Dygresje
greckie
Maciej Pinkwart
Światła
Pół kilometra od naszego brzegu jest niewielka wysepka Koronisi, wznosząca się
kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza. Jest maleńka i niezamieszkała, choć
stoi tam parę budynków, a wśród nich mała kaplica. Oglądana z góry (co mi
umożliwia Google Earth) przypomina ekierkę – pitagorejski trójkąt prostokątny. W
ciągu dnia dopływa tam kilka osób, przeważnie kajakiem lub rowerem wodnym. Raz
widziałem pływaka bez sprzętu. Wystartował z Tolo, dopłynął, otrzepał się i
zniknął wśród zarośli. Nie widziałem, żeby wracał. Może jeszcze tam jest.
Gdy zapada mrok, Koronisi rozbłyskuje dziesiątkami świateł. Latarnie – zdaje się
zapalające się automatycznie dzięki włącznikom zmierzchowym – rozstawione są co
kilkanaście kroków wzdłuż dwóch dróg, z których jedna prowadzi do domków koło
plaży, druga wiedzie w górę, do kaplicy. Świecą sobie a muzom, bo na wyspie
wtedy nikogo nie ma, nikt tam też wówczas nie dopływa. Oświetlona jest tylko
droga, domki kryją się w cieniu i ukrywają za drzewami. Wyglądają jak
niepotrzebny już plan filmowy. A kaplica Świętych Apostołów, stojąca tam już
przeszło 150 lat, tonie w mroku: ostatnie palące się lampy stoją ze dwadzieścia
metrów od niej. W dzień widać, że jest urokliwa i nie dziwota, że niekiedy są
tam organizowane śluby i sesje zdjęciowe. W nocy po prostu jej nie ma.
Jest w tym jakiś głęboki sens: jeśli ktoś wstępuje na jakąś drogę, to zwykle
chce nią podążyć do jakiegoś celu. Ten cel jest mu zazwyczaj znany, więc nie
trzeba go wydobywać z mroku czy stwarzać z nicości: jak dotrzemy, to zobaczymy,
czyśmy dotarli tam, gdzie chcieliśmy. Ale żeby dojść do celu, trzeba najpierw
wytyczyć drogę, albo znaleźć już wytyczoną. Wtedy
światło w mroku bardzo się
przydaje. Czasem zresztą po przejściu pięknej, łatwej, trudnej, brzydkiej drogi
okazuje się, że na końcu nie ma niczego, albo jest nie to, czego szukaliśmy. Ale
to nasza wina, bo obraliśmy zły cel, albo oświetlona droga zwiodła nas swoją
jasnością.
Napisałem kiedyś dla jednej pani wiersz, kończący się apostrofą: jesteś drogą
i celem drogi. I dlatego zafascynowała mnie nocna topografia wysepki
Koronisi: pięknie oświetlona na początku i piękna sama w sobie droga zaginęła w
mroku, a cel zniknął w ciemnościach. Piękna pani zresztą też. Światło poniekąd
zgasło, ale wiersz pozostał. Jest tak samo bezużyteczny jak światła na Koronisi.
Cel, jeśli tam w ogóle istnieje, znika gdy zapalają się światła.
I tak dobrze, bo bywa, że wymarzony cel przekształca się w celę.
Światło najbardziej przydaje się gdy jest jasno. Gdy zapada mrok – zapalenie
światła mrok ten jeszcze pogłębia: ciemność wokół oświetlonego fragmentu jest
ciemniejsza, niż gdzie indziej, gdzie taki kontrast nie występuje. Wracałem
kiedyś z Giewontu w dniu 1 listopada, bo poszedłem z rodziną obejrzeć światła na
cmentarzach z góry. Skorzystaliśmy z ostatniej kolejki, przed sezonowym remontem
wyjeżdżającej na Kasprowy, przetruchtaliśmy na Giewont, było jasno i żadnych
świateł na cmentarzach nie było widać. A potem nagle zaczęło być widać, a my z
przerażeniem przypomnieliśmy sobie, że mamy do pokonania parę kilometrów
przeważnie przez las i 1000 metrów w dół. Wybraliśmy drogę przez Bacuch i
Przełęcz w Grzybowcu, co było nierozsądne. Przed Grzybowcem weszliśmy w las i
zapaliliśmy latarkę. Było strasznie. Latarka wydobywała z mroku parę metrów
kwadratowych drogi, nie wiedzieliśmy, czy to jeszcze ścieżka czy już nie, czy
idziemy po płaskim czy na łeb na szyję w dół. W końcu zgasiliśmy światło i
zrobiło się jaśniej.
Doszliśmy bez strat własnych, nawet bateria w latarce się nie wyczerpała. Bo
światło w nocy tylko kadruje obraz, bardziej ukrywając to, co jest obok niż
odsłaniając to, co oświetla.
Na odległej o pół kilometra Koronisi nie widzieliśmy domów ani kościoła.
Widzieliśmy drogę, która prowadziła donikąd. Ale widzieliśmy całą wyspę, bo nad
Peloponezem i zatoką Argolidzką święcił księżyc, może nie w pełni, ale
wystarczający. I tak potwierdziła się znana od wieków opinia, że Księżyc jest
bardziej przydatny niż Słońce, bo świeci wtedy, kiedy jest ciemno.
Rano światła nad Koronisi zgasły i znów było wszystko
widać.