Maciej Pinkwart
Szaleństwo w metodzie
Historia świata jest pełna szaleńców. Ale i nasza, własna, osobista historia też
nie jest od szaleństwa wolna. Najczęściej, paradoksalnie, prywatne szaleństwo ma
wydźwięk pozytywny. Szaleję za tobą… - któż by się oburzył, słysząc takie
wyznanie. Janek zwariował na punkcie muzyki Mozarta… - nie zazdrościmy,
ale rozumiemy. Nie bądź kretyn, chodź na piwo… Kiedy w 2015 r. ukazała
się moja zakopiańska biografia Stanisława Ignacego Witkiewicza, niemal na każdym
spotkaniu autorskim musiałem się tłumaczyć z jej tytułu: Wariat z Krupówek.
Że niby tak okropnie spostponowałem Witkacego. W tłumaczeniu się pomagało nie
to, że tak Witkiewicz sam siebie nazywał, ale odniesienie personalne: wybierałem
na sali jakąś panią, najpierw ją z góry przepraszałem, po czym mówiłem: czy,
gdybym – proszę o wybaczenie – powiedział kiedyś: kocham panią jak wariat
– czy byłaby to samokrytyka, czy wyraz głębokiego uczucia?
Ale szaleństwo publiczne już rzadko kiedy cieszy się taryfą ulgową. Choć nie
zawsze jest objawem chorobowym, czasem – środkiem prowadzącym do celu. U
Szekspira Poloniusz – nie koniecznie bardzo mądry dworak na zamku w Elsynorze –
obserwując niestandardowe zachowania księcia Hamleta wygłasza jedno z
najmądrzejszych zdań w całym dramacie: W tym szaleństwie jest metoda. No
bo jest: młody książę, którego ojciec zmarł niedawno w bardzo podejrzanych
okolicznościach, a matka szybcikiem wyszła za mąż za własnego szwagra –
za sprawą spirytystycznego spotkania z duchem ojca najpierw chce uzyskać dowód
na to, że miało miejsce królobójstwo, a potem chciałby ojca pomścić, samemu nie
narażając się zbytnio, a poza tym usiłując przekonać własne sumienie, że kolejne
królobójstwo, tym razem dokonane w akcie zemsty, będzie moralnie
usprawiedliwione. No i jeszcze mamusia też jest na celowniku. Można zwariować…
Ale Hamlet nie dożyje chwili, w której rozstrzygnie się ten moralny dylemat. Nie
chcąc, by jego narzeczona Ofelia została zamieszana w tę sprawę, zrywa z nią, a
ona najpierw popada w szaleństwo – z miłości? z rozpaczy? z urażonej dumy? – po
czym wygłosiwszy pamiętne, choć bezsensowne zdanie o sowie, która była
córka piekarza – topi się w okolicznym strumieniu. To wypadek, ale wszyscy
winią Hamleta, że popchnął ją do samobójstwa.
Szaleństwo na szczytach władzy bulwersuje nie dlatego, że jest jakieś gorsze od
tego zwykłego, w wyniku którego jakiś stuknięty funkcjonariusz rżnie nożem całą
swoją rodzinę podczas gry w karty. Jasne, można by sobie grubo zażartować
wspominając, ile to razy mieliśmy ochotę zamordować partnera, gdy podczas gry w
bridża zawistował spod króla, albo nie zrozumiał forsingu w piki. Ale rozgłos
takich szaleństw zawdzięczamy – fatalne słowo w tym kontekście – po pierwsze
temu, że miały tragiczny finał, a po drugie temu, że social media, telewizja,
tabloidy i inne współczesne odpowiedniki magla są jak wampiry: żywią się krwią.
Dawno minęły czasy, kiedy czytelnicy fascynowali się szaleństwem pewnego kupca
na Borneo, który w środku dżungli chciał wybudować europejski dom i przedstawiać
jako damę swoją córkę, która była pół-Malajką. Kaspara Almayera uznano za
szaleńca, pięknie opisał to Joseph Conrad i wszyscy na tym dobrze wyszli:
Almayer (który żył naprawdę na Borneo i nazywał się Olmeijer) stał się sławny, a
Conrad swą debiutancką powieścią Szaleństwo Almayera zdobył mnóstwo
czytelników. Mniej szczęścia miał wymyślony przez Agathę Christie ekscentryczny
botanik, którego pasje naukowe przyniosły fatalny skutek, ale uznano go za
szalonego nie z powodu odkryć naukowych, tylko z powodu idiotycznej architektury
jego rezydencji, w której panna Marple prowadzi śledztwo w powieści
Szaleństwo Greenshawa.
