Maciej Pinkwart
Marcowanie
- Uwaga, leci!
Usłyszałem, będąc już całkiem blisko górnej stacji. I zobaczyłem, jak jakaś
samotna narta, niestrzeżona i nie posiadająca ski-stopów, odjechała komuś sprzed
budynku stacyjnego i pogoniona grawitacją odbiła się od nierówności na ścieżce,
wyleciała w powietrze, uderzyła o muldę, przeleciała jakieś dwa metry koło mnie,
walnęła o stok i zjeżdżając coraz szybciej, znikła w dolnej części kotła. Pora
była wczesna, czasy trudne, więc ludzi mało, a ci co już wjechali na Kasprowy,
zjeżdżali raczej w Goryczkową. Ja kręciłem po Kotle Gąsienicowym.
Narta-uciekinierka nie zrobiła nikomu krzywdy. Po chwili zresztą, już
zjeżdżając, widziałem jak ktoś wwoził ją wyciągiem na górę.
Marzec był dla mnie początkiem wspaniałej zimy narciarskiej, która trwała do 1
maja, kiedy to kolej zamykali. Słońce było wysoko, świeciło mocno, często
jeździłem w samej koszuli, najchętniej białej, dżinsach i krótkim serdaku.
Śniegu bywało na Kasprowym od półtora do trzech metrów, w Pięcistawach
ponad pięć. Zdarzyło mi się parę razy, że kończąc zabawę, zjeżdżałem przez
Goryczkową do Kuźnic, a dalej, nie zdejmując nart, podjeżdżałem do mojego
osiedla na Orkana.
Dlatego trochę mnie dziwią głosy, które w tym roku z desperacją zauważyły, że
śnieg i mróz przyszły już w styczniu, a w drugiej połowie lutego
narzekały, że wiosna się opóźnia, a tak na nią się z wytęsknieniem czeka. Inna
rzecz, że najpierw rozpaczali, że zima która początkowo ich cieszyła, bo nie
była w większości kraju oglądana od dziesiątków lat, a żeby dzieciom pokazać
zimą śnieg, trzeba było wykupić drogie wczasy w Zakopanem – zasypała ich tym
śniegiem i jeszcze ścisnęła straszliwym, syberyjskim mrozem poniżej minus
dziesięciu stopni. A potem narzekali, że ta wyglądana od stycznia wiosna
przyszedłszy pod koniec lutego, stopiła ten cholerny śnieg i zrobiła się z niego
woda, niebywałe!
Na pogodę narzekamy zawsze kiedy odbiega od normy, a norma w pogodzie nie
istnieje. Dziwactwa pogodowe nie są skutkiem procesu ocieplenia, zmiany klimatu
i dziur ozonowych czy innych: pogoda tak ma. W 1860 roku ksiądz Józef Stolarczyk
pisał w Kronice parafii zakopiańskiej, że zima zaczęła się 4 lipca, śnieg
przysypał Tatry, Regle, a nawet Gubałówkę, a w Zakopanem padał z deszczem. Trzy
lata później zanotował: Rok 1863 zaczął się bez zimy – w lutym i marcu prawie
śniegu nie było – do tego wiosenne ciepło – za to lato było suche ale zimne.
W 1864 roku zima zaczęła się dopiero w styczniu, trwała do marca, a potem w
kwietniu wróciła, lato było deszczowe, a 4 października zima zaczęła się znów.
Rok później – mróz przyszedł dopiero pod koniec marca, temperatura spadła do
minus 25 stopni, po czym była piękna wiosna, a kolejny śnieg przyszedł na
świętego Jana, czyli w czerwcu… W 1866 roku styczeń i luty były bez śniegu, tak
naprawdę biało się zrobiło 20 maja, przyszedł mróz, z dachów zwisały wielkie
sople. Za to w Boże Narodzenie było gorąco jak latem. Jako tako normalnie było w
1867 i 1868 roku – śnieg spadł na Wszystkich Świętych i leżał do 25 kwietnia… A
1 maja 1874 spadł śnieg do pasa…W 1882 roku zimy w ogóle nie było.
Jak więc widać, proboszcz zakopiański nie był specjalnie miłośnikiem
tatrzańskiej zimy – na nartach jeszcze wtedy w Tatrach nie jeżdżono. W jednym z
listów z 1888 roku Stolarczyk narzekał: Rzeczywiście śnieg sobie nas tego
roku polubił, nie chce od nas odejść. Przykry to gość, ale cóż robić. Dopokąd
nie odejdzie – wina się nie dotknę, bo nie ma przy nim chumoru [!].
Śnieg zatem to zarazem rzecz pożądana i niechciana. I w dodatku
nieprzewidywalna, choć jakieś zasady są i można się na nich opierać. Ryzyko
tatrzańskich prognoz pogodowych prezentowanych w telewizji ponosili najpierw tak
zwani najstarsi górale, a potem Michał Furmanek ze stacji meteo na Równi
Krupowej. Ale i mnie się raz zdarzyło, że na prognozę pewnej młodej góralki
postawiłem całą swoją karierę zawodową.
