Maciej Pinkwart
Robot na noszach
Dwie wiadomości, najprawdopodobniej będące fejkami. Jedna to obrazek: czterech
mężczyzn w uniformach sanitariuszy z trudem dźwiga ciężkie nosze, na których
leży biało-czarny humanoidalny robot, prawdopodobnie ze złamaną nogą. Druga to
wiadomość tekstowa: 27 stycznia 2026 r. ukraiński robot Droid TW-7.62 wziął do
niewoli trzech rosyjskich żołnierzy. A 13 kwietnia tego roku ukraińskie
bezzałogowe platformy naziemne przy wsparciu dronów zdobyły placówkę rosyjską,
doprowadzając do poddania się całej załogi wroga.
Zastanawiacie się pewno, po co powtarzam informacje, które prawdopodobnie są
nieprawdziwe? No cóż: najprawdopodobniej to nie znaczy z całą pewnością. A coś,
co dziś jest nieprawdziwe, jutro może stać się zupełnie realne. Czy przed
pierwszą wojną światową komendant Piłsudski przypuszczał, że za parę lat będzie
słuchał swojego głosu, nagranego na płycie gramofonowej, a dziś będziemy go
mogli oglądać na żywo i w kolorze podczas – bo ja wiem – nocnej rozmowy z
aktualnym lokatorem Belwederu? Co oczywiście umożliwi nam sztuczna inteligencja.
Sztuczna inteligencja jest teraz jednym z głównym tematów rozważań
publicystycznych, zaraz obok heheszków z kolejnych posunięć prezydenta Stanów
Zjednoczonych czy niezwykle ważnych dywagacji na temat konfliktów między
harcerzami a maślarzami i między jedną panią minister i drugą panią minister z
byłej wspólnej partii, mającej w sondażach poparcie mniejsze od Związku Hodowców
Kanarków. Przy czym, jeśli dla dziennikarzy i naukowców tematem są osiągnięcia
sztucznej inteligencji w zakresie pisania wypracowań szkolnych czy prac
doktorskich, umiejętności rozbierania zdjęć koleżanek z przedszkola czy
kreowania portretów pomarańczowego Jezusa i filmów z oszalałymi sternikami
targanego falami PiStanika – to dla przeciętnego człowieka prawdziwa
sztuczna inteligencja to człekokształtne roboty. To one, tworzone na nasz obraz
i podobieństwo mogą na tyle poruszyć ludzką wyobraźnię, że zaczniemy się ich
bać. Bo tak naprawdę jedynym zagrożeniem dla ludzkości jest człowiek.
Na razie.
Na razie tylko w wyobraźni wykreujmy sobie naszego domowego robota. Któż z nas
nie myślał o tym, żeby uciążliwości domowe (odkurzanie, gotowanie, przyszywanie
guzików, odrabianie lekcji, pranie i prasowanie, wynoszenie śmieci połączone ze
zgodną z przepisami segregacją tychże, rozmowy z żoną i oglądanie Moniki
Olejnik) wykonywał za nas mało wymagający niewolnik? I to taki, który zgodnie z
prawami Isaaca Asimova nie może nas skrzywdzić i musi być nam posłuszny?
Ciekawe, że tak głęboko siedzi w nas to upodobanie do niewolnictwa. Kilka lat
temu w jednej z polskich gazet ukazało się ogłoszenie: Niewolnicę zatrudnię.
Oferty ze zdjęciem… Odpowiedziało kilkadziesiąt osób. Ciągu dalszego tego
eksperymentu nie znam, choć przyznam, że był frapujący. Ale roboty humanoidalne,
pomagające nam w codziennym życiu, w Polsce się nie przyjmą. Po pierwsze, wielu
z nas wykorzystywałoby je do wykazywania swojej wyższości, co w dziedzinie
intelektualnej mogłoby być trudne, więc wyższość owa demonstrowana byłaby przy
pomocy młotka i obcęgów, w skrajnych przypadkach – piły tarczowej. Ale –
powiecie – któż by się rzucał na robota z młotkiem, jeśli kosztowałby on krocie?