Przez dzieje ludzkości przewinęły się legiony szaleńców. Zdrowy na umyśle na
pewno nie był francuski XIV-wieczny król Karol VI, któremu historia zaoferowała
dwa przydomki: Szalony i Umiłowany. Pewno wybór należał do oferentów, czyli
takich, którzy z szaleństwa króla skorzystali lub na nim stracili. Karol uważał,
że jest zrobiony z kruchego szkła i nie pozwalał się dotykać, co nie
przeszkodziło mu jakoś spłodzić dwanaściorga dzieci z przepiękną Izabelą
Bawarską. Wszędzie wietrzył spiski i zamachy na jego Szklaną Wysokość, czego
skutkiem było w 1394 r. nagłe i nieoczekiwane wygnanie z Francji Żydów,
podejrzewanych o wszystko najgorsze. Chodził w specjalnych strojach ochronnych,
ale mimo tego długo nie pożył: jego szkło pękło, gdy miał 54 lata.
Mniej znane jest szaleństwo Joanny I Kastylijskiej, córki Ich Katolickich Mości
Izabeli I i Ferynanda II. To królowa Kastylii i Aragonii, która w 1496 r.
została żoną Filipa I Pięknego Habsburga. On był piękny (nie należy go mylić z
królem Francji Filipem IV Pięknym, który dwa wieki wcześniej zniszczył zakon
templariuszy), ona brzydka, ale wciąż z tytułem Królowa Katolicka, on ją
zdradzał, ona go kochała i urodziła mu siedmioro dzieci – wśród nich Ferdynanda,
późniejszego XVI-wiecznego króla Czech, Chorwacji, Węgier i Niemiec, cesarza
rzymskiego i podwójnego teścia polskiego króla Zygmunta Augusta, ojca jego
pierwszej żony Elżbiety, i Katarzyny, żony numer trzy. A Zygmunt i tak kochał
tylko Barbarę Radziwiłłównę, swoją drugą żonę, którą z kolei oskarżano o
szaleństwo seksualne. Zaś Joanna Szalona, gdy jej Piękniś po dziesięciu latach
małżeństwa w wieku 28 lat odłożył łychę, nie przyjęła tego do wiadomości i nie
pozwoliwszy męża pochować, jeździła po kraju z jego trumną, co kilka dni ją
otwierając i popadając w coraz większy obłęd. W efekcie jej Tatuś Katolicki
uwięził ją w zamku koło klasztoru Tordesillas, gdzie trumnę jej odebrano i
Filipa wreszcie po dwóch latach peregrynacji pochowano. Była uwięziona przez 46
lat, popadając w schizofrenię i coraz większy obłęd, wreszcie zmarła w 1555 roku
w słusznym wieku 75 lat. Co dowodzi, że z obłędem da się żyć. Może niefajnie,
ale długo.
XVIII-wieczny król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, George
William Frederick, czyli Jerzy III wstąpił na tron w 1760 r., rządził mądrze,
choć nerwowo i często popadał w konflikty z rządem i parlamentarzystami w Izbie
Gmin. Aż przyszedł czas konfliktu najpierw z Kanadą, a potem z amerykańskimi
koloniami. W 1773 r. mieszkańcy Bostonu wyrzucili do morza ładunek brytyjskiej
herbaty i zaczęły się kłopoty. W kwietniu 1775 r. wybuchła wojna o niepodległość
Stanów Zjednoczonych, a 4 lipca 1776 r. w Filadelfii Kongres Kontynentalny
uchwalił Deklarację Niepodległości, w której król Jerzy został przedstawiony
jako przestępca. Monarcha prowadził pamiętnik i pod tą datą zapisał, że Nic
ciekawego się dziś nie wydarzyło. Wytykają mu to dziś historycy, ale niby
skąd miał wiedzieć, co się ciekawego zdarzyło tego dnia 5710 km od Londynu?
