Dygresje greckie
Maciej
Pinkwart
Utrata
Przepływająca
przez mój rodzinny Milanówek rzeczka Rokitnica wpada do rzeki Utraty, która
potem płynie do Pruszkowa, Błonia i Żelazowej Woli. Zahacza też o okolice
Piastowa, którego część sama się nazywała Utratą, a ponieważ nikt nie chciał
inwestować w Utracie, w 1926 r. w drodze konkursu wyłoniono nową nazwę.
Zwycięzcą został 14-letni harcerz Zygmunt Kosewski, co tu odnotowuję ku jego
chwale. Jednak nie wiem, czy w Piastów ktoś chciał zainwestować. Mnie Utrata nie
przeszkadzała – kiedy w jej okolicach jeździłem na rowerze, byłem w wieku, kiedy
raczej się zdobywało świat. Poczucie utraty przyszło później i zostało już na
zawsze.
Jestem w
muzeum archeologicznym w mieście Samos na wyspie o tej samej nazwie. Nie cierpię
muzeów, zwłaszcza archeologicznych: wszystkie wydają mi się takie same:
potłuczone i posklejane garnki, zabawkowe figurki, trochę biżuterii i okrutnie
poobtłukiwane posągi, którym brakuje głów, rąk, czasem nóg. Męskie korpusy
zawsze mają tylko ślady po tym, że są męskie: tu utratę wywołała erozja,
trzęsienia ziemi czy zmiany koncepcji artystycznych, ale często także młotek
cenzora. Niemniej jednak warto pamiętać żeby swój czas wykorzystywać w
odpowiednim czasie – bowiem czas powoduje nieuchronnie utratę głowy i
drugorzędnych cech płciowych. Pierwszorzędnych zresztą też.
To i owo
niekiedy da się uratować. Stoję przed największym greckim kurosem –
posągiem nagiego młodzieńca. Ma przeszło pięć metrów wysokości, pochodzi z
pierwszej połowy VI w. p.n.e. i znaleziono go dopiero w 1980 r. przy tzw.
świętej drodze, prowadzącej do największej greckiej świątyni – Heraionu,
niedaleko miasta Pithagorio. Podobno takich kolosów było więcej i były fundowane
przez miejscowych oligarchów, którzy w ten sposób chcieli się przypodobać i
królowej bogów Herze, i miejscowemu satrapie Polikratesowi, który w świątynię
inwestował. Kuros pokazywany w muzeum w Samos, ma na lewym udzie napis, coś w
rodzaju tatuażu, z którego wynika, że fundował go niejaki Isches, syn Resisa.
Jak posąg znaleziono, był bez części nóg i bez głowy, którą cztery lata później
odnaleziono nieopodal. Głowa, ręce i nogi mogły odpaść, jak posąg się przewrócił
w wyniku trzęsienia ziemi, podobno też utrata pewnej istotnej części rzeźby w
okolicach podbrzusza to nie skutek młotków kapłanów w czasach bizantyjskiej
pruderii, tylko też działanie sił natury. Cały korpus pięciometrowej figury
wykonano z jednego wielkiego bloku marmuru, ale dodatki – jak głowa, kończyny i
męskie przyrodzenie dołączono później. Trzymały się słabo i kuros je utracił po
katastrofie sejsmicznej.
Zanim go
wystawiono na widok publiczny w muzeum w Samos (które specjalnie do tego celu
przebudowano, pogłębiając jedną z sal), dokonano częściowej rekonstrukcji,
łącząc znalezione fragmenty z korpusem przy pomocy tytanowych prętów. Tu
odczuwam z biednym kurosem niejaką wspólność: mój kręgosłup też ma wstawki
tytanowe. Na szczęście, jest to jedyna moja wspólność z kolosem. Głowę i ręce
przywrócono na ich miejsce, dolnych części nóg jeszcze nie odnaleziono, więc
kuros stoi jak na protezach. No, ale reszta? Szukają, czy dali sobie spokój
wiedząc, że i tak pewno by musieli mu założyć kąpielówki? Co prawda, majtki
domalowywane w obrazie Sądu Ostatecznego Michała Anioła w watykańskiej Kaplicy
Sykstyńskiej częściowo usunięto podczas tzw. japońskiej renowacji dzieła pod
koniec XX w., ale efekty działań papieskich siepaczy, biegających po Watykanie z
młotkami i dłutami w czasach tzw. wielkiej kastracji w XVI i XVII w. widać – a
raczej, nie widać, do dziś. Niektórzy pocieszają się tym, że może to jeszcze da
się odkręcić, bo podobno w Muzeum Watykańskim jest szczelnie zamknięty magazyn,
gdzie przechowywane są wszystkie te odłupane penisy. Szczerze w to wątpię:
marmurowe imponderabilia pod uderzeniami cenzorskich młotków z pewnością
rozpadły się w pył i można by je co najwyżej odtworzyć na nowo i przymocować na
tytanowych pręcikach. Po czym zasłonić listkami figowymi. Zawsze się
zastanawiałem, dlaczego akurat figa służy jako substytut slipek i stringów…
Moim zdaniem,
tak jak jest teraz w muzeum w Samos, jest smutno i okropnie, a poczucie
nieuchronnej utraty, wywołanej upływem czasu, wstrząsami i nieskutecznym
poszukiwaniem kompensacji może powodować u części zwiedzających depresję. I
przestrogę, że jeśli z jakiegoś powodu stracimy głowę, możemy też nie uratować
innych przyrządów. Na szczęście, można w tym wszystkim znaleźć także nutkę
optymizmu: wielki rozmiar nie ma znaczenia, co może dać satysfakcję posiadaczowi
173 cm wzrostu. Cudze nieszczęście zawsze pociesza, zwłaszcza, gdy dotyka
pięciometrowego idola, fundowanego przez Ischesa, syna Resisa. Złośliwie można
dodać, że im większy korpus, tym strata jest większa. Sit transit gloria
mundi.