Maciej Pinkwart
Czy Polska jest republiką?
Takie pytanie zadano posłowi i byłemu ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego z
Lewicy, Dariuszowi Wieczorkowi i poseł stwierdził że nie, bo Polska jest
Rzeczpospolitą. Nie wiedział też, kto walczył w wojnie secesyjnej. A większość z
pytanych posłów nie wiedziała, ile jest osiem razy siedem. Przytaczam to
dlatego, że to jest teraz świeży temat, a kompromitujące odpowiedzi na łatwe,
choć pewno prowokacyjne pytania uzyskiwali reporterzy, buszujący po korytarzach
na, nomen omen, ulicy Wiejskiej w związku z trwającymi maturami. Oczywiście
wiem, że stres robi swoje i czasem blokuje mózg, jednak tu nie chodzi o czasową
blokadę. Żenadą częstują nas co dzień posłowie, członkowie rządu i opozycji, co
zresztą bywa stałym elementem folkloru politycznego w kraju, w którym przeciętny
obywatel nie tylko nie pamięta już tabliczki mnożenia, ale nie ma pojęcia ile
głosów dostał w wyborach ten czy inny kandydat na prezydenta. Tego, oczywiście,
nie wie nikt i wiedzieć nie będzie. W efekcie dla wielu osób prezydent Polski
jest oceniany jak kot Schrödingera,
podczas gdy dla innych – jak kot Kaczyńskiego. Na tym polega polska mechanika
kwantowa.
Tej niewiedzy wyborczej mamy więcej, niż wiedzy. Czy znacie nazwiska wszystkich
posłów ze swojego okręgu wyborczego? Zapewne nie, choć pewno wiecie, na kogo
sami głosowaliście. Ale czy pamiętacie, jaki był program wyborczy tego na kogo
głosowaliście? A z kim z własnej partii ten ktoś konkurował i czym jego oferta
różniła się od innych? A czy wiemy, ile kosztowała jakąś partię czy komitet
wyborczy kampania do parlamentu czy samorządu na jakimkolwiek szczeblu? Przez
ile dni nie było w pracy premiera, ministra, prezydenta, wójta czy pracownika
jakiejkolwiek firmy w czasie, gdy „walczył” o mandat, gdy namawiał do głosowania
na siebie lub na swoich? I jaki jest tego efekt? Ilu radnych znacie? Ilu
uważacie za mądrych i wartych trudu kampanijnego już w połowie kadencji? Ilu
posłów jest, według was, elitą narodu? Ilu ministrów rzeczywiście zna się na
tym, co robi i choćby nie opowiada bzdur z dziedziny, za którą jakoby jest
odpowiedzialny?
Mówi się teraz o konieczności zmiany obecnej polskiej Konstytucji. A ilu z
mówiących o tym choćby raz przeczytało tekst polskiej ustawy zasadniczej? I kto
potrafi popatrzeć na te postulowane zmiany nie w perspektywie kolejnej kadencji
tylko w perspektywie – powiedzmy – pół wieku?
Przywołałem na początku niewiedzę – a może tylko wysoki, blokujący rozum poziom
stresu posła lewicy specjalnie, żeby nie myśleli Państwo, że jestem stronniczy i
uważam że sejmową żenadę reprezentują wypowiedzi Marii Kurowskiej, Mariusza
Błaszczaka, Janusza Kowalskiego, Witolda Tumanowicza, Sławomira Mentzena, Marka
Jakubiaka czy Romana Fritza. Wśród 460 posłów i 100 senatorów poziom głupoty,
niekompetencji i chamstwa rozkłada się z pewnością nierówno w różnych
ugrupowaniach, ale przeciętnie jest zapewne podobny do tego, jaki ma
statystyczny Polak. Wybór każdego z nich kosztował od kilkunastu do kilkuset
tysięcy złotych. Czy nie zgodzicie się Państwo z opinią, że w większości
przypadków to pieniądze wyrzucone w błoto? I że coś w tym trzeba zrobić?
Obowiązująca obecnie Konstytucja RP, którą obóz Pałacu Namiestnikowskiego tak
usilnie pragnie zmienić, w preambule stwierdza, że ustawę zasadniczą uchwalamy
My, naród… Ta kalka z Konstytucji USA, która stała się słynna w Polsce od
czasu pamiętnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie Stanów Zjednoczonych 18
listopada 1989 r., kiedy to te dwa pierwsze słowa od razu przetłumaczył na
angielski niezapomniany Jacek Kalabiński, a parlamentarzyści amerykańscy,
słysząc owe We, the People… wstali i zgotowali Wałęsie owację skłania do
dwóch refleksji: po pierwsze kongresmeni amerykańscy znają własną konstytucję, a
przynajmniej jej początek. Po drugie, jeśli to naród ustanawia prawa podstawowe,
to znaczy, że ja też.
I nie potrzebuję do tego powoływać sobie żadnej rady konstytucyjnej. Głównie
dlatego, że byłaby albo niepotrzebna, albo nieskuteczna. Niepotrzebna, gdy
będzie składać się z samych dworaków i podlizuchów powołującego. Nieskuteczna –
jeśli nie: jak wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Więc moja rada
konstytucyjna będzie jednoosobowa: sam sobie powymyślam, i nie całość tego
przyszłego dokumentu, tylko dwie sprawy, które tam powinny się znaleźć. Oprę się
w swoim projekcie na czymś, co jest mi bliskie: zasadach demokracji ateńskiej,
logice i obiektywizmie sztucznej inteligencji, o której ostatnio tyle pisałem.