A było tak. Zakończył się remont Atmy i muzeum zostało przygotowane do otwarcia,
przewidzianego na 6 marca 1976 r. Pracowałem tam już drugi miesiąc.
Sięgam do ściągawki w mojej książce Stara Atma.
Pod
koniec lutego zaczęła mnie boleć głowa, byłem też coraz bardziej nerwowy.
Przypisywałem to obawom przed uroczystością otwarcia, choć w zasadzie wszystko
było zapięte na ostatni – no, powiedzmy: przedostatni – guzik. To znaczy, jeśli
chodzi o ekspozycję, bo pięterko, przeznaczone dla administracji i na archiwum,
było ciągle w proszku. Co prawda, mieszkałem w Zakopanem już ponad rok, ale
jeszcze nie umiałem przewidzieć nadejścia halnego i zapobiec jego skutkom.
Uczciwie mówiąc, nadal nie umiem… Tak czy inaczej, dmuchnęło solidnie i śnieg
zaczął znikać w okamgnieniu. I wtedy zobaczyliśmy, gdzie się podziały śmieci,
uprzątnięte rzekomo przez ekipy remontowe. Po prostu przez cały czas remontu
wylatywały sobie spokojnie przez okno, a kolejne śnieżyce sprawiały, że znikały
z oczu. Teraz wyglądało na to, że Atma stoi na kiepsko urządzonym wysypisku,
przez które w dodatku przebiega głęboki na kilkadziesiąt centymetrów rów,
wyłożony czerwonym plastikiem z kablami elektrycznymi, czy rurami wodociągowymi
– już nie pamiętam – prowadzącymi od posesji Zofii Walczakowej. Zaproszenie na
ten śmietnik gości, a co więcej – pokazanie tego w telewizji groziło kompletnym
skandalem.
Były cztery dni do otwarcia. Opadły nam ręce.
Wiatr ucichł, temperatura spadała, nad Czerwonymi Wierchami nadal wisiał groźny,
czarny wał, ale zza Giewontu zaczynały wyłazić drobne kłaczki strzępiastych
chmurek.
– Bee kurzić – zawyrokowała Ania Ślimak, moja najwspanialsza sekretarka.
Była góralką z dziada pradziada, w dodatku jej przodkowie (przodkinie?) mieli
(miały?) bliskie kontakty z pierwszym proboszczem Zakopanego, księdzem Józefem
Stolarczykiem. Potem się dowiedziałem, że jej prababcia była jedną ze
spadkobierczyń plebana spod Giewontu. Zobaczyłem światełko w tunelu, i nie była
to lokomotywa. Zaproponowałem wicedyrektorowi Franciszkowi Stolotowi, który
mieszkał w Atmie w ostatnich dniach remontu, żebyśmy ściągnęli ze służb
miejskich spychacz, który to wszystko wyrówna i uporządkuje. Niezbyt chętnie,
ale się zgodził.
Nazajutrz, przy pięknej wiosennej pogodzie spychacz wyrównał teren. Wyglądało na
to, że śmieci jest jeszcze więcej, tylko teraz są równo ubite wokół muzeum. Było
koszmarnie, o wiele gorzej, niż przedtem.
– Przynajmniej się nie będą potykać, to już jakaś korzyść – zaryzykowałem
żarcik. Stolot spiorunował mnie wzrokiem i nie odezwał się. Moja kariera w Atmie
– zanim jeszcze się zaczęła – zawisła na bardzo cienkim włosku.
Wieczorem zaczął padać śnieg, i padał przez cały następny dzień. Śmieci zniknęły
bez śladu. Było coraz ładniej.
Wyprzedzając chronologię dodam, że koszmarny, poremontowy bałagan ostatecznie
znikł sprzed Atmy dopiero późną wiosną 1976 roku, kiedy to członkowie PZPR z
Podstawowej Organizacji Partyjnej instytucji i organizacji kulturalnych
Zakopanego zwrócili się do mnie z propozycją zorganizowania partyjnego czynu
pierwszomajowego, polegającego na sprzątaniu naszego terenu. Wywieziono wówczas
trzy pełne wywrotki rozmaitego badziewia, a zdjęcia z tej akcji (spokojnie, nie
opublikuję!) były jednym z niewielu świadectw ówczesnego związku Atmy z
kulturalnym środowiskiem Zakopanego. Były to zresztą czasy, w których mówiono,
że jest w Zakopanem kilkadziesiąt instytucji kultury i kilku ludzi kulturalnych…
5 marca 1976 r. późnym popołudniem podziwialiśmy wszakże czysty, zimowy pejzaż
przed Atmą oddychając z ulgą, że groźba kompromitacji może nie znikła zupełnie,
ale odsunęła się w czasie. Moja kariera też tymczasowo ocalała. Na 36 lat.