Podróż z Anglii do kolonii zajmowała około 50 dni, innych środków komunikacji
niż osobiste wtedy raczej nie było – gołębie przez Atlantyk nie latały, telegraf
wynaleziono przeszło pół wieku później, a telefon – sto lat później.
Choć początkowo nic się nie wydarzyło, to jednak na królu Jerzym wojna
amerykańska, a potem utrata kolonii zrobiła fatalne wrażenie. Już przedtem
miewał halucynacje, wielogodzinne słowotoki i napady manii, ale teraz wszystko
się pogorszyło. Pięć lat po podpisaniu w Paryżu w 1783 r. traktatu o uznaniu
niepodległości trzynastu kolonii amerykańskich król Jerzy podjął próbę
samobójczą. Odratowano go, parlament chciał pozbawić go władzy, ale królowi się
polepszyło i zostało po staremu. Zaangażował siebie i Brytanię do walki ze
zrewoltowaną w 1789 r. Francją, uszedł z życiem z próby zamachu w 1800 r.,
podporządkował królestwu Irlandię. Do kolejnego ataku choroby, będącej jakoby
skutkiem podtruwania monarchy arszenikiem albo zaburzeń afektywnych
dwubiegunowych doszło kilka lat później, a w 1811 ostatecznie uznano, że król
Jerzy III popadł w obłęd. Zdjęto go z tronu, a regentem został jego syn – Jerzy
IV. W okresie świąt Bożego Narodzenia 1819 r. stan króla jeszcze się pogorszył,
monarcha mówił bez sensu przez 58 godzin, po czym stracił wzrok, słuch i władzę
w nogach, wreszcie zapadł w śpiączkę. Zmarł rok później.
Współcześnie politycy, zajmujący wysokie stanowiska i prezentujący często objawy
– delikatnie mówiąc – niezrównoważenia psychicznego, mają niejako z góry
przyznany immunitet. Najczęściej szaleństwo polityków przejawia się w mówieniu
przez lata głupot, rzucaniu kalumnii na przeciwników, których traktuje się jak
wrogów, zdrajców, zaprzańców i ogólnie zbrodniarzy, ale nie kieruje się ich do
sądu. Osobiste obsesje, niekompetencja i ogólny kretynizm, a może nawet debilizm
powodują bardzo często nieodwracalne zmiany w psychice nie tylko takiego
polityka, ale także często prowadzą cały kraj na manowce, a nawet na skraj
przepaści. Wydawałoby się, że szaleństwa polityków mają, by tak rzec, krótkie
nóżki, tak jak ich kłamstwa, ale zarówno kłamstwa, jak i obsesje czy wypowiadane
nonsensy są bezkrytycznie przyjmowane przez ich dwory, złożone nie tylko z
ideowych akolitów, ale przede wszystkim z bezwzględnych cyników, którzy w imię
własnych interesów, ekonomicznych czy ambicjonalnych, będą zachwycać się każdą
głupotą, a tych nielicznych, którzy ośmielą się nazwać po imieniu goliznę i
szwancparadę ich królów, prezydentów, premierów, prezesów, ministrów czy
przewodniczących podkomisji – prędzej utopią we własnych plwocinach, niż podejmą
z nimi racjonalną dyskusję. A rację – ewentualnie – przyznają im dopiero długo
po tym, jak gwiazda ich politycznych przywódców zniknie za horyzontem zdarzeń i
pojawią się nowi idole: Chruszczow po Stalinie, Deng po Mao, Heng Samrin po Pol
Pocie…
Czasem polemika jest trudna i niewygodna, bo głupota opakowywana bywa w ozdobny
papier patriotyzmu, religii czy bezpieczeństwa państwa. Ci, którzy widzą, że
choroba postępuje, a co więcej – ma tendencję do przekształcania się w zarazę –
strategicznie milczą, licząc na to że inni – albo czas – załatwią za nich
sprawę. A czas nie działa na korzyść zdrowych. W efekcie – najpierw w obłęd
popadają ludzie władzy, potem ich apostołowie, na koniec w obłędzie znajduje się
ludzkość. A potem rękopis profetycznej sztuki Witkacego Tak zwana ludzkość w
obłędzie szlag trafia, w skutek obłędu jednego czy drugiego nie za wysokiego
obywatela z wąsikiem i trzeba przy pomocy sztucznej inteligencji na podstawie
strzępków tekstu i dawnych recenzji pisać tę sztukę na nowo, co z ciekawym
skutkiem zrobił reżyser Krzysztof Garbaczewski w 2024 r. w krakowskim Teatrze
Słowackiego, a rok później w zakopiańskim Teatrze Witkacego.
