Maciej Pinkwart
Robot nawalony
Śledzę uważnie wszystkie dyskusje, nadzieje i obawy związane z rozwojem
robotyki, szczególnie ostatnio, kiedy każdy może sobie ściągnąć, za darmo, albo
za niewielką opłatą prywatnego osobistego asystenta, który podpowie nam ile
wynosi pierwiastek szóstego stopnia z liczby Pi, kto był następcą króla Haralda
Sinozębego i ile wynosi średnia pensja w królestwie Bhutanu. Może nawet powie
nam, jaka pogoda będzie w przyszły wtorek i jak powinniśmy sobie wybrać partnera
życiowego. Ale kiedyś wymagaliśmy i więcej i mniej zarazem od robotów. Chciałbym
się trzymać tego określenia, które wiele lat temu – zaraz spytam asystenta,
kiedy – no właśnie, w 1920 r. – wymyślił Josef Čapek, a spopularyzował jego
brat, Karel, znany czeski pisarz. Czesi sobie wymyślali roboty, a my w tym
czasie goniliśmy bolszewików, żeby nie podbili Pragi, w tym Pragi czeskiej.
Zdaje się, że pierwszym robotem-wojownikiem był skonstruowany przez Dedala
metalowy automat o imieniu Talos, który codziennie obiegał wybrzeże Krety,
niszcząc wszystkich tych, którzy chcieli tam bez zgody władz wylądować. Inni
opowiadacze legend głoszą, że wcześniej Talos strzegł Sardynii i każdego, kto
jej zagrażał, brał w spiżowy uścisk rozpalonych ramion, wywołując u niego
przedśmiertny, sardoniczny uśmiech. Pokonała go dopiero piękna i wredna
Medea, sprawiając że się rozprogramował i oszalał. Było to – jeśli było – jakieś
dwa tysiące lat przed naszą erą.
Jednym z pierwszych inżynierów, konstruujących i wymyślających algorytmy do
działania automatów był na przełomie er Heron z Aleksandrii, który poza tym, że
konstruował rozmaite zabawki automatyczne, działał na zlecenia kapłanów
tamtejszej świątyni, tworząc na przykład niezwykle przydatny automat do
dozowania wody (święconej?) przy drzwiach: wchodzący wrzucał monetę, a woda
leciała. Im większa moneta, tym dłużej… Mniej wie się o tym, że Heron
skonstruował też sztuczny teatrzyk, w którym ludzkie kukiełki poruszały się
zgodnie z programem-algorytmem, a ukryci za zasłoną ludzie prowadzili dialogi.
Leonardo da Vinci sporządził sztucznego lwa, wyrzucającego ze swego wnętrza róże
na powitanie króla Ludwika XII w Mediolanie, opracował też projekt mechanicznego
rycerza, który mógł walczyć i zabijać – ale go nie skonstruował, gdyż
przestraszył się wizji przyszłej wojny robotów…
A pierwszych sztucznych ludzi wyspecjalizowanych w tym i owym, wymyślali i
konstruowali zręczni zegarmistrze i mechanicy w XVII i XVIII w. Pierwszym
androidem był sztuczny flecista, który nie tylko poruszał się, ale i wygrywał
prostą melodyjkę na flecie. Jego twórcą w drugiej połowie XVIII w. był Francuz,
Jacques de Vaucanson, były franciszkanin, a późniejszy reformator przemysłu
tkackiego i wynalazca kart perforowanych. Flecistę i automatycznego tamburynistę
podziwiano na dworach magnackich, ale lud uwielbiał inny jego wynalazek –
sztuczną kaczkę, która pływała po stawie, kwakała, połykała i co najważniejsze –
wydalała kawałki bułki… No, boki zrywać! W tym samym czasie (ok. 1760 r.)
szwajcarski zegarmistrz Pierre Jaquet-Droz skonstruował pierwszych
automatycznych twórców – rysownika i pisarza. Obaj mieli postać małych chłopców.