No nie wiem – w końcu, zegarek elektroniczny jakiś czas temu kosztował duże
pieniądze, a dziś jest niezauważalnym dodatkiem do wszystkiego, nawet długopisów
i ołówków. Po drugie, robot, wyposażony dodatkowo w umiejętność konwersacji,
mógłby dla wielu z nas być znakomitą alternatywą dla rozmaitych partnerów czy
towarzyszy w pracy, w polityce i w życiu. Świadomie pomijam tu kwestię tzw.
robotów seksualnych, jako temat który znam słabo z przyczyn zasadniczych. Mając
kontakt z wyposażonym w wielką wiedzę i nienachalnie z niej korzystającym
robotem któż chciałby w domu, w pracy czy w polityce jeszcze wybierać
towarzystwo głupich, złośliwych czy egoistycznych ludzi? To z czasem mogłoby
doprowadzić do powstania PPR, czyli Polskiej Partii Robotów, która w koalicji z
wymierającym progresywnym skrzydłem Koalicji Obywatelskiej mogłaby przekształcić
się w znaną od czasów
Jarosława Haszka Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Czy to możliwe? Nie, niemożliwe.
Człowiek nigdy nie będzie działał w granicach prawa, jeśli chciałby osiągnąć
umiarkowany postęp. Człowiek zawsze chce nieograniczonego prawa do tego, by
innych przymuszać do postępu, albo do ciemnoty, co czasem na jedno wychodzi.
Ale współpraca – człowieczo-niewolnicza – z robotami humanoidalnymi daje się już
wyobrazić. O wiele łatwiej, niż współpraca człowieka z inteligencją jako taką.
To daje się zaobserwować stosunkowo rzadko. Choć, być może i tutaj postęp
współpracę taką wymusi.
Czy to nastąpi za naszego życia? Mojego na pewno nie, ale
Waszego? Możliwe. Porzućmy na razie poruszające wyobraźnię obrazki robotów,
biorących do niewoli całe zastępy armii wroga i nie zastanawiajmy się nad tym,
czy pierwszego prawa Asimova nie dałoby się obejść przez odczłowieczanie
narracji o owym wrogu i wpojenie w nasze roboty ekonomicznie i technologicznie
uzasadnionego przeświadczenia, że wzięty do niewoli wróg to mechaniczna część
obcej armii, którą opłaca się zlikwidować na miejscu, a nie wywozić do obozu,
żywić i pilnować, żeby nie uciekł. Pomyślmy o pokojowo nastawionych robotach,
które krok po kroku będą nam a. pomagać, b. zastępować w trudnych sytuacjach, c.
zastępować w łatwych sytuacjach d. zastępować w życiu. Jest to zupełnie
logiczne: energetycznie, psychologicznie, funkcjonalnie i ekologicznie robot
jest o wiele lepszy od człowieka. Ale czy nie odziedziczy po swoim stwórcy jego
głównych wad? Czy nie zacznie przeciążać swoich układów scalonych, gdy gdzieś w
murach robotycznego Elsynoru zacznie stawiać sobie egzystencjalne pytanie być
albo nie być…
Jeśli z kalkulacji wyjdzie mu – co jest logiczne – że lepiej jest nie być –
przestanie się doładowywać i będzie z nim spokój. Tak jak z nami. Bo czy
zaopatrzymy go w algorytm przewidujący to, że będzie potrafił się sam naprawiać,
sam się odnieść na noszach ze złamaną nogą i ewentualnie sam rozwiązać problem
gniazdka i wtyczki? Cóż, wszystko jest możliwe, według kolejnych praw
technologicznych, tym razem przedstawionych przez innego twórcę literatury SF –
Arthura C. Clarka:
1. Kiedy poważany naukowiec twierdzi, że coś jest możliwe, prawie na pewno ma
rację. Gdy twierdzi, że coś jest niemożliwe, prawdopodobnie się myli.
2. Jedynym sposobem poznania granic możliwego jest ich przekroczenie i wejście w
niemożliwe.
3. Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.
I wariant tego ostatniego prawa: każda technologia odróżnialna od magii jest
niewystarczająco zaawansowana.
O sztucznej inteligencji w służbie magii i o czarach w codziennym życiu –
następnym razem.