Maciej Pinkwart
Role
Zupełnie nie pamiętam, jak prawie dokładnie 60 lat temu trafiłem do Teatru
Małych Eksperymentów „Wagant”, założonego przy Uniwersytecie Warszawskim przez
Tomasza Miłkowskiego z polonistyki. W pierwszym spektaklu nie brałem udziału,
ale w drugim już tak. Był to Kwiat miłości, sztuka Tomka o wojnie
wietnamskiej, gdzie trafiłem nie tylko ja, ale także kilka moich „wietnamskich”
wierszy. Nie grałem tam żadnej roli – po prostu parę razy wchodziłem zza kulis i
coś mówiłem. Te wejścia i to mówienie to była moja szkoła aktorska: Tomek jako
reżyser przeczołgiwał mnie kilkadziesiąt razy na każdej próbie, uczył wymowy,
ruchu, reagowania na światło reflektorów i na inne osoby na scenie, tego, że
przedstawiając wiersz o spalonym przez napalm dziecku należy mimo dramatyzmu nie
poddawać się nerwom i mówić widziałem dziecko, a nie wdziałem dziecko
oraz że nie mówi się za wyjątkiem, bo gdyby się tak mówiło, to by trzeba
też mówić przed wyjątkiem, a więc z wyjątkiem i już. 60 lat minęło
jak jeden dzień, a ja to doskonale pamiętam. Nienawidziłem każdej próby i
umierałem na początku każdego przedstawienia. A potem trema mijała, wchodziłem w
rolę i dawałem radę. Do następnego razu.
Rola? Jeszcze w Pluskwie Majakowskiego, rewelacyjnie wystawionej przez
Tomka, który grał główną rolę, Prisipkina, byłem kimś w rodzaju lokaja, który
wchodzi na scenę i mówi: Jaśnie panie, powóz zajechał… W pierwszej scenie
sztuki przekupnia na targowisku rewelacyjnie grał nieodżałowany Andrzej Najman,
najprzystojniejszy z moich przyjaciół, w którym kochały się wszystkie koleżanki,
zwłaszcza te, które mnie się podobały, ale przy Andrzeju nie miałem szans. Ja w
Pluskwie pojawiałem się w drugiej scenie, w hotelu robotniczym, w roli
młodego robotnika, który wchodzi na scenę i z rozpaczą w głosie krzyczy:
Gdzie buty? Znowu buty rąbnęli. Cóż to, mam je na noc odnosić na Dworzec Kurski
do przechowalni ręcznego i nożnego bagażu czy co? Ten krzyk zupełnie mi nie
wychodził… Ale moje ambicje teatralne rosły.
W Warszawie w 1966 r. na Międzynarodowych Targach Książki kupiłem dwie
publikacje (najpierw trzeba było na specjalnym formularzu złożyć zamówienie,
które zdaje się weryfikowała cenzura, potem przesyłka przychodziła pocztą)
autorstwa Jamesa Salingera: było to Nine Stories oraz bestseller tamtych
lat – The Catcher in the Rye, Buszujący w zbożu. Czytałem to
oczywiście, jak wszyscy, w polskim przekładzie Marii Skibniewskiej – ale ten
przekład mi się nie spodobał. Więc gdy już miałem oryginał, postanowiłem samemu
powieść przetłumaczyć, jednocześnie adaptując ją na scenę. No i wreszcie zagrać
główną rolę. Tomek Miłkowski rzecz zaakceptował, podjął się reżyserii i obsadził
wszystkie role. Zagrałem nastolatka Holdena Caulfielda. Miałem 19 lat.
W pierwszej scenie Holden rozmawia ze swoim starszym kolegą o dziewczynie, w
której się kocha. Kolega najpierw tę Jane Gallagher dezawuuje, potem sugeruje,
że gdyby tylko chciał, to zaraz by była jego. Holden rzuca się na niego z
pięściami, Stradlater daje mu wycisk, Holden odchodzi i postanawia uciec z domu.
Stradlatera grał mój najserdeczniejszy przyjaciel, Zbyszek Jachimski. Na próbach
oczywiście robiliśmy choreografię bójki, a nie bójkę, ale przed premierą Tomek
się wkurzył i powiedział, żebyśmy się bardziej postarali. Postaraliśmy się.
Rzuciłem się, Zbyszek mnie odepchnął, walnąłem głową o fotel, przyjaciel dowalił
mi pięścią, zszedłem ze sceny – zgodnie ze scenariuszem, ale z krwotokiem z
nosa, czego scenariusz nie przewidywał. Zebrałem oklaski. Po premierze pytano
nas, jak zdołaliśmy zrobić taką wiarygodną iluzję bójki. Holden w całej
półtoragodzinnej sztuce tylko przez siedem minut jest poza sceną. To były
właśnie te minuty, w czasie których mój krwotok został zatamowany i mogłem grać
swoją rolę dalej.
Kilka premier później wystawialiśmy jakiś montaż poetycki, który nazywał się
Stara rekwizytornia. Byłem tam starym rekwizytorem. Przez kilkanaście minut
pudrowano mi włosy tak, żeby wyglądały na siwe. Na peruki nie było nas stać,
musieliśmy oszczędzać. Szkoda, że teraz już nie gram starego rekwizytora, można
by zaoszczędzić też na pudrze.