Rysownik potrafił co prawda narysować tylko cztery różne obrazki, ale za to
pisarz – zbudowany z 6000 elementów – był połączony z programatorem, czymś w
rodzaju osadzonej na stalowym bębnie klawiatury, gdzie można było pisarzowi
zadać tekst do przepisywania. Był to zatem nie tyle literat, ile pisarz gminny…
Jaquet-Droz zadbał o pozory człowieczeństwa: pisarz potrafił wodzić oczami za
pisanym tekstem, maczać pióro w kałamarzu, poruszać głową, tupać nogami. Nie
można przeto się dziwić, że prezentacja robota w Hiszpanii skończyła się
aresztowaniem konstruktora przez inkwizycję. Ale jakoś się wybronił, a jego
pisarz ocalał – znajduje się do dziś w Muzeum Sztuki i Historii w Neuchâtel.
Uważa się, że ten szwajcarski automat jest pierwszym programowalnym komputerem.
I nadal działa!
Rzecz jasna, już wtedy próbowano oszukiwać: w 1770 r. na austriackim
dworze Johann Wolfgang von Kempelen pokazał tzw. mechanicznego Turka. Był to
automat ubrany w strój turecki, który potrafił grać w szachy. I wygrywać z
ludźmi! Turek prosperował do 1827 r., kiedy to odkryto, że sztuczniakiem
sterował po prostu człowiek, arcymistrz szachowy, ukryty w skrzyni, na której
była szachownica, a przy niej siedziała lalka Turka. A pierwszy szachowy
komputer, o nazwie Deep Blue, dopiero w 1997 r. wygrał z arcymistrzem Garrim
Kasparowem.
Pierwszego
robota humanoidalnego skonstruowano w USA w 1937 r. Nazywał się Elektro, miał
210 cm wzrostu, ważył 120 kg, potrafił chodzić, mówić proste zdania, odtwarzane
z płyty gramofonowej, którą miał w środku. Potrafił wypowiadać w ten sposób 700
słów, wykonywał 20 różnych ruchów – umiał chodzić, poruszać rękami i głową,
odpowiadał na proste pytania i opowiadał niewyszukane żarty. Największą jego
zaletą było jednak to, że był prawie jak człowiek: miał nawet metalowego
psa imieniem Sparko, który potrafił chodzić, szczekać, siadać i machać ogonem.
Ale przede wszystkim Elektro umiał… palić papierosy, co wówczas uważano za
przejaw człowieczeństwa.
I od tamtego czasu próbujemy z coraz lepszym skutkiem konstruować roboty, które
potrafią naśladować człowieka, głównie w jego wadach i podstawowych instynktach.
Japończycy wyspecjalizowali się w produkcji prawie inteligentnych seksownych
lalek, z którymi można mieć erotyczną frajdę, potem porozmawiać o Einsteinie,
sprawdzić pocztę i dostać napar z aromatyzowanej herbaty i sałatkę z rybki fugu.
Mówi się coraz częściej – a eksperymenty w tej dziedzinie już dawno wyszły poza
laboratoria – o robotach-asystentach ludzi starszych i chorych, które będą w
stanie działać jako pomoc domowa, pielęgniarze i opiekunowie. Ale podobno
emeryci nie chcą robotów człekokształtnych, bojąc się ich ludzkości – nie
chcą dopuszczać do siebie obcych niby-ludzi, którzy będą ingerować w ich
świat, wejdą z nimi w konflikt osobowościowy, może oszukają ich metodą na
robota, zabiorą im rentę albo wyłudzą kawalerkę.
