Maciej Pinkwart
Pokuszenie
Ministrantem byłem przez jakieś dziesięć dni, co obejmowało dwie niedzielne
msze. Harcerzem – krócej, bo tylko dwa dni. Nie wytrzymałem kostiumów i
hierarchii. Komeżki wydały mi się symbolem pozbawienia męskości – no, może
bardziej chłopięcości, bo rzecz się działa gdzieś w połowie podstawówki,
mundurek harcerski za bardzo przypominał wojsko, a od dziecka byłem pacyfistą.
Nie znałem oczywiście jeszcze wtedy tego, jak George Bernard Shaw zdefiniował
harcerstwo: Scouting is a child dressed like an idiot commanded by an idiot
dressed like a child - dziecko ubrane jak kretyn pod przewodnictwem kretyna
ubranego jak dziecko. Ale tak właśnie się czułem. W dodatku hierarchia w obu
tych formacjach polegała na tym, że dowódcy byli wysocy, władczy i wciąż na mnie
krzyczeli. Tak mi się wtedy wydawało, choć oni po prostu wydawali rozkazy, a
może tylko polecenia. Nikt mnie – uwaga! – nie molestował, przynajmniej niczego
takiego nie zapamiętałem i nie miałem z tego powodu żadnej traumy. Choć, nie
powiem – przedstawiciele obu tych branż usiłowali mnie wodzić na pokuszenie, ale
w zupełnie inny niż dziś popularny sposób. Druh Duduś, od którego uciekłem w
piątej klasie, po latach okazał się moczarowskim endekiem i przedstawicielem
Służby Bezpieczeństwa, fascynującym moją mamę swoimi antysemickimi tyradami w
marcu 1968 r. A ksiądz Stanisław, który prowadził religię w moich czasach
licealnych zapraszał część naszej klasy na plebanię, włączał adapter, pokazywał,
gdzie są płyty z Presleyem, Beatlesami, Chuckiem Berrym i Billem Halleyem,
zostawiał klucz najstarszemu z nas i wychodził do chorego z Panem Jezusem.
A nasza mieszana grupka klasowa miała w ten sposób korzystać z wolności. Zawsze
uważałem, że ta wolność, mierzona ułamkiem, w którym w liczniku znajdowała się
ofiarowana nam przez Boga wolna wola, a w mianowniku poczucie odpowiedzialności
mnożone przez strach przed piekłem to jest podstęp, przy pomocy którego Bóg
wodzi nas na pokuszenie.
Z tym pokuszeniem miałem zawsze problem, może nawet od czasu swojej
ministrantury, z których to czasów pozostała mi (szybko się uczyłem i miałem
talent do języków, w różnym sensie zresztą) znajomość głównych części liturgii
po łacinie. Szczególnie szybko nauczyłem się Modlitwy Pańskiej, czyli
Ojczenasza. Kto to jeszcze pamięta w czymś, co uważałem za oryginał, no bo
przecież – myślałem – Pan Jezus z Ojcem i Matką musiał porozumiewać się po
łacinie, no bo jak? Po polsku?
No więc klepałem: Pater noster, qui es in caelis i tak dalej, aż
dochodziłem do miejsca, w którym zawsze musiałem się zająknąć: et ne nos
inducas in tentationem, (i nie wódź nas na pokuszenie) sed libera nos a
malo (ale nas zbaw ode złego).
No to jak to: modlimy się do Boga, żeby nie wodził nas na pokuszenie? Przecież,
na Boga, od kuszenia jest diabeł!
W którymś z paryskich kościołów widziałem kilkadziesiąt tabliczek z tą modlitwą,
w rozmaitych językach świata, w tym w języku hindi i po arabsku… A w Jerozolimie
na Górze Oliwnej jest osobny kościół Pater Noster, gdzie Modlitwa Pańska
odwzorowana jest w ponad 100 językach. Tam nie byłem i nie będę. Ale zastanawiam
się, czy pielgrzymi z tych ponad stu krajów czytając lub mówiąc z pamięci tę
modlitwę podobnie jak ja zastanawiają się, dlaczego jesteśmy ciągle przez Boga
testowani, dlaczego musimy go modlitewnie prosić, żeby nie wodził nas na
pokuszenie, ale nas od niego zbawił, bo przecież nikt nie wątpi, że to boskie
pokuszenie musiałoby nas wieść do złego – od czego się odżegnujemy – a nie
do dobrego, o co prosimy…
Z tych prywatek u księdza – bez księdza – nie dawało rady
się wykręcić: i z uwagi na to, że jednak był to ksiądz, i dlatego, że stanowiły
one znakomitą przeciwwagę do działań naszej wychowawczyni, srogiej matematyczki,
która była dewotką do n-tej potęgi, w poniedziałki odpytywała tych, których nie
widziała na niedzielnej mszy młodzieżowej i woziła nas w celach katechetycznych
do Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Było to wzruszające, ale i kuszące –
jeździliśmy autokarem, a wracaliśmy późnym wieczorem, ciemno i przyjemno…
Z plebanii wszelako po kilku obowiązkowych tańcach (Love Me Tender miało
największe wzięcie…) uciekałem na wieczorny spacer po Milanówku, bynajmniej nie
sam, ale zawsze wracaliśmy przed powrotem księdza od chorego, żeby
zakończyć imprezę. Modlitwą, oczywiście. Było to wszystko dość krępujące, no bo
w końcu katecheta nie był dzieckiem i wodząc nas na pokuszenie wiedział
doskonale, że charakter 16-17-latków słaby jest nadzwyczajnie i zazwyczaj
postępują oni w myśl zasady, wyrażonej przez Melchiora Wańkowicza w Zielu na
kraterze:
…nigdy nie walczyć z pokusami, bo jeśli się im nie ulegnie,
to się osłabia charakter. Tata mówi, że ledwo się pokaże na horyzoncie pokusa,
już jej się poddaje, pokusa nie ma zadowolenia, że zwalczyła smoka cnoty, i
odchodzi, a cnotliwy Tata muśnie nieco zburzone piórka dzióbkiem i już jest jako
śnieg biały; podczas kiedy po walce z pokusą byłby utytłany i świnia.