Wieczorem łyknąłem nervosol i poszedłem spać. Ranek 6 marca 1976 r. wstał piękny
jak z bajki Andersena o Królowej Śniegu. Było biało, bezchmurnie, niewielki
mróz. Śnieg przed Atmą skrzył się w słońcu i skrzypiał pod nogami. Nad oknami
i na gontowych daszkach płotu piętrzyły się śniegowe czapki. Pomyślałem,
że zdjęcia będą udane. Zapowiadał się interesujący i długi dzień.
Oficjalną uroczystość inauguracji Atmy zorganizowano poza Atmą, na piętrze Domu
Turysty, gdzie wówczas mieścił się Klub Międzynarodowej Prasy
i Książki. Oddawano tam hołdy głównie Sergiuszowi Lifarowi, paryskiemu
tancerzowi, który tańczył rolę Harnasia we francuskiej prapremierze baletu i
Jerzemu Waldorffowi, który w znacznym stopniu przyczynił się do wykupienia Atmy
z rąk prywatnych. Grała kapela Maśniaków. Były liczne przemówienia. O
Szymanowskim nie mówił prawie nikt. Poznałem wtedy Krystynę Dąbrowską,
siostrzenicę Szymanowskiego – ukochaną Kicię i Zdzisława Sierpińskiego,
dziennikarza, który zainicjował starania o utworzenie muzeum Szymanowskiego.
Urwałem się stamtąd, żeby dopełnić swoich obowiązków gospodarza. Bynajmniej nie
gospodarza uroczystości, tylko gospodarza posesji. W Warszawie takiego kogoś
nazywaliśmy cieciem.
Wcale nie przesadzam. Kiedy w czasie uroczystości w pewnym momencie zapytałem
dyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie, czy jeszcze coś powinienem zrobić, czego
dopilnować, żeby wszystko zagrało, Tadeusz Chruścicki, chcąc dobrze i sprawczo
wypaść w oczach Jerzego Waldorffa, powiedział mi, że jedyne czego powinienem
dopilnować to to, żeby nikt niczego nie ukradł. I że nie ja jestem tu
najważniejszą osobą. Waldorff się uśmiechnął z aprobatą, a ja powiedziałem:
- Oczywiście panie dyrektorze, wiem. Najważniejszą osobą jest tu Karol
Szymanowski.
Topór wojenny został wykopany. Z Chruścickim polubiliśmy się – trwale i szczerze
– dopiero w czasie stanu wojennego, kiedy to zaczęliśmy razem jeździć na
nartach.
Ten numer z nazwiskiem powtórzyłem przeszło rok później, kiedy zakładaliśmy
Towarzystwo Muzyczne im. Karola Szymanowskiego. Waldorff powiedział mi wtedy, że
kiedyś na pewno postawią mi w Zakopanem pomnik, ale na razie mnie nikt nie zna,
więc lepiej będzie, jak to nie ja, tylko on będzie zapraszał na zebranie
członków-założycieli. Ogólnie miał rację, może z wyjątkiem tego pomnika, ale to
ja byłem kustoszem Atmy i nie tylko już te zaproszenia podpisałem i wysłałem,
ale od wszystkich ważnych osobistości świata muzycznego (i nie tylko) już
dostałem pozytywne odpowiedzi. Jednak tego mu nie powiedziałem.
On siedział w zielonym Peugeocie i mówił do mnie przez uchylone drzwi, ja stałem
obok, opierając się o rower, który mi wówczas pożyczyła Ania Ślimak.
Powiedziałem:
- Ma pan absolutną słuszność. Jednak uważam, że do Towarzystwa Muzycznego
imienia Karola Szymanowskiego powinno jednać ludzi inne nazwisko. Nazwisko Karol
Szymanowski.
Waldorff trzasnął drzwiami i odjechał. Do końca życia mi tego nie darował. Pisał
skargi na mnie do dyrekcji, do ministerstwa kultury, do Towarzystwa Muzycznego…
Nazywał mnie wtedy bezczelnym młokosem. Psiakrew, piękne czasy…
Wczesnym popołudniem oficjele prowadzeni przez kapelę Maśniaków przeszli
piechotą z Domu Turysty, koło mocno zniszczonej już wtedy Limby, gdzie
Szymanowski pisał Harnasie, wokół domu Zofii Walczakowej, do Atmy, gdzie
muzykę przejęła kapela Obrochtów, których do tego zaprosiłem. Ania Ślimak
zawiesiła przy wejściu biało-czerwoną wstążkę i podała na tacy nożyczki. I tacę,
i nożyczki przyniosła z domu. Wstęgę przywiozła dyrekcja. Do przecięcia wstęgi
dyrektor Chruścicki poprosił Krystynę Dąbrowską, z którą od razu się serdecznie
polubiliśmy i Jerzego Waldorffa, z którym – jak wspomniałem - od razu się
serdecznie znielubiliśmy.
Była sobota, 6 marca 1976 r. Pięćdziesiąt lat temu.