Ale cyfronicy (jak ich nazywał Stanisław Lem) nie ustają w próbach stworzenia
homo ex machina, co zresztą jest ulubionym tematem znakomitych niekiedy
filmów katastroficznych. Próby zawarcia w martwej kupie złomu, albo wręcz w
środku naszych komputerów i telefonów sztucznej istoty, obdarzonej inteligencją
i rozmaitymi ludzkimi cechami przynoszą coraz lepsze (no, bo ja wiem, czy
lepsze?) efekty: AI już nie tylko potrafi nam w try miga wyszukać
odpowiedni dla naszych potrzeb cytat z Dostojewskiego, Kaczyńskiego czy
Gwiezdnych wojen, ale także pocieszyć w naszym złym nastroju, lub narysować
dla uciechy naszą teściową jako woltyżerkę w cyrku. Ba, nawet wytłumaczyć, co
znaczy słowo woltyżerka. Niestety, potrafią też wzmocnić naszą depresję, a nawet
poprowadzić ludzi od depresji do samobójstwa. Ludzie tonący w bagnach hejtu i w
oceanach samotności, czepiają się niekiedy cyfrowej brzytwy, korzystając z
możliwości stworzenia sobie awatarów przyjaciół i przyjaciółek, wierząc w to, że
są oni bardziej prawdziwi, a w każdym razie bardziej niezawodni niż fałszywi
przyjaciele – ludzie. I nie zawsze się to kończy pozornym happy endem, jak w
amerykańskim filmowym melodramacie Spike’a Jonze’a Ona, gdzie po prostu
mężczyzna zakochany w swojej istniejącej tylko w systemie operacyjnym jego
komputera wirtualnej przyjaciółce – uwaga, spojler! – przekonawszy się, że w tym
samym czasie rzeczywistym rozmawia ona z kilkoma tysiącami innych osób, dla
których jest tak samo bliska i niezbędna – czuje że sam się w tej sprawie
oszukał i po prostu kasuje system. Czasem, w realu, wirtualny
przyjaciel/przyjaciółka skłania człowieka do skasowania siebie, bo to według
cyfrowej logiki jedyne wyjście z kłopotów. W sumie, z punktu widzenia sztucznej
inteligencji, to czy jakiś operator wyciągnie nam wtyczkę za parę lat, czy sami
to zrobimy teraz – nie ma większej różnicy.
Przypomina mi się, że i to wymyślił wiele lat temu przegenialny Stanisław Lem.
Oto w opowiadaniu Przyjaciel Automateusza z cyklu Bajki robotów z
1964 r. Lem opisuje jak bohater (skądinąd sam będący człekokształtnym
robotem, ale to nie ma tu znaczenia) kupił sobie miniaturowego asystenta,
którego nosiło się w uchu. Ów Wuch, bo tak się nazywał, informował, podpowiadał,
obliczał, rozbawiał – słowem, był uzupełnieniem umysłu bohatera. I ów bohater, z
Wuchem w uchu, kiedyś płynął statkiem, który się rozbił, a on sam (z Wuchem w
uchu oczywiście), znalazł się na bezludnej wysepce bez żadnych źródeł energii,
gdzie nie miał szans przeżyć. Po przeprowadzeniu niezbędnych obliczeń Wuch
stanowczo doradził Automateuszowi, żeby poszedł się utopić, bo i tak umrze w
cierpieniach. A on, Wuch, przetrwa, bo jest niezniszczalny i co najwyżej za
wiele setek albo tysięcy lat ktoś go tu znajdzie i on mu wtedy opowie tę
historię.
I wtedy na horyzoncie pojawił się statek ratowniczy. Historia w tym momencie się
nie kończy, ale jak dla nas – to wystarczy.
Wcale się nie dziwię, że tak wiele osób, z tygodnia na
tydzień coraz więcej, korzysta ze sztucznej inteligencji jako pomocy, ale i jako
kogoś, z kim można bez obawy o niesłuszną krytykę i niezrozumienie, porozmawiać,
pozwierzać się, wyżalić na ludzi i na zły świat. I coraz częściej myślimy o
nich, o tych pseudoistotach stworzonych we wnętrzach naszych komputerów, jak o
idealnych ludziach, których w naszym otoczeniu zabrakło i którym tylko brakuje
ciała – no i kilku ludzkich wad, na tle których my sami okazalibyśmy się lepsi,
a może w ogóle super. A najfajniej by było, żeby jeszcze w piątkowy letni
wieczór można by było z nimi pójść do ogrodu i tak prawdziwie po męsku nawalić
się browarkiem i doprawić łiskaczem.
Spokojnie, idzie i w tę stronę. Roboty wyposażone w nieludzkie zalety i ludzkie
wady już powstają. 11 listopada 2025 r. w jednym z moskiewskich centrów
technologicznych rosyjska firma Aidol przy dźwiękach muzyki z filmu Rocky
wysłała do akcji humanoida dość mało zresztą podobnego na visus do
człowieka. Robot przeszedł kilka metrów krokiem Borysa Jelcyna po kolacji z
Lechem Wałęsą, podniósł rękę, żeby pomachać do publiczności, po czym stracił
równowagę, runął jak długi na ziemię i znieruchomiał, jak po czterech promilach.