Potem przyszły inne role, w innych teatrach i na innych scenach. Może
najtrudniejsza była pierwsza scena w teatrze życia, w którym zacząłem grać rolę
ojca – kiedy w szpitalu na warszawskim Solcu przyszedłem odebrać żonę i tylko co
urodzonego syna. Dwie rzeczy nieprzewidziane w scenariuszu – kiedy pielęgniarka
podała mi tłumoczek z koca, w którym zapakowane było dziecko – i pakunek był tak
lekki, że mało go nie podrzuciłem w powietrze. A parę minut później, już na
ulicy, tłumoczek się poruszył. Powinienem się wzruszyć, ale głównie się
przestraszyłem. Bo to coś, co trzymałem w rękach przestało być czymś, a
stało się w tym momencie pełnoprawnym kimś, kto ma własną wolę i już
teraz w wieku bodaj trzech dni, objawia własne, niezależne ode mnie działania… I
to zostało na następne 53 lata…
Potem przez parę lat próbowałem odgrywać rolę dziennikarza – reportera
interwencyjnego. Ubierałem się w garnitur, żeby wyglądać poważniej, bo z
redaktorem w wieku dwudziestu paru lat mało kto chciał w ważnych sprawach
rozmawiać. Kiedyś redakcja „Polityki” wysłała mnie na reportaż pod Poznań, gdzie
źle się działo w jednym z domów dziecka. I kiedy zapukałem do drzwi
nauczyciela-opiekuna, który do „Polityki” napisał z prośbą o pomoc w walce z
dyrekcją i chroniącym ją Komitetem Wojewódzkim Partii – zobaczyłem, że garnitur
nie pomógł. Że czytelnik nie uwierzył, iż taki młokos może cokolwiek zrobić w
tak skomplikowanej sprawie. Sprawa nie była skomplikowana, ale rzeczywiście
niewiele pomogłem.
A potem, w innej sprawie, napisałem zły reportaż, stronniczy, zaorał mnie o
wiele starszy i bardziej doświadczony dziennikarz z konkurencyjnego pisma i
przez długi czas grałem rolę negatywnego przykładu, studenci się na mnie uczyli
i mój casus opisywano w „Zeszytach Prasoznawczych”. Bolało jak cholera, ale
ogromnie dużo się wtedy nauczyłem. A nauka nie tylko kosztuje, także boli. I
potem pracowałem na roli, a dokładniej – w Pegieerze na Opolszczyźnie, z czego
mi został Ulisses Joyce’a i wydany w Czechach album Beatles v písních
a obrazech, oba kupione na rynku w Paczkowie, niechęć do popijania
paprykarza szczecińskiego koniakiem Martell, bo tylko to można było tam w
sklepie kupić i zrobione między polami kukurydzy prawo jazdy.
I marzyłem wtedy, żeby być już na tyle stary i na tyle doświadczony, a może i
mądry w jakiejś dziedzinie, żeby móc być niezależnym komentatorem i wypowiadać
własne opinie, niezależne od zdania dyrektorów, starszych redaktorów, linii
programowych i chęci zdobycia poklasku publiczności. Udało mi się pod koniec
życia, w zasadzie już poza progiem działalności zawodowej.
Tyle tylko, że jednocześnie z tą wolnością i poczuciem dystansu przyszła
świadomość tego, że to co ja myślę, czego doświadczam i co o tym piszę – nie ma
żadnego znaczenia. I to bez względu na to – proszę wybaczyć – czy ktoś to czyta,
czy nie. Bo świat, mój świat, zrobił się tak różnorodnie podzielony, że
większość ludzi czyta – słucha – ogląda – tylko to, co chce przeczytać,
wysłuchać, obejrzeć, bo potrzebuje tylko potwierdzenia własnych opinii. Ten
głębszy, bardziej dramatyczny podział jest jeszcze trudniejszy do
zaakceptowania, bo dzieli rzeczywistość na maleńką kulkę, może nawet bańkę, w
której jestem ja, moje nieliczne i mało ważne sprawy, opinie, doświadczenia i
poglądy i drugą, wielką kulę, w której są inne sprawy, opinie, doświadczenia,
poglądy i cały Kosmos. Mogę tę swoją bańkę pokolorować, żeby zachęcić resztę
świata do jej obejrzenia, może nawet do akceptacji, dodać przypraw, soli,
pieprzu, kurkumy i cynamonu, ale i tak to sytuacji nie zmieni i rola, jaką
przyjdzie mi odegrać w tej mojej bańce, nie jest ani główna, ani drugoplanowa,
nie jest to nawet rola szatniarza czy portiera.
Czy taka konstatacja boli? Bo ja wiem? Kwestia przyzwyczajenia. Choć z wiekiem
jest niby więcej czasu na takie przyzwyczajanie się, to jednak ten czas pędzi
tak szybko, że nawet jeśli czegoś doświadczymy, to jeśli jest to coś miłego –
minie, zanim się o tym przekonam, że jest. Jeśli coś nieprzyjemnego – cóż,
zmieni się w nieprzyjemną zwyczajność, jak codzienne golenie i wkładanie
skarpetek... Czy to boli? No jasne.
Ale jam nie z soli, ani z roli, ani nawet z coca-coli, tylko z tego co mnie
boli.