Z szaleństwem trudno walczyć z wielu powodów. Przede wszystkim jest to
humanitaryzm: wiem, widzę i słyszę, że demony opanowały kogoś ważnego, ale
przecież nie powiem tego głośno, bo to osoba chora, a chorych za chorobę nie
można krytykować. Po drugie – bądźmy pragmatyczni: szaleniec ma zawsze mnóstwo
zwolenników. Więc lepiej siedzieć cicho. Po trzecie: ostrożność. Jasne, że
powinno się go odwołać (ale na przykład posła odwołać nie można), zdjąć z urzędu
(ma immunitet), postawić przed Trybunałem Stanu (mamy za mało szabel), oskarżyć
przed sądem (ale on ma swoich ludzi w wymiarze sprawiedliwości) czy poddać
impeachmentowi (kupi sobie przychylny dla siebie wyrok, albo do nieprzychylnego
nie dopuści). A koniec końców zawsze przedstawi L-4, otrzyma azyl na Wyspach
Marshalla, czy dostanie żółte papiery, dekując się w zaprzyjaźnionym
psychiatryku.
Kiedy Kaligula w wieku 25 lat został cesarzem, kazał umorzyć wszystkie procesy
polityczne, uwolnił więźniów, spalił akta procesów członków swojej rodziny,
przejął ręczne sterowanie finansami państwa i osobiście wydawał publiczne
pieniądze. Kochał swoje siostry, żony swoich przyjaciół, organizowano mu orgie z
małolatami obojga płci, kochał nawet swojego konia o imieniu Incitatus. To
raczej bujda z tym, że chciał go mianować konsulem (a nie senatorem, jak się
dziś mawia) i pewno poszło od tego, że kiedy jego stryjeczny dziadek, wesoły i
gospodarny gej cesarz Tyberiusz powiedział, że „Kaligula tak się nadaje na
cesarza, jak konie z jego wozu do jazdy po zatoce Baiae” – kazał zatopić
w tejże zatoce dwa tysiące statków handlowych skonfiskowanych właścicielom, a na
nich wybudować drogę – tylko po to, by móc się przejechać konno tam i z powrotem
po tym najdłuższym na świecie moście i w ten sposób upokorzyć Tyberiusza. No i
koniec końców Rzym tego nie wytrzymał. W styczniu 41 roku spiskowcy zamordowali
cesarza podczas przejścia z teatru do pałacu cesarskiego, łącznie zadając mu
około 30 ran. Zginęła też jego żona i córka. Koń, zdaje się, ocalał.
Jedyny szaleniec u władzy, jakiego dziś wspomina się nieco nostalgicznie, to
Ludwik II Bawarski, patron Richarda Wagnera, sam utożsamiający się z Parsifalem,
który dla własnej, ale i publicznej frajdy budował pałace, o jakich naczytał się
w książkach z dziecięcymi bajkami. Wśród nich jest zamek Neuschwanstein w
południowej Bawarii. 9 czerwca 1886 Ludwik II został uznany za niepoczytalnego i
odsunięty od władzy przez własnych ministrów. Trzy dni później prawdopodobnie
popełnił samobójstwo. Obok niego znaleziono zwłoki lekarza, który uznał go za
niepoczytalnego. Niebezpiecznie jest wypowiadać się o szaleństwach władzy.
Cukierkowy zamek Neuschwanstein stał się wzorem dla scenografów filmów o Harrym Potterze, gdy tworzyli wizję Hogwartu. To tam udało się pokonać szaleńca Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać. A przedtem Neuschwanstein zainspirował Walta Disneya, gdy ten wymyślał logo Disneylandu. To stamtąd wyruszyli na podbój świata Myszek Miki, Pluto, Gooffy i Donald.
Kaczor Donald.