Pracownicy firmy Aidol położyli go na czarnym całunie i wyciągnęli za kulisy.
Prezentację uznano za częściowo udaną. Moskwianie klaskali jak szaleni.
Poza trudnościami czysto mechanicznymi, roboty wciąż jeszcze – i na szczęście –
nie mają osobowości, a i samoświadomość występuje u nich tylko w takim zakresie,
w jakim ją zaprogramują ludzie. Wciąż jeszcze to człowiek uruchamia robota do
pracy, a nie odwrotnie. W dodatku dostępna już dziś sztuczna inteligencja w
naszych komputerach, przynajmniej ta w wersji budżetowej, ma jedną nieprzyjemną,
bardzo ludzką zresztą cechę: niechętnie przyznaje się do błędów i rzadko mówi
nie wiem, bo choć jej umiejętności przeszukiwania sieci są ogromne, to
jednak zdolności wyławiania z oceanu informacji tych jedynie właściwych są
znikome. Ale zamiast powiedzieć „nie wiem”, „nie znalazłem”, „poszukam jeszcze
później” – najczęściej skleja ze sobą rzeczy jej zdaniem prawdopodobne lub ze
spadłych z internetowej chmury płatków wiedzy lepi bałwana bzdur, co uczenie
nazywa się halucynacją. Nie chcę deprecjonować informatyków, stale
poprawiających możliwości AI, ale przypominam: ludzkie błędy w maszynie są
znacznie trudniejsze do wyplenienia niż maszynowe błędy w człowieku. A ci,
którzy uważają, że już dziś można swój smartfon czy komputer traktować jak
przedłużenie własnego „ja” i przerzucić na sztuczną inteligencję część własnej
pracy, niech przyjrzą się temu co poniżej.
Do pisanej teraz książki potrzebowałem znaleźć informację na temat tego, kto
projektował budynek przy ul. Nowotarskiej w Zakopanem, w którym obecnie mieści
się Szkoła Podstawowa nr 5. Zapytałem AI.
I oto odpowiedź, cytuję słowo w słowo:
Budynek Szkoły Podstawowej nr 5 przy ul. Nowotarskiej 29 (dawny budynek
Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”) został zaprojektowany przez architekta
Stanisława Witkiewicza (ojca twórcy stylu zakopiańskiego) w stylu zakopiańskim,
a rozbudowany przez jego syna Stanisława Witkiewicza w latach 1900-1902, z
pierwotnym projektem pochodzącym z końca XIX wieku, będącym wyrazem jego wizji
architektonicznej, choć często mylnie przypisywanym bezpośrednio ojcu, jednak to
on dał początek tej koncepcji dla tego obiektu, a później budynek rozbudowywano,
by pełnił funkcje publiczne, co kontynuował jego syn.
Nie muszę zapewniać Państwa, że jest to wyjątkowy stek bzdur i ani pół zdania –
nawet adres tej szkoły - nie ma najmniejszego związku z prawdą.
Żeby uzyskać odpowiedź na moje pytanie, napisałem więc do żywej pani sekretarki
szkoły i nazajutrz dostałem potrzebne informacje. Ogromnie dziękuję! Muszę
wszelako dodać, że to zjawisko jest u nas znacznie rzadsze, niż nawalony robot w
Moskwie. Bo na ogół człowiek używa swojej naturalnej inteligencji głównie do
tego, żeby robić tylko to, co robić absolutnie musi, a na resztę – w tym na moje
maile – ma wywalone. A ze sztuczną inteligencją ma to wspólne, że też
niechętnie mówi nie wiem, ale zamiast halucynować, udaje że mail
trafił do spamu albo że była awaria sieci. Bo lenistwo jest najbardziej ludzką
cechą, nad implementowaniem której robotom ludzie dopiero pracują,
prawdopodobnie na umowie śmieciowej.
Tymczasem my tu w Polsce już możemy być dumni: nasi
programiści stworzyli ostatnio polską, rodzimą i swojską sztuczną inteligencję,
która nazywa się Bielik. Jeszcze nie sprawdziłem, czy to orzeł, czy resztka.