Po pierwsze. Na każdym szczeblu demokracji, od sołectwa do parlamentu,
przedstawiciele narodu, mający sprawować władzę, będą pochodzić z losowania
spośród osób uprawnionych. Uprawnionymi będą wszyscy obywatele pełnoletni,
zamieszkali stale na obszarze, którego dotyczy elekcja, którzy wyrażą zgodę na
kandydowanie i którzy nie mają ograniczonych praw obywatelskich. Osoby
mieszkające na stałe poza Polską, województwem, gminą, których wybory dotyczą,
kandydować nie mogą, bo są outsiderami. Algorytm losowania opracuje AI. Zapewne
jeśli chodzi o wyższe szczeble władzy – samorząd wojewódzki, parlament – powinno
się wprowadzić cenzus wykształcenia – posiadanie przynajmniej matury powinno być
obligatoryjne. Do senatu – jeśli zdecydujemy się go utrzymać w obecnej formie –
powinien obowiązywać cenzus wyższego wykształcenia (dyplomy Collegium Humanum –
wykluczone!). Być może jednak senat powinien składać się z reprezentantów władzy
wykonawczej z poszczególnych województw, akademii naukowych, wyższych uczelni
(Collegium Humanum – wykluczone!). W momencie wylosowania do władzy
przedstawicielskiej każdy jej członek – jeśli należy do jakiejkolwiek partii
politycznej – musi z członkostwa zrezygnować lub je zawiesić na czas swojej
kadencji.
Istnieje hipotetyczne niebezpieczeństwo, że wynik losowania będzie
niereprezentatywny – jeśli algorytm wylosuje do rady miasta czy gminy skład
jednorodny, na przykład będzie to grupa kilkunastu gospodyń domowych w wieku
emerytalnym. Albo piłkarzy KS Huragan-Waksmund. Na wyższych szczeblach władzy
przedstawicielskiej taki przypadek jest mało prawdopodobny, choć
prawdopodobieństwo jest niezerowe. Dlatego też należy skrócić kadencje
losowanych władz: od roku na szczeblu podstawowym, do trzech lat na szczeblach
centralnych. Przez tak krótki czas nie zdąży się ani nabrać manier
autorytarnych, ani skumulować błędów. Powie ktoś, że w ten sposób we władzach
nie będzie osób doświadczonych, które demokracji uczyły się przez kilka
kadencji. Naprawdę sądzicie, że poseł Leonard Krasucki i posłanka Barbara Bartuś
z PiS, poseł Andrzej Grzyb czy Aleksander Maliszewski z PSL, posłanka Zofia
Czernow czy poseł Janusz Cichoń z Koalicji Obywatelskiej, poseł Jacek Czerniak
czy Wiesław Szczepański z Nowej Lewicy przez te wszystkie kadencje czegoś z
techniki sprawowania władzy się nauczyli? A każdy z nich jest w sejmie
przynajmniej kilkanaście lat…
Po drugie. Przedstawiciele władzy wykonawczej – sołtysi, naczelnicy,
burmistrzowie i prezydenci oraz premier i ministrowie – nie mogą wchodzić w
skład władzy ustawodawczej. To, co jest teraz, barbarzyńsko łamie zasadę
trójpodziału władz: parlament, na przykład, jest wobec rządu organem kontrolnym.
W efekcie istniejącej sytuacji minister, będący zarazem parlamentarzystą, ma
prawo kontrolować sam siebie. Wszystkie stanowiska kierownicze władzy
wykonawczej – od sołtysa po premiera – mają pochodzić z konkursu. Kandydatów
mają prawo zgłaszać partie polityczne i organizacje społeczne pod warunkiem, że
istnieją co najmniej pięć lat. Wyboru dokonuje odpowiednie ciało
przedstawicielskie po wysłuchaniu kandydatów, którzy w wystąpieniu nie dłuższym
niż 15 minut mają przedstawić co, jak i z czyją pomocą chcą zrobić dla kraju lub
regionu. Wybór zostaje dokonany zwykłą większością głosów. Premier, marszałek,
prezydent miasta, burmistrz czy wójt swoich współpracowników dobierają sobie
samodzielnie, a ministrowie czy członkowie władz wojewódzkich, powiatowych,
miejskich i gminnych podlegają wyłącznie swoim zwierzchnikom. Samorząd czy
parlament nie może odwołać ministrów czy naczelników wydziałów – może tylko
odwołać ich szef.
A co z sędziami, służbami specjalnymi, wojskiem? To powinny być organizmy
zupełnie niezależne, współpracujące z władzami w myśl określonych zasad. Co z
wyborem – nominacją – losowaniem prezydenta? Jak to teraz mówią politycy przed
kamerami – to dobre pytanie. Ale mój wkład w działalność rady konstytucyjnej na
tym się kończy – nie będę się sam męczył. Powiecie, że te moje propozycje
wywołają chaos i niepewność co do kierunku, w jakim popłynie nawa państwowa?
Możliwe. Ale ten chaos i niepewność nie będą większe niż są teraz, a na pewno
będzie uczciwiej, sprawiedliwiej i przyjaźniej.
Wiem, wiem – nie o to w sprawach państwowych chodzi. I dlatego moja prywatna
rada konstytucyjna na tym kończy swoją działalność…