pięści, a potem całego zjeść. Zdaje się, że nawet na surowo.
Pouczająca jest również historia jego śmierci: gdy się zestarzał, odpuścił
zawody siłowe, ale kiedy przechadzał się po lesie, zobaczył częściowo rozłupane
przez drwali drzewo i chciał sprawdzić, czy jeszcze coś z tej legendarnej krzepy
mu zostało. Wsadził ręce w szczelinę, chcąc rozerwać pień, ale nie dał rady.
Rozchylił ją na tyle, że wypadły wsadzone przez drwali kliny, drzewo jednak
odzyskało swoją sprężystość i zacisnęło się z impetem na dłoniach siłacza. Ten
nie potrafił się uwolnić, nikogo w pobliżu nie było, a nocą przyszły dzikie
zwierzęta i pożarły Milona. Borsuki, rosomaki, gepardy, niedźwiedzie, może
dziki? Nie, według legendy zwykłe wilki. Ale umierający Milon z Krotonu, którego
rzeźbiarski portret autorstwa Pierre’a Pugeta widziałem w Luwrze jest pożerany
przez lwa. Nie tygryska.
A więc, przed nami wojna. Szykujemy czołgi, haubice, karabinki grot i śmigłowce
Apacze, których nakupiliśmy w Ameryce. Będzie ich prawie sto, kosztowały nas 10
miliardów baksów i pierwsze trafią do Polski już w2028 roku, więc do tego czasu Putin musi się wstrzymać z wojną. Będziemy mieć największą w Europie armię
śmigłowcową i choćby z tego tytułu trafimy do księgi rekordów Guinnessa, co już
jest jakąś wygraną. Do 2029 roku zaś mamy dostać (w sensie: mamy mieć dostawę
zakupionego towaru) 32 najnowocześniejsze samoloty F-35, które Marian Błaszczak
kupił za 4,6 miliarda dolarów, jakie musi zapłacić jego następca i następca jego
następcy. Może mi ktoś powie, po co nam 32 efy trzydzieste piąte, jak
kocha mówić Tygrysek? Czy, poza defiladami, kiedykolwiek w powietrzu znajdzie
się naraz więcej niż dwie – góra cztery takie maszyny? I do czego mają służyć,
do obrony? Każdy Ef wyposażony jest w pociski rakietowe i bomby
kierowane, w cenie: 40 tysięcy, 750 tysięcy, półtora miliona, dwa miliony, dwa i
pół miliona. Dolarów, oczywiście. Ile to wynosi na jeden ef? A ile na
trzydzieści dwa? Byłem słaby z matematyki…
Do czego te efy będą strzelać w czasie wojny? Do dronów za 800 dolców?
Nasza mocarstwowość w tym względzie jest widoczna: Niemcy i Wielka Brytania mają
mieć po 35 efów, Francja i Szwecja mają własne myśliwce i nie chcą się
uzależniać od amerykańskich fabryk i amerykańskich pożyczek oraz humorów
amerykańskiego prezydenta. Polska zaś na głównych dostawców swojego uzbrojenia i
ładnie wyglądającego tła, najpierw dla Mariana Błaszczaka, potem dla Władysława
Kosiniaka-Kamysza wybrała Koreę Południową i USA. Niech mi, skromnemu starszemu
kapralowi podchorążemu ktoś wyjaśni, gdzie i jak będziemy bronić Polski
przy pomocy 360 czołgów koreańskich K-2 i 366 amerykańskich Abramsów. Docelowo
nasz (dokładniej – byłego ministra Błaszczaka) kontrakt koreański ma objąć 1000
sztuk. Mamy też jeszcze niemieckie Leopardy. K-2 kosztuje ok. 10 milionów
dolarów za sztukę, w wersji spolonizowanej – więcej. Jeden Abrams – to 16
milionów dolarów. Jak na razie, mamy prawie 16 miliardów dolarów w plecy.
Ciekawe, czy minister energii i minister finansów policzyli – tak dla hecy – ile
paliwa spożyje tych parę tysięcy maszyn, helikopterów i samolotów, gdzie to
paliwo będziemy trzymać, gdzie je kupimy i dlaczego będą to Stany Zjednoczone?
