Maciej Pinkwart
Pokazywanie języka
Co zrobiła ewolucja, żebyśmy mogli wyjść na ludzi? Wyposażyła naszych przodków w
język i nauczyła ich go używać. Wielkie mi coś – powiecie. Wszystkie mające
język zwierzęta go używają. Słowik ładniej niż człowiek używa języka, nie mówiąc
już o lwie i ośle. Słowik kląska, lew ryczy, wilk wyje, żaba rechocze, pies
szczeka, kot miauczy, człowiek zaś mówi, a w szczególnych chwilach wrzeszczy
czołem żołnierze! Ale żebyśmy doszli do mówienia, rozmowy, a nawet
wrzeszczenia czołem żołnierze! – język musiał przejść poważną ewolucję, a
my wraz z nim. Najpierw służył do wydawania dźwięku dla przyjemności, do
wabienia płci przeciwnej lub tej samej, wreszcie do straszenia. A potem dźwięki
zaczęły służyć do czegoś ważniejszego: do porozumiewania się. Najpierw to były
ostrzeżenia: uwaga, za tamtym krzakiem jest lew!
Potem informacja: w chacie na lewo jest piękna dziewczyna, rezerwuję
ją! A jeszcze później – przekazywanie doświadczeń i dzielenie się nabytą
wiedzą: nagiąłem taką gałązkę, związałem baranim flaczkiem, brzdąknąłem i –
wiesz co? – ona gra! Z czasem język zaczął też służyć do planowania
przyszłości: Jakbyśmy sobie jutro strzelili razem małego mamuta, co ty na to?
A potem możemy pójść do mnie, na jego udka…
I to nas zdecydowanie zaczęło różnić od naszych starszych kuzynów zwierzęcych.
Którzy porykiwali, chrumkali, powywali, piszczeli i wrzeszczeli. I dobrze
nam z tym szło do momentu, aż w naszej ojczystej i matczynej Afryce zrobiło się
za sucho, okoliczne morze trochę wyschło i rozleźliśmy się po świecie. I już za
chwilę – tysiąc, czy może milion lat potem – zawędrowaliśmy tam i sam, każde
plemię gdzie indziej i nasze języki zaczęły się między sobą różnić. Zapewne
trochę z tego powodu, że napotykaliśmy różne nowe rzeczy, które trzeba było
jakoś nazwać i każdy to robił po swojemu. Każde dziecko bawi się grzechotką, ale
każde gaworzy o niej inaczej… A jak dziadziuś uczył to dziecko wymawiać słowo
grzechotka, czy wąż, to nieraz coś zaseplenił, coś przekręcił i już z grzechotki
robiła się rzekotka albo bryzkałka czy rassel, a z węża
wons, albo schlange czy zmieja.
Ale dlaczego tak bardzo różnią się wyrazy z tak zwanego
podstawowego zasobu słów? Używane zawsze i nazywane tak samo od pokoleń – ale
różnie w różnych miejscach świata, nawet tych sąsiedzkich? W końcu ręka, tyłek
czy głowa występują u każdego i używane są mniej więcej do tego samego. No,
głowa nie zawsze, jedni przy jej pomocy wymyślają koło, inni walą nią w mur, a
jeszcze inni wystawiają ją do pozłoty. Zatrzymajmy się więc przy ręce: która w
samej tylko Afryce, skąd się wywodzimy, w okolicach Kilimandżaro w swahili
nazywa się mkono, w górach Atlas po berberyjsku – afus, w Egipcie
współczesnym, po arabsku jest to يد (yad), a w Egipcie starożytnym rękę
oznaczano hieroglifem 𓂧,
co się czytało jak deret. U nas w Europie jest nie lepiej: bo co prawda
na wschód i bliskie południe od nas jest to zwykła ruka, ale już na
dalszym południu, obywatel Zbigniew Z. swojemu podwładnemu Marcinowi R. podaje
do pocałowania kéz. W Niemczech, Belgii, Anglii czy Szwecji najczęściej
podajemy hand, we Francji la main, we Włoszech i Hiszpanii la
mano, ale już w Grecji χέρι. W Ameryce – no, tam ręki lepiej nie
podawajmy, bo za uścisk trzeba będzie zapłacić cło.
I to podobno jest kara za to, żeśmy chcieli wybudować wieżę sięgającą do nieba,
i dobry Pan Bóg zamiast tę wieżę rozpierniczyć jakimś piorunem, co by
niezawodnie uczynił Zeus, pomieszał nam te języki, żebyśmy nie mogli odczytać
faktur na cegły i ciment. I tak język, który najpierw był narzędziem do
porozumiewania się, stał się po czasie przeszkodą w porozumiewaniu się. Jakieś
tysiąc lat temu z hakiem pierwsi Piastowie (załóżmy na roboczo, że mówili po
polsku) spotykając nad Odrą ludzi, którzy w naszym języku nie mówili, uważali
ich wręcz za niemych. I tak germańskich sąsiadów zaczęliśmy nazywać Niemcami.
Ciekawe że ideologia woke zabrania Indian nazywać Indianami, bo przecież
nie mieszkają w Indiach, Cyganów Cyganami, bo nie wszyscy z nich cyganią,
Murzynów – Murzynami, bo przecież nie są ani Maurami, jak szekspirowski Murzyn
Otello, ani czarnuchami, jak liliowy Negr,
o którym śpiewał Aleksander Wertyński – a Germanów wolno nazywać
Niemcami, choć nie są niemi, a niektórzy nawet umieją po polsku, śląsku,
kaszubsku, o rosyjskim nie wspominając – jak taka na przykład nieznajoma Marka
Suskiego, Katarzyna Wielka.
I kiedy już posprzątaliśmy gruzy po wieży Babel, zaczęliśmy szukać czegoś, co
nam zastąpi utraconą niewinność czasów, gdyśmy się umawiali na małego mamuta z
koleżanką z sąsiedniego plemienia we wspólnym języku. Udało się to głównie
dlatego, że nas do tego zmusili paskudni okupanci rzymscy. Z biegiem lat
wszyscy, co chcieli coś w świecie załatwić, albo choćby go poznać, zaczęli
porozumiewać się po łacinie. Potem po francusku. A później do dobrego tonu
należało znać kilka języków, co pozwalało podróżować po świecie i zdobywać
wiedzę, kulturę, doświadczenie. Ale z biegiem czasu wszyscy zaczęli mówić po
angielsku, albo w czymś do angielskiego podobnym. Zauważmy, jak ciekawie można
podejrzeć ewolucję w trakcie stawania się zmian: Amerykę Północną podbili
ludzie, mówiący po angielsku. Zaczęło się to 406 lat temu, kiedy przypłynęli do
Massachusetts pielgrzymi na statku „Mayflower”. I przez te zaledwie cztery
stulecia ludzie, którzy w dalszym ciągu używają języka angielskiego (z wyjątkiem
tych, którzy w Nowym Meksyku mówią tylko po hiszpańsku, w Luizjanie po kreolsku,
a w chicagowskim Jackowie po góralsku, hej!) dopracowali się już nie tylko
własnej, okropnej wymowy, ale także własnej leksyki: brytyjski film to
amerykańskie movie, ciężarówka lorry to nad Potomakiem truck,
angielskie mieszkanie flat to w Ameryce apartment, londyńskie
metro, czyli underground to u nich subway, zamiast lift
mówią elevator… Teraz to idzie coraz szybciej, bo prezydencki angielski
skurczył się do zaledwie kilkuset słów, wśród których dominują przymiotniki
piękny, wielki, wspaniały, najważniejszy i zaimki
osobowe: ja, mnie, moje, dla mnie… A na spotkaniach międzynarodowych
wszyscy przywódcy świata mówią lepszym angielskim niż prezydent największego
anglosaskiego kraju. Zaś w stosunkach międzynarodowych, tych na niższym
szczeblu, kwestie językowe rozwiązuje Google Translator.
A więc język, który już nie łączy – zaczyna dzielić. Nie tylko między narodami,
także wewnątrz kraju. Posługujemy się już nie językiem, a dialektem, nie
dialektem, tylko gwarą, nawet nie gwarą, tylko grypserą. Nie ma dla mnie
znaczenia, czy jest to grypsera więzienna, czy mowa korporacyjna, czy żargon
przemysłowo-komputerowy, czy tak zwana mowa młodzieżowa. Nigdy się do tego nie
przekonam, ani tym bardziej nie nauczę – a ponieważ nie zamierzam ani zatrudnić
się w korpo, ani zostać młodzieżą – więc jest mi to najzupełniej
obojętne. Jeśli otrzymam komunikat w takim żargonie i go oczywiście nie
zrozumiem – chyba niewiele stracę.
To prowadzi mnie do następnej agresji językowej, wobec której mam stosunek
szczególny. Jest to kwestia feminatywów. Pisałem już o tym wielokrotnie. Nie
będzie więc dla Państwa zaskoczeniem to, że mam do nich stosunek raczej niezbyt
pozytywny. Ale jeszcze gorzej myślę o tych, którzy feminatywy w czambuł
potępiają. Nie, nie jest to jakiś psychologiczno-lingwistyczny masochizm i nie
potępiam sam siebie: po prostu wciąż spotykam się w wypowiedziami osób, które
walczą z feminatywami tylko dlatego, że „tamci”, ich przeciwnicy polityczni,
lansują je aż przesadnie forsownie. Oczywiście, ani feminatywy, ani walka z nimi
nie są to rzeczy nowe i nie zawsze miały kontekst polityczny. Podejrzewam, że
jedną z przyczyn, dla których popadłem w niełaskę mojej niegdysiejszej szefowej
w krakowskim Muzeum Narodowym jest to, że kiedyś wypowiedziałem się o niej per
dyrektorka, a ona uważała to za obraźliwe, bo przecież była panią
dyrektor. W naszym, zmaskulinizowanym świecie wiecznego patriarchatu było to
może nawet jakoś zrozumiałe.
Nie będę kolejny raz uzasadniał swojej abominacji do ministry,
ginekolożki czy myśliwczyni i niezrozumienia tego, że zwolennicy
równego podejścia do obu płci czy też ich bezrefleksyjni naśladowcy z uporem
godnym lepszej sprawy o kompatriotach wciąż mówią Polki i Polacy i
zupełnie ich to nie zastanawia, że mówiąc o przedstawicielach innych
społeczności nie boją się używać rzeczowników zbiorowych, takich jak Niemcy,
Hindusi, kibole, ssaki czy dinozaury, a nie Niemkinie i Niemcy, Hinduski i
Hindusi, kibolki i kibole, ssaczki i ssaki, dinozaury i dinozaury – tu problem w
pluralis jest taki sam jak w odniesieniu do kobiet-minister: ta dinozaura
(ministra), ten dinozaur (minister), tych dinozaur (i tych minister), te
dinozaury (ministry i ministrowie). Niech to szlag. Zaczynamy mieć kłopoty nie
tylko z gramatyką, ale i z semantyką. W kwestii rzeczowników zbiorowych
znajdujemy sojusznika w osobie prezydenckiej, wrzeszczącej Czołem żołnierze i
funkcjonariusze!, no bo mimo kilku spódniczek w szeregach wrzeszczeć na
jednym snusie Czołem żołnierki i żołnierze, i funkcjonariuszki i
funkcjonariusze! byłoby niezręcznie. A branie oddechu w połowie wykrzyku
mogłoby spowodować w umundurowanych szeregach przedwczesną ejakulację
entuzjazmu. Tak czy inaczej, polska prawica, przedstawiciele kościoła oraz
słuchacze i widzowie (zapewne słuchaczki i widzówki też, bądźmy
konsekwentni) wiadomych radyj i telewizyj są przeciw i nie przekonają ich nawet
argumenty, że feminizowano niektóre zawody już w ukochanych przez nich latach
międzywojennych, kiedy to marszałek Czarzasty siedziałby w Berezie, a
marszałkowi Goeringowi radośnie pozwalano strzelać do żubrów w okolicach
Przesmyku Suwalskiego.
Nikt, jak dotąd, ani z szeregów politycznej prawicy, ani z prawdziwie męskich,
choć noszących sukienki i koronki hufców kościelnych nie zajął się natomiast
kwestią zmaskulinizowania płciowo niedobrze nacechowanych słów artysta, poeta,
dentysta, kolega, astronauta czy co najgorsze – dowódca,
zastępca, starosta, wojewoda, sędzia, hrabia czy monarcha.
Dowodem na agresywny feminatywizm
jest nawet słowo hermafrodyta... Nikt też nie podjął próby usunięcia
przyczyn zakłopotania wobec mężczyzny pracującego na stanowisku pedagogicznym w
przedszkolu, bo np. przecież takiego glinę Arnolda Schwarzeneggera
pracującego na zastępstwie we freblówce nie nazwiemy raczej przedszkolakiem…
No i jak tu nie walczyć z potworem o imieniu Gender? Dobrze choć, że to jest
ten Gender...
Ale polityczna walka z feminatywami jest dla mnie całkowicie nieakceptowalna.
Pewno dlatego, że jestem lewakiem. Jednak moje lewactwo jest tolerancyjne: póki
nikt mnie nie zmusza do mówienia neurochirurżka i nie karze za czytanie
Joe Alexa, który w jednej z powieści pisze o pięknej, choć przesadnie zazdrosnej
pani doktor neurochirurg – póty nie mam nic przeciwko dziwactwom
feminizacji rzeczowników zbiorowych. Wiem też, że dzisiejsze dziwactwa jutro
mogą stać się normą, a pojutrze archaizmem. Wszystko bowiem jest w porządku,
kiedy w dziedzinie języka decyduje uzus, a nie restrykcyjne prawo, które
będzie chciało, przepraszam za wyrażenie, wziąć język za mordę.
A że działania te od wieków są nieskuteczne niech zaświadczy na koniec
nieśmiertelna, bo nigdy nie żyjąca Julia Capuletti, zakochana w chłopcu z
wrogiego jej rodzinie rodu Montekich, mówiąca od czterech wieków słowami
genialnego Williama:
Co to jest Monteki? Czy to ręka,
Czy noga, ramię, twarz, czy inna jaka
Cząstka człowieka? O, weź inne imię!
Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą,
Pod inną nazwą równie by pachniało.