Maciej Pinkwart
Piszę do pana – czegóż więcej…
W nowotarskim sklepie spożywczym, w którym najczęściej robię zakupy, od lat
pracują Ukrainki. W zasadzie nie pamiętam czasów, żeby jakieś nie pracowały.
Młodsze czy starsze, lepiej czy gorzej mówiące po polsku, z akcentem czy bez –
były zawsze, nawet na długo przed zajęciem Krymu. Podobnie przy budowie bloku, w
którym mieszkam, i tego co powstawał później, po sąsiedzku – zawsze było słychać
język ukraiński. Jedyne co mnie irytowało to to, że budowlańcy ze Wschodu byli
skłonniejsi do ryzyka: przy robotach dachowych rzadko się ubezpieczali liną,
rękawic ochronnych w zasadzie nie używali… Mołojcy! – myślałem,
kozakują – mówiłem, oszczędzają na nich – sądziłem, źle myśląc o
kierownikach robót i deweloperach… Po 2022 roku zniknęli, wyjechali walczyć,
albo się zasymilowali i przestali się odróżniać od polskich kozaków. W każdym
razie liny i rękawice się pojawiły.
Kobiety na mięsnym i na pieczywie zostały. Dalej mówią z akcentem albo już bez,
inna rzecz, że i słabiej słyszę, i wieloletnie przebywanie na Podhalu nauczyło
mnie nie zwracać uwagi na akcent, taki czy inny. Ale, jak coraz częściej słyszę
w radiu, widzę w telewizji i czytam w gazetach – coraz większej liczbie Polaków
to przeszkadza. Ci Polacy określają się jako prawdziwi Polacy. Albo polscy
patrioci. Muszą być prawdziwymi Polakami, prawdziwszymi ode mnie, bo patriotyzm
mierzą ocenianą przez siebie jakością akcentu. Trochę nie wierzę w ich językową
fachowość, bo ich słownik jest nader ograniczony, w dodatku gęsto przeplatany
łaciną. Nie jest to, co prawda Owidiusz ani Cycero, raczej Furmanus i Chamidlus,
ale w każdym razie trudno mi to uznać za wzorzec pięknej polszczyzny. Czasem oko
przemyka mi przez jakieś komentarze na Facebooku czy stronach gazet, jakie
elektronicznie czytam. Patriotyzm szamba, które się stamtąd wylewa nie mierzy
się ani poprawną polską ortografią, ani składnią, ani – znów – bogatym
wokabularzem. Jak na patriotów, to kiepsko. O kulturze i znajomości historii
lepiej nie wspominać: jak się wydaje, jedyne co autorów tych wymiocin łączy z
polską tradycją (nie koniecznie patriotyczną), to kompleksy: niższości wobec
Zachodu, wyższości wobec Wschodu. Im większe chamidło, tym bardziej chce być
panem wobec kogoś, kogo by chcieli uważać za parobka. A więc społecznie
usytuowanego jeszcze niżej, niż oni sami widzą siebie.
No bo jakże to tak? Takie parobki, służba w naszych domach, prywatnych i
publicznych, Sienkiewicz dobrze im dołożył – a jeżdżą nie furmankami, tylko
samochodami, i to często lepszymi niż nasze 15-letnie BWM? Proszę, u nas nawet
były prezydent jeździ kilkunastoletnim ferrari, a oni w audicach i leksusach tu
przejechali! Powinni je zostawić tym Rosjanom, co do nich wjechali, biednieńcy,
psującymi się czołgami! Albo takie baby w sklepach czy na zakupach!
Wyperfumowane, rzęsy, panie, o, takie długie, paznokcie kolorowe – zamiast
gnojem zalatywać i ręce ukrywać w parcianych rękawiczkach…
Oczywiście, tłumaczenie tego, że o czystość i porządny wygląd dbały nawet
powstanki warszawskie, bo to jest często jedyny sposób, żeby choć na chwilę
wyprzeć bezustanny strach o to, co z naszym domem, naszą babką, która do tej
Polszy nie chciała czy nie dała rady przyjechać, bo tam jest jej dom i tam
chce umrzeć… Strach przed tym, czy już za chwilę polscy panowie razem z innymi
wielkimi tego świata nie sprzedadzą Rosji tej krwawiącej Ukrainy i zamiast dawać
pieniądze na antyrakiety, dadzą pieniądze na rakiety – swoje czy nieswoje…A
potem pod sztandarem z napisem Bóg, Honor i Ojczyzna będą się na Bugu
układać z Rosjanami, jak kiedyś w Rydze…
Panie w moim spożywczym muszą nosić wizytówki z imionami. O ile wiem, żadna nie
zasymilowała swego imienia: dalej podpisują się tak jak im dano w kołysce. Może
jutro ze strachu przed polskimi patriotami, którzy kupują u nich chleb (polski)
i schabowe (polskie) i żądają, żeby w sklepie z mięsem i pieczywem nie mówić z
obcym akcentem, bo to jest atak na Polskę i brak wdzięczności – na wizytówkach
Halina zastąpi Galinę, a Irena – Irinę. Ale na razie to jest rozpaczliwa próba
obrony swojego ja: jestem na obczyźnie, ale jestem sobą. Jestem uchodźczynią,
ale mam niebieskie paznokcie. Albo żółte. Albo niebiesko-żółte.
Co do tych imion na wizytówkach, to tylko raz się (w myśli tylko) oburzyłem:
parę lat temu w moim sklepie na pieczywie pojawiła się prześliczna
brunetka, miła, uprzejma i prawie bez akcentu. Była tam ze trzy lata. Na
wizytówce było napisane: Tatiana. Któregoś dnia się ośmieliłem i zamawiając mały
pułtuski krojony, spojrzałem wymownie na wizytówkę i głośno westchnąłem:
- Och, jaka szkoda, że nie mam na imię Eugeniusz…
Tatiana uśmiechnęła się służbowo, podała chleb i powiedziała uprzejmie:
- Tak? A jak pan ma? Cztery pięćdziesiąt.
No i nie poprosiłem o numer komórki, nie dałem adresu mailowego i na pewno nie
doczekam listu, zaczynającego się od słów: Piszę do pana – czegóż więcej…
Cóż, nie tylko w Polsce nikt od lat nie czyta Puszkina i jego Eugeniusza
Oniegina. Zresztą teraz coś z kultury ze Wschodu, to jest jak wrogi dron. A
poza tym – nie te oczy, nie ten pesel, nie to konto. Na Facebooku też.
А всё-таки жаль, что нельзя с Александром Сергеичем
Поужинать в "Яр" заскочить хоть на четверть часа…
Tak, wiem, że Okudżawa, a nawet Puszkin raczej nie pisali po ukraińsku. Choć
pewien nie jestem. Aleksandr Siergiejewicz Puszkin, co prawda, Rosjanin, ale już
Bułat Okużawa to syn Ormianki i Gruzina… A udarienije u niewo charoszije…
Wiem, wiem, w Polsce mówi się po polsku. Ale nie tylko, nie tylko… Tylko małe i
nic nie znaczące kraje bronią się przed wchłonięciem przez wielkie i ważne.
Świat, a nawet Polska są większe niż ławka w Królewskim Moście czy holl w
sopockim Grandzie, choć i tam niekiedy mówiono w innych językach. W Grandzie
nawet często i to zdaje się językiem Puszkina.
Wiem, wiem, po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy. Ale w dzisiejszych czasach,
choć algorytmy piszemy w języku maszynowym z kodem dwójkowym, warto jest czasami
się zastanowić nad tym, co jest po drugie, po trzecie i dalej.