Maciej Pinkwart

Pokazywanie języka

 19 lutego 2026

TUTAJ wersja audio

Co zrobiła ewolucja, żebyśmy mogli wyjść na ludzi? Wyposażyła naszych przodków w język i nauczyła ich go używać. Wielkie mi coś – powiecie. Wszystkie mające język zwierzęta go używają. Słowik ładniej niż człowiek używa języka, nie mówiąc już o lwie i ośle. Słowik kląska, lew ryczy, wilk wyje, żaba rechocze, pies szczeka, kot miauczy, człowiek zaś mówi, a w szczególnych chwilach wrzeszczy czołem żołnierze! Ale żebyśmy doszli do mówienia, rozmowy, a nawet wrzeszczenia czołem żołnierze! – język musiał przejść poważną ewolucję, a my wraz z nim. Najpierw służył do wydawania dźwięku dla przyjemności, do wabienia płci przeciwnej lub tej samej, wreszcie do straszenia. A potem dźwięki zaczęły służyć do czegoś ważniejszego: do porozumiewania się. Najpierw to były ostrzeżenia: uwaga, za tamtym krzakiem jest lew!  Potem informacja: w chacie na lewo jest piękna dziewczyna, rezerwuję ją! A jeszcze później – przekazywanie doświadczeń i dzielenie się nabytą wiedzą: nagiąłem taką gałązkę, związałem baranim flaczkiem, brzdąknąłem i – wiesz co? – ona gra! Z czasem język zaczął też służyć do planowania przyszłości: Jakbyśmy sobie jutro strzelili razem małego mamuta, co ty na to? A potem możemy pójść do mnie, na jego udka…

I to nas zdecydowanie zaczęło różnić od naszych starszych kuzynów zwierzęcych. Którzy porykiwali, chrumkali, powywali, piszczeli i wrzeszczeli. I dobrze nam z tym szło do momentu, aż w naszej ojczystej i matczynej Afryce zrobiło się za sucho, okoliczne morze trochę wyschło i rozleźliśmy się po świecie. I już za chwilę – tysiąc, czy może milion lat potem – zawędrowaliśmy tam i sam, każde plemię gdzie indziej i nasze języki zaczęły się między sobą różnić. Zapewne trochę z tego powodu, że napotykaliśmy różne nowe rzeczy, które trzeba było jakoś nazwać i każdy to robił po swojemu. Każde dziecko bawi się grzechotką, ale każde gaworzy o niej inaczej… A jak dziadziuś uczył to dziecko wymawiać słowo grzechotka, czy wąż, to nieraz coś zaseplenił, coś przekręcił i już z grzechotki robiła się rzekotka albo bryzkałka czy rassel, a z węża wons, albo schlange czy zmieja.

Ale dlaczego tak bardzo różnią się wyrazy z tak zwanego podstawowego zasobu słów? Używane zawsze i nazywane tak samo od pokoleń – ale różnie w różnych miejscach świata, nawet tych sąsiedzkich? W końcu ręka, tyłek czy głowa występują u każdego i używane są mniej więcej do tego samego. No, głowa nie zawsze, jedni przy jej pomocy wymyślają koło, inni walą nią w mur, a jeszcze inni wystawiają ją do pozłoty. Zatrzymajmy się więc przy ręce: która w samej tylko Afryce, skąd się wywodzimy, w okolicach Kilimandżaro w swahili nazywa się mkono, w górach Atlas po berberyjsku – afus, w Egipcie współczesnym, po arabsku jest to يد (yad), a w Egipcie starożytnym rękę oznaczano hieroglifem 𓂧, co się czytało jak deret. U nas w Europie jest nie lepiej: bo co prawda na wschód i bliskie południe od nas jest to zwykła ruka, ale już na dalszym południu, obywatel Zbigniew Z. swojemu podwładnemu Marcinowi R. podaje do pocałowania kéz. W Niemczech, Belgii, Anglii czy Szwecji najczęściej podajemy hand, we Francji la main, we Włoszech i Hiszpanii la mano, ale już w Grecji χέρι. W Ameryce – no, tam ręki lepiej nie podawajmy, bo za uścisk trzeba będzie zapłacić cło.