No to akurat wiadomo: Korea nie ma ropy…
Czy tymi zabawkami będziemy obstawiać granicę i strzelać do rosyjskich czołgów,
które przecież niby nie pokonają naszych betonowych jeży, czy do nadlatujących
dronów albo rakiet Iskander? Niewykluczone, że w planach polskich strategów
rysuje się taki obrazek, że tysiące kałmuckich sołdatów przedrze się z
bagnetami na sztorc przez nasze jeże i z okrzykiem Raz maty rodyła,
ura! rzucą się na polską macierz. A wtedy minister i generałowie się
przeżegnają, głównodowodzący prezydent z pałacu nadeśle esemesa z tekstem
Bogurodzicy, główny kapelan podniesie ryngraf z relikwią wiadomo-kogo i
nasze czołgi oraz cała zwierzyna pancerna runą na wroga, a ten wnet pierzchnie w
głąb Puszczy Białowieskiej i Przesmyku Suwalskiego zaścielając tąże i tenże
lubym dywanem zwłok wrażych.
A może – powiedzmy to wyraźnie – liczymy na to, że tymi wszystkimi pojazdami
naszych 300 tysięcy załóg „Rudego” zajmiemy Kreml? O, nie, nie… Wszystkie te
amerykańskie cuda mają wmontowany taki bezpiecznik, który jednym kliknięciem z
Waszyngtonu może je unieruchomić. Wtedy Abramsy staną, lufy im zwiędną, efy
i Apacze zawrócą na najbliższe lotnisko i tyle tego będzie, bo przecież
właściciel połowy świata i pola golfowego w Mar-a-Lago nie pozwoli, żeby choć
włos spadł z łysej głowy jego najserdeczniejszego przyjaciela w Moskwie. Abramsy,
Efy i Apacze są do kupienia, ale nie do strzelania do Putina.
Będziemy też – do 2029 r. – mieć całą kupę wyrzutni Patriot i pocisków do
nich, za co najwyżej 64 miliardy dolarów. Będzie czym strzelać do rakiet i
dronów wroga, albo przyjaciela, któremu wróg przeprogramował systemy…
Oczywiście, o ile nasz dzielny sojusznik nie wyczerpie swoich możliwości
produkcyjno-wojskowych w wojnie z Iranem, Irakiem (przez pomyłkę geograficzną),
Omanem, Meksykiem, Kanadą, Danią, Hiszpanią i Słowenią. Dlaczego Słowenią? Bo
tam się urodziła Melania, a Słowenia wciąż nie zgadza się być z tego powodu
kolejnym stanem USA.
Kasa, Misiu, kasa… Bo
powinniśmy wiedzieć od czasów wojen napoleońskich, że do wygrania wojny potrzeba
w zasadzie trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. My nie
mamy pieniędzy, chociaż mamy prezesa Glapińskiego w NBP, a on uścibolił 648 ton
złota o wartości 345 miliardów złotych. Ale
mamy dług publiczny, pieniądze europejskiej pożyczki oraz amerykańskich i
koreańskich wierzycieli. Tyle jesteśmy warci, ile zdołamy pożyczyć.
No i oszczędzić w kraju. Nie możemy więc narzekać, że nie ma pieniędzy na
asystencję osobistą dla niepełnosprawnych, na windy w domach czteropiętrowych,
na godziwe zarobki nauczycieli, na progi podatkowe i na komunikację dla zwykłych
ludzi. Całe to militarne zoo zapewni nam bezpieczeństwo w przypadku wojny z
czasów Clausewitza i Stalina, ale obawiam się, że teraz to mimo swojej
nowoczesności jest ciupinkę archaiczne – nie w technologii, tylko w myśleniu. A
ono, wbrew pozorom, ma spore znaczenie i w czasie wojny, i w czasie pokoju, i w
permanentnej epoce przedwyborczej.
Mam tylko nadzieję, że ze względów strategicznych Polska i NATO ukrywają
prawdziwe zbrojenia na nasze czasy: tajne inwestycje w obronną elektronikę, w
jawną dyplomację i sekretne działania wywiadowcze. Być może jeszcze uda się w
odpowiednich miejscach zainstalować Jamesa Bonda, Siergieja Skripala i Vincenta
Severskiego. Liczę na to, że do kolejnej misji niemożliwej już się szykują Ethan
Hunt-Cruise i Stanisław Wokulski-Dorociński. Inaczej jeszcze do sukcesów tego
czy owego rządu (to naprawdę jest wszystko jedno) trzeba będzie dołożyć Narodowy
Program Budowy Schronów i Cmentarzy.
No i oczywiście w ramach programu Grek Zorba całe wojsko będzie miało
obowiązkowe szkolenie gry w tryktraka i tańca sirtaki.