Wtedy nasze pokusy były delikatne i romantyczne – jakieś nieśmiałe trzymanie się
za ręce, liściki, przesyłane sobie sekretnie przy niewielkiej pomocy przyjaciół
podczas nudnych lekcji historii, muśnięcie dłonią satynowego fartuszka na
przerwie, piosenki o miłości, wspólnie słuchane w radiu… No i pierwsze, a może
nawet zerowe przykazanie, wyśpiewywane nam przez Beatlesów:
All You Need
Is Love!
I to przeświadczenie – będące kamiennym fundamentem naszego posthipisowskiego
życia – że miłość daje wolność, a wolność daje tylko same pozytywy – szczęście,
wagary i, z powrotem, miłość. A reszta przyjdzie sama. Pewno to samo przekonanie
przyświecało twórcom Ściany Miłości, Le Mur de je t’aime na paryskim
Montmartrze, koło Klasztoru Opatek. Na granatowym, kamiennym tle umieszczono tam
kilkaset emaliowanych płytek z lawy, na których widnieją słowa kocham cię
w ponad 200 językach i dialektach z całego świata, wyrzeźbione jako pismo
odręczne. A okruchy czerwonego granitu, poumieszczane między nimi tworzą
wizerunek serca.
I za to uwielbiam Paryż: za rzeczy artystyczne, kosztowne i zbędne – i do
codziennego życia, i do walki politycznej, i do jutrzejszego zbawienia. No, z
tym zbawieniem to przesadziłem – w końcu, bez miłości nie będzie zbawienia, o
czym przekonują nas dwaj wielcy Pawłowie. Święty Paweł z Tarsu – nie przeszedłby
lustracji u Macierewicza, bo IPN na pewno ma w archiwach teczkę TW Szawła –
który pisał: Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący […] Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie
jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie
cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. […]
A sir Paweł McCartney z Liverpoolu napominał, że trzeba mieć nadzieję i musi być
to nadzieja na zbawienie, Hope for Deliverance… Ale w gruncie rzeczy to
zbawienie, to wyzwolenie zależy od nas, ciebie i mnie:
When it will be right, I
don't know, what it will be like, I don't know. We live in hope of deliverance
from the darkness that surrounds us.
Kiedy z dnia na dzień coraz bardziej za progiem czai się ciemność i tylko daleko
na horyzoncie połyskuje ponure światło nad Sauronowską Wieżą Przeznaczenia,
kiedy Mordor kusi nas potęgą złowrogiego pierścienia, kiedy już niemal
straciliśmy wiarę w zbawienie – nie możemy tracić jedynej, ostatniej nadziei. I
znów może poprowadzić nas Paweł, Paweł z Tarsu:
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak
dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne […] Tak
więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich jest miłość.
Może kogoś zdziwią te słowa w moim tekście, w którym nieoczekiwanie jest tyle o
miłości, o Paryżu i o Pawłowych podpowiedziach. Niesłusznie, przecież Paweł z
Tarsu to patron dziennikarzy, teologów, Poznania i Awinionu, neofitów i służby
więziennej, a na miłości znał się jak mało kto, choć niekoniecznie dobrze znał
się na kobietach. Te braki z powodzeniem uzupełnia Paweł z Liverpoolu. Poza tym
przyszedł niespodziewanie kwiecień, no a April in Paris to jedna z
najpiękniejszych piosenek o mieście, które darzę miłością wielką, choć raczej
nie odwzajemnioną. To łączy mój ukochany Paryż z moim ukochanym Zakopanem.
Ale miłość nieodwzajemniona też może być
piękna. Przyszła też wiosna, co prawda trochę zimowa – no, a o czym pisać wiosną
– nawet zimową – jak nie o miłości?