I to podobno jest kara za to, żeśmy chcieli wybudować wieżę sięgającą do nieba, i dobry Pan Bóg zamiast tę wieżę rozpierniczyć jakimś piorunem, co by niezawodnie uczynił Zeus, pomieszał nam te języki, żebyśmy nie mogli odczytać faktur na cegły i ciment. I tak język, który najpierw był narzędziem do porozumiewania się, stał się po czasie przeszkodą w porozumiewaniu się. Jakieś tysiąc lat temu z hakiem pierwsi Piastowie (załóżmy na roboczo, że mówili po polsku) spotykając nad Odrą ludzi, którzy w naszym języku nie mówili, uważali ich wręcz za niemych. I tak germańskich sąsiadów zaczęliśmy nazywać Niemcami. Ciekawe że ideologia woke zabrania Indian nazywać Indianami, bo przecież nie mieszkają w Indiach, Cyganów Cyganami, bo nie wszyscy z nich cyganią, Murzynów – Murzynami, bo przecież nie są ani Maurami, jak szekspirowski Murzyn Otello, ani czarnuchami, jak liliowy Negr,  o którym śpiewał Aleksander Wertyński – a Germanów wolno nazywać Niemcami, choć nie są niemi, a niektórzy nawet umieją po polsku, śląsku, kaszubsku, o rosyjskim nie wspominając – jak taka na przykład nieznajoma Marka Suskiego, Katarzyna Wielka.

I kiedy już posprzątaliśmy gruzy po wieży Babel, zaczęliśmy szukać czegoś, co nam zastąpi utraconą niewinność czasów, gdyśmy się umawiali na małego mamuta z koleżanką z sąsiedniego plemienia we wspólnym języku. Udało się to głównie dlatego, że nas do tego zmusili paskudni okupanci rzymscy. Z biegiem lat wszyscy, co chcieli coś w świecie załatwić, albo choćby go poznać, zaczęli porozumiewać się po łacinie. Potem po francusku. A później do dobrego tonu należało znać kilka języków, co pozwalało podróżować po świecie i zdobywać wiedzę, kulturę, doświadczenie. Ale z biegiem czasu wszyscy zaczęli mówić po angielsku, albo w czymś do angielskiego podobnym. Zauważmy, jak ciekawie można podejrzeć ewolucję w trakcie stawania się zmian: Amerykę Północną podbili ludzie, mówiący po angielsku. Zaczęło się to 406 lat temu, kiedy przypłynęli do Massachusetts pielgrzymi na statku „Mayflower”. I przez te zaledwie cztery stulecia ludzie, którzy w dalszym ciągu używają języka angielskiego (z wyjątkiem tych, którzy w Nowym Meksyku mówią tylko po hiszpańsku, w Luizjanie po kreolsku, a w chicagowskim Jackowie po góralsku, hej!) dopracowali się już nie tylko własnej, okropnej wymowy, ale także własnej leksyki: brytyjski film to amerykańskie movie, ciężarówka lorry to nad Potomakiem truck, angielskie mieszkanie flat to w Ameryce apartment, londyńskie metro, czyli underground to u nich subway, zamiast lift mówią elevator… Teraz to idzie coraz szybciej, bo prezydencki angielski skurczył się do zaledwie kilkuset słów, wśród których dominują przymiotniki piękny, wielki, wspaniały, najważniejszy i zaimki osobowe: ja, mnie, moje, dla mnie… A na spotkaniach międzynarodowych wszyscy przywódcy świata mówią lepszym angielskim niż prezydent największego anglosaskiego kraju. Zaś w stosunkach międzynarodowych, tych na niższym szczeblu, kwestie językowe rozwiązuje Google Translator.

A więc język, który już nie łączy – zaczyna dzielić. Nie tylko między narodami, także wewnątrz kraju. Posługujemy się już nie językiem, a dialektem, nie dialektem, tylko gwarą, nawet nie gwarą, tylko grypserą. Nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to grypsera więzienna, czy mowa korporacyjna, czy żargon przemysłowo-komputerowy, czy tak zwana mowa młodzieżowa. Nigdy się do tego nie przekonam, ani tym bardziej nie nauczę – a ponieważ nie zamierzam ani zatrudnić się w korpo, ani zostać młodzieżą – więc jest mi to najzupełniej obojętne. Jeśli otrzymam komunikat w takim żargonie i go oczywiście nie zrozumiem – chyba niewiele stracę.

To prowadzi mnie do następnej agresji językowej, wobec której mam stosunek szczególny. Jest to kwestia feminatywów. Pisałem już o tym wielokrotnie. Nie będzie więc dla Państwa zaskoczeniem to, że mam do nich stosunek raczej niezbyt pozytywny. Ale jeszcze gorzej myślę o tych, którzy feminatywy w czambuł potępiają. Nie, nie jest to jakiś psychologiczno-lingwistyczny masochizm i nie potępiam sam siebie: po prostu wciąż spotykam się w wypowiedziami osób, które walczą z feminatywami tylko dlatego, że „tamci”, ich przeciwnicy polityczni, lansują je aż przesadnie forsownie. Oczywiście, ani feminatywy, ani walka z nimi nie są to rzeczy nowe i nie zawsze miały kontekst polityczny. Podejrzewam, że jedną z przyczyn, dla których popadłem w niełaskę mojej niegdysiejszej szefowej w krakowskim Muzeum Narodowym jest to, że kiedyś wypowiedziałem się o niej per dyrektorka, a ona uważała to za obraźliwe, bo przecież była panią dyrektor. W naszym, zmaskulinizowanym świecie wiecznego patriarchatu było to może nawet jakoś zrozumiałe.

Nie będę kolejny raz uzasadniał swojej abominacji do ministry, ginekolożki czy myśliwczyni i niezrozumienia tego, że zwolennicy równego podejścia do obu płci czy też ich bezrefleksyjni naśladowcy z uporem godnym lepszej sprawy o kompatriotach wciąż mówią Polki i Polacy i zupełnie ich to nie zastanawia, że mówiąc o przedstawicielach innych społeczności nie boją się używać rzeczowników zbiorowych, takich jak Niemcy, Hindusi, kibole, ssaki czy dinozaury, a nie Niemkinie i Niemcy, Hinduski i Hindusi, kibolki i kibole, ssaczki i ssaki, dinozaury i dinozaury – tu problem w pluralis jest taki sam jak w odniesieniu do kobiet-minister: ta dinozaura (ministra), ten dinozaur (minister), tych dinozaur (i tych minister), te dinozaury (ministry i ministrowie). Niech to szlag. Zaczynamy mieć kłopoty nie tylko z gramatyką, ale i z semantyką. W kwestii rzeczowników zbiorowych znajdujemy sojusznika w osobie prezydenckiej, wrzeszczącej Czołem żołnierze i funkcjonariusze!, no bo mimo kilku spódniczek w szeregach wrzeszczeć na jednym snusie Czołem żołnierki i żołnierze, i funkcjonariuszki i funkcjonariusze! byłoby niezręcznie. A branie oddechu w połowie wykrzyku mogłoby spowodować w umundurowanych szeregach przedwczesną ejakulację entuzjazmu. Tak czy inaczej, polska prawica, przedstawiciele kościoła oraz słuchacze i widzowie (zapewne słuchaczki i widzówki też, bądźmy konsekwentni) wiadomych radyj i telewizyj są przeciw i nie przekonają ich nawet argumenty, że feminizowano niektóre zawody już w ukochanych przez nich latach międzywojennych, kiedy to marszałek Czarzasty siedziałby w Berezie, a marszałkowi Goeringowi radośnie pozwalano strzelać do żubrów w okolicach Przesmyku Suwalskiego.

Nikt, jak dotąd, ani z szeregów politycznej prawicy, ani z prawdziwie męskich, choć noszących sukienki i koronki hufców kościelnych nie zajął się natomiast kwestią zmaskulinizowania płciowo niedobrze nacechowanych słów artysta, poeta, dentysta, kolega, astronauta czy co najgorsze – dowódca, zastępca, starosta, wojewoda, sędzia, hrabia czy monarcha.  Dowodem na agresywny feminatywizm jest nawet słowo hermafrodyta... Nikt też nie podjął próby usunięcia przyczyn zakłopotania wobec mężczyzny pracującego na stanowisku pedagogicznym w przedszkolu, bo np. przecież takiego glinę Arnolda Schwarzeneggera pracującego na zastępstwie we freblówce nie nazwiemy raczej przedszkolakiem… No i jak tu nie walczyć z potworem o imieniu Gender? Dobrze choć, że to jest ten Gender...

Ale polityczna walka z feminatywami jest dla mnie całkowicie nieakceptowalna. Pewno dlatego, że jestem lewakiem. Jednak moje lewactwo jest tolerancyjne: póki nikt mnie nie zmusza do mówienia neurochirurżka i nie karze za czytanie Joe Alexa, który w jednej z powieści pisze o pięknej, choć przesadnie zazdrosnej pani doktor neurochirurg – póty nie mam nic przeciwko dziwactwom feminizacji rzeczowników zbiorowych. Wiem też, że dzisiejsze dziwactwa jutro mogą stać się normą, a pojutrze archaizmem. Wszystko bowiem jest w porządku, kiedy w dziedzinie języka decyduje uzus, a nie restrykcyjne prawo, które będzie chciało, przepraszam za wyrażenie, wziąć język za mordę.

A że działania te od wieków są nieskuteczne niech zaświadczy na koniec nieśmiertelna, bo nigdy nie żyjąca Julia Capuletti, zakochana w chłopcu z wrogiego jej rodzinie rodu Montekich, mówiąca od czterech wieków słowami genialnego Williama:

Co to jest Monteki? Czy to ręka,

Czy noga, ramię, twarz, czy inna jaka

Cząstka człowieka? O, weź inne imię!

Czym jest nazwa? To, co zwiemy różą,

Pod inną nazwą równie by pachniało.

 

Inne komentarze i recenzje