Dygresje greckie
Maciej
Pinkwart
Świeże powietrze
Nad morzem zawsze trochę wieje, więc tutaj jest może nie tyle chłodniej, ile
świeżej. Czasem, nie wiedzieć skąd i dlaczego, w czasie zupełnej flauty
przychodzą fale. Niewielkie, ale
odczuwalne, zapowiadane przez nagłe kołysanie się masztów stojących kilkaset
metrów dalej jachtów. Wylewają się na plażę, liżą podnóżki leżaków, czasem
zabierają jeden czy drugi klapek. Nie wiadomo, co je robi. Czasem można zwalić
winę na przepływający gdzieś daleko statek wycieczkowy, którego kilwater sięga
aż tutaj. Mało w to wierzę. Słyszę też o niewielkich ruchach sejsmicznych, które
wstrząsają wodą w naszej zatoce. Ale na balkonie z widokiem na morze tych fal
nie widać, bo brzeg zasłaniają gęste tamaryszki. Widzimy tylko kołyszące się
lampy na wierzchołkach masztów. Przychodzi wieczór i wierzymy, że robi się
rześko, choć temperatura uparcie trzyma się trzydziestki. Trochę ziewamy, mimo
że wieczór jeszcze młody.
- To od tlenu – słyszę – nad morzem zawsze jest więcej tlenu.
No, fakt. Morze jest wielką fabryką tlenu, o wiele większą niż las czy łąka.
Podobno morza i oceany produkują do 80 procent tlenu, który potem my, zwierzęta,
zużywamy do napędzania naszych osobistych silników. Oczywiście tlenu nie
produkują ryby, cwane ośmiornice nie przeprowadzają elektrolizy, ani nawet
słońce nie rozkłada oceanu na dwa ha i jedno o. To wodorosty morskie, bakterie i
plankton wytwarzają tlen jak oszalałe. Ale powietrze nad wodą wcale nie jest w
tlen bogatsze niż to, które mamy w miastach i to, którym oddychają wielbłądy i
wielbłądnicy na Saharze. I tam, i tu, jest w powietrzu 21 % tlenu i nie chce być
więcej. Po prostu ziemska atmosfera jest cały czas w ruchu, wiatr, wynikający z
różnicy ciśnień i temperatur stale miesza w tym kotle czarownic i dzięki temu
ani się nie dusimy, ani nie popadamy w hiperwentylację. 21 procent się nam
należy i tyle dostajemy.
Oczywiście, co chwilę słyszymy, jakie ożywcze dla naszego organizmu jest
przebywanie na świeżym powietrzu, czytamy, jak zbawienne dla chorych płuc
mieszczuchów było oddychanie górskim powietrzem w Zakopanem, jak lekko się żyje
w takiej atmosferze. A przecież i w mieście, i na wsi, i nad morzem, i w górach
i nawet na sali obrad Sejmu mamy serwowane 21 procent tlenu tak czy siak.
Oczywiście, ta uwaga dotyczy powietrza na względnie niewielkiej wysokości nad
poziomem morza. Im wyżej, tym tlenu w powietrzu jest mniej i nie wiem czemu, bo
przecież nawet w Himalajach wiatr powinien przywiać tlen z lasów i mórz. Może to
skutek zmniejszonego ciśnienia?
Ale wciąż różni mądralińscy przekonują nas, że musimy często wychodzić z domu,
bo potrzebujemy świeżego powietrza, a ono jest tylko na zewnątrz. I jeśli nawet
zrobimy sobie w domu oranżerię to niczego to nie zmieni. Choć może będzie
ładniej i – uwaga! – czyściej. Bo domowe zapachy – z kuchni, z łazienki, z –
excusez-moi – nas samych owo powietrze zanieczyszczają. Na zewnątrz
zanieczyszczają je czynniki obiektywne: samochody, psy sąsiadów, sami sąsiedzi,
śmietniki… Wynika z tego, że to, czy powietrze, z którym mamy do czynienia jest
świeże, czy nie – jest, jak prawie wszystko, względne.
Problem, gdzie go szukać, zmienia się też historycznie: w końcu XIX wieku
pierwsza gazeta zakopiańska triumfalnie obwieszczała, że w metrze sześciennym
powietrza na Krupówkach mieści się zaledwie kilkaset bakterii, i to
niechorobotwórczych, a na ul. Rivoli w Paryżu jest ich 22 tysiące. Paryż ma
gorzej, hurra. Parę lat temu odnotowano w Zakopanem 520 mikrogramów pyłów
zawieszonych w metrze sześciennym powietrza. W tym samym czasie w najbardziej
zanieczyszczonym mieście świata, stolicy Indii – New Delhi, było 445 μg.
Dopuszczalny poziom PM 10 to 50 μg/m3. Niedawno stężenie pyłu
zawieszonego w Zakopanem wynosiło 80,8 μg/m3. W tym samym czasie ten
sam wskaźnik dla centrum Paryża miał wartość 32 μg/m3. Paryż ma
lepiej, buu… Ale tu, gdzie to piszę, w Posidonio na wyspie Samos jest jeszcze
lepiej: 27 µg. Paryż ma gorzej, hurra…
Przyjdzie jesień i w polskim domu będę co jakiś czas dostawał SMS-y, że stan
zanieczyszczenia powietrza w Nowym Targu wynosi 400-500 µg/m³, czyli przekracza
dopuszczalną normę dziesięciokrotnie. A bywało i tak, że stężenie PM 10 wynosiło
1800 % normy. Paryż nam nie dorównuje, nie mówiąc już o Posidonio.
Zawsze rozbawia mnie alert RCB, który zapowiada, że powietrze na polu (tak się
tu mówi, choć pól raczej w okolicy nie ma) jest zanieczyszczone i niezdrowe,
więc powinienem pozostać w domu. I zastanawiam się, czy w domu oddycham jakimś
innym powietrzem niż na polu? Czy przez nieszczelne okna i obowiązkowe
wywietrzniki przedostaje się do mieszkania powietrze czyste, odfiltrowane od
tych cholernych PM 10? O PM 5 już nawet nie wspominam…
Bzdura. Ale alert został rozesłany, rączki umyte, w Paryżu i w Posidonio alertów
nie dostają. Hurra, nasi górą! Czy zanieczyszczone starymi spalonymi kierpcami i
porąbanymi do pieca peerelowskimi meblościankami powietrze jest na polu
czystsze niż w domu z centralnym ogrzewaniem, z którego PM 10 unosi się
niewidocznie? E, szkoda gadać. W tym roku naoddychałem się świeżym powietrzem na
zapas. Pocieszam się tym, że nawet zanieczyszczone świeże powietrze nowotarskie
wciąż będzie miało 21 procent tlenu. Tyle samo co Paryż i